Rozdział 22
Tak!
Hannah
Trzy tygodnie
później
Nadchodziło
Thanksgiving, które mieliśmy spędzić u mojej mamy, chociaż tak właściwie
przygotowywałyśmy je we trzy: mama, Abigail i ja.
W
minioną niedzielę rozmawiałam przez telefon z tatą w domu mojej mamy i nie
obyło się bez łez, chociaż płakała głównie mama.
Wtedy
rozmawiałam z tatą po raz pierwszy od dnia, kiedy zostałam zaatakowana i
słyszałam w głosie taty żal, że nie zdołał mnie przed tym uchronić.
To
był taki sam smutek i żal, jaki zauważałam, a nawet czasem słyszałam w głosie
Billy’ego i Oli’ego, chociaż obaj starali się z tym kryć, by mnie nie smucić.
Próbowałam
mu wytłumaczyć, podobnie jak pozostałym mężczyznom, że nie było możliwości, by ktokolwiek mnie obronił, skoro Lucas i
jego szajka czaili się na mnie i na Abi przez tak długi czas, jak teraz
wiedzieliśmy, że to robili.
Dobrze
się stało, że przynajmniej Abi była bezpieczna.
Natomiast
tego dnia rano przyszło mi do głowy, że powinniśmy zaprosić na świąteczny obiad
również Helenę i Oli’ego i właśnie wzięłam telefon do ręki, by zaproponować to
mojej mamie, kiedy myślałam o tym, za jak wiele rzeczy chciałabym podziękować w
tym roku.
Przede
wszystkim za Billy’ego.
Obecność
tego wspaniałego mężczyzny w moim życiu oznaczała nie tylko to, że miałam dom,
rodzinę, poczucie bezpieczeństwa i miłość, ale też obecność Jacka, którego
kochałam całym sercem.
Billy
dbał o nasz komfort na każdym kroku, co udowodnił dobitnie w kolejnych dniach
po tym, jak Lucas włamał się do naszego domu z zamiarem zabicia mnie i został
zastrzelony przez policjantów.
Mój
mąż pojechał razem ze mną do komisariatu, bym mogła złożyć zeznania w jego
uspokajającej obecności, chociaż nie musiał.
Sam
umówił ekipę remontową, by z korytarza i łazienki na piętrze w ciągu trzech dni
zniknęły wszelkie ślady tych okropnych wydarzeń.
Nie
musiałam właściwie nic robić.
Już
w tamtą sobotę mieliśmy pełen dostęp do naszej sypialni, a Jack spał ponownie w
swoim własnym łóżku i korzystał ze swojej łazienki.
A
na dodatek Billy umówił mnie i pojechał ze mną, bym spotkała się z poleconym
przez policję psychoterapeutą, który miał pomóc mi w uporaniu się ze stratą
naszego dziecka.
Bo
dbał również o mój dobry sen, o moje samopoczucie psychiczne.
Billy
był tam ze mną, więc mogłam powiedzieć jemu i psychoterapeutce, że jego
obecność była dla mnie najlepszą formą psychoterapii, ale i tak byliśmy w sumie
na trzech spotkaniach, zanim mój mąż uznał, że możemy to dalej wypracować sami.
I
zrobiliśmy to.
Wielokrotnie.
Za
pomocą fantastycznego seksu.
Billy
kochał się ze mną, rządził mną albo robił inne rzeczy, które sam nazywał
„szybkimi numerkami” (chyba chodziło mu o to, że był to seks w czasie krótszym
niż dziesięć minut).
Był
bardzo blisko mnie.
Najważniejsze
było to, że czułam się piękna w jego oczach i uwielbiana przez niego, chociaż i
tak mówił mi codziennie przed zaśnięciem Kocham
cię, Hannah Brown.
Nie
ukrywałam, że właśnie to było moim motywem przewodnim, kiedy w ubiegłym
tygodniu poszłam do fryzjera, którego tak polecali Alek i Sam, by z tych
resztek włosów, jakie miałam utworzył mi prawdziwą fryzurę.
Włosy
odrosły mi już prawie do ramion, więc podcięcie ich spowodowało, że układały
się w łagodne fale i zasłaniały mi szyję, a po wspaniałej pracy stylisty,
nabrały kształtu i wyglądały ładnie.
Billy
miał tylko jedną drobną wadę, ale panował nad nią, a były to ataki agresji, co
było powodem zniszczenia jednego krzesła w naszej bawialni.
Kochający
mnie mąż tak się przejął tym, że zostałam zaatakowana i że wpadłam w śpiączkę,
że rzucał różnymi rzeczami, jakie znalazł w naszym domu i rozbił to krzesło na drzazgi.
Opowiedział
mi o tym, bardzo skruszony, kiedy zapytałam go o brakujące krzesło, ale ja go
rozumiałam, bo po prostu mnie kochał.
To
nie był powód do zdenerwowania z mojej strony.
Wręcz
przeciwnie, dziękowałabym za to przy świątecznym stole, bo był to dla mnie
dowód jego miłości.
Wraz
z początkiem grudnia miałam wreszcie wrócić do pracy w szkole, za co też byłam
wdzięczna, bo uwielbiałam to i wprost nie mogłam się doczekać, żeby stanąć
przed klasą pełną dzieci z ich pasjami, humorkami, radościami i problemami.
Byłam
wdzięczna za cudowne życie, jakie miałam i za możliwości, jakie się przed nami
otwierały, skoro Billy zaczął wierzyć w siebie.
Stało
się to za sprawą naszych przyjaciół.
Niedawno
byliśmy na wystawie prac Alexa.
Nie
zdawałam sobie sprawy z tego, że był tak uzdolnionym malarzem.
W
czasie eventu na otwarciu wystawy jego obrazów w pewnej galerii sztuki, na
który zostaliśmy zaproszeni wraz ze wszystkimi przyjaciółmi, dowiedziałam się
również, że remontu w naszym domu dokonała ekipa Sophie, bo miała ona swoją
firmę budowlaną.
Również
była uzdolnioną artystką, bo jej firma nie była po prostu jedną z tych, co
budowały domy, ale była wyjątkową, skoro sama Sophie projektowała domy
nietypowe, wyjątkowe i dopasowane do wymagań klientów.
Widziałam
w Internecie kilka domów zbudowanych według jej projektów i wszystkie były
zapierające dech w piersi.
Ale
wizyta na otwarciu wystawy prac Alexa uświadomiła Billy’emu, że można być męskim mężczyzną, dominującym mężczyzną, a przy tym być wrażliwym artystą.
Dlatego
właśnie teraz w najbliższą sobotę w Piwnicy
miał się odbyć recital Billy’ego dla naszych przyjaciół.
Mój
mąż pozwolił mi na zaproszenie tam przyjaciół, których chciałam zaprosić na
jego występ.
Nie
ukrywałam swojego podekscytowania, wręcz szczęścia z powodu możliwości
pochwalenia się przed nimi talentem mojego męża.
Powiadomiłam
już wszystkich, których chciałam powiadomić, wszyscy potwierdzili chęć
przybycia, posłuchania występu Billy’ego i zebrała się ich duża grupa, więc
poprzedniego popołudnia, kiedy Billy był w pracy, a ja jechałam swoim Jeepem po
Jacka do szkoły, by odebrać go po spotkaniu redakcji gazetki szkolnej,
pojechałam do Piwnicy, by poinformować
Tony’ego, że musiał spodziewać się najazdu licznych gości w swoim lokalu.
Nie
zdziwiło mnie to, że się ucieszył.
Tony
zaproponował, że na ten wieczór zamknie Piwnicę
i udostępni ją wyłącznie naszym gościom, ale nie zgodziłam się.
Nie
chciałam, żeby poniósł straty z tego tytułu, że mieliśmy tam się spotkać w
naszym gronie, chociaż Tony wyglądał na kogoś, kto raczej cieszył się, że Billy
miał grać dla swoich przyjaciół.
A
jeśli chodziło o Jacka, to młody był swoistym bohaterem wśród swoich kolegów (i
koleżanek) po tym, jak wrócił do szkoły z zabliźniającą się raną po postrzale
na ramieniu.
Można
więc było stwierdzić, że nawet to obróciło się w coś dobrego, bo nie było już tych
łobuziaków, którzy dokuczaliby mu w podły sposób, skoro była bardzo duża grupa uczniów
podziwiająca go za to, co przeżył.
Jack
na szczęście nie obrósł w piórka, nie chodził w chwale, ale nadal pilnie
pracował nad swoim talentem.
Napisał
piękną recenzję z eventu Alexa, która ukazała się na oficjalnej internetowej stronie
tej galerii, w której to spotkanie się odbywało.
Jack
napisał również piękny artykuł do szkolnej gazetki na temat budownictwa
historycznego i tradycyjnego w SLC, co stało się po jego spotkaniu z mamą Alexa
i miał on ukazać się w najbliższych dniach.
Jack
i pani Whitman poznali się na otwarciu wystawy obrazów Alexa i kobiecie tak się
spodobała pasja młodego, że poprosiła mnie o przywiezienie go pewnego dnia do
muzeum, w którym pracowała, by mogła udzielić mu obszernego wywiadu.
Więc
mogłam być wdzięczna również za to, że poznawaliśmy coraz więcej wspaniałych
ludzi, dzięki którym nasze życie stawało się bogatsze.
Smuciło
mnie kilka rzeczy, ale nie można było mieć wszystkiego.
Nauczyłam
się już dawno temu, że bywały gorsze dni, a czasem bywały rzeczy, na które nie
mieliśmy wpływu i nie należało się smucić, jeśli nie dało się wyciągnąć z nich
czegoś dobrego.
Najsmutniejszym
było oczywiście to, co działo się z moją siostrą, Lucy.
Zakończył
się jej proces i została skazana, więc wiedzieliśmy, że nie wyjdzie z więzienia
przez następne dwadzieścia pięć lat, a, jeśli nie da powodu do wcześniejszego
zwolnienia, może nawet przebywać w nim dłużej.
Nie
byłam w stanie wyobrazić sobie tego, jak miała tam wychowywać swoje dziecko,
ale Billy poprosił mnie, żebym nie zastanawiała się nad tym, więc starałam się o
tym nie myśleć.
Druga
z moich sióstr również dawała mi powody do smutku, chociaż w sposób cichy, skryty
i mimowolny.
Abi
chodziła przygaszona, chociaż starała się to ukryć.
Uśmiechała
się w taki sztuczny wymuszony sposób, jakiego nigdy u niej nie widziałam.
Myślałam
o tym, że jej serduszko było złamane z nieznanego mi powodu (bo nie chciałam
podejrzewać agenta Tracker’a, że to zrobił), ale była bardzo młoda, więc mogła
się jeszcze z tego wyleczyć, więc po prostu ją obserwowałam.
Kiedy
miałaby ochotę, potrzebę i czas, mogłaby się mi wyżalić, wypłakać, a być może
poradzić się mnie, jak to dawniej robiła.
Czekałam.
Abel
ucieszył się, że zaglądałam do niego, ale on też się ode mnie odsunął.
To
z kolei było zrozumiałe, bo był małym chłopczykiem, który poczuł się
opuszczony, skoro nie wiedział, dlaczego nie przychodziłam do niego i przez
kilka tygodni nie dawałam znaku życia.
Nie
rozumiał tego.
Ale
był radosnym dzieckiem, które było otoczone miłością, więc wierzyłam, że
niedługo znowu nawiążemy jakąś więź.
-
Halo? - zabrzmiał w słuchawce jak zwykle cichy i niepewny głos mojej mamy,
która nie nauczyła się sprawdzania imienia rozmówcy przed odebraniem
przychodzącej rozmowy.
-
Dzień dobry, mamo - przywitałam się z nią, starając się brzmieć ciepło i
łagodnie - Tu Hannah.
Mama
bardzo przeżywała to, co się stało z Lucy i Lucasem, więc zarówno ja jak i Abi
starałyśmy się dać jej powody do uśmiechu i nie mówiłyśmy z nią o problemach,
jakie niosło nasze życie.
-
Mamo - zaczęłam przedstawiać jej swoją propozycję - Co ty na to, byśmy
zaprosili do ciebie na obiad na Thanksgiving Helenę i Oli’ego?
*****
Sobota wieczorem
-
Kurwa! - wściekle warknął Billy,
który stał obok mnie, a ja się wzdrygnęłam na to słowo - Czemu ja się na to
zgodziłem?
Mój
mąż nie był zły, ale zdenerwowany.
Byliśmy
w Piwnicy, staliśmy we dwójkę na
uboczu przy kontuarze, a całe znane mi pomieszczenie było tak wypełnione, że
niektórzy ludzie siedzieli po dwie osoby na krzesełku.
Przyjaciele
się postarali, więc dzieci zostały w domu z wynajętymi opiekunkami, a oni
przybyli tam, by być dla mojego ukochanego.
Stabilny
i nieruchomy David trzymał na kolanach małą Maggie, która podskakiwała z
niecierpliwości, Jimmy miał na swoich Evę, która oparła się o jego tors i z
zadowoleniem kręciła palcami jednej dłoni lok z włosów z tyłu jego głowy i
tylko Helena siedziała na innym krzesełku niż Oli.
Widziałam
Alexa z Sophie, Filipa z Anią, Sama i Toma.
Przy
barze mignęli mi Alek i Sam, którzy byli z Abi.
Przyjaciele
przyszli tam dla mojego męża, a on się tym zestresował.
Ale
ja byłam taka dumna.
-
Kochanie - szepnęłam - Po prostu bądź sobą.
Wyciągnęłam
rękę, by objąć bok jego szyi, a on poddał się mojemu dotykowi, więc wiedziałam,
że właśnie tego wtedy potrzebował.
-
Anie - wymamrotał - Nie dam rady.
Uśmiechnęłam
się delikatnie i postarałam się zajrzeć w jego oczy.
-
Dasz radę - powiedziałam tam -
Zamkniesz oczy. Wejdziesz do swojego świata i zaczniesz grać.
Wyprostowałam
się i wzruszyłam ramionami, kiedy patrzył na mnie, a jego spojrzenie była
gorące.
-
A potem samo pójdzie tak, jak zwykle - dokończyłam - I wszyscy będą zachwyceni
jak zwykle.
-
Czym ja sobie na ciebie zasłużyłem? - mruknął mój mąż, a potem przyciągnął mnie
do siebie, by wpić się wargami w moje usta - Kocham cię, Hannah Brown -
powiedział, kiedy się odsunął.
-
Ja ciebie też kocham, Williamie Brown - odparłam lekko zdyszana - A teraz idź
tam i skop im tyłki.
-
Anie! - zawołał Billy z udawanym
oburzeniem - Chyba mam na ciebie zły wpływ - puścił mnie, pokręcił głową niby z
rezygnacją, schylił się, wziął gitarę, która stała oparta niedaleko nas o
ścianę i poszedł na scenę, nie patrząc na mnie więcej, ale ja też odsunęłam się
w kąt baru z uśmiechem na ustach.
Zajęłam
taką pozycję, by widzieć i słyszeć mojego cudownego mężczyznę, ale przy okazji
móc obserwować przepełnioną salę.
Byłam
pewna, że tego wieczoru wszyscy zostaną zauroczeni tak, jak ja byłam, kiedy po
raz pierwszy usłyszałam grę Billy’ego, a potem za każdym razem, kiedy to
słyszałam od nowa.
Poprzedniego
wieczoru Billy zagrał dla mnie i Jacka w naszym salonie.
Dla
Jacka zagrał i zaśpiewał Hej Brother,
o czym wiedział już, że młody to kochał i uważał (może słusznie) za piosenkę
skierowaną bezpośrednio do niego.
A
potem Billy zaśpiewał dla mnie.
O, jak piękna
jesteś, przyjaciółko moja, jakże piękna!
Usłyszałam
to ponownie, a Jack usłyszał po raz pierwszy i trwał przy tym z otwartymi
ustami.
Jesteś piękna, ale
nie jak te dziewczyny z magazynów.
Jesteś piękna, za
sposób, w jaki myślisz.
Jesteś piękna, z
powodu błysku w twych oczach,
kiedy mówisz o czymś,
co kochasz.
Śpiewał
do mnie Billy, patrząc głównie w moje oczy, chociaż czasem zerkał na struny, a
dla mnie nie było ważne, że pominął część Proszę,
wróć do mnie.
Chociaż
było to dla mnie ważne, bo
zrozumiałam, że piosenka ta płynęła wprost z serca mojego męża i mówiła to, co
właśnie czuł.
Więc
byłam piękna w jego oczach.
Byłam
mu tak wdzięczna za mówienie tego głośno i raz za razem, że później, kiedy
znaleźliśmy się w naszej sypialni, włożyłam choker i poprosiłam go, żeby mnie
nie zdominował, ale zniewolił.
-
Zwiąż mi ręce - błagałam go, kiedy się opierał.
-
Anie - mówił mi Billy, a jego głos był ochrypły z podniecenia - Nie chcę cię
skrzywdzić.
-
Nie skrzywdzisz - mruczałam jak kotka, jęczałam z desperacji, wiłam się z
pożądania - Proszę!
Billy
poddał się, a wiedziałam o tym, kiedy skierował się do naszej garderoby,
rozkazując mi:
-
Rozbierz się do naga i uklęknij na łóżku.
Zanim
wrócił, jego rozkaz był wykonany dokładnie tak, jak to lubił.
Kiedy
Billy pokazał mi, co przyniósł z naszej szafy, zaczęłam dyszeć, skoro już
wcześniej byłam mokra z oczekiwania.
Był
to miękki pasek od szlafroka, którego zwykle nie używałam, ale który był gdzieś
tam schowany i, najwidoczniej, nie poszedł w zapomnienie.
-
Wyciągnij przed siebie ręce - nakazał mi Billy, a potem, kiedy to zrobiłam,
skrępował moje obie dłonie z przodu mnie.
-
Włóż je sobie między nogi i pieść się - padł kolejny rozkaz, który wykonałam z
najwyższą rozkoszą.
Kiedy
przy tym jęknęłam, Billy zatrzymał się, a był właśnie w trakcie rozbierania
się, i spojrzał na mnie surowo.
-
Nie wolno ci dojść! - warknął.
-
Tak, panie - wystękałam, pieszcząc się coraz bardziej intensywnie, bo po moich
palcach płynęły moje soki.
Kiedy
Billy był całkiem nagi, podszedł do mnie, wyrwał moje palce z mojej kobiecości
i włożył je sobie do ust, przez cały ten czas patrząc mi prosto w oczy.
Pożądanie,
jakie widziałam w jego oczach rozpalało mnie jeszcze bardziej.
-
Na plecy, ręce nad głowę i kolana wysoko - rozkazał mi Billy i pomógł mi w
wykonaniu tego polecenia, jednocześnie na kolanach wchodząc na łóżko między
moje nogi.
A
potem wszedł swoją twardością we mnie i było tylko lepiej i lepiej.
Do
fantastycznego, odlotowego finału, kiedy oboje krzyczeliśmy swoją rozkosz
wzajemnie w swoje usta.
Kiedy
wspominając te chwile, stałam pod ścianą Piwnicy,
mój mąż usiadł na krzesełku, które stało tam jak zwykle i wziął gitarę na
kolana.
Cała
sala ucichła i zamarła w oczekiwaniu.
-
Witajcie - mruknął Billy do mikrofonu - Jest dzisiaj z nami kilkoro moich
przyjaciół - na sali rozległy się szepty i chichoty, ale szybko zamilkły - Ale
ten występ dedykuję w całości mojej kochanej żonie, która zawsze we mnie wierzy
i mnie wspiera. Kocham cię, Hannah Brown.
O,
Boże!
Powiedział
to głośno przy wszystkich.
To
było nasze, ale ja też chciałam, żeby wszyscy to wiedzieli i nie zamierzałam
się z tym kryć, więc, kiedy Billy spojrzał na mnie po powiedzeniu tych słów,
przytknęłam dłoń do ust i wysłałam mu buziaka.
Billy
uśmiechnął się krótko, trochę nerwowo, a potem skupił się całkowicie na gitarze
i mikrofonie.
-
Ponieważ wielu z was jest tu po raz pierwszy - mówił - Powiem wam, co będę
śpiewał. Na początek mój hymn. Cover grupy Score,
który jest moim wyznaniem wiary. A potem coś o was i dla was.
Billy
położył dłoń płasko na pudle gitary, opuścił głowę, widziałam, jak brał głęboki
wdech, a potem zaczął śpiewać swoje Na,
na, na…
Znałam
to na pamięć, ale ani trochę mi się nie znudziło.
Mogłabym
słuchać tego codziennie do końca mojego życia.
A
w tej cudownej chwili patrzyłam na naszych przyjaciół i widziałam zachwyt,
zauroczenie, wzruszenie i wiele jeszcze innych, ale wszystkich dobrych uczuć,
które pojawiły się na ich twarzach.
Billy
grał i śpiewał swoje Legendę, W mojej krwi, Urodzeni do tego, a ja widziałam, jak słowa trafiały wprost do
głębi tych mężczyzn, z którymi pracował, a którzy nawet nie wiedzieli, że to na
nich się wzorował.
Spojrzałam
na swojego mężczyznę.
Bo,
słuchając tego, nagle zaczęłam zauważać.
Kiedy
kilka miesięcy temu słyszałam to po raz pierwszy, w piosenkach Billy’ego była
pasja przesiąknięta gniewem, jakby
właśnie postanowił walczyć o to, o czym śpiewał, ale wiedział, że czekała go
długa droga i nie do końca wierzył w powodzenie.
Teraz
pasja była związana z radością, jakby mu się to udało.
Jakby
obecność tych mężczyzn, z którymi pracował, ich akceptacja, były właśnie tym,
czego potrzebował, by być pełnym.
Złapałam
wzrok Evy, a ona uśmiechnęła się delikatnie do mnie, skinęła głową z aprobatą,
więc przechyliłam głowę bokiem w stronę sceny i również się uśmiechnęłam.
Miałam
wrażenie, że ona rozumiała mnie doskonale,
a na pewno lepiej niż moja własna mama.
Eva
wiedziała, czemu czułam dumę z tego, że miałam takiego wspaniałego mężczyznę i
dlaczego chciałam mówić o tym wszystkim dookoła na różne sposoby.
*****
Abigail
Cztery tygodnie
później
Korytarz
za moimi plecami był już prawie pusty, bo wszyscy śpieszyli się do domu w ten
ostatni dzień przed feriami.
Otworzyłam
z zamka szyfrowego moją szafkę szkolną, by zabrać z niej moje książki i zeszyty
na przerwę świąteczną, kiedy zamarłam z zaskoczenia.
Leżała
tam gruba, kwadratowa koperta, o jakiej wiedziałam, że musiała mieć w środku
folię bąbelkową, więc nie przecisnęłaby się przez szczelinę w metalowych drzwiczkach
tej szafki.
Ktoś
się do niej włamał, żeby to dla mnie zostawić i kiedy zobaczyłam napis na
froncie koperty, wiedziałam kto to był.
Dla mojego Słonecznika.
Tylko
On mnie tak nazywał.
Nie
miałam od Niego żadnej wiadomości od pięciu tygodni.
Przełożyłam
szybko wszystkie książki i zeszyty do mojej płóciennej torby jak wiele innych
pomalowanej przeze mnie w kwiaty, złapałam kopertę i zatrzasnęłam szafkę.
Wyjęłam
z szafki resztę rzeczy, włożyłam czapkę na głowę, owinęłam się ciepłą kurtą,
szalikiem, zarzuciłam torbę na ramię i ruszyłam do wyjścia ze szkoły, by jak
najszybciej znaleźć się w moim samochodzie.
Kopertę
przez cały czas trzymałam w ręku.
-
Hej, Abi - zawołała Ella, jedna z moich koleżanek, mijając mnie w drzwiach
wyjściowych - Wesołych Świąt.
-
Hej - wymusiłam uśmiech, kiedy jej odpowiadałam - Dzięki. Tobie też.
Ella
szła w stronę ulicy, bo przyjeżdżał po nią jej tata, a ja skierowałam się na
parking szkolny.
Kiedy
wreszcie usiadłam w swoim Chevrolecie, wrzuciłam torbę na siedzenie pasażera i
zaczęłam niezdecydowanie kręcić kopertę w palcach.
Chciałam
ją otworzyć.
Bardzo chciałam.
Ale
trochę się również tego bałam.
Pożegnaliśmy
się w obecności innych ludzi bardzo formalnie, oficjalnie i miałam nadzieję, że
to nie było pożegnanie.
Przez
długie tygodnie czekałam, żeby przyjechał do mnie i powiedział mi, jak bardzo
za mną tęsknił, że nie mógł beze mnie żyć, że byłam jego Słonecznikiem, jedynym
źródłem kolorów.
Tak
jak wielokrotnie mawiał, kiedy byliśmy przez te kilka dni zamknięci w tamtym
domu.
Nasycasz świat
kolorami
- mówił.
Ta
koperta wywołała we mnie strach, bo czułam, że to było właściwe pożegnanie na
wieki.
Nie
chciałam się z nim żegnać.
Serce
bolało mnie tak bardzo, że nie mogłam oddychać.
A
potem odważyłam się.
Rozdarłam
bok koperty, przechyliłam ją i na moją podstawioną dłoń wypadł naszyjnik.
Był
to słonecznik.
Wykonany
z emalii zatopionej w srebrze, dość duży, jaskrawo żółty, z ciemno zielonymi
listkami i brązowym środkiem.
Bardzo
realistyczny.
Przepiękny.
Miał
doczepiony rzemyk, na którym mogłabym go nosić na szyi i wiedziałam, że to
zrobię.
To
byłam ja.
W
kopercie była też kartka.
List
pożegnalny.
Wiedziałam.
Słoneczniku,
Żyj kolorowo. Nadal
maluj świat wokół ciebie w barwne kwiaty, jak robisz to każdego dnia. Rozdawaj
ludziom piękno swej duszy.
Nigdy tego nie
trać.
Może kiedyś się
spotkamy, ale nie czekaj.
Po prosu żyj,
kochaj i bądź kochana.
W.
Kochałam
i wierzyłam, że byłam kochana.
Nie
płakałam, chociaż serce mi krwawiło, bo właśnie dotarło do mnie, że to było właśnie
to, czego oczekiwałam.
Bałam
się tego, ale musiało nadejść.
Mogłam
żyć z tym, co mieliśmy.
Moja
cudowna Anie miała swoją miłość, chociaż jej nie szukała, więc i ja mogłam mieć
swoją, ale miałam wypełnić Jego wolę.
Nie
będę czekała.
Będę
żyła kolorowo.
Chociaż
nadzieja umiera ostatnia.
*****
Billy
Pierwszy dzień
Świąt wcześnie rano
Billy
wszedł do ich domu po nocnym dyżurze i nie był zaskoczony tym, że jego żona
przywitała go przy wejściu do salonu, bo zawsze to robiła.
Choćby
nie wiadomo jak się starał, był cicho i parkował nieco dalej, Anie zawsze
wiedziała, że on wchodził w drzwi ich domu i czekała tam z pocałunkiem.
Więc
przestał się kryć.
Parkował
pod oknem ich salonu, tuż obok jej Jeepa i wchodził swobodnie.
Jak
teraz.
Podszedł
do swojej Anie, objął ją w pasie, schylił głowę i przesunął językiem po
naszyjniku zdobiącym jej szyję, a potem przeszli razem do kuchni, gdzie było
naszykowane dla niego śniadanie.
Jak
zawsze.
Kiedy
Billy zjadł, a Anie siedziała na stołku naprzeciwko niego, z brodą podpartą na
jednej ręce, której łokieć leżał przed nią na blacie i patrzyła na niego ze
szczęściem i oddaniem w oczach, sprzątnęli naczynia do zmywarki i przeszli
schodami do sypialni.
Billy zatrzymał swoją żonę na środku pokoju,
by dać jej swój prezent gwiazdkowy, który miał dla niej schowany w swojej
szufladzie pod skarpetkami.
Poszedł
po niego, wcześniej prosząc, by się zatrzymała tyłem do łóżka.
-
To coś, co jest również dla mnie - wyjawił Anie, kiedy wrócił do niej z
pudełkiem, którego nie miał obwiązanego kokardą, bo chciał sam wyjąć to, co się
w nim znajdowało.
Billy
posadził Anie na brzegu łóżka i patrzył jej w oczy, trzymając wciąż nie otwarte
pudełko w obu dłoniach.
-
Już dawno tego pragnąłem - powiedział cicho, obserwując jej reakcje - Ale kiedy
ty poprosiłaś, żebym cię zniewolił, błagałaś,
żebym cię związał, postanowiłem pójść o krok dalej. Dla nas.
Billy
otworzył pudełko i odłożył pokrywkę na łóżko obok Anie.
-
Najpierw cię rozbierzemy - powiedział do swojej żony, a jego głos zdradzał jego
podniecenie.
Anie
nie miała na sobie jednej ze swoich koszulek, co było dziwne, zważywszy na to,
że włożyła choker, ale Billy się tym nie przejął.
Po
prostu zdjął z niej wszystko, w co była ubrana i posadził ją nagą z powrotem na
łóżku.
Wziął
do ręki jej prawą rękę i wyjął pierwszy przedmiot.
Był
to szeroki, czarny, skórzany mankiet, wyłożony od strony ciała czerwonym
welurem, zapinany na dwie metalowe sprzączki.
Billy
zapiął go starannie na nadgarstku Anie i spojrzał jej w oczy.
Kurwa,
tak!
Podnieciła
się!
Lekko
wyprostowała plecy, rozchyliła usta, a jej oczy rozbłysły.
Billy
uśmiechnął się w duchu do siebie.
Mógł
się założyć, że, gdyby włożył jej palce między nogi, poczułby wilgoć.
Dokładnie
tak to sobie wyobrażał, o tym marzył.
Wyjął
drugi mankiet i zaczął go zapinać na drugim nadgarstku swojej żony, a ona
opuściła głowę i patrzyła tylko na swoje ręce, dysząc przy tym płytko i szybko,
jakby chciała jęczeć z niecierpliwości.
Billy
skończył, przełożył obie ręce Anie do tyłu i złożył je tak, by musiała trzymać
się za łokcie, kiedy spinał jej ręce razem na plecach.
Kiedy
dokończył robić to jedno, odsunął się, spojrzał na nią, poczuł, jak nieuchronnie
stwardniał i warknął cicho.
-
Kurwa, jaka piękna.
Anie
zadrżała, ale pozostała wyprostowana.
Sutki
jej stwardniały.
Jej
włosy nadal były zbyt krótkie, by zakryć jej cycki, ale i tak wyglądała niesamowicie podniecająco.
Billy
sięgnął ponownie do pudełka, stojącego na łóżku, wyjął z niego kolejne mankiety
i uklęknął, by zapiąć je na kostkach u nóg swojej kobiety.
Potem
odszedł na dwa kroki, rozebrał się szybko i niechlujnie, a przy tym rozkazał:
-
Uklęknij przy łóżku.
Wykonała
to bez wahania, więc Billy wiedział, ze podobała jej się perspektywa takiej
zabawy.
Zaczął
od oglądania, jak jego słodka Anie z pełnym oddaniem lizała i ssała jego spragnionego
kutasa, kiedy trzymał dłoń na jej głowie.
Potem
wciągnął ją na ich łóżko, rozpiął ręce, położył na plecach i spiął jej
nadgarstki z kostkami.
I
znowu oglądał.
Tym
razem było to jej błaganie, wicie się i jęki, kiedy wilgoć wręcz zalewała jej
kobiecość.
A
potem się nią zajął.
Zajęło
im to chwilę, ale zakończyło się spektakularnym spełnieniem.
Billy
po raz kolejny nasycił się ciałem swojej żony i dziękował Chrystusowi za to, że
On postawił tę cudowną kobietę na jego drodze.
Byli
idealnie dopasowani.
*****
Dwie i pół godziny
później
Billy
obudził się, kiedy Anie zaczęła się podnosić z łóżka i od razu wiedział, że
nadeszła pora na rozpoczęcie ich dnia.
To
miały być ich pierwsze Święta spędzone razem jako rodzina.
Jack
nie rozpakował żadnego prezentu poprzedniego dnia, bo powiedział, że chciał to
zrobić w obecności ich obojga, więc Billy wiedział, że młody już wstał lub
wstanie lada chwila, z niecierpliwością wyczekując możliwości rozpakowania
swoich prezentów.
Nie
dziwił mu się.
Cieszył
się tym razem z nim.
Kiedy
dwa dni wcześniej pojechali we dwóch po choinkę i potem we trójkę zaczęli ją
ubierać, Billy poczuł do głębi swoich wnętrzności, czego im obu brakowało w życiu.
A
Anie zaszalała.
Udekorowała
nie tylko choinkę, ale również cały ich salon, bawialnię, a także wejście do
domu tysiącem lampek, bombek, gałązek i gwiazdek.
Jakby
chciała uzewnętrznić całe szczęście, jakie czuła w związku z tym, że miała swój dom i miała dla kogo
przygotowywać Święta.
Na
świąteczny obiad tego dnia byli zaproszeni nie tylko Kate i Abi Sensible z
małym Ablem, ale również Oli i Helena.
Billy
był pewien, że Anie poprzedniego dnia stała przy kuchni, by gotować, piec i mieszać
to, co mieli tego dnia zjeść.
-
Billy - usłyszał jej cichy głos, kiedy wyszedł z ich wgłębionej szafy z
ubraniami na ten dzień naszykowanymi w ręku, bo mieli iść pod prysznic.
Anie
stała tam, w ich sypialni, z rękoma za plecami i patrzyła na niego dziwnie, jak
nigdy dotąd nie patrzyła.
Billy
spiął się, ale to, co było w jej twarzy, nie było złe.
-
Mam dla ciebie prezent - powiedziała jego żona, wyjmując zza pleców białe pudełko,
obwiązane czerwoną wstążką.
-
To coś, co jest również dla mnie - powtórzyła jego słowa sprzed paru godzin, a
Billy zmarszczył brwi, nie mogąc się domyślić, co mogłoby to być.
Wziął
do rąk pudełko, zerknął na Anie, która przyglądała mu się w napięciu, ale z
uśmiechem i zagryzła dolną wargę.
Odwiązał
wstążkę, zdjął pokrywkę, odsunął białą bibułkę i zobaczył malutkie białe
buciki.
Wyjął
je palcami jednej ręki, rzucił pudełko na podłogę obok siebie, a potem podniósł
wzrok na swoją żonę i wziął dużo powietrza do płuc, które nagle stały się
lekkie.
-
Tak? - zapytał na wydechu.
-
Tak - Anie powiedziała i jednocześnie skinęła głową - Początek szóstego
tygodnia. Byłam u lekarza.
Billy
jednym dużym krokiem znalazł się tuż przy niej, by owinąć ją ramionami i wziąć
jej usta w głębokim pocałunku.
Potem
przycisnął głowę swojej żony do swojej piersi, kiedy swoją głowę włożył w jej odrastające
włosy.
-
Więc się cieszysz? - zapytała Anie, a on się zaśmiał.
Ale
nie był to pełen, swobodny śmiech, bo jednocześnie dławiły go łzy wzruszania.
-
Tak, piękna - wyszeptał na końcu - Cieszę się.
I
cieszył się jak cholera nie tylko dlatego, że Anie miała być szczęśliwa, ale również
dlatego, że kilka miesięcy wcześniej on też to stracił i wreszcie oboje mieli to odzyskać.