Hannah
Następnego
dnia rano po naszym ślubie wstałam z naszego dużego, podwójnego łóżka, w którym
spędziłam samotnie chyba-prawie-całą naszą noc poślubną, poszłam do naszej łazienki
i zaczęłam się szykować na nasz dzień.
Pierwszy
dzień z wielu kolejnych, jakie miały nadejść, który miałam w całości spędzić
jako żona Billy’ego, pani Hannah Brown.
Poprzedniego
dnia późnym wieczorem poszłam do naszej sypialni sama, jak Billy mi tak nakazał
i zaczęłam się szykować do snu, nie do końca rozumiejąc tego, co się tam działo.
Po
naszym pięknym ślubie, wzruszającej i pełnej znaczenia przysiędze małżeńskiej, po
tym, jak Billy włożył mi na palec swoją obrączkę (a ja jemu włożyłam moją), po
niezwykle udanym przyjęciu ślubnym, kiedy czułam się szczęśliwa i myślałam, że
Billy czuł to samo, wróciliśmy oboje do naszego nowego, wspólnego domu.
Zostaliśmy
sami.
Tyko
my.
Przez
cały czas ślubu i przyjęcia byliśmy otoczeni przyjaciółmi i rodziną.
Jack,
który był drużbą Billy’ego (nie głównym, bo był dzieckiem, ale honorowym),
musiał odjechać jako pierwszy, bo przyjechała po niego kobieta, która była jego
tymczasową opiekunką.
Pożegnaliśmy
się czule i z olbrzymią nadzieją, że już następnego dnia będziemy mogli
zamieszkać razem.
Moją
druhną była Abi, która pracowała tak pilnie z Alekiem przy wystroju sali, w
której było przyjęcie i naszego kościoła, że dosłownie padła z nóg jeszcze
przed końcem przyjęcia, więc umówiłam się z nią na następny dzień, żeby
porozmawiać z nią od serca i kazałam jej pojechać do domu, by odpoczęła.
Przez
wiele dni nie miałyśmy na to czasu.
Tego
pierwszego dnia naszego małżeństwa również oboje z Billy’m mieliśmy być bardzo
zajęci.
Mieliśmy
w pierwszej kolejności razem pojechać do sali bankietowej, w której było nasze
przyjęcie i zabrać jedzenie schowane tam na noc do chłodziarek przez mamę,
Helenę i Evę po imprezie, by następnie zawieźć je do FS 13 na lunch dla
mężczyzn.
Potem
mieliśmy pojechać do tego domu tymczasowego, w którym mieszkał Jack, by
podpisać dokumenty i, ewentualnie, jak będzie się dało, zabrać go do naszego
domu, by zacząć nasze życie jako rodzina.
Na
co, jak wiedziałam, czekał Billy, bo zrobił to dla niego, ja też czekałam naprawdę
niecierpliwie i wiedziałam, że Jack również czekał.
Może
nawet bardziej niecierpliwie niż ja.
Billy
również wspominał coś o możliwości pojechania tego dnia do dealera, by kupić
dla mnie samochód, ale mówił o tym już po raz drugi, więc nadal nie byłam
pewna, czy mówił poważnie.
Po
naszym ślubie, w tamtej sali na przyjęciu, mama z Abi pomogły mi zdjąć welon,
ale nadal byłam w mojej sukience ślubnej, która była wygodna i nie widziałam potrzeby,
by ją zmieniać.
Tym
bardziej, że Billy wyglądał, jakby mu się bardzo podobał widok mnie w niej,
kiedy szłam do niego przejściem w kościele, wsparta na ramieniu Oli’ego, który
zastępował mojego tatę.
Spędziłam
w niej więc całe nasze przyjęcie, jedząc, rozmawiając, śmiejąc się, pogrążona w
szczęśliwej mgiełce, kiedy Billy trzymał mnie przyciśniętą do swojego boku, a
potem tańcząc w niej z wieloma mężczyznami, chociaż wolałabym tylko z jednym i
wreszcie, krojąc w niej ten cudny, przepiękny, a potem się okazało, że przepyszny tort.
Ale
mama, Helena i Eva nie pozwoliły mi w niej sprzątać po przyjęciu, więc
nieomalże wygoniły mnie i same posprzątały.
A
kiedy dojechaliśmy z Billy’m do naszego domu, poszłam od razu, zanim jeszcze
się przebrałam, do komody w salonie, w szufladzie której naszykowałam mój
prezent ślubny dla mojego męża.
Mnie
w moich dziennikach, czyli trzy bruliony listów do Ewy, które pisałam przez te
kilkanaście miesięcy, odkąd jej nie było.
Dokładnie
zaraz w następnej sekundzie pomyślałam, że miniony miesiąc wypełniony był moimi
złudzeniami, złudnymi nadziejami na coś więcej.
A
Billy mi je zabrał.
Rozwiał
je kilkoma słowami.
Bowiem
mój mąż, kiedy mu podałam tę paczuszkę i wyjaśniłam, co to było, spojrzał na pakunek
obojętnie, później tak samo na mnie i zimnym, suchym, wręcz okrutnie
odpychającym głosem nakazał mi udać
się do łóżka.
Nie
rozumiałam.
Poczułam
nagle, jakby między nami wyrosła wysoka ściana zrobiona z lodu, której
wcześniej, głupia ja, nie zauważyłam.
Nie
miałam innego wyjścia, jak tylko wykonać jego polecenie i, chociaż jeszcze
wtedy nie wiedziałam, co oznaczał jego ton, poczułam lekkie, bolesne ukłucie w
sercu, więc zamrugałam bezradnie.
Poszłam
więc sama do naszej sypialni, przygotowałam się do snu w naszej łazience i
usiadłam na brzegu łóżka, by czekać na swojego oblubieńca.
Jeszcze
miałam nadzieję, więc czekałam.
Nie
wiedziałam, jak długo to trwało.
Po
prostu czekałam.
Siedziałam
tam i nie ruszałam się.
Czułam
różne rzeczy, a żadna z nich nie była dobra.
Byłam
zraniona, bo kochałam Billy’ego i sądziłam, że on mnie kochał, więc poczułam,
że moja miłość właśnie dostała policzek, została odrzucona.
Po
naszej wspólnej nocy, którą spędziliśmy w hotelu w jednym łóżku, czułam również
po raz pierwszy do jakiegokolwiek mężczyzny pociąg fizyczny, nazwałabym go
seksualnym, chociaż trudno mi było go rozpoznać, skoro nigdy z nikim o tym nie
rozmawiałam.
Więc
było mi źle z myślą, że Billy mnie nie chciał w ten sam sposób.
Ale
wciąż miałam cichą, coraz słabszą nadzieję, tę piękną nadzieję, którą Billy dał
mi dwa dni temu, śpiewając do mnie jestem
twój na zawsze albo… może tylko mi się tak wydawało.
Więc
czekałam.
Ale
mój nowo poślubiony mąż nie nadszedł.
Wstałam,
podeszłam do drzwi, położyłam dłoń na klamce i oparłam o nie czoło, by
nasłuchiwać, ale nie miałam odwagi ich otworzyć.
Czując,
jak oddech w płucach mi zamarzał, wróciłam więc na swoje poprzednie stanowisko,
powłócząc noga za nogą i ponownie bezradnie usiadłam na brzegu łóżka.
Analizowałam
każdy dzień, każdy gest, każde wypowiedziane słowo.
Ludziom przeważnie
wydaje się, że inni żywią wobec nich uczucia znacznie gwałtowniejsze niż to
jest w rzeczywistości
- zabrzmiał mi w myślach cytat słów F. Scott
Fitzgeralda z Czuła Jest Noc.
Potem,
po kolejnych długich minutach oczekiwania, wstałam, podeszłam do wyłącznika na
ścianie, zgasiłam główne światło, zostawiając zapaloną tylko lampkę na swojej
szafce nocnej, poszłam do łazienki i posprzątałam tam, chociaż nie miałam czego,
bo nie zostawiłam po sobie bałaganu.
Wróciłam
do sypialni, rozejrzałam się, kompletnie nie wiedząc, co miałam począć, spojrzałam
na nasze podwójne łóżko i zaczęło to do mnie docierać.
To
było właśnie to.
Mieliśmy
układ, na który oboje się zgodziliśmy, w którym byliśmy małżeństwem na papierze,
formalnym, ale Billy nie zamierzał mieć niczego więcej, jak mi się wydawało, że
zamierzał.
To
po prostu ja źle go zrozumiałam.
Był
Jokerem i potrafił to robić.
Świetnie
udawał przed ludźmi zaangażowanie, przybrał taką maskę, a ja zapomniałam, że to
była tylko umowa między nami, która miała dać pewne korzyści nam obojgu i on po prostu ułatwiał mi
przebrnięcie przez to, udając kochającego narzeczonego, bo był dobrym
człowiekiem, który o mnie dbał.
Powinnam
być mu bardzo, z całego serca wdzięczna
za to, że codziennie tyle mi dawał, a ja niepotrzebnie, egoistycznie
oczekiwałam czegoś więcej.
Głupia
ja.
Naprawdę
sądziłam, że mógł kiedykolwiek chcieć mnie?
Tłumaczyłam
to sobie na tysiące sposobów, ale i tak to bolało.
Nie
miałam ochoty na położenie w tym dużym łożu małżeńskim samotnie, bo było w tym
coś upokarzającego, kiedy stopniowo coraz bardzie docierało do mnie, że
zostałam odtrącona, a właśnie dałam mu siebie bardziej, ofiarowując mu te dzienniki, które zawierały w sobie moją
duszę.
A
on jej nie chciał.
Wepchnęłam mu je!
Chociaż
tego nie żałowałam.
Wzięłam
jeden, a potem drugi oddech, aż wreszcie skupiłam się na tym, by zacząć przypominać
sobie i myśleć tylko o tym, ile dobrego mnie spotkało dzięki temu, że poznałam
Billy’ego, że w ogóle był w moim życiu.
Miał
się kto mną opiekować.
Mieliśmy
mieć rodzinę.
Miałam
dom.
Samo
dobro.
Stojąc
tak u nóg naszego łóżka, rozejrzałam się po pokoju i dostrzegłam to, o czym nie
pomyślałam wcześniej, kiedy wariowałam na myśl o tym, że miała to być nasza
sypialnia małżeńska.
Miałam
tu żyć na co dzień, więc musiałam ułożyć sobie wszystko tak, by pracować nad
swoją pracą i dla mojej nowej rodziny.
Na
parterze ten dom miał pomieszczenie, które obecnie było przeznaczone na
sypialnię dla gości i podejrzewałam, że właśnie tam tej nocy spał Billy i być
może zamierzał tam spać w ciągu kolejnych nocy, więc nie mogłabym tam urządzić
dla siebie miejsca do pracy, czyli sprawdzania prac uczniów i przygotowywania
się do lekcji.
Ale
nasza sypialnia była ogromna,
zwłaszcza w porównaniu z moim pokojem w domu mojej mamy.
Pod
tamtą ścianą, naprzeciwko drzwi wejściowych, po mojej stronie łóżka, było
wystarczająco dużo miejsca na małą toaletkę z lustrem i krzesłem lub jakimś taboretem,
przy której mogłabym zajmować się swoimi włosami, bo wymagały czasu i miejsca,
w którym mogłabym je rozczesać i wysuszyć po umyciu.
A
tam obok, bliżej ona, mógłby stanąć wygodny fotel, w którym mogłabym siedzieć
skulona, czytając książkę lub prace uczniów, zaś koło niego zmieściłaby się
półka na książki, mały stolik i stylowa lampa stojąca z abażurem.
Kiedy
to sobie wszystko ułożyłam w wyobraźni, zaplanowałam przestrzennie, natychmiast
odnotowałam sobie w pamięci, by następnego dnia zadzwonić do Soniji, która tak
bardzo nam pomogła w dobieraniu odpowiednich mebli do domu i dostarczeniu ich
na dogodnych warunkach, czyli o wybranej przeze mnie porze i w wybranym dniu.
Potem
spojrzałam w kierunku okien i dopiero wtedy zauważyłam, że jeden z parapetów
był jakby powiększony, szerszy, wystający poza okno niczym ławka.
Podeszłam
do niego i oparłam się o niego jednym biodrem, więc wyczułam, że deska, która
na nim leżała, była gruba, solidna i powinna mnie utrzymać.
Ktoś
urządził tutaj siedzisko, które mogło być miejscem do czytania książek lub do
pracy.
Byłam
ubrana w swój zwykły strój do spania, czyli krótkie spodenki i koszulkę, bo
było ciepło, a nie miałam odwagi założyć jednej z tych koszulek nocnych, na
których zakup namówiły mnie kobiety tamtego feralnego dnia w butiku, kiedy to
poddałam się przymierzaniu bielizny i ich wizji naszej nocy poślubnej.
Okna
naszej sypialni miały przyczepione do szyb, płócienne, gumowane od spodu ze
względu na światła dochodzące od latarni z parkingu, małe rolety, które właśnie
wtedy były zasłonięte na dobry sen.
Wyciągnęłam
rękę i odsłoniłam jedną z nich, a potem przysiadłam bokiem na tym parapecie, a
wreszcie wyprostowałam się, by oprzeć się plecami o obmurowanie okna, a
ramieniem o framugę, podgiąwszy nogi w kolanach i postawiwszy bose stopy płasko
przed sobą na gładkiej powierzchni parapetu.
Owinęłam
nogi ramionami, oparłam policzek o kolana, by patrzeć na cichy, uśpiony świat
za oknem i siedziałam tam wiele, wiele
minut zamyślona, żałując, że nie miałam na czym zapisać swojego nowego listu do
Ewy.
Brakowało
mi tego.
Myślałam,
że od tego dnia wszystkie moje myśli będę powierzała Billy’emu, więc nie byłam
przygotowana na zapisywanie ich, a zawsze musiałam je z siebie wyrzucić, by je
uporządkować.
Przemyśleć
je i dowiedzieć się, co tak naprawdę czułam.
Nie
wiedziałam, jak długo to trwało, kiedy siedziałam tak, myśląc o kolejnych
chwilach, o każdym z wydarzeń
ostatnich dwóch dni oddzielnie, jakbym miała rozwiązać zagadkę tego, jak to
pomyliłam się w uczuciach łączących Billy’ego ze mną, kiedy patrzyłam przez
okno niewidzącym wzrokiem, ale i tak niczego nie widziałam, nawet jak za oknem
świeciły się lampy i mogłabym widzieć.
Po
prostu mój wzrok skierowany był do środka mnie, na to, co sobie przypominałam i
wyobrażałam.
A
potem musiałam zasnąć, bo również nie wiedziałam, dlaczego rano obudziłam się w
naszym łóżku, a nie na parapecie, bo już od wielu, bardzo wielu lat nie zdarzyło mi się nie wiedzieć, kiedy ktoś mnie
przeniósł w czasie głębokiego snu w inne miejsce.
Jak
byłam mała, mój tata często brał mnie na ręce, bo zasypiałam w różnych dziwnych
miejscach, w których rozmarzyłam się lub zaczytałam, więc przenosił mnie do
mojego pokoju do łóżka, żebym nie spadła, nie zmarzła lub z innych powodów.
Nie
pamiętałam tego, ale tak mi to opowiadali.
Nie
wiedziałam kto i dlaczego przeniósł mnie tym razem w nocy, ani czemu się przy
tym nie obudziłam, ale to musiał być
Billy.
Więc
tak było.
Przecież
nie lunatykowałam.
Po
tak właśnie spędzonych nocnych przemyśleniach z nawyku wstałam prawie
natychmiast po przebudzeniu się o siódmej rano, poszłam do łazienki, by wziąć
prysznic i naszykować się na nasz dzień, który miał być dosyć pracowity.
Bowiem
doszłam do wniosku, że tak właśnie miało być i to było dobre, bo wiedziałam
dokładnie, co mieliśmy sobie wzajemnie dawać.
Mieliśmy
być małżeństwem z naszej umowy, małżeństwem formalnym, tak zwanym białym
małżeństwem, chociaż słyszałam o nich jako o jakimś rodzaju bliskości,
pokrewieństwie dusz, a obawiałam się, że między nami miało nie być żadnego
rodzaju bliskości.
Miałam
się o tym przekonać później, chociaż tego nie wyczekiwałam.
Nie
z utęsknieniem.
Nie
zmieniało to faktu, że było mi ciężko na duszy z powodu nietkniętej przez noc
poduszki Billy’ego i jego kołdry, co czułam jako ściśnięcie serca od pierwszej
sekundy, kiedy otworzyłam oczy i to zobaczyłam.
Pozbierałam
się jednak, przywołałam dobre myśli o tym, że mieliśmy dużo rodziny i
przyjaciół wokół siebie poprzedniego dnia i że tego dnia mieliśmy ich również
spotkać, a także być może przywieźć do domu Jacka.
Zrobiliśmy
to również dla niego.
Więc
mieliśmy przyszłość, dom i mieliśmy
mieć rodzinę do zajmowania się sobą
wzajemnie, a ja, jako żona Billy’ego i „mama” Jacka w tej rodzinie miałam się nimi
zaopiekować tak, jak kobieta opiekowała się zawsze mężczyznami i dziećmi.
I
właśnie to zamierzałam zrobić.
Ponieważ
sierpniowy dzień miał być gorący, więc założyłam na siebie krótkie do kolan, płócienne,
rozszerzane spodenki, stanik i nową koszulkę, jedną z tych, do kupienia których
zmusiły mnie kobiety w butiku Aleka i Sama, a włosy miałam, jak zwykle,
związane w warkocz i miałam bose stopy, kiedy wyszłam z naszej sypialni i
zeszłam wprost do kuchni.
Nigdzie
nie było ani śladu Billy’ego.
Zabrałam
się jednak za robienie mojej wersji hash browns na nasze pierwsze wspólne śniadanie.
*****
Pięć godzin
później
Rano,
jedząc wspólnie z moim nowym mężem pierwsze wspólne śniadanie w naszej nowej
kuchni, ustaliliśmy plan zajęć na nasz dzień.
Kuchnia
miała naprawdę dużą przestrzeń roboczą na długich blatach wzdłuż ścian, która
otaczała kuchenkę i zlew z osączarką, a z boku miała wystający ze ściany mały stolik,
niższy od blatu, pod którym stały cztery stołki, kupione przez nas w poprzednim
tygodniu, więc można było tu jeść śniadanie i inne szybkie posiłki.
Billy
przyszedł do kuchni na śniadanie, nawet zanim jeszcze dokończyłam je
przygotowywać, przywitał się ze mną normalnie, mówiąc Hej, nie robiąc uników, ale również nie okazując mi takiej
czułości, jaką zdarzało mu się mi okazywać, kiedy byliśmy między ludźmi.
Nawet
mnie nie dotknął.
Tak.
To było to.
Uznałam
to za dowód na to, że miałam rację, moje wnioski były właściwe i wcześniej jako
dobry człowiek, jakim był, po prostu chciał mi pomóc przebrnąć przez ewentualne
pytania różnych ludzi o to, jak to właściwie między nami było i czego nie było.
Wiedziałam
wreszcie, co to było to, co mieliśmy, więc odetchnęłam z ulgą, albo może tak to
sobie wmawiałam, ale nie chciałam tego nadmiernie analizować, więc nie myślałam
o tym już dłużej ani przez sekundę.
Zamiast
tego skierowałam swoje myśli na plan naszego dnia.
-
Więc - zapytałam Billy’ego, stawiając na blacie wyspy nasze talerze z ciepłym śniadaniem,
żeby odwrócić się po kubki z kawą (moją zbożową, a Billy’ego zwykłą), bo
sztućce położyłam naprzeciwko stołków już wcześniej, kiedy Billy ku mojej
wielkiej uldze przyszedł do kuchni - Co robimy jako pierwsze? Moja mama z Evą
będą w tamtej sali, gdzie było przyjęcie około dziesiątej trzydzieści. Tak się
umówiłyśmy, jak rozmawiałyśmy wczoraj wieczorem.
-
Dobrze - powiedział swobodnie Billy, biorąc do ręki widelec, by zacząć jeść swoje
hash browns - Więc może najpierw pojedziemy kupić dla ciebie samochód -
stwierdził, a nie zapytał, więc uznałam, że to wcześniej przemyślał.
Spróbował
swojego hash browns, spojrzał na nie z dziwnym wyrazem twarzy, jakby z
zaskoczeniem, ale nie skomentował go, tylko wrzucił do ust jeszcze trochę,
podczas gdy ja usiadłam obok niego i zaczęłam jeść swoje danie.
-
Myślałaś nad tym, jaki samochód
chciałabyś mieć? - spytał w końcu, kiedy przełknął następny kęs, a potem,
patrząc na mnie bokiem, wrzucił do ust jeszcze trochę.
Był
coś dziwnego w tym, jak to jadł,
jakaś zachłanność, jakby był bardzo głodny, albo jakby jadło dziecko, które po
raz pierwszy w życiu jadło coś, co mu smakowało, ale ja już całkiem skupiłam
się na problemie, który poruszył.
-
Nie - powiedziałam cicho i spojrzałam uważniej na swój talerz, grzebiąc w nim widelcem
- Chociaż już dawniej myślałam o tym, żeby jakiś
sobie kupić.
-
Tak? - Billy spytał cicho, jakby bez tchu, więc spojrzałam w jego stronę i
zobaczyłam, jak mi się przyglądał z wyładowanym widelcem zawieszonym w pół
drogi nad talerzem do ust.
-
Tak - przyznałam niechętnie - To mogłoby być nieco bezpieczniejsze niż
dojeżdżanie wieczorem autobusem.
-
No, tak - mruknął Billy i bardziej poczułam niż widziałam, że zajął się
ponownie swoim jedzeniem, więc i ja zajęłam się swoim.
Wiedział,
na jakie niebezpieczeństwa byłam narażona, kiedy wracałam samotnie autobusem do
domu, bo przecież sam mnie przed jednym uratował.
-
Nadal nie wymyśliłam, jaki samochód bym chciała - przyznałam niechętnie - Nie
znam się na tym.
-
Eva i Ania mają Audi… - powiedział mi Billy, a ja zerknęłam w jego stronę i
zmarszczyłam brwi, bo widziałam Audi Evy i wyglądało na drogie - Maggie ma
Jeepa Compass.
-
Ale ja… - zawahałam się i dokończyłam nie patrząc na niego - Ja chyba wolałabym
coś tańszego - niechętnie dokończyłam, szepcząc do swojego jedzenia.
-
Anie - powiedział nagle Billy znowu tym samym, jakiego używał pośród ludzi,
czułym tonem i zamrugałam z zaskoczenia oczami skierowanymi w swój talerz - Po
pierwsze ty masz pieniądze -
podniosłam wzrok na niego, więc zobaczyłam, że jego oczy też były czułe i
ciepłe - …a po drugie te samochody są bezpieczne i dlatego mężczyźni je kupili dla swoich kobiet. Słyszałem, jak o tym
kiedyś rozmawiali - mruknął na koniec i zajął się zgarnianiem resztki swojego
hash browns z talerza do ust.
Zamyśliłam
się.
Naprawdę wolałabym, żeby
nie wysyłał mi takich sprzecznych sygnałów.
Już
sobie to wszystko poukładałam dzisiejszego ranka, a on teraz ponownie dawał mi
nadzieję, którą, głupia ja, chłonęłam jak gąbka.
Otrząsnęłam
się z tego, przypomniałam sobie o tym, że Billy dobrze się mną opiekował, a
ponieważ zamierzaliśmy dać rodzinę Jackowi i będę go czasem woziła swoim
samochodem, jaki on by nie był, więc musiałam zadbać o to, żeby był bezpieczny.
Tak,
to chodziło o to.
Bezpieczeństwo.
-
To może zapytasz kolegów w pracy? - zaproponowałam łagodnie i już bez niechęci
w głosie - Może coś nam podpowiedzą. Audi Evy jest chyba nowe, ale porozmawiaj
z Jimmy’m lub Davidem, może wiedzą, gdzie kupić jakieś używane.
-
Okej - mruknął Billy, rozpogodził się, odłożył widelec na swój opróżniony
talerz i od razu sięgnął do tylnej kieszeni swoich spodni, by wyjąć telefon.
Dopiero
wtedy zauważyłam, że miał na sobie letnie spodnie, o jakich uczniowie w szkole
z niezrozumiałych dla mnie przyczyn mówili bojówki.
Były
płócienne, czarne, miały bardzo dużo kieszeni, ale dla mnie ważniejsze było to,
że były luźne i sięgały Billy’emu tylko tuż za kolano, więc były bardzo dobre
na gorące dni.
Powinno
mu być w tym wygodnie.
Do
tego Billy włożył brązowy t-shirt i był boso.
Był
również potargany, przez co bardzo mnie kusiło, żeby przeczesać mu włosy
palcami, ale świadczyło to również o tym, że nie brał jeszcze prysznica.
Zastanawiałam
się gdzie spał.
-
David - powiedział do swojego telefonu - Yo. Tu Billy.
Słuchał
przez chwilę, a potem siedziałam tak i patrzyłam na niego, a także słuchałam,
jak mówił i słuchał na zmianę.
-
Tak, racja - przerwa, dziwne zaciśnięcie warg - Chciałem cię zapytać, czy nie
znasz jakiegoś dealera lub komis, gdzie można by kupić używany, bezpieczny
samochód dla Hannah - przerwa, uważne słuchanie ze wzrokiem wbitym w blat wyspy
- Tak, byłoby dobrze - przerwa, ciche - Nie bądź dupkiem - dziwny grymas,
westchnienie, a potem znowu - Dobra, prześlij, nara.
Rozłączył
się, przesuwając kciukiem po ekranie telefonu, schował go z powrotem do
kieszeni, a potem wstał ze stołka, wziął swój talerz i poszedł w stronę zlewu,
mówiąc do mnie, kiedy ja obracałam się, wciąż patrząc na niego, jak się
poruszał.
-
David kupował dla Maggie Jeepa u jakiegoś znajomego w komisie. Podeśle mi
adres, to tam pojedziemy, żeby się rozejrzeć. Dobrze?
Spojrzał
na mnie, więc skinęłam głową, a potem Billy ruszył w stronę wyjścia z kuchni,
ponownie mówiąc do mnie, ale ja już się ruszyłam, by ogarnąć kuchnię po naszym
śniadaniu.
-
Wezmę prysznic, ty się naszykujesz i możemy jechać. Tak?
-
Tak - powiedziałam cicho, jednocześnie sprzątając z blatów - Dziękuję - dodałam
tam, nie patrząc na niego, ale poczułam, że niezrozumiale zatrzymał się na
sekundę w progu kuchni za moimi plecami.
Zdziwiona
tym, odwróciłam się w jego stronę w samą porę, żeby zobaczyć, jak znikał za
drzwiami.
Coś
mi się widocznie przewidziało.
Dokończyłam
sprzątanie kuchni, jednocześnie oglądając zmywarkę, bo czytałam już do niej
instrukcję, ale pierwsze zmywanie było przede mną.
Nigdy
nie miałam do czynienia z takim sprzętem.
To
było jeszcze jedno małe udogodnienie, o którym pomyślał Billy, bo mnie nie
przyszło ono do głowy.
A
Billy po prostu dopytał się o wszelkie sprzęty AGD u Dominika, a ten
powiedział, że dom ma na wyposażeniu zmywarkę, więc tylko ją sprawdził i
uruchomił, żebyśmy mieli na pewno działającą.
Więc
tak, Billy dbał o mnie, moje bezpieczeństwo i moją wygodę.
Kiedy
Billy jeszcze brał prysznic zadzwoniłam do Soniji.
-
Hej, młoda żonko! - Sonija powitała
mnie radosnym głosem, kiedy się jej przedstawiłam i przywiałam się z nią, a ja
natychmiast westchnęłam w duchu i pożałowałam tego telefonu.
To
miało być trudne.
-
Hej, Sonija - powiedziałam jednak w miarę swobodnym tonem, o jaki się
postarałam, skoro już zaczęłam tę rozmowę i naprawdę miałam do niej sprawę.
-
Jak leci? - zawołała do mnie rześko - Ale, po co ja pytam - nagle roześmiała
się - Oczywiście, że świetnie. Jesteś
szczęśliwa, no nie?
Oczywiście, że
szczęśliwa
- nie powiedziałam.
To
właściwie nie było pytanie, albo może pytanie retoryczne, więc tylko
powstrzymałam westchnienie i nie starałam się na nie odpowiedzieć, a zamiast
tego przeszłam do sprawy, którą chciałam załatwić.
-
Hmmm - zaczęłam - Sonija, czy pamiętasz meble do naszej sypialni?
-
No jasne - prychnęła, jakbym ją
uraziła.
-
Więc ja… - nie wiedziałam, jak miałam wyrazić swoją prośbę.
-
Wal śmiało, dziewczynko - zachęciła mnie
Sonija.
-
Cóż, potrzebuję do niej jeszcze kilka rzeczy - wyznałam - Pasującą toaletkę z
lustrem, jakiś taboret lub coś podobnego, wygodny fotel do czytania i półki na
książki. Może lampę stojącą.
-
Nie ma sprawy - stwierdziła luźno Sonija - Kiedy chcesz dostawę?
-
C-co? - zająknęłam się, bo nie
spodziewałam się takiego tempa.
-
Mam wszystko tu na miejscu - przyznała Sonija, a jej ton stał się lekceważący,
jakbym prosiła o nieistotne drobiazgi - Więc możesz to mieć jeszcze dzisiaj.
Tylko powiedz o której.
-
Och - westchnęłam prawie z zachwytem - To byłoby cudownie.
Ale
potem pomyślałam, że, niestety, nie wiedziałam, o której godzinie wrócilibyśmy
do domu z naszej podróży po mieście, w czasie której mieliśmy mieć liczne
przystanki i rozmowy z wieloma osobami.
Postanowiłam
to rozbić na godziny, żeby mnie dobrze zrozumiała.
-
Więc - wyjaśniłam to Soniji - My, hmmm…
najpierw jedziemy do komisu po samochód dla mnie.
Sonija
mruknęła jakby z aprobatą, ale nie pozwoliłam sobie tego rozważać, tylko
brnęłam dalej.
-
Później do sali bankietowej, by pomóc w sprzątaniu po przyjęciu.
Wzięłam
wdech.
-
Acha - mruknęła prawie bez zainteresowania Sonija.
-
A potem do pracy Billy’ego, by nakarmić jego kolegów lunchem, a potem… cóż, jeszcze
do domu tymczasowego po Jacka…
-
Raaany - przerwała mi Sonija - To od
razu omówmy się na wieczór.
-
Hmmm - wymamrotałam.
-
Może być piąta? - zapytała Sonija dość konkretnie, tym razem brzmiąc, jakby
zaczęła się spieszyć.
-
Tak - szepnęłam z wdzięcznością za jej zdecydowanie.
-
Mówisz, masz - zaśpiewała mi do ucha Sonija - Pa, szczęśliwa żoneczko, muszę
spadać, bo inni klienci czekają.
-
Pa, Sonija - powiedziałam, ale miałam wrażenie, że mnie już nie usłyszała.
Wyłączyłam
telefon i, wciąż trzymając go w dłoni, poszłam naszykować się na długi dzień z moim mężem poza domem, co
obejmowało tylko spakowanie telefonu do mojej torebki i włożenie białych, płóciennych
tenisówek, bo nie zamierzałam się przebierać.
Więc
zajęło mi to bardzo mało czasu, a później znowu nie miałam co robić, a bardzo
starałam się nie myśleć o tym, że Billy był na górze nagi pod prysznicem, pod którym ja byłam niecałą godzinę wcześniej.
Dlatego
właśnie poszłam do pokoju gościnnego, by po oczywistych dowodach przekonać się,
że miałam rację.
To
tam mój mąż spędził noc.
Zajrzałam
do łazienki, by się przekonać, że jej nie używał, ale też, by przypomnieć
sobie, że nie zostawiłam tam żadnego mydła ani ręczników.
Powinnam
to uzupełnić, skoro chciał tam spać.
Pościeliłam
łóżko, które zostawił tam rozebrane do snu, pozbierałam brudne części jego
garderoby, porozrzucane po podłodze, przeszłam do pomieszczenia gospodarczego i
zostawiłam tam je w koszu na rzeczy do prania, by przejść później do części
dziennej naszego domu i tam poczekać na Billy’ego.
A
potem Billy zszedł na dół, ubrany tak jak poprzednio, ale z wilgotnymi po
prysznicu włosami, spojrzał na mnie, stojącą na środku salonu i zapytał:
-
Nie przebierasz się?
Popatrzyłam
na niego zdezorientowana, ale niepewna, więc zmarszczyłam brwi i zagryzłam
dolną wargę, zanim zapytałam:
-
Mam włożyć coś innego?
Cóż,
powiedzmy, że nie byłam taka pewna mojego stroju, bo jasnoniebieska koszulka,
na której kupno namówiła mnie Maggie, była bardziej obcisła, niż te, do których
byłam przyzwyczajona (chociaż nie tak bardzo jak niektóre, jakie widywałam na
kobietach w sklepie i gdzie indziej), ale podobała mi się, bo miała mały
półgolf i krótkie rękawki, a spodnie rozszerzały się tak, że może przypominały
nieco spódnicę, ale nadal nią nie
były.
-
Nie - odparł Billy, nagle złagodniawszy na twarzy i w tonie głosu - Tylko nigdy
nie widziałem cię w spodniach.
Opuściłam
głowę, by popatrzeć na moje nogi, bo nie wiedziałam, czy to było dobre, ale ton
jego głosu wskazywał, że tak.
Ale
Billy nie czekał na moją reakcję, tylko po prostu poszedł w kierunku drzwi,
więc podążyłam za nim.
Tam
zrobiliśmy coś, czego nauczyliśmy się podczas wstawiania mebli i sprzątania naszego
domu, zanim się wprowadziliśmy, a mianowicie włączyliśmy alarm, zanim wyszliśmy
i zamknęliśmy drzwi na klucz.
Tak,
nasz nowy dom miał system alarmowy, którego panele były przy drzwiach
wejściowych od frontu i z tyłu, a Dominik pokazał nam jak z nich korzystać,
więc musiałam nauczyć się na pamięć kolejności wciskania przycisków i kodów.
A
potem wyszliśmy z domu, ja z moją dużą torebką na ramieniu i bardzo
zdenerwowana, bo nie wiedziałam, czego się miałam spodziewać, Billy wsiadł za
kierownicę, a ja na miejsce pasażera i pojechaliśmy pickupem Billy’ego kierowani
wskazówkami, które przesłał nam David, by kupić mi nowy samochód.
Miejsce,
które nam polecił David było salonem z używanymi samochodami różnych marek, od
czego natychmiast zakręciło mi się w głowie.
O,
nie.
Chyba
nie każą mi wybierać?
Z
kilku zaproponowanych nam tam przez mężczyznę, który zareagował pozytywnie,
kiedy Billy powiedział mu, że przysłał nas David, wybraliśmy (szczęśliwie, oni wybrali) Jeepa Renegade w niezwykle
rzucającym się w oczy kolorze kanarkowo żółtym, który mnie trochę zniechęcał,
ale cena i obietnica taniego użytkowania, mnie zachęciły.
Więc
przytaknęłam temu wyborowi.
Zapłaciliśmy,
podpisaliśmy dokumenty i oto byłam szczęśliwą posiadaczką samochodu, a
dokładniej SUV’a, z napędem na cztery koła.
Potem
dwoma samochodami, kiedy ja w swoim nowym Jeepie podążałam za Fordem Billy’ego,
pojechaliśmy do sali, w której odbyło się nasze przyjęcie po ślubie, bo już nadeszła
umówiona poprzedniego dnia godzina spotkania się z moją mamą, Evą i Heleną.
Zostaliśmy
tam powitani wesołymi okrzykami, chociaż najgłośniejsza była moja mama, a ona
wręcz popłakała się na nasz widok, wołając już od progu na Billy’ego - Synu!
Bardzo głośno!
Billy
wprowadził mnie tam, trzymając moją dłoń w swojej i poczułam, jak jego drgnęła,
więc uścisnęłam go delikatnie i, jak miałam nadzieję, wspierająco.
Spojrzał
na mnie bokiem, uśmiechnął się lekko i pochylił się, by pocałować mnie w skroń,
zanim mnie puścił.
Dało
nam to kolejne okrzyki radości od mojej mamy.
-
Anie! - moja mama zawołała w końcu do
mnie - Jak niezwykle dobrze dla mnie jest wreszcie widzieć, że jesteś
szczęśliwa. Serce matki się raduje. Niech tata o tym usłyszy!
O rany!
-
Oczywiście, że jest szczęśliwa - wymruczała spokojniej Helena, podchodząc z
drugiego końca sali do nas z powitaniem, po czym pochyliła się do mnie i
uścisnęła mnie delikatnie, ale znacząco.
-
Dziękuję - szepnęłam jej do ucha.
Potem
wszystkie kobiety zaczęły dyrygować nami, byśmy zabrali do samochodów pojemniki
z jedzeniem, a przy okazji wyszły na parking przez salą, żeby obejrzeć mój nowy
samochód, co spotkało się z kolejnymi okrzykami radości ze strony mojej mamy.
Widziałam,
jak mięśnie na szczęce Billy’ego zadrgały niebezpiecznie, kiedy zaczęła go
wychwalać za kupienie mi tak wspaniałego
samochodu.
Popatrzył
w moją stronę, widziałam, że zobaczył moje zaniepokojenie i niemą prośbę o jego
cierpliwość, a potem z widocznym (chyba tylko dla mnie, jak miałam nadzieję) wysiłkiem
zrelaksował się i prawie uśmiechnął
do mnie.
Spojrzałam
na niego z wdzięcznością, a kiedy przechodził blisko, złapałam jego dłoń i lekko
uścisnęłam jego palce w podziękowaniu.
Pochylił
się i pocałował moje włosy, zanim poszedł do sali po kolejne pakunki z
jedzeniem.
Kiedy
odwracałam się, żeby pójść za nim, zobaczyłam czujny wzrok Evy.
O
rany, jakbym została prześwietlona promieniami rentgena.
Czułam
się dosłownie obnażona.
Poczułam,
jakby mogła sięgnąć do dna mojej duszy i odczytać najskrytsze pragnienia i
obawy, więc nagle zapragnęłam jednocześnie z jednej strony schować się w mysią
dziurę, a z drugiej rzucić się w jej ramiona i z płaczem wyznać to, co chodziło
mi po głowie od spędzonej samotnie nocy poślubnej.
Nie
zrobiłam nic z tego.
Udałam,
że nie zauważyłam jej spojrzenia i poszłam za moim mężem, by zabrać resztę
pojemników z jedzeniem, które podzieliliśmy na dwa samochody zgodnie z
przeznaczeniem.
Pojemniki
i pudła, które były w moim SUV’ie, mieliśmy zabrać do naszego domu, wypakować i
zjadać stopniowo we trójkę z Jackiem.
Natomiast
to, co zapakowaliśmy do pickupa Billy’ego, mieliśmy zawieźć do FS 13, by podać
to na lunch dla kolegów Billy’ego w podzięce za to, że byli z nami poprzedniego
dnia.
Był
gorący letni dzień, więc najpierw pojechaliśmy do naszego domu, by tam rozpakować
mój Renegade (a przy okazji, jego nazwa była niesamowita![1])
i przy okazji całkowicie wypełnić naszą lodówkę zapasami żywności, która
mogłaby naszej rodzinie wystarczyć na tydzień, chyba że okazałoby się, że
dorastający Jack był obżartuchem.
Miałam
taką nadzieję.
Potem
mój nowy SUV został na parkingu obok naszego domu.
A
teraz byliśmy w FS 13, gdzie dojechaliśmy pickupem Billy’ego, by spędzić porę
lunchu w towarzystwie przyjaciół Billy’ego, którzy okazali się tacy mili
również dla mnie, której przecież nie znali i poczęstować ich odgrzanymi w
mikrofalówce pysznymi resztkami pysznych mięs, które tak pracowicie
przygotowała moja mama.
*****
Billy
Billy
siedział u boku Hannah przy stole w ich pomieszczeniu socjalnym wśród swoich
kumpli z pracy, słuchał ich żarcików i uśmiechał się, ale czuł do głębi, jak
pieprzyło go to, co robił tej dobrej, czułej i pięknej kobiecie.
Pożądał
jej, ale nadal sądził, że powinien trzymać się od niej na dystans.
Nadal,
mieli żyć obok siebie, pokazywać się razem, tworzyć wspólny dom i rodzinę dla
Jacka.
Kotłowało
się to w jego głowie zwłaszcza po cichym Dziękuję,
które usłyszał od niej, kiedy zdecydowali, że pojadą kupić dla niej samochód.
Nawet
nie przyszło mu do głowy, by podziękować jej za pyszne śniadanie, a musiał
przyznać, ze jej wersja hash browns była gównem, jakiego nigdy dotąd nie jadł,
chociaż powinien już się tego spodziewać po daniach, jakie zostawiła mu w jego
lodówce, kiedy wyszedł ze szpitala.
Kiedy
weszli do remizy obładowani pojemnikami z jedzeniem, pudełkami i torbami,
faceci powitali ich głośno i radośnie, co Hannah przyjęła z łagodnym,
wyrozumiałym uśmiechem, jaki czasem miewała, kiedy Billy obserwował ją podczas jej
zajęć z dzieciakami w szkole.
Przyjmowała
również gratulacje i życzenia jego przyjaciół, a potem pomoc przy sprawach
kuchennych, kiedy Billy wyjmował z szafek, a później wykładał na stół w
nieuporządkowanych stertach ich służbowe talerze i sztućce.
Podeszli
wtedy do niego Jimmy i Oli, patrząc na Hannah, która z ciągłym uśmiechem,
cichym, łagodnym głosem dyrygowała Samem i Tomem w aneksie kuchennym, podczas
podgrzewania pieczeni i zapiekanek, krojenia chleba, robienia kawy i wykładania
jedzenia na duże talerze, które miały służyć za półmiski.
-
Hannah wygląda, jakby była szczęśliwa - Billy usłyszał przyciszony głos
Jimmy’ego dochodzący z jego boku, więc odwrócił się, by zobaczyć, że podchodzili
do niego obaj z Oli’m - Więc wszystko dobrze?
W
ostatniej chwili spojrzał na swoje nogi i powstrzymał wykrzywienie twarzy,
które mogłoby zdradzić pieprzonym facetom, wciąż cholernie wcinającym się w
jego pieprzone życie, że popieprzony Billy
poprzedniego wieczoru cholernie sprawił, że Hannah nie była w pełni szczęśliwa.
I nigdy nie będzie.
-
Oczywiście, że jest - odparł pewnym tonem Oli - Jest prawdziwie szczęśliwa, bo jej do szczęścia potrzeba domu, o który
będzie mogła dbać, rodziny, którą będzie się mogła opiekować, kogoś, kto się
nią zajmie i powie jej, co ma robić.
Billy
nie patrzył na swojego kapitana, ale czuł, że ten starszy od niego mężczyzna,
który dbał o Hannah i jej rodzinę, patrzył w stronę jego żony, tak samo jak i
on patrzył tam razem z Jimmy’m.
-
Więc, tak - podsumował Oli - Oczywiście,
że jest szczęśliwa.
Billy
poczuł lekki skurcz serca na myśli o tym, że Oli miał rację.
Hannah
nie kochała go, nie było pieprzonej mowy, a robiła to wszystko wyłącznie ze
względu na Jacka i cholerną prośbę Billy’ego o pomoc, a także na to, co spieprzyło
się z jej rodziną.
W
tym samym momencie zadzwonił telefon Jimmy’ego, a ten wyjął go z kieszeni spodni,
spojrzał na wyświetlacz i jego twarz złagodniała w ten sposób, że od razu wiedzieli,
że to była Eva.
To
było dokładnie coś, czego Billy cholernie zazdrościł
facetom już od pieprzonych lat.
Jimmy
wymamrotał - Sorki, muszę odebrać - i
odszedł w stronę pokoju socjalnego, a Oli zmienił temat i zagadał Billy’ego:
-
Więc kupiłeś jej samochód.
To
nie było pytanie, bo Hannah powiedziała o tym Oli’emu sama wcześniej, więc Oli
teraz tylko zagaił.
-
Sama sobie kupiła - mruknął wyjaśniająco Billy.
-
Ale mówiła… - Oli zmarszczył brwi i odwrócił się przodem do Billy’ego.
-
Ja byłem przy wybieraniu, podpowiadałem, zadzwoniłem do Davida, żeby pomógł z
dealerem - uściślił Billy, również patrząc na swojego kapitana - Ale to ona
ostatecznie wybrała i zapłaciła.
-
Miała pieniądze? - zdziwił się Oli.
Billy
skinął głową, a potem znowu odwrócił się w stronę Hannah.
-
Jonas powiedział nam o funduszu, który rodzice założyli dla każdej z dziewcząt
Sensible tuż po ich urodzeniu się - opowiedział swojemu kapitanowi, który był
również ich opiekunem, więc powinien
wiedzieć - Jak byliśmy u niego w więzieniu poprosić o jego zgodę na nasz ślub -
Billy zerknął na Oli’ego i ponownie patrzył w stronę kuchni - Hannah myślała,
że wszystkie jej pieniądze poszły na jej college. Okazało się, że sporo
zostało.
-
Tak? - Oli brzmiał na całkowicie
zaskoczonego.
-
Tak - krótko stwierdził Billy - Sprawdziliśmy. Zostało tyle, że mogła sobie
kupić coś lepszego niż ten stary Jeep.
Billy
usłyszał za plecami, że Jimmy wracał do nich po skończonej rozmowie, kiedy Oli cicho
westchnął u jego boku.
-
Taaa… Hannah jest zadowolona ze wszystkiego, co może dostać. Cieszy się tym, co
ma. Wystarcza jej mało.
W
chwilowej ciszy Billy’emu przemknęło przez głowę, czy przypadkiem Hannah nie
była szczęśliwa, bo sądziła, że nie mogła mieć więcej.
A
gdyby wiedziała, że on ją kochał?
Cóż,
nigdy się tego nie dowie.
Spojrzał
na Jimmy’ego, który stanął z drugiej strony kapitana i poczuli od niego dziwne
napięcie.
Już
miał go zapytać Co się stało?, kiedy
to pytanie zadał Oli.
-
Dzwoniła Eva - odparł Jimmy dziwnym tonem, patrząc z dziwnym napięciem na
Billy’ego i niczego nie wyjaśniając, a Billy przygotował się, bo to nie było
dobre rozpoczęcie.
Kurwa.
-
Mówi, że w oczach Hannah zgasło światło - powiedział dziwnie Jimmy i dodał -
…od wczoraj - a wtedy Billy wiedział.
To
było to.
Jego
pieprzona odpowiedź na to cholerne pytanie, jakie zadawał sobie przez całą noc,
kiedy pieprzyło mu się w głowie, bo zastanawiał się, jak Hannah przyjęła jego
odtrącenie.
Działanie
kutasa.
Rano
jego cudowna, dobra żona wydawała się być spokojna i pogodzona z sytuacją, ale
przeżywała to gówno w głębi duszy, tylko nie okazywała tego.
-
Co? - zapytał Oli, ale Jimmy patrzył tylko na Billy’ego.
A
ten zacisnął wargi i zęby tak, że zadrgały mu mięśnie na policzkach, poczuł
napięcie karku i odwrócił wzrok, by patrzeć na swoją kobietę.
Eva
miała intuicję, nieźle znała się na ludziach i nie miała oporów, kiedy uważała,
że powinna się wtrącić, by chronić którąś z przyjaciółek lub dziecko.
Przeżyli
to już z facetami niejeden raz i zwykle było to dobre, bo kończyło się dobrze
dla wszystkich, chociaż po drodze któryś z facetów musiał wyciągnąć palec z
tyłka.
Ale
Billy nie chciał, żeby się wtrącała do jego
małżeństwa.
-
Co wczoraj zrobiłeś? - zapytał Oli
niskim głosem i Billy usłyszał, że było to ciche i skierowane w jego
stronę, więc kapitan patrzył wprost na niego.
-
A może czego nie zrobiłeś? - domyślnie zapytał Jimmy, ale również nie
powiedział nic więcej, więc stali tak przez minutę lub dwie.
W
końcu Oli westchnął, Jimmy się rozluźnił, a Billy nadal nie miał zamiaru
rozwijać tego, bo nie było czego rozwijać.
Pragnął
jej.
Ale
nie zamierzał jej mieć.
A
na pewno nie zamierzał o tym mówić.
Więc
nie podjął tematu, a Jimmy i Oli to uszanowali, chociaż obserwowali ich uważnie
do końca tego pieprzonego lunchu.
Kurwa.
A
potem, pieprzone dzięki Chrystusowi, zadzwonił telefon Billy’ego i musieli
wypierdzielać do cholernego domu tymczasowego, bo przyjechała tam cholerna pracownica
socjalna, która mogła zadecydować o zabraniu przez nich Jacka jeszcze tego
samego pieprzonego dnia do ich domu.
Co
było dobre.
Cholernie
dobre z dwóch powodów.
Pierwszym
powodem był ten, że Hannah się autentycznie ożywiła i wręcz podskakiwała z
radości, kiedy w pośpiechu sprzątali pojemniki po jedzeniu, jakie mieli ze sobą
zabrać, a inne chowali do pieprzonej wspólnej lodówki z resztkami na następny
dzień.
Drugim
było to, że Billy miał cholernie dobrą wymówkę, by szybko stamtąd wypierdzielać
w cholerę.
Ale
nie było do bani również to, że jego młodszy przyrodni brat miałby o jeden cholerny
dzień dłużej prawdziwy dom, ich dom, i rodzinę złożoną z ludzi, którym na nim
zależało.
Ich
rodzinę.
Kiedy
jechali w końcu jego pickupem, Billy zerkał z uśmiechem na ciche szczęście
Hannah, aż kolejny cholerny raz zapomniał o swoim pieprzonym przyrzeczeniu, danemu
samemu sobie i wyciągnął w jej stronę dłoń palcami do góry, żeby dać jej znać,
że chciał, żeby podała mu swoją.
Zrobiła
to, chociaż Billy’emu zdawało się, że na pieprzoną sekundę zamarła, jakby się
zawahała.
Ale
dała mu to.
Jak
dawała mu wszystko, co od niej chciał wziąć.
Podzieliła
się z nim w ten właśnie niewerbalny sposób jej oczywistą radością z tego, że
mogli mieć Jacka jeszcze tego samego dnia w ich domu, a potem przez kilkanaście
minut jechali w ciszy z dłońmi połączonymi w uścisku, leżącymi na oparciu
między ich siedzeniami, a Billy czuł się z tym dobrze.
Gówno.
Kiedy
weszli do domu tymczasowego, wpuszczeni przez prowadzącą go kobietę po tym, jak
trzymając się za ręce doszli do jej drzwi i Billy zadzwonił do nich, Jack
zbiegł ze schodów, więc Billy wiedział, że jego brat czekał na nich.
Niecierpliwie.
Na
ich widok, wchodzących razem, trzymających się przy tym za ręce, jego oczy stał
się olbrzymie, na twarzy pojawiła się szalona radość, a potem wręcz rzucił się z powitalnym przytulaniem do
Hannah, a dopiero później przyskoczył do Billy’ego z uniesioną do niego twarzą,
więc Billy był szczęśliwy, bo widział to jasne jak dzień.
Jack
był szczęśliwy tak, jak tylko dziecko potrafiło być.
Mógł
być po prostu dzieckiem.
Dostał
to od nich i oni też mieli z czego się cieszyć.
-
Hej, młody - powiedział cicho Billy.
-
Dzień dobry - usłyszeli z boku głos Hannah, a kiedy Billy spojrzał w jej
stronę, zobaczył, że witała się z niewysoką, smagłą, okrągłą kobietą, która
stała w drzwiach do salonu z ciemnozieloną, tekturową teczką w ręku.
-
Dzień dobry - tamta skinęła głową - Państwo Brown jak mniemam. Jestem Hortensja
Blobower, kurator rodzinny. Mam zebrać informacje, które są potrzebne do
wydania decyzji. Ale z tego, co widzę, to będzie formalność.
Spojrzenie
kobiety nie było nieprzyjazne, chociaż oceniające i uważne.
Billy
nie odprężył się.
Nie
miał dobrych doświadczeń z pieprzonymi urzędnikami, więc dopóki nie dostali do
ręki cholernych dokumentów stwierdzających, że mają opiekę prawną nad Jackiem, nie przyjmował tego za pieprzony pewnik.
Ale jego zdenerwowanie i zdystansowanie były
niepotrzebne.
Pieprzone
dzięki Chrystusowi, że na wszelki wypadek (z cichą nadzieją) wzięli ze sobą
podstawkę, która stanowiła fotelik dla Jacka, który był nadal zbyt mały, żeby
jeździć bez tego jakimkolwiek samochodem.
Godzinę
później wchodzili do ich własnego domu we trójkę z zapowiedzią wizyty pieprzonego
pracownika socjalnego w najbliższych dniach, by mógł cholernie skontrolować
warunki życia Jacka.
To
było coś, czego Billy za cholerę nie
rozumiał.
Jack
był bity przez jakiegoś kutasa, pomiatano nim, jak kiedyś cholernie pomiatano
Billy’m, nie miał wystraczająco dużo najprostszego gównianego jedzenia, nie
miał dobrej cholernej opieki, ale wtedy nikt się nim nie zajmował.
Kurwa!
Teraz
miał mieć własny, dobrze wyposażony
(przez Evę) pokój, dobrą, troskliwą kobietę, która będzie cholernie dawała
gówno co do jego czystości, pieprzonego ubrania i jedzenia, a oni w cholerę
zamierzali to kontrolować.
Billy
nie powiedział nic z tego na głos, ale wkurwiało go to, co jego młodszy brat
musiał przeżywać przez te lata, dopóki Billy
nie zebrał swojego gówna do kupy i się nim nie zajął.
Wkurwiało
go też to, że tak długo zbierał swoje gówno do kupy.
Do
domu dotarli we trójkę o czwartej po południu i Hannah z Billym od razu zajęli
się rozpakowywaniem skąpego dobytku Jacka z jednego pieprzonego pudełka, małej,
tekturowej, starej walizki i cholernego, dziecinnego plecaka szkolnego w nowym pokoju
młodego, który miał jeszcze pewne braki w wyposażeniu, o czym właśnie się
przekonywali.
Billy
po prostu nie sądził, że jego brat miał aż
tak mało.
Kurwa.
Pieprzyło
go to.
Pracownicy
socjalni zabrali rzeczy z domu ich matki, kiedy została zwolniona z aresztu, by
odpowiadać z wolnej stopy za zaniedbania, jakich dopuściła się wobec Jacka.
Jej
fagas miał posiedzieć dłużej, by odpowiedzieć za przemoc fizyczną, z której
dowody sąd miał po obdukcji Jacka sprzed kilku dni.
Billy
cieszył się z tego, że nie musieli mieć z nimi więcej do czynienia.
Żeby
nie przeszkadzać swojej żonie i swojemu bratu, którzy najwidoczniej zajęli się
drobiazgami, o których Billy nie chciał myśleć, jak skarpetki, piżamy i takie
gówno, Billy zszedł do pokoju gościnnego, który zamierzał uczynić swoim pokojem,
ale tam przekonał się, że jego gówno
zostało sprzątnięte.
Hannah
zdążyła pościelić łóżko i zebrać jego ciuchy z podłogi, gdzie Billy rzucił je byle
jak poprzedniego wieczoru, chociaż nie przeniosła jego rzeczy z szuflady, o
czym Billy przekonał się później.
Więc,
nie mając nic do roboty, sięgnął po pieprzony prezent, który dostał od swojej żony
z okazji ich ślubu, a który leżał nietknięty, jak go zostawił w nocy, na szafce
nocnej przy łóżku gościnnym.
Wziął
do ręki bruliony, które rozpakował poprzedniej nocy, kiedy na własne cholerne życzenie
został sam, by spać w tym pieprzonym pokoju gościnnym i westchnął ciężko.
Kiedy
kazał Hannah spędzić samotnie ich noc poślubną w ich sypialni małżeńskiej, był
przekonany, że robił słusznie.
A
potem zaczął się łamać.
Tak
cholernie bardzo pragnął spać obok niej w ich łóżku!
Ale
wtedy, wiedział doskonale, pragnąłby nie tylko spać, bo pragnął jej.
Pożądał
jej tak bardzo, że na samo wspomnienie jej w tej cholernie słodkiej piżamce, w
której otworzyła mu drzwi te kilka tygodni temu, jego kutas twardniał i bolał
go jak cholera.
Więc,
żeby nie myśleć o tym, wziął do ręki pakunek, który dała mu Hannah i rozwinął
go z papieru, by przekonać się, że nie były to zwykłe książki.
Jego
żona dała mu swoje życie spisane w jej pamiętnikach.
Dała
mu siebie.
Początkowo
nie zamierzał ich czytać.
Miał
ją chronić przed sobą, więc absolutnie również on nie powinien jej lepiej
poznawać, nie powinien dopuszczać do nawet takiej bliskości, do myślenia o niej
więcej, niż już myślał.
Ale
nie wytrzymał.
Po
godzinie bezmyślnego gapienia się w pieprzony sufit, kiedy leżał na plecach na
pieprzonym łóżku w pieprzonym pokoju
gościnnym, wziął do ręki bruliony, znalazł po datach ten, który był najstarszy
i zaczął go czytać.
Nie
przestał aż do późnej godziny nocnej, kiedy skończył pierwszy z zeszytów,
napisany przez Hannah w ciągu pierwszych tygodni po śmierci jej ukochanej
siostry, a jego umysł był całkowicie wypełniony chęcią wpełznięcia do ich łóżka
małżeńskiego, porwania w swoje ramiona i przyciśnięcia do siebie tej wrażliwej,
dobrej, czułej kobiety, która sama
leżała w ich wspólnym, wielkim łożu
na górze, zamiast być gdziekolwiek,
ale przytulona bezpiecznie do mężczyzny, który obiecał ją chronić.
Więc
poszedł po schodach na górę do ich sypialni, znalazł swoją żonę śpiącą
niebezpiecznie bokiem na pieprzonym parapecie
okna, przeniósł ją, ująwszy jedną ręką pod kolanami a drugą pod plecami, jak
powinien był przenieść ją, jako swoją pannę młodą, przez próg ich domu kilka
godzin wcześniej i położył ją do ich podwójnego łóżka.
Patrzył
na nią, śpiącą tak ufnie i spokojnie na poduszce w białej poszewce, z włosami
splecionymi w warkocz, leżącymi obok niej i marzył o tym, żeby ją pocałować.
Pamiętał,
jak smakowały jej usta.
Kurwa!
Ale
powstrzymał się, odwrócił w cholerę i wszedł na chwilę do łazienki, żeby umyć
zęby i twarz, zanim wrócił do łóżka, ale nie ich łóżka.
A
potem schodami zszedł na dół, do pieprzonego pokoju gościnnego i leżał na
tamtym cholernym łóżku przez kolejne pieprzone godziny, czytając następny
zeszyt z zapiskami Hannah.
Czego,
kurwa, nie chciał robić.
Ale
nie mógł się powstrzymać, bo był popieprzonym idiotą.
A
teraz, po przyjeździe do domu, powinien te bruliony schować głęboko do jakiejś
pieprzonej szuflady i nie wyciągać.
Nie
zrobił tego.
Jak
popierdolony idiota, jakim był, cholernie czytał dalej, już trzeci z brulionów,
dowiadując się coraz więcej o tym, jak dobrą, troskliwą, chociaż cholernie
naiwną i nazbyt ufną wobec ludzi kobietą była jego żona.
Niezauważenie
minęła mu na tym cała godzina, więc dopiero kiedy Hannah zapukała do drzwi, a
później wetknęła tam głowę, by powiedzieć mu, że przyjechali z dostawą mebli do
sypiali, odłożył te pamiętniki.
Ale
w głowie miał tylko jedno z ostatnich zdań, które Hannah napisała do swojej
nieżyjącej siostry:
Każdą moją myśl,
całe uczucie, moje ciało i duszę.
Chciała
mu się oddać.
Więc
może pomyślała właśnie, że on nie chciał wziąć?
Ale
chciał i to tak bardzo, że go to bolało.
Wstał
z łóżka w pokoju gościnnym i w myślach bił się ze swoją decyzją, bo nie był jej
już taki pewien, ale najpierw musiał zająć się sprawami jego rodziny.
Hannah
powiedziała mu o zamówionych przez nią pieprzonych meblach, kiedy jechali do
komisu, by kupić dla niej samochód, więc było to coś, co mieli zaplanowane w
rozkładzie ich dnia już od rana.
Kiedy
Billy wyszedł z pokoju gościnnego, przekonał się po zapachach dochodzących z
kuchni, że przez ten czas, kiedy on czytał, jego żona i jego brat przygotowali
kolację, więc zdziwił się, że zaczytanie się w jej dziennikach spowodowało, że
niczego nie usłyszał.
Była
piąta po południu, dostawa miała podjechać na parking pod domem za kilka minut,
a ich kolacja właśnie kończyła się gotować.
Cóż,
cholera, to wyglądało jak prawdziwe
życie rodzinne.
Coś,
co Billy znał z obserwacji innych, z telewizji, ale nigdy nie miał.
Niecałe
pół godziny później Billy zszedł schodami na dół, wyszedłszy z sypialni, w której
toaletka z lustrem, głęboki i wyglądający na wygodny fotel, lampa stojąca oraz
półki na książki wyglądały bardziej zajebiście, niż kiedykolwiek mógłby to
sobie wyobrazić.
Jeszcze
dwie, trzy minuty wcześniej Jack był z nim i pomagał zwijać folie, którymi były
zabezpieczone elementy tapicerki fotela, ale Billy wysłał go do pomieszczenia
gospodarczego, by je wyrzucił do śmieci, a później usłyszał wołanie Hannah, by
przyszli na kolację.
Więc
zszedł i po drodze myślał o tym, jak bardzo lubił to, jak wyglądało ich zwykłe,
codzienne życie jako rodziny, którą właśnie stworzyli.
Wszedł
do kuchni, gdzie Jack już wyjmował z szuflady sztućce pod dyktando Hannah,
która zerkała na niego, odcedzając z wody ręcznie robione gnocchi nadziewane
serem, jak Billy dowiedział się, kiedy usiadł przy stoliku podręcznym na
stołku, który sobie wysunął.
Jack
usiadł obok niego, Hannah postawiła przed nimi talerze wyładowane jedzeniem, a
potem usiadła z nim, stawiając na blacie swój talerz i mówiąc cicho - bon appétit.
-
Dziękuję - powiedział Jack trochę nieśmiało, ale pozbył się tej nieśmiałości,
kiedy spróbował kluseczek ze swojego talerza.
-
Pycha! - krzyknął nagle, a potem
pochylił się nad stołem i zaczął zgarniać jedzenie, jakby go ktoś gonił.
-
Hej! - zawołała delikatnie Hannah - Nie musisz się tak spieszyć. Nikt ci tego nie
zabierze.
Jack
wyprostował się, spojrzał na nią bokiem z odrobiną strachu w oczach, ale, kiedy
zobaczył, że się przy tym łagodnie uśmiechała, również się do niej lekko
uśmiechnął, wrzucił trochę jedzenia do ust i powiedział z pewną dumą w głosie:
-
Zrobiliśmy naprawdę dobrą kolację.
-
Tak - powiedziała łagodnie Hannah, a Billy spojrzał na nią, żeby zobaczyć, że
wargi zadrżały jej, ale nie było jej do śmiechu - Nie wiem, co bym zrobiła bez
mojego pomocnika.
Billy
zajął się swoim jedzeniem, myśląc o tym, jakie niesamowite szczęście miał jego
brat, że mógł mieć w swoim życiu taką dobra kobietę, kiedy do tej pory miał
tylko ich matkę, nie dającą ani trochę gówna, czy jedzenie było dobre ani czy
było za co pochwalić jej syna.
I
wtedy poczuł odrobinę zadowolenia z tego, że dał to swojemu bratu i że dał to
swojej żonie, chociaż nie czuł w tym ani trochę swojej zasługi.
Gnocchi
Hannah podała z sosem mięsno pomidorowym, który też najwidoczniej sama zrobiła
i było tak pyszne, że Billy z trudem powstrzymał się przed zjedzeniem tego
gówna w taki sposób, w jaki jadł je Jack.
A
potem, kiedy wszyscy skończyli jeść, Billy zrobił coś, co powinien zrobić już
rano, kiedy zjadł te zajebiste hash browns na śniadanie, czyli położył dłoń na
talii Hannah, pochylił się do niej i pocałował ją delikatnie w policzek, by od
razu odsunąć się mamrocząc cicho - Dziękuję,
kochanie, było pyszne.
Blask
w jej oczach, kiedy podniosła je na niego z lekkim uśmiechem na ustach
powiedział mu, że zdecydowanie
powinien był to zrobić rano, bo właśnie uszczęśliwił ją tym małym gestem.
Powinien
częściej jej to dawać, nawet jeśli nie byliby razem jak małżeństwo mogłoby być,
chociaż Billy właśnie wtedy odkrył, że to było trudne, bo miał na nią coraz
większą ochotę, kiedy przebywał tak dużo w jej przestrzeni.
Więc
nie odsunął się całkiem, tylko razem
sprzątali w kuchni po ich kolacji, a Jack im sekundował, pokazując Billy’emu, że
całkiem dobrze zdążył poznać kuchnię i rozkład całego kuchennego gówna w
szafkach.
Później
razem poszli do bawialni, by tam powisieć ponad godzinę, wylegując się na
kanapie i fotelach przed włączonym telewizorem, kiedy Hannah zrobiła sobie kawę
zbożową, Billy pił swoje piwo prosto z butelki, a Jack radośnie podniecony podskakiwał
na fotelu, pstrykając przyciskami na pilocie i usiłując znaleźć w telewizji
coś, co zainteresowałoby ich wszystkich.
Billy
byłby za meczem.
Chociaż
obejrzałby cokolwiek, byleby pobyć razem z tą dwójką.
Jack
zapewne wolałby jakieś kreskówki, chociaż początkowo wstydził się przyznać do
tego na głos.
Hannah
nie miała zdania, aż w końcu przyznała, że na ogół w swoim rodzinnym domu nie
oglądała telewizji.
Ale
obejrzałaby jakiś film razem z nimi.
I
byłby z tego powodu szczęśliwa.
Więc
obejrzeli jakąś komedię rodzinną.
I
wszyscy byli szczęśliwi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz