poniedziałek, 6 lutego 2023

16 - Powiedz im, że ich kocham

 

Rozdział 16

Powiedz im, że ich kocham

Hannah

 

 

Trzy tygodnie później

Wychodziłam z kamienicy, w której byłam z wizytą, chowając do torebki małą, białą kopertę z prezentem dla mojego męża i myśląc o tym, czy nie powinnam wyjąć telefonu, by powiedzieć mu, że coś dla niego miałam.

Tak bardzo chciałam podzielić się tą radosną informacją.

Nie wiedziałam, co mnie powstrzymało.

W najbliższą sobotę mieliśmy być na urodzinach Davie’go u Evy i Jimmy’ego, więc tam mogłabym opowiedzieć o tym wszystkim naszym przyjaciołom, ale Billy był tym, który powinien wiedzieć pierwszy.

Mogłam to zrobić tego dnia wieczorem.

Przy okazji zaproszenia na te urodziny, dowiedziałam się od innych kobiet, że Eva i Jimmy urządzali najlepsze przyjęcia, tak zwane Imprezy u Sparków, ale wszystkie przyjaciółki pomagały przy ich organizowaniu.

Zapytałam o prezent dla chłopca, bo chciałabym mu dać coś, co naprawdę by lubił, a nie tylko coś, co ja bym myślała, że powinno mu się podobać i wtedy usłyszałam o tym przyjęciach.

I dowiedziałam się, że mogłam mu dać drobiazg, nawet jakiś smakołyk, bo liczyła się pamięć i nasza obecność.

Chodziło o to, że cała ta rodzina bardzo lubiła po prostu być razem.

Rozumiałam to i cieszyłam się z tego ze względu na Evę.

My też to mieliśmy.

Tę bliskość w kręgu naszej małej rodziny.

Billy tego wieczoru był w pracy (na dzienną zmianę), do której wrócił już prawie tydzień temu, chociaż Oli wciąż nie pozwalał mu brać udziału w akcjach, tylko kazał siedzieć przy radiu.

Billy się nie skarżył.

Kiedyś powiedział mi, że nawet to lubił, a kumple z jednostki cenili sobie to, że umiał słuchać i odpowiednio reagować na usłyszane problemy.

Więc nie zadzwoniłam ani nie napisałam do niego.

Zamiast wyjąć telefon, opatuliłam się szczelniej płaszczem, który miałam na sobie, bo był to zimny wieczór drugiej pierwszej połowy października.

Wychodząc z domu rano, wiedziałam, że po zebraniu w szkole będę miała wizytę u lekarza, więc ubrałam się w ciepłą, ale luźną spódnicę i sweter, który miał szalowy golf, a na nogi na rajstopy włożyłam krótkie botki na niskim obcasie.

W ten wieczór jednego z pierwszych dni października ze względu na zimne podmuchy prawie-zimowego wiatru od gór, wzięłam do samochodu białą, włóczkową czapkę, takie same rękawiczki i teraz miałam to wszystko na sobie.

Płaszcz był pikowany, ocieplony puchowym wypełnieniem niczym zimowa kołdra i miał wysoko pod szyję kołnierz-stójkę na zatrzaski, które zapięłam, by przejść dwie przecznice do swojego Jeepa.

Torebkę przewiesiłam skosem przez pierś, wcisnęłam dłonie do kieszeni płaszcza i ruszyłam chodnikiem, patrząc pod swoje nogi i uśmiechając się do swoich myśli.

Życie było dobre.

Miałam wszystko, o czym kiedykolwiek marzyłam.

Dom, rodzinę, męża, który rozumiał moje potrzeby i dbał o ich spełnienie.

Kochałam go i on kochał mnie.

Nigdy tego sobie nie powiedzieliśmy po tamtym razie, kiedy Billy był rekonwalescentem o jego postrzale, ale czułam to i miałam nadzieję, że on to czuł.

Udowadniał to.

Jako prezent na zakończenie pierwszego miesiąca naszego małżeństwa Billy kupił mi niezwykły srebrny naszyjnik.

Były to cieniutkie kółka o centymetrowej średnicy, splecione ze sobą tak pięknie, że układały się w obróżkę na skórze mojej szyi.

Dowiedziałam się, że nazywało się to choker.

Billy zapiął go kółkiem-zapięciem na moim karku w naszej sypialni zaraz po naszym wejściu tam, kiedy powiedzieliśmy Jackowi dobranoc i wyjaśnił mi, że to nie był zwykły naszyjnik, ale coś specjalnego, coś tylko dla nas.

Miałam go bowiem zakładać w dni, kiedy miałabym ochotę na seks, w którym mój mąż byłby moim panem i rozkazami doprowadzałby mnie i siebie do „niegrzecznej, ale najwyższej” rozkoszy.

- Zgadzasz się na to, kochanie? - zapytał Billy, a ja przez chwilę nie wiedziałam, co odpowiedzieć.

- Umówmy się, że teraz to zdejmę, a ty się zastanowisz - powiedział mój ukochany, udowadniając po raz kolejny, że nieustannie dbał o mój komfort - Jeśli uznasz, że to zbyt wiele, nie wyjmiesz jej nigdy z szuflady, a ja nie pogniewam się o to na ciebie. Chciałem tylko, żebyś wiedziała, że mamy taki wybór.

Skinęłam głową i tym, co głównie czułam, była wdzięczność.

I tamtego dnia, cóż, zdjęłam ten naszyjnik z szyi i faktycznie schowałam go do szuflady szafki nocnej.

Nie rozmawialiśmy o tym z Billy’m tego dnia, a ja obawiałam się wspominać uczucie, które mnie dopadło, kiedy miałam na sobie ten łańcuszek, bo dominowało coś, co mnie zawstydzało.

Podniecenie.

Ale, kiedy leżeliśmy w łóżku i przytulałam się do mojego męża, poczułam się bezpiecznie i postanowiłam go zapytać o to, co miało to oznaczać.

To, czyli „niegrzeczna, najwyższa rozkosz”.

- Wiem, Słonko, że lubisz, jak ci rozkazuję - powiedział Billy, odpowiadając mi na moje niepewne, wyjąkane pytanie - Ja lubię ci rozkazywać. Więc moglibyśmy zacząć badać nasze granice. Nie tylko kochać się, ale eksperymentować z seksem.

- Och - westchnęłam.

Tak, to było coś, co definitywnie musiałam przemyśleć.

Wtedy po prostu poszliśmy spać, a następnego dnia rano wstałam jak zwykle po szóstej, by przygotowywać się na swój dzień, a zaczęłam od prysznica, pod który poszłam razem z moim mężem.

Nie był to pierwszy raz, kiedy to robiliśmy, ale po raz pierwszy zaczęłam się zastanawiać, czy mogłoby być inaczej, a może nawet lepiej, gdybym odważyła się być trochę bardziej niegrzeczna.

Dlatego kilka dni później powitałam mojego męża w naszej sypialni, mając jego prezent na szyi.

Pierwszą nagrodę dostałam od chwili jego wejścia do sypialni, bo jego spojrzenie stało się gorące i jego cudowny, seksowny uśmiech z dołeczkami w policzkach pokazał mi, jak bardzo mu się to podobało.

Byłam ubrana w jedną z moich nowych koszulek nocnych i w majtki, więc nie byłam całkiem przygotowana na zabawę, jakakolwiek miałaby być.

Billy jednak początkowo po prostu obszedł mnie dookoła, więc pozwoliłam mu na to i stałam tak bez ruchu.

Dyszałam jednak z podniecenia.

Potem stanął naprzeciwko mnie i patrzył mi prosto w oczy.

- Rozpuść włosy - rozkazał, a ja natychmiast wykonałam to polecenie, biorąc swój warkocz w obie ręce, ale nadal nie spuszczając wzroku z oczu mojego męża.

A on cofnął się, opadł tyłem na łóżko, które było za nim i, siedząc tam, patrzył na mnie, kiedy stałam z włosami opadającymi mi na plecy i przód tak, jak Billy lubił to najbardziej, kiedy częściowo skrywały moje piersi.

- Będziesz dzisiaj mówiła do mnie panie - powiedział.

Skinęłam głową.

- Słowami - warknął.

- Tak, panie - szepnęłam.

- Boisz się? - zapytał.

- Nie, panie - nadal szeptałam.

Zobaczyłam, że jego oczy zrobiły się ciepłe i łagodne.

Wiedział, że mu ufałam.

- Rozbierz mnie - rozkazał.

Podeszłam do niego do łóżka i zaczęłam zdejmować z niego kolejne części garderoby, kiedy dyrygował mną, bo na początku robiłam to zbyt szybko.

Kiedy był w samych bokserkach, kazał mi się odsunąć i wstał z łóżka.

Podszedł do szafki nocnej, na której odłożył wcześniej telefon, przesuwał po nim przez chwilę palcem, a potem usłyszałam jakąś cichą muzykę.

- Rozbierz się dla mnie w rytm tej muzyki - rozkazał mi, a ja uznałam, że miało to być powolne, seksowne rozbieranie.

Striptiz.

Więc przeciągnęłam dłońmi po koszuli nocnej, zaczęłam się kołysać i zastanawiałam się, co miałam zrobić.

Nigdy nie widziałam striptizu, nigdy nie tańczyłam tak, by być seksowną, więc nie wiedziałam, czy nie zrobię czegoś głupiego, ale obiecałam sobie spróbować być „niegrzeczną”, więc postarałam się i po spojrzeniu, jakim obrzucił mnie Billy, wiedziałam, że zrobiłam dobrze.

Kiedy byłam już całkiem naga, a moje włosy były jedyną rzeczą, która skrywała moją skórę, Billy wstał, podszedł do mnie i kazał mi wejść na łóżko, uklęknąć, a później usiąść na piętach tak, bym widziała siebie w lustrze mojej toaletki.

Dokładnie tak, jak mu opowiedziałam, że zrobiłam tego dnia, kiedy tęskniłam za nim, jak był w szpitalu.

Usiadł w fotelu, który przestawił tak, że był naprzeciwko mnie, ale nie zasłaniał lustra i kazał mi się pieścić.

 - Dotknij się, Anie - powiedział i jego głos zdradzał to, jak bardzo był podniecony, ale nadal siedział tak strasznie daleko ode mnie.

- Nie tak - rzucił, kiedy zaczęłam gładzić dłońmi swoją skórę na brzuchu i biodrach - Dotknij swojej cipki. Pieść ją.

Wciągnęłam nagły, ostry wdech, kiedy zrozumiałam, że już samo to polecenie mnie pchnęło na sam skraj rozkoszy i mogło wystarczyć cokolwiek, żebym doszła.

Wstyd powstrzymywał mnie jednak przed spełnieniem jeszcze dość długo.

Nie umiałabym powiedzieć, co działo się później.

Nie pamiętałam tego.

Byłam tak bardzo podniecona i tak bardzo zdenerwowana, że mój mózg przestał prawidłowo pracować.

Wiedziałam tylko, że oboje ostatecznie przeżyliśmy najwspanialsze szczyty, chociaż zaczęło się od tego, że dochodziliśmy w pewnej odległości od siebie, bo mój mąż pieścił się, patrząc na to, jak ja się pieściłam, a dopiero później Billy wziął moje ciało w posiadanie tak, jak lubiłam najbardziej.

Miłość mojego męża czułam nie tylko w czasie naszych zbliżeń, ale najbardziej po nich, bo Billy mnie przytulał i lubił być przytulany.

Dotykał mnie właściwie przez cały czas, kiedy byliśmy blisko siebie.

Było to spanie w jego objęciach, ale też głaskanie po tym, jak się kochaliśmy, mycie się, dotyk, kiedy tylko przechodził obok, stanie tak blisko, że czułam jego skórę na mojej, kiedy robiliśmy coś razem na przykład w kuchni.

Zawsze.

Billy właściwie o to nie prosił, ale od tamtego dnia stałam się na tyle odważniejsza, że zaczęłam sypiać w moich koszulkach nocnych bez majtek, by mój mąż miał lepszy, łatwiejszy dostęp do mojej kobiecości.

Lubił to, co pokazywał mi, pieszcząc moje nagie pośladki, kiedy układałam się częściowo na nim do snu.

Kolejną sprawą, która dawała mi szczęście, było zwykłe życie rodzinne, jakie mieliśmy na co dzień.

W tym wychowywanie Jacka.

Obaj oni mieli swoje męskie sprawy i lubiłam to, ale Jack bardzo często przychodził ze swoimi problemami do mnie, co również lubiłam.

Wciąż starałam się rozwijać jego zainteresowania, by mógł realizować swój talent w takiej dziedzinie, jaką by sobie wybrał.

Na razie skłaniał się do pisania reportaży.

Pewnego wieczoru wracaliśmy do domu we dwójkę z Jackiem od Aleka i Sama, bo odprowadziliśmy tam Abi, która była u nas z wizytą, a miała jeszcze z Alekiem coś do obgadania na temat ich pracy, kiedy spotkaliśmy na galerii tamtego kompleksu mieszkaniowego pewnego mężczyznę.

Był to dość potężny blondyn, który miał bardzo surowy, nieprzyjazny, wręcz odpychający wyraz twarzy, więc uśmiechnęłam się do niego niepewnie i chciałam go wyminąć, by zejść schodami na dół.

Jack jednak zatrzymał się jak wryty i szarpnął moją rękę, którą trzymałam jego dłoń, bym również się zatrzymała, co zrobiłam.

- Ty… Pan to Benjamin Write - chłopiec wyszeptał z zachwytem, wpatrując się w mężczyznę jak w obraz.

Mężczyzna przystanął, spojrzał na młodego z pewnym zainteresowaniem, a potem dość ponuro na mnie, więc pociągnęłam dłoń Jacka, by pójść dalej.

- Nagroda Pulitzera 2018 - chłopiec nadal szeptał, a wtedy do mnie dotarło, że Jack właśnie spotkał swojego idola.

- Dzień dobry - powiedziałam do mężczyzny, a ten spojrzał na mnie przelotnie i wciąż nieprzyjaźnie.

- Jack - powiedziałam cicho do chłopca i pociągnęłam go delikatnie za rękę w stronę schodów, w którą to stronę sama zrobiłam kolejny krok - Nie przeszkadzaj panu. Widzisz, że się spieszy.

Jack puścił moją rękę, został z tyłu, za mną i wiedziałam, że chciał jeszcze coś powiedzieć, ale się wstydził.

Nie czułam się dobrze z tym, że go odciągałam od tej rozmowy, ale też nie chciałam, żeby rozczarował się, kiedy by stwierdził, że jego idol był tak niemiły, na jakiego wyglądał ten mężczyzna.

W tym momencie schodami na galerię wbiegła Sonija.

Sonija taka była.

Przeważnie nie chodziła, ale biegała.

- Hej, kochanie! - krzyknęła zanim jeszcze znalazła się na górze schodów, więc nas nie widziała.

- Och! Hej Hannah! - zawołała chwilę później, kiedy byliśmy w zasięgu jej wzroku - Hej, młody!

- Yo, mała - mruknął ten mężczyzna, który właśnie nas mijał.

Spojrzałam na niego z nowym zainteresowaniem, bo widywałam czasem Soniję na tej galerii, znała też Jacka, ale nigdy nie rozmawialiśmy o jej mężczyźnie.

Najwidoczniej ten, którego Jack rozpoznał jako swojego idola, laureata nagrody Pulitzera, był właśnie jej mężczyzną.

Jeszcze jeden talent w tej „rodzinie”, na którą składali się przyjaciele Evy, Aleka i innych, a teraz też Abi, Jacka i moi.

- Poznaj moich nowych przyjaciół - trajkotała Sonija, kompletnie nie przejmując się tym, ze mężczyzna właśnie wziął ją w ramiona i wycisnął z jej ust jęk, kiedy ją mocno pocałował - To Hannah, żona Billy’ego. Wiesz, opowiadałam ci. A to jego brat, Jack.

Benji spojrzał na nas jeszcze raz, ale tym razem nie było w jego oczach ani trochę wrogości.

A ja nagle byłam w stanie go zrozumieć.

Po prostu zbyt często miał w życiu sytuacje, kiedy musiał znosić nachalność obcych, a nie chodziło o kolor skóry Jacka.

Sonija miała taki sam.

- Hannah… - Sonija zwróciła się do mnie - to mój facet, Benji - przechylił głowę w stronę mężczyzny, w którego ramionach wciąż stała.

- Miło mi poznać - odpadałam z lekkim uśmiechem i skinęłam głową w jego stronę, a on to odwzajemnił, ale po tym patrzył już tylko na chłopca.

- Więc interesujesz się reporterstwem? - zapytał go, a Jackowi zaświeciły się oczy z czystej radości.

Nie słuchałam ich, kiedy prowadzili swoją wymianę zdań.

Patrzyłam na cichą radość i dumę Soniji, na bliskość tej dwójki, bo przytulali się prawie przez cały czas i byłam szczęśliwa, że to mieli, ale nie zazdrościłam im, bo ja też to miałam.

Prawdziwą miłość.

- Pamiętaj, młody… - dotarły do mnie słowa Benji’ego, skierowane do Jacka - że to dar i przekleństwo. Musisz bardzo uważać, by nikogo nie skrzywdzić. Tobie będzie się wydawało, że opisujesz rzeczywistość samymi dobrymi słowami, w dobrej intencji przedstawisz coś, co będzie prawdą, ale ludzie zawsze spróbują znaleźć w tym coś złego, fałsz, mogą pozazdrościć czegoś, albo coś przeinaczą.

- Wiem - szepnął Jack, a ja spojrzałam na niego uważniej.

Pomyślałam wtedy, że może faktycznie miał już w swoim życiu jakąś taką sytuację, w której ktoś źle zrozumiał jego słowa, słowa napisane przez niego w dobrej wierze, a ja o tym nie wiedziałam, bo właśnie tak to zabrzmiało.

- Chciałbym raczej się skupić na wydarzeniach kulturalnych - przyznał chłopiec i ponownie zdziwiłam się jak dojrzale potrafił się wyrażać i jak dojrzale spostrzegał to, co go otaczało - Może reportaże przyrodnicze.

Benji miał łagodny wyraz twarzy, pokiwał głową i powiedział na koniec:

- Jakbyś miał jakieś pytania, problemy - poczułam na sobie jego wzrok, więc spojrzałam w jego oczy - Hannah ma numer do Soniji, to możecie zadzwonić. Albo po prostu zapukaj. Mieszkamy tam - wskazał na drzwi do kolejnego mieszkania po przeciwnej stronie galerii, niż było mieszkanie Aleka i Sama - Słyszałem, że mieszkacie niedaleko.

- Tak! - zawołał Jack, wracając do skóry dziesięciolatka.

A twarz Benji’ego w tym momencie była ciepła i wyrażała samą sympatię do entuzjazmu chłopca.

- Dziękuję - powiedziałam o wiele spokojniej.

Benji przeniósł wzrok na mnie, skinął głową i odwrócił się do Soniji.

Pożegnaliśmy się i my poszliśmy schodami na dół, by przejść na drugą stronę ulicy do naszego domu, kiedy, jak wiedziałam, oni poszli do swojego mieszkania.

Właśnie o tym wszystkim myślałam, idąc chodnikiem w stronę swojego Renegade i przyciskając do siebie ramiona, kiedy zimniejszy podmuch wiatru przeniknął przez mój płaszcz.

Uśmiechnęłam się do siebie.

Tak.

Życie było bardzo dobre.

Spełnienie moich marzeń.

Miałam pojechać do przyjaciółki, odebrać chłopca, którego kochałam jak brata, wrócić do domu, przygotować kolację i poczekać na mojego męża, kiedy wróciłby z pracy, by dać mu mój prezent.

Prawie frunęłam z radości w stronę mojego SUV’a, więc nie uważałam.

Powinnam była uważać.

Kiedy minęłam pierwszą przecznicę i przechodziłam obok ciemnego zaułka pomiędzy kamienicami, poczułam nagłe szarpnięcie, ktoś złapał mnie za ramiona od tyłu, ktoś inny naciągnął mi czapkę na oczy, zachodząc mnie od boku i zostałam odciągnięta od ulicy.

Słyszałam coraz cichszy ruch rzadko przejeżdżających tam samochodów.

Nie mogłam nawet krzyknąć, bo mój głos został stłumiony przez szorstką, silną, męską dłoń, zakrywającą mi usta.

Wszystko stało się tak szybko, ze nawet nie umiałam powiedzieć, ilu napastników mnie otaczało.

Kolejna para rąk pociągnęła mnie w bok, przewróciła mnie na ziemię na plecy, a potem na moich ustach naklejono charakterystycznie śmierdzącą szarą taśmę, a moje ręce zostały podciągnięte nad moją głowę i usłyszałam darcie taśmy, kiedy krępowano mi nadgarstki rąk skrzyżowanych tam i podtrzymywanych dużą, twardą dłonią.

- Nie ruszaj się dziwko - usłyszałam syczący, męski głos - Bo tak ci wpierdolimy, że rodzona matka cię nie pozna.

Nagle przed oczami wyobraźni stanęła mi twarz Ewy, kiedy odwiedziłam ją w szpitalu po jej gwałcie.

To wtedy dowiedziałam się, że byłam uczulona na lateks.

Kazano mi założyć rękawiczki, zanim weszłam do sali, w której leżała moja siostra, a potem, kiedy przez chwilę staliśmy przed drzwiami do jej sali we trójkę z rodzicami, nagle zaczęły mnie strasznie swędzić ręce, chociaż początkowo byłam zbyt przejęta Ewą, weszliśmy do środka, poczułam, że rękawiczki stały się zbyt ciasne i pięć minut później już niczego więcej nie pamiętałam, bo gardło mi się zacisnęło i zaczęłam się dusić.

Zemdlałam wtedy, ale byliśmy w szpitalu, więc uratowano mnie w ciągu kilku minut, chociaż opuchlizna rąk pozostała mi jeszcze długo po tym.

Jednak to nie spowodowało, że nie zauważyłam, jak wyglądała Ewa.

A teraz miałam o kogo się bać, więc nie chciałam, żeby mnie pobili.

Stach mnie wręcz sparaliżował.

Dlatego właśnie nie broniłam się.

Napastnicy podciągnęli mój płaszcz i spódnicę nad moje biodra, rozchylili mi nogi i poczułam chłód metalu na wewnętrznej stronie ud, a później trzask rozcinanego materiału.

Zimne powietrze owiało moją kobiecość.

Rozcięli mi rajstopy i majtki.

Chcieli mnie zgwałcić.

Usłyszałam nieprzyjemny rechot i szyderczy komentarz - Jaka wygolona - a potem palce dotknęły mnie tam, gdzie miał mnie dotykać tylko mój mąż.

To, co stało się później, działo się, jakby nie dotyczyło mnie.

Wyłączyłam się.

Czułam tak, jakbym wyszła ze swojego ciała, stała gdzieś obok i nawet nie przyglądała się temu, co robili.

Nie słyszałam nawet ich głosów.

Ostatnim, co poczułam było to, że jeden z napastników postanowił wziąć sobie na pamiątkę mój warkocz, więc przeciągnął go do siebie, moja głowa odskoczyła w bok, a później zimne ostrze dotknęło mojej szyi i nagle mój kark został odsłonięty.

Czułam tam pustkę, jakiej nie czułam chyba nigdy w życiu, bo moja mama nie godziła się na to, bym miała kiedykolwiek obcinane włosy.

Skupiłam się na tym, więc nie czułam niczego więcej.

Billy kochał moje włosy.

Ale potem poczułam jednak coś, a mianowicie to, że między moimi nogami znalazł się mężczyzna.

Kiedy pierwszy skończył, na jego miejsce wszedł drugi.

Kiedy ten również skończył leżałam przez chwilę nieruchomo, a moje ręce leżały nad moją głową, nogi były rozrzucone, kiedy ponownie czułam niechcianą obecność nad swoim ciałem.

Potem między moimi nogami znalazł się trzeci mężczyzna, ale wtedy pozostali zaczęli się śmiać, więc skupili moją uwagę.

Usłyszałam ich.

- Nie mam pieprzonego zamiaru się zanurzać w tej brudnej kurwie bez gumki - trochę stękając, chrząkając, powiedział ten, który był na mnie.

Och, nie!

Miał prezerwatywę.

Nagła panika spowodowała, że wydusiłam z siebie stłumione Mmmm i pokręciłam głową, ale nie przestawał.

Wszedł we mnie i zaczął się miarowo poruszać, co czułam tylko jako narastające pieczenie.

Na szczęście, trwało to nie dłużej niż minutę.

Niestety, wystarczyło to, żeby zaczęła się reakcja anafilaktyczna podobna do tej, jaką przeżyłam ponad dwa lata wcześniej.

Kiedy mężczyzna skończył, wstał, usłyszałam jak przez mgłę, że zapinał rozporek, a zanim odszedł powiedział coś, co zapamiętałam, chociaż byłam skupiona na przetrwaniu, by uratować coś ważniejszego niż ja sama.

- I zostań tu, dziwko - powiedział głosem mojego szwagraLucasa - Miejsce śmieci jest na śmietniku.

Słyszałam, że odbiegli.

Zostałam sama.

Wiedziałam, że nie miałam wiele czasu.

Śmierdziało, było ciemno, a głosy ruchu ulicznego były oddalone.

Musiałam zdobyć jakąś pomoc.

Jeśli nie dla siebie, to dla tych, których kochałam.

Wysiliłam się i poruszyłam.

Przekręciłam się na bok, opuściłam ręce, złączyłam nogi, między którymi skupiło się bolesne pulsowanie i rosnąca opuchlizna.

Z trudem przesunęłam po mojej twarzy czapkę, przeciągając ją skrępowanymi rękoma tak, by odsłonić sobie oczy.

Spadła całkiem do tyłu i z mojej głowy.

Walcząc z obezwładniającym mnie bólem dolnej części brzucha i z narastającym brakiem oddechu, kiedy zaciskało mi się gardło, wyjęłam swój telefon z torebki, którą wciąż miałam przy sobie.

Położyłam go obok siebie na brudnym betonie i zerwałam taśmę ze swoich ust, by móc mówić.

Zabolało, ale zlekceważyłam to.

Uaktywniłam telefon, wybrałam z kontaktów numer i słuchałam sygnału połączenia, myśląc o tym, że nie miałam szansy na ochronę tego, co miałam mieć.

Musiałam więc zadbać, by to, co pozostało, miało odpowiednią opiekę.

- Hannah? - zapytał przez słuchawkę mężczyzna, który od dawna tak dobrze się mną opiekował.

- Zaopiekuj się Billy’m i Jackiem - szepnęłam z trudem bez powitania.

- Hannah?! - usłyszałam jego krzyk, ale już traciłam świadomość.

- Powiedz im, że ich kocham - starałam się wyszeptać, ale nie wiedziałam, nie byłam pewna, czy mnie usłyszał.

Krzyczał coś do mnie.

*****

Olgierd

To był prawie koniec ich zmiany, więc porządkowali dokumentację i żartowali sobie, przekomarzając się po koleżeńsku, kiedy telefon Oli’ego, który leżał obok niego na biurku, zaczął dzwonić.

Kapitan strażaków był w swoim biurze, ale właśnie wstał, żeby odnieść swój kubek po kawie do zmywarki, więc zawrócił, wziął telefon do ręki, i zmarszczył brwi, kiedy zobaczył imię na wyświetlaczu.

Prawie wyszedł za drzwi biura do przestrzeni wspólnej, kiedy odebrał  i powiedział do niego - Hannah? - robiąc to łagodnie, chociaż z ciekawością w głosie, bo nie wiedział, dlaczego zadzwoniła do niego, a nie do swojego męża.

Na ten dźwięk Billy, siedzący przy radiu z Samem i Tomem, z którymi grał w karty, poderwał głowę i odwrócił się w jego stronę, więc Oli poczuł na sobie jego badawczy wzrok.

Jeszcze był w nim cień uśmiechu.

- Zaopiekuj się Billy’m i Jackiem - usłyszał Oli, a wtedy zamarł ze strachu, bo głos Hannah był słaby, wysilony, zbolały i pokonany.

Młodzi byli szczęśliwi.

Wszyscy to widzieli.

Ostatnio Billy zachowywał się spokojnie, był taki rozluźniony i uśmiechnięty, jaki nie bywał przez te kilka lat, odkąd Oli go znał.

Hannah rozkwitła.

Jeśli teraz stałoby się coś, cokolwiek, co zepsułoby ich szczęście, byłoby to diabelne zrządzenie losu, mówiącego, że nie było sprawiedliwości na tym świecie, a Bóg miał porąbane poczucie miłosierdzia i dobra.

Dlatego Oli się przestraszył i, nie myśląc o tym, że go słyszano, krzyknął do telefonu - Hannah?!

Billy znalazł się przy nim w ciągu ułamku sekundy, a jego krzesło wylądowało metr dalej na podłodze.

Oli nie patrzył na niego, tylko wbijał przerażony, niewidzący wzrok w podłogę przed sobą.

- Powiedz im, że ich kocham - Oli nie był pewien, czy to właśnie usłyszał, bo w głowie mu huczało od dudniącej krwi.

Był kapitanem jednostki strażaków tak długo, że wiedział, co było priorytetem, więc nie poddał się panice.

- Hannah! - powiedział rozkazująco do telefonu - Rozłącz się i zadzwoń pod dziewięćset jedenaście.

Nie odpowiedziała.

Oli nie wiedział, co się działo, ale wyglądało na to, że straciła świadomość.

Musieli ją namierzyć.

Kątem oka zobaczył ruch i przekonał się, że to David wyciągał z tylnej kieszeni dżinsów swój telefon, kiedy Oli odwrócił tam wzrok.

- Yo - usłyszał jego niski głos - Namierz telefon Hannah. Masz numer?

Tak, on też to wiedział.

David rozłączył się, więc Oli domyślił się, że to był Filip, bo to głównie z nim ten mężczyzna tak rozumiał się w pół słowa i wiedział, że Filip miał numer Hannah, by namierzyć jej telefon.

Przyjaźnili się już wystarczająco długo.

Spojrzał z powrotem na Billy’ego, by przekonać się, że Jimmy go trzymał.

Oli nie zajmował się facetem, bo musiał zrobić coś ważniejszego.

Billy musiał sobie poradzić.

Oli podszedł do radia, wywołał ratunkowy i usłyszał:

- Ratunkowy. Co tam FS 13?

- Tu Olgierd - przestawił się - Rick?

- Tak Oli - potwierdził jeden ze znanych mu dyspozytorów, na co kapitan strażaków częściowo odetchnął z ulgą, bo znał się z nim dobrze i wiedział, że mógł na niego liczyć.

- Rick… - wyjaśnił Oli - mamy sytuację. Zadzwoniła do mnie moja podopieczna, żona jednego z moich facetów. Wygląda na to, że coś jej się stało. Chyba straciła przytomność. Nie zadzwoni do ciebie. Potrzebuję, żebyś wysłał do niej karetkę.

- Oli, nie wyślę karetki, jak nie wiem dokąd - prychnął zdenerwowany Frank, ale Oli wiedział, że dyspozytor był gotów pomóc, tylko nie wiedział, jak to zrobić, więc był sfrustrowany.

- Będę miał namiary - Oli stwierdził z pewnością w głosie i kontynuował - Nazywa się Hannah Brown. Lat dwadzieścia dwa.

- Uczulona na lateks i detergenty - warknął Billy, więc Oli wiedział, że mężczyzna trochę się pozbierał.

Dobre i to.

W tym samym momencie, kiedy Oli przekazywał informacje dyspozytorowi, zadzwonił telefon Davida.

- Yo - odebrał.

- Czekaj, Oli - jednocześnie przez radio powiedział Rich - Coś się dzieje.

Oli wiedział, że dyspozytorzy siedzieli przed dużym ekranem, na którym wyświetlane były aktywne zgłoszenia, żeby mogli je kontrolować i nie powielać wysyłania służb w te same miejsca.

Widocznie Rick właśnie coś tam zauważył.

- Daj to mnie - rzucił Rich, a Oli czuł, że to było do drugiego dyspozytora, a nie do niego, więc czekał.

- Dyspozytor Rick… - mężczyzna w głośniku przedstawił się, kiedy zarówno Oli, jak i reszta facetów z jednostki skupiła się przy ich radiu, by słuchać tego, co się działo - Hannah, gdzie jesteś?

Tak! Hannah zadzwoniła pod dziewięćset jedenaście!

Dała radę i była na tyle przytomna, że go posłuchała.

Słuchali, jak kobieta podawała adres coraz słabszym głosem i Billy był już gotów wystartować, kiedy usłyszeli w radiu słaby, rwący się głos Hannah:

Ratujcie… dziecko. Wstrząs… ana…fila…ktyczny. Duszę… się.

- Kurwa mać! - krzyknął Billy i już go nie było.

- David, jedź za nim - rzucił Oli do drugiego ze strażaków ze swojej jednostki, a potem zwrócił się do Jimmy’ego - Jack jest z Evą?

Jimmy skinął głową.

Powiedz im, że ich kocham.

Hannah wiedziała, że było źle, chociaż nadal Oli nie wiedział, dlaczego tak się stało, ale kobieta zawsze myślała o swoim mężu i jego bracie.

Ratujcie dziecko.

Jakie dziecko?

Ich?

Czyżby Hannah była w ciąży?

Oli nie sądził, żeby Billy o tym wiedział, bo nie wspomniał o tym ani słowem, ale z drugiej strony facet był równie skryty, co Hannah, więc mogli nie wspomnieć przyjaciołom.

Chociaż Oli sądził, że wspomnieliby jemu i Helenie, a być może też Evie.

Zadzwonił telefon Olgierda, więc wyjął go z tylnej kieszeni dżinsów, spojrzał na wyświetlacz i zobaczył, że dzwonił David.

- Tak? - odebrał.

- Filip złapał sygnał jej telefonu z zaułka jakieś sto, sto pięćdziesiąt metrów od adresu, który podała Hannah - powiedział David bez wstępu, więc Oli odwrócił się do radia, od którego zdążył przejść w stronę swojego biurka.

David podyktował mu namiary.

- Przekażę - Oli odpowiedział do telefonu i David się rozłączył.

Oli podszedł do radia, wywołał ponownie Ricka i podał mu otrzymaną informację, żeby ratownicy nie kluczyli, szukając kobiety pod wskazanym adresem.

Musieli poczekać na koniec ich zmiany.


 

3 komentarze: