sobota, 28 stycznia 2023

8 - Oczywiście, że szczęśliwa

 

 Rozdział 8

Oczywiście, że szczęśliwa

Hannah

 

 

Następnego dnia rano po naszym ślubie wstałam z naszego dużego, podwójnego łóżka, w którym spędziłam samotnie chyba-prawie-całą naszą noc poślubną, poszłam do naszej łazienki i zaczęłam się szykować na nasz dzień.

Pierwszy dzień z wielu kolejnych, jakie miały nadejść, który miałam w całości spędzić jako żona Billy’ego, pani Hannah Brown.

Poprzedniego dnia późnym wieczorem poszłam do naszej sypialni sama, jak Billy mi tak nakazał i zaczęłam się szykować do snu, nie do końca rozumiejąc tego, co się tam działo.

Po naszym pięknym ślubie, wzruszającej i pełnej znaczenia przysiędze małżeńskiej, po tym, jak Billy włożył mi na palec swoją obrączkę (a ja jemu włożyłam moją), po niezwykle udanym przyjęciu ślubnym, kiedy czułam się szczęśliwa i myślałam, że Billy czuł to samo, wróciliśmy oboje do naszego nowego, wspólnego domu.

Zostaliśmy sami.

Tyko my.

Przez cały czas ślubu i przyjęcia byliśmy otoczeni przyjaciółmi i rodziną.

Jack, który był drużbą Billy’ego (nie głównym, bo był dzieckiem, ale honorowym), musiał odjechać jako pierwszy, bo przyjechała po niego kobieta, która była jego tymczasową opiekunką.

Pożegnaliśmy się czule i z olbrzymią nadzieją, że już następnego dnia będziemy mogli zamieszkać razem.

Moją druhną była Abi, która pracowała tak pilnie z Alekiem przy wystroju sali, w której było przyjęcie i naszego kościoła, że dosłownie padła z nóg jeszcze przed końcem przyjęcia, więc umówiłam się z nią na następny dzień, żeby porozmawiać z nią od serca i kazałam jej pojechać do domu, by odpoczęła.

Przez wiele dni nie miałyśmy na to czasu.

Tego pierwszego dnia naszego małżeństwa również oboje z Billy’m mieliśmy być bardzo zajęci.

Mieliśmy w pierwszej kolejności razem pojechać do sali bankietowej, w której było nasze przyjęcie i zabrać jedzenie schowane tam na noc do chłodziarek przez mamę, Helenę i Evę po imprezie, by następnie zawieźć je do FS 13 na lunch dla mężczyzn.

Potem mieliśmy pojechać do tego domu tymczasowego, w którym mieszkał Jack, by podpisać dokumenty i, ewentualnie, jak będzie się dało, zabrać go do naszego domu, by zacząć nasze życie jako rodzina.

Na co, jak wiedziałam, czekał Billy, bo zrobił to dla niego, ja też czekałam naprawdę niecierpliwie i wiedziałam, że Jack również czekał.

Może nawet bardziej niecierpliwie niż ja.

Billy również wspominał coś o możliwości pojechania tego dnia do dealera, by kupić dla mnie samochód, ale mówił o tym już po raz drugi, więc nadal nie byłam pewna, czy mówił poważnie.

Po naszym ślubie, w tamtej sali na przyjęciu, mama z Abi pomogły mi zdjąć welon, ale nadal byłam w mojej sukience ślubnej, która była wygodna i nie widziałam potrzeby, by ją zmieniać.

Tym bardziej, że Billy wyglądał, jakby mu się bardzo podobał widok mnie w niej, kiedy szłam do niego przejściem w kościele, wsparta na ramieniu Oli’ego, który zastępował mojego tatę.

Spędziłam w niej więc całe nasze przyjęcie, jedząc, rozmawiając, śmiejąc się, pogrążona w szczęśliwej mgiełce, kiedy Billy trzymał mnie przyciśniętą do swojego boku, a potem tańcząc w niej z wieloma mężczyznami, chociaż wolałabym tylko z jednym i wreszcie, krojąc w niej ten cudny, przepiękny, a potem się okazało, że przepyszny tort.

Ale mama, Helena i Eva nie pozwoliły mi w niej sprzątać po przyjęciu, więc nieomalże wygoniły mnie i same posprzątały.

A kiedy dojechaliśmy z Billy’m do naszego domu, poszłam od razu, zanim jeszcze się przebrałam, do komody w salonie, w szufladzie której naszykowałam mój prezent ślubny dla mojego męża.

Mnie w moich dziennikach, czyli trzy bruliony listów do Ewy, które pisałam przez te kilkanaście miesięcy, odkąd jej nie było.

Dokładnie zaraz w następnej sekundzie pomyślałam, że miniony miesiąc wypełniony był moimi złudzeniami, złudnymi nadziejami na coś więcej.

A Billy mi je zabrał.

Rozwiał je kilkoma słowami.

Bowiem mój mąż, kiedy mu podałam tę paczuszkę i wyjaśniłam, co to było, spojrzał na pakunek obojętnie, później tak samo na mnie i zimnym, suchym, wręcz okrutnie odpychającym głosem nakazał mi udać się do łóżka.

Nie rozumiałam.

Poczułam nagle, jakby między nami wyrosła wysoka ściana zrobiona z lodu, której wcześniej, głupia ja, nie zauważyłam.

Nie miałam innego wyjścia, jak tylko wykonać jego polecenie i, chociaż jeszcze wtedy nie wiedziałam, co oznaczał jego ton, poczułam lekkie, bolesne ukłucie w sercu, więc zamrugałam bezradnie.

Poszłam więc sama do naszej sypialni, przygotowałam się do snu w naszej łazience i usiadłam na brzegu łóżka, by czekać na swojego oblubieńca.

Jeszcze miałam nadzieję, więc czekałam.

Nie wiedziałam, jak długo to trwało.

Po prostu czekałam.

Siedziałam tam i nie ruszałam się.

Czułam różne rzeczy, a żadna z nich nie była dobra.

Byłam zraniona, bo kochałam Billy’ego i sądziłam, że on mnie kochał, więc poczułam, że moja miłość właśnie dostała policzek, została odrzucona.

Po naszej wspólnej nocy, którą spędziliśmy w hotelu w jednym łóżku, czułam również po raz pierwszy do jakiegokolwiek mężczyzny pociąg fizyczny, nazwałabym go seksualnym, chociaż trudno mi było go rozpoznać, skoro nigdy z nikim o tym nie rozmawiałam.

Więc było mi źle z myślą, że Billy mnie nie chciał w ten sam sposób.

Ale wciąż miałam cichą, coraz słabszą nadzieję, tę piękną nadzieję, którą Billy dał mi dwa dni temu, śpiewając do mnie jestem twój na zawsze albo… może tylko mi się tak wydawało.

Więc czekałam.

Ale mój nowo poślubiony mąż nie nadszedł.

Wstałam, podeszłam do drzwi, położyłam dłoń na klamce i oparłam o nie czoło, by nasłuchiwać, ale nie miałam odwagi ich otworzyć.

Czując, jak oddech w płucach mi zamarzał, wróciłam więc na swoje poprzednie stanowisko, powłócząc noga za nogą i ponownie bezradnie usiadłam na brzegu łóżka.

Analizowałam każdy dzień, każdy gest, każde wypowiedziane słowo.

Ludziom przeważnie wydaje się, że inni żywią wobec nich uczucia znacznie gwałtowniejsze niż to jest w rzeczywistości - zabrzmiał mi w myślach cytat słów F. Scott Fitzgeralda z Czuła Jest Noc.

Potem, po kolejnych długich minutach oczekiwania, wstałam, podeszłam do wyłącznika na ścianie, zgasiłam główne światło, zostawiając zapaloną tylko lampkę na swojej szafce nocnej, poszłam do łazienki i posprzątałam tam, chociaż nie miałam czego, bo nie zostawiłam po sobie bałaganu.

Wróciłam do sypialni, rozejrzałam się, kompletnie nie wiedząc, co miałam począć, spojrzałam na nasze podwójne łóżko i zaczęło to do mnie docierać.

To było właśnie to.

Mieliśmy układ, na który oboje się zgodziliśmy, w którym byliśmy małżeństwem na papierze, formalnym, ale Billy nie zamierzał mieć niczego więcej, jak mi się wydawało, że zamierzał.

To po prostu ja źle go zrozumiałam.

Był Jokerem i potrafił to robić.

Świetnie udawał przed ludźmi zaangażowanie, przybrał taką maskę, a ja zapomniałam, że to była tylko umowa między nami, która miała dać pewne korzyści nam obojgu i on po prostu ułatwiał mi przebrnięcie przez to, udając kochającego narzeczonego, bo był dobrym człowiekiem, który o mnie dbał.

Powinnam być mu bardzo, z całego serca wdzięczna za to, że codziennie tyle mi dawał, a ja niepotrzebnie, egoistycznie oczekiwałam czegoś więcej.

Głupia ja.

Naprawdę sądziłam, że mógł kiedykolwiek chcieć mnie?

Tłumaczyłam to sobie na tysiące sposobów, ale i tak to bolało.

Nie miałam ochoty na położenie w tym dużym łożu małżeńskim samotnie, bo było w tym coś upokarzającego, kiedy stopniowo coraz bardzie docierało do mnie, że zostałam odtrącona, a właśnie dałam mu siebie bardziej, ofiarowując mu te dzienniki, które zawierały w sobie moją duszę.

A on jej nie chciał.

Wepchnęłam mu je!

Chociaż tego nie żałowałam.

Wzięłam jeden, a potem drugi oddech, aż wreszcie skupiłam się na tym, by zacząć przypominać sobie i myśleć tylko o tym, ile dobrego mnie spotkało dzięki temu, że poznałam Billy’ego, że w ogóle był w moim życiu.

Miał się kto mną opiekować.

Mieliśmy mieć rodzinę.

Miałam dom.

Samo dobro.

Stojąc tak u nóg naszego łóżka, rozejrzałam się po pokoju i dostrzegłam to, o czym nie pomyślałam wcześniej, kiedy wariowałam na myśl o tym, że miała to być nasza sypialnia małżeńska.

Miałam tu żyć na co dzień, więc musiałam ułożyć sobie wszystko tak, by pracować nad swoją pracą i dla mojej nowej rodziny.

Na parterze ten dom miał pomieszczenie, które obecnie było przeznaczone na sypialnię dla gości i podejrzewałam, że właśnie tam tej nocy spał Billy i być może zamierzał tam spać w ciągu kolejnych nocy, więc nie mogłabym tam urządzić dla siebie miejsca do pracy, czyli sprawdzania prac uczniów i przygotowywania się do lekcji.

Ale nasza sypialnia była ogromna, zwłaszcza w porównaniu z moim pokojem w domu mojej mamy.

Pod tamtą ścianą, naprzeciwko drzwi wejściowych, po mojej stronie łóżka, było wystarczająco dużo miejsca na małą toaletkę z lustrem i krzesłem lub jakimś taboretem, przy której mogłabym zajmować się swoimi włosami, bo wymagały czasu i miejsca, w którym mogłabym je rozczesać i wysuszyć po umyciu.

A tam obok, bliżej ona, mógłby stanąć wygodny fotel, w którym mogłabym siedzieć skulona, czytając książkę lub prace uczniów, zaś koło niego zmieściłaby się półka na książki, mały stolik i stylowa lampa stojąca z abażurem.

Kiedy to sobie wszystko ułożyłam w wyobraźni, zaplanowałam przestrzennie, natychmiast odnotowałam sobie w pamięci, by następnego dnia zadzwonić do Soniji, która tak bardzo nam pomogła w dobieraniu odpowiednich mebli do domu i dostarczeniu ich na dogodnych warunkach, czyli o wybranej przeze mnie porze i w wybranym dniu.

Potem spojrzałam w kierunku okien i dopiero wtedy zauważyłam, że jeden z parapetów był jakby powiększony, szerszy, wystający poza okno niczym ławka.

Podeszłam do niego i oparłam się o niego jednym biodrem, więc wyczułam, że deska, która na nim leżała, była gruba, solidna i powinna mnie utrzymać.

Ktoś urządził tutaj siedzisko, które mogło być miejscem do czytania książek lub do pracy.

Byłam ubrana w swój zwykły strój do spania, czyli krótkie spodenki i koszulkę, bo było ciepło, a nie miałam odwagi założyć jednej z tych koszulek nocnych, na których zakup namówiły mnie kobiety tamtego feralnego dnia w butiku, kiedy to poddałam się przymierzaniu bielizny i ich wizji naszej nocy poślubnej.

Okna naszej sypialni miały przyczepione do szyb, płócienne, gumowane od spodu ze względu na światła dochodzące od latarni z parkingu, małe rolety, które właśnie wtedy były zasłonięte na dobry sen.

Wyciągnęłam rękę i odsłoniłam jedną z nich, a potem przysiadłam bokiem na tym parapecie, a wreszcie wyprostowałam się, by oprzeć się plecami o obmurowanie okna, a ramieniem o framugę, podgiąwszy nogi w kolanach i postawiwszy bose stopy płasko przed sobą na gładkiej powierzchni parapetu.

Owinęłam nogi ramionami, oparłam policzek o kolana, by patrzeć na cichy, uśpiony świat za oknem i siedziałam tam wiele, wiele minut zamyślona, żałując, że nie miałam na czym zapisać swojego nowego listu do Ewy.

Brakowało mi tego.

Myślałam, że od tego dnia wszystkie moje myśli będę powierzała Billy’emu, więc nie byłam przygotowana na zapisywanie ich, a zawsze musiałam je z siebie wyrzucić, by je uporządkować.

Przemyśleć je i dowiedzieć się, co tak naprawdę czułam.

Nie wiedziałam, jak długo to trwało, kiedy siedziałam tak, myśląc o kolejnych chwilach, o każdym z wydarzeń ostatnich dwóch dni oddzielnie, jakbym miała rozwiązać zagadkę tego, jak to pomyliłam się w uczuciach łączących Billy’ego ze mną, kiedy patrzyłam przez okno niewidzącym wzrokiem, ale i tak niczego nie widziałam, nawet jak za oknem świeciły się lampy i mogłabym widzieć.

Po prostu mój wzrok skierowany był do środka mnie, na to, co sobie przypominałam i wyobrażałam.

A potem musiałam zasnąć, bo również nie wiedziałam, dlaczego rano obudziłam się w naszym łóżku, a nie na parapecie, bo już od wielu, bardzo wielu lat nie zdarzyło mi się nie wiedzieć, kiedy ktoś mnie przeniósł w czasie głębokiego snu w inne miejsce.

Jak byłam mała, mój tata często brał mnie na ręce, bo zasypiałam w różnych dziwnych miejscach, w których rozmarzyłam się lub zaczytałam, więc przenosił mnie do mojego pokoju do łóżka, żebym nie spadła, nie zmarzła lub z innych powodów.

Nie pamiętałam tego, ale tak mi to opowiadali.

Nie wiedziałam kto i dlaczego przeniósł mnie tym razem w nocy, ani czemu się przy tym nie obudziłam, ale to musiał być Billy.

Więc tak było.

Przecież nie lunatykowałam.

Po tak właśnie spędzonych nocnych przemyśleniach z nawyku wstałam prawie natychmiast po przebudzeniu się o siódmej rano, poszłam do łazienki, by wziąć prysznic i naszykować się na nasz dzień, który miał być dosyć pracowity.

Bowiem doszłam do wniosku, że tak właśnie miało być i to było dobre, bo wiedziałam dokładnie, co mieliśmy sobie wzajemnie dawać.

Mieliśmy być małżeństwem z naszej umowy, małżeństwem formalnym, tak zwanym białym małżeństwem, chociaż słyszałam o nich jako o jakimś rodzaju bliskości, pokrewieństwie dusz, a obawiałam się, że między nami miało nie być żadnego rodzaju bliskości.

Miałam się o tym przekonać później, chociaż tego nie wyczekiwałam.

Nie z utęsknieniem.

Nie zmieniało to faktu, że było mi ciężko na duszy z powodu nietkniętej przez noc poduszki Billy’ego i jego kołdry, co czułam jako ściśnięcie serca od pierwszej sekundy, kiedy otworzyłam oczy i to zobaczyłam.

Pozbierałam się jednak, przywołałam dobre myśli o tym, że mieliśmy dużo rodziny i przyjaciół wokół siebie poprzedniego dnia i że tego dnia mieliśmy ich również spotkać, a także być może przywieźć do domu Jacka.

Zrobiliśmy to również dla niego.

Więc mieliśmy przyszłość, dom i mieliśmy mieć rodzinę do zajmowania się sobą wzajemnie, a ja, jako żona Billy’ego i „mama” Jacka w tej rodzinie miałam się nimi zaopiekować tak, jak kobieta opiekowała się zawsze mężczyznami i dziećmi.

I właśnie to zamierzałam zrobić.

Ponieważ sierpniowy dzień miał być gorący, więc założyłam na siebie krótkie do kolan, płócienne, rozszerzane spodenki, stanik i nową koszulkę, jedną z tych, do kupienia których zmusiły mnie kobiety w butiku Aleka i Sama, a włosy miałam, jak zwykle, związane w warkocz i miałam bose stopy, kiedy wyszłam z naszej sypialni i zeszłam wprost do kuchni.

Nigdzie nie było ani śladu Billy’ego.

Zabrałam się jednak za robienie mojej wersji hash browns na nasze pierwsze wspólne śniadanie.

*****

Pięć godzin później

Rano, jedząc wspólnie z moim nowym mężem pierwsze wspólne śniadanie w naszej nowej kuchni, ustaliliśmy plan zajęć na nasz dzień.

Kuchnia miała naprawdę dużą przestrzeń roboczą na długich blatach wzdłuż ścian, która otaczała kuchenkę i zlew z osączarką, a z boku miała wystający ze ściany mały stolik, niższy od blatu, pod którym stały cztery stołki, kupione przez nas w poprzednim tygodniu, więc można było tu jeść śniadanie i inne szybkie posiłki.

Billy przyszedł do kuchni na śniadanie, nawet zanim jeszcze dokończyłam je przygotowywać, przywitał się ze mną normalnie, mówiąc Hej, nie robiąc uników, ale również nie okazując mi takiej czułości, jaką zdarzało mu się mi okazywać, kiedy byliśmy między ludźmi.

Nawet mnie nie dotknął.

Tak. To było to.

Uznałam to za dowód na to, że miałam rację, moje wnioski były właściwe i wcześniej jako dobry człowiek, jakim był, po prostu chciał mi pomóc przebrnąć przez ewentualne pytania różnych ludzi o to, jak to właściwie między nami było i czego nie było.

Wiedziałam wreszcie, co to było to, co mieliśmy, więc odetchnęłam z ulgą, albo może tak to sobie wmawiałam, ale nie chciałam tego nadmiernie analizować, więc nie myślałam o tym już dłużej ani przez sekundę.

Zamiast tego skierowałam swoje myśli na plan naszego dnia.

- Więc - zapytałam Billy’ego, stawiając na blacie wyspy nasze talerze z ciepłym śniadaniem, żeby odwrócić się po kubki z kawą (moją zbożową, a Billy’ego zwykłą), bo sztućce położyłam naprzeciwko stołków już wcześniej, kiedy Billy ku mojej wielkiej uldze przyszedł do kuchni - Co robimy jako pierwsze? Moja mama z Evą będą w tamtej sali, gdzie było przyjęcie około dziesiątej trzydzieści. Tak się umówiłyśmy, jak rozmawiałyśmy wczoraj wieczorem.

- Dobrze - powiedział swobodnie Billy, biorąc do ręki widelec, by zacząć jeść swoje hash browns - Więc może najpierw pojedziemy kupić dla ciebie samochód - stwierdził, a nie zapytał, więc uznałam, że to wcześniej przemyślał.

Spróbował swojego hash browns, spojrzał na nie z dziwnym wyrazem twarzy, jakby z zaskoczeniem, ale nie skomentował go, tylko wrzucił do ust jeszcze trochę, podczas gdy ja usiadłam obok niego i zaczęłam jeść swoje danie.

- Myślałaś nad tym, jaki samochód chciałabyś mieć? - spytał w końcu, kiedy przełknął następny kęs, a potem, patrząc na mnie bokiem, wrzucił do ust jeszcze trochę.

Był coś dziwnego w tym, jak to jadł, jakaś zachłanność, jakby był bardzo głodny, albo jakby jadło dziecko, które po raz pierwszy w życiu jadło coś, co mu smakowało, ale ja już całkiem skupiłam się na problemie, który poruszył.

- Nie - powiedziałam cicho i spojrzałam uważniej na swój talerz, grzebiąc w nim widelcem - Chociaż już dawniej myślałam o tym, żeby jakiś sobie kupić.

- Tak? - Billy spytał cicho, jakby bez tchu, więc spojrzałam w jego stronę i zobaczyłam, jak mi się przyglądał z wyładowanym widelcem zawieszonym w pół drogi nad talerzem do ust.

- Tak - przyznałam niechętnie - To mogłoby być nieco bezpieczniejsze niż dojeżdżanie wieczorem autobusem.

- No, tak - mruknął Billy i bardziej poczułam niż widziałam, że zajął się ponownie swoim jedzeniem, więc i ja zajęłam się swoim.

Wiedział, na jakie niebezpieczeństwa byłam narażona, kiedy wracałam samotnie autobusem do domu, bo przecież sam mnie przed jednym uratował.

- Nadal nie wymyśliłam, jaki samochód bym chciała - przyznałam niechętnie - Nie znam się na tym.

- Eva i Ania mają Audi… - powiedział mi Billy, a ja zerknęłam w jego stronę i zmarszczyłam brwi, bo widziałam Audi Evy i wyglądało na drogie - Maggie ma Jeepa Compass.

- Ale ja… - zawahałam się i dokończyłam nie patrząc na niego - Ja chyba wolałabym coś tańszego - niechętnie dokończyłam, szepcząc do swojego jedzenia.

- Anie - powiedział nagle Billy znowu tym samym, jakiego używał pośród ludzi, czułym tonem i zamrugałam z zaskoczenia oczami skierowanymi w swój talerz - Po pierwsze ty masz pieniądze - podniosłam wzrok na niego, więc zobaczyłam, że jego oczy też były czułe i ciepłe - …a po drugie te samochody są bezpieczne i dlatego mężczyźni je kupili dla swoich kobiet. Słyszałem, jak o tym kiedyś rozmawiali - mruknął na koniec i zajął się zgarnianiem resztki swojego hash browns z talerza do ust.

Zamyśliłam się.

Naprawdę wolałabym, żeby nie wysyłał mi takich sprzecznych sygnałów.

Już sobie to wszystko poukładałam dzisiejszego ranka, a on teraz ponownie dawał mi nadzieję, którą, głupia ja, chłonęłam jak gąbka.

Otrząsnęłam się z tego, przypomniałam sobie o tym, że Billy dobrze się mną opiekował, a ponieważ zamierzaliśmy dać rodzinę Jackowi i będę go czasem woziła swoim samochodem, jaki on by nie był, więc musiałam zadbać o to, żeby był bezpieczny.

Tak, to chodziło o to.

Bezpieczeństwo.

- To może zapytasz kolegów w pracy? - zaproponowałam łagodnie i już bez niechęci w głosie - Może coś nam podpowiedzą. Audi Evy jest chyba nowe, ale porozmawiaj z Jimmy’m lub Davidem, może wiedzą, gdzie kupić jakieś używane.

- Okej - mruknął Billy, rozpogodził się, odłożył widelec na swój opróżniony talerz i od razu sięgnął do tylnej kieszeni swoich spodni, by wyjąć telefon.

Dopiero wtedy zauważyłam, że miał na sobie letnie spodnie, o jakich uczniowie w szkole z niezrozumiałych dla mnie przyczyn mówili bojówki.

Były płócienne, czarne, miały bardzo dużo kieszeni, ale dla mnie ważniejsze było to, że były luźne i sięgały Billy’emu tylko tuż za kolano, więc były bardzo dobre na gorące dni.

Powinno mu być w tym wygodnie.

Do tego Billy włożył brązowy t-shirt i był boso.

Był również potargany, przez co bardzo mnie kusiło, żeby przeczesać mu włosy palcami, ale świadczyło to również o tym, że nie brał jeszcze prysznica.

Zastanawiałam się gdzie spał.

- David - powiedział do swojego telefonu - Yo. Tu Billy.

Słuchał przez chwilę, a potem siedziałam tak i patrzyłam na niego, a także słuchałam, jak mówił i słuchał na zmianę.

- Tak, racja - przerwa, dziwne zaciśnięcie warg - Chciałem cię zapytać, czy nie znasz jakiegoś dealera lub komis, gdzie można by kupić używany, bezpieczny samochód dla Hannah - przerwa, uważne słuchanie ze wzrokiem wbitym w blat wyspy - Tak, byłoby dobrze - przerwa, ciche - Nie bądź dupkiem - dziwny grymas, westchnienie, a potem znowu - Dobra, prześlij, nara.

Rozłączył się, przesuwając kciukiem po ekranie telefonu, schował go z powrotem do kieszeni, a potem wstał ze stołka, wziął swój talerz i poszedł w stronę zlewu, mówiąc do mnie, kiedy ja obracałam się, wciąż patrząc na niego, jak się poruszał.

- David kupował dla Maggie Jeepa u jakiegoś znajomego w komisie. Podeśle mi adres, to tam pojedziemy, żeby się rozejrzeć. Dobrze?

Spojrzał na mnie, więc skinęłam głową, a potem Billy ruszył w stronę wyjścia z kuchni, ponownie mówiąc do mnie, ale ja już się ruszyłam, by ogarnąć kuchnię po naszym śniadaniu.

- Wezmę prysznic, ty się naszykujesz i możemy jechać. Tak?

- Tak - powiedziałam cicho, jednocześnie sprzątając z blatów - Dziękuję - dodałam tam, nie patrząc na niego, ale poczułam, że niezrozumiale zatrzymał się na sekundę w progu kuchni za moimi plecami.

Zdziwiona tym, odwróciłam się w jego stronę w samą porę, żeby zobaczyć, jak znikał za drzwiami.

Coś mi się widocznie przewidziało.

Dokończyłam sprzątanie kuchni, jednocześnie oglądając zmywarkę, bo czytałam już do niej instrukcję, ale pierwsze zmywanie było przede mną.

Nigdy nie miałam do czynienia z takim sprzętem.

To było jeszcze jedno małe udogodnienie, o którym pomyślał Billy, bo mnie nie przyszło ono do głowy.

A Billy po prostu dopytał się o wszelkie sprzęty AGD u Dominika, a ten powiedział, że dom ma na wyposażeniu zmywarkę, więc tylko ją sprawdził i uruchomił, żebyśmy mieli na pewno działającą.

Więc tak, Billy dbał o mnie, moje bezpieczeństwo i moją wygodę.

Kiedy Billy jeszcze brał prysznic zadzwoniłam do Soniji.

- Hej, młoda żonko! - Sonija powitała mnie radosnym głosem, kiedy się jej przedstawiłam i przywiałam się z nią, a ja natychmiast westchnęłam w duchu i pożałowałam tego telefonu.

To miało być trudne.

- Hej, Sonija - powiedziałam jednak w miarę swobodnym tonem, o jaki się postarałam, skoro już zaczęłam tę rozmowę i naprawdę miałam do niej sprawę.

- Jak leci? - zawołała do mnie rześko - Ale, po co ja pytam - nagle roześmiała się - Oczywiście, że świetnie. Jesteś szczęśliwa, no nie?

Oczywiście, że szczęśliwa - nie powiedziałam.

To właściwie nie było pytanie, albo może pytanie retoryczne, więc tylko powstrzymałam westchnienie i nie starałam się na nie odpowiedzieć, a zamiast tego przeszłam do sprawy, którą chciałam załatwić.

- Hmmm - zaczęłam - Sonija, czy pamiętasz meble do naszej sypialni?

- No jasne - prychnęła, jakbym ją uraziła.

- Więc ja… - nie wiedziałam, jak miałam wyrazić swoją prośbę.

- Wal  śmiało, dziewczynko - zachęciła mnie Sonija.

- Cóż, potrzebuję do niej jeszcze kilka rzeczy - wyznałam - Pasującą toaletkę z lustrem, jakiś taboret lub coś podobnego, wygodny fotel do czytania i półki na książki. Może lampę stojącą.

- Nie ma sprawy - stwierdziła luźno Sonija - Kiedy chcesz dostawę?

- C-co? - zająknęłam się, bo nie spodziewałam się takiego tempa.

- Mam wszystko tu na miejscu - przyznała Sonija, a jej ton stał się lekceważący, jakbym prosiła o nieistotne drobiazgi - Więc możesz to mieć jeszcze dzisiaj. Tylko powiedz o której.

- Och - westchnęłam prawie z zachwytem - To byłoby cudownie.

Ale potem pomyślałam, że, niestety, nie wiedziałam, o której godzinie wrócilibyśmy do domu z naszej podróży po mieście, w czasie której mieliśmy mieć liczne przystanki i rozmowy z wieloma osobami.

Postanowiłam to rozbić na godziny, żeby mnie dobrze zrozumiała.

- Więc - wyjaśniłam to Soniji - My, hmmm… najpierw jedziemy do komisu po samochód dla mnie.

Sonija mruknęła jakby z aprobatą, ale nie pozwoliłam sobie tego rozważać, tylko brnęłam dalej.

- Później do sali bankietowej, by pomóc w sprzątaniu po przyjęciu.

Wzięłam wdech.

- Acha - mruknęła prawie bez zainteresowania Sonija.

- A potem do pracy Billy’ego, by nakarmić jego kolegów lunchem, a potem… cóż, jeszcze do domu tymczasowego po Jacka…

- Raaany - przerwała mi Sonija - To od razu omówmy się na wieczór.

- Hmmm - wymamrotałam.

- Może być piąta? - zapytała Sonija dość konkretnie, tym razem brzmiąc, jakby zaczęła się spieszyć.

- Tak - szepnęłam z wdzięcznością za jej zdecydowanie.

- Mówisz, masz - zaśpiewała mi do ucha Sonija - Pa, szczęśliwa żoneczko, muszę spadać, bo inni klienci czekają.

- Pa, Sonija - powiedziałam, ale miałam wrażenie, że mnie już nie usłyszała.

Wyłączyłam telefon i, wciąż trzymając go w dłoni, poszłam naszykować się na długi dzień z moim mężem poza domem, co obejmowało tylko spakowanie telefonu do mojej torebki i włożenie białych, płóciennych tenisówek, bo nie zamierzałam się przebierać.

Więc zajęło mi to bardzo mało czasu, a później znowu nie miałam co robić, a bardzo starałam się nie myśleć o tym, że Billy był na górze nagi pod prysznicem, pod którym ja byłam niecałą godzinę wcześniej.

Dlatego właśnie poszłam do pokoju gościnnego, by po oczywistych dowodach przekonać się, że miałam rację.

To tam mój mąż spędził noc.

Zajrzałam do łazienki, by się przekonać, że jej nie używał, ale też, by przypomnieć sobie, że nie zostawiłam tam żadnego mydła ani ręczników.

Powinnam to uzupełnić, skoro chciał tam spać.

Pościeliłam łóżko, które zostawił tam rozebrane do snu, pozbierałam brudne części jego garderoby, porozrzucane po podłodze, przeszłam do pomieszczenia gospodarczego i zostawiłam tam je w koszu na rzeczy do prania, by przejść później do części dziennej naszego domu i tam poczekać na Billy’ego.

A potem Billy zszedł na dół, ubrany tak jak poprzednio, ale z wilgotnymi po prysznicu włosami, spojrzał na mnie, stojącą na środku salonu i zapytał:

- Nie przebierasz się?

Popatrzyłam na niego zdezorientowana, ale niepewna, więc zmarszczyłam brwi i zagryzłam dolną wargę, zanim zapytałam:

- Mam włożyć coś innego?

Cóż, powiedzmy, że nie byłam taka pewna mojego stroju, bo jasnoniebieska koszulka, na której kupno namówiła mnie Maggie, była bardziej obcisła, niż te, do których byłam przyzwyczajona (chociaż nie tak bardzo jak niektóre, jakie widywałam na kobietach w sklepie i gdzie indziej), ale podobała mi się, bo miała mały półgolf i krótkie rękawki, a spodnie rozszerzały się tak, że może przypominały nieco spódnicę, ale nadal nią nie były.

- Nie - odparł Billy, nagle złagodniawszy na twarzy i w tonie głosu - Tylko nigdy nie widziałem cię w spodniach.

Opuściłam głowę, by popatrzeć na moje nogi, bo nie wiedziałam, czy to było dobre, ale ton jego głosu wskazywał, że tak.

Ale Billy nie czekał na moją reakcję, tylko po prostu poszedł w kierunku drzwi, więc podążyłam za nim.

Tam zrobiliśmy coś, czego nauczyliśmy się podczas wstawiania mebli i sprzątania naszego domu, zanim się wprowadziliśmy, a mianowicie włączyliśmy alarm, zanim wyszliśmy i zamknęliśmy drzwi na klucz.

Tak, nasz nowy dom miał system alarmowy, którego panele były przy drzwiach wejściowych od frontu i z tyłu, a Dominik pokazał nam jak z nich korzystać, więc musiałam nauczyć się na pamięć kolejności wciskania przycisków i kodów.

A potem wyszliśmy z domu, ja z moją dużą torebką na ramieniu i bardzo zdenerwowana, bo nie wiedziałam, czego się miałam spodziewać, Billy wsiadł za kierownicę, a ja na miejsce pasażera i pojechaliśmy pickupem Billy’ego kierowani wskazówkami, które przesłał nam David, by kupić mi nowy samochód.

Miejsce, które nam polecił David było salonem z używanymi samochodami różnych marek, od czego natychmiast zakręciło mi się w głowie.

O, nie.

Chyba nie każą mi wybierać?

Z kilku zaproponowanych nam tam przez mężczyznę, który zareagował pozytywnie, kiedy Billy powiedział mu, że przysłał nas David, wybraliśmy (szczęśliwie, oni wybrali) Jeepa Renegade w niezwykle rzucającym się w oczy kolorze kanarkowo żółtym, który mnie trochę zniechęcał, ale cena i obietnica taniego użytkowania, mnie zachęciły.

Więc przytaknęłam temu wyborowi.

Zapłaciliśmy, podpisaliśmy dokumenty i oto byłam szczęśliwą posiadaczką samochodu, a dokładniej SUV’a, z napędem na cztery koła.

Potem dwoma samochodami, kiedy ja w swoim nowym Jeepie podążałam za Fordem Billy’ego, pojechaliśmy do sali, w której odbyło się nasze przyjęcie po ślubie, bo już nadeszła umówiona poprzedniego dnia godzina spotkania się z moją mamą, Evą i Heleną.

Zostaliśmy tam powitani wesołymi okrzykami, chociaż najgłośniejsza była moja mama, a ona wręcz popłakała się na nasz widok, wołając już od progu na Billy’ego - Synu!

Bardzo głośno!

Billy wprowadził mnie tam, trzymając moją dłoń w swojej i poczułam, jak jego drgnęła, więc uścisnęłam go delikatnie i, jak miałam nadzieję, wspierająco.

Spojrzał na mnie bokiem, uśmiechnął się lekko i pochylił się, by pocałować mnie w skroń, zanim mnie puścił.

Dało nam to kolejne okrzyki radości od mojej mamy.

- Anie! - moja mama zawołała w końcu do mnie - Jak niezwykle dobrze dla mnie jest wreszcie widzieć, że jesteś szczęśliwa. Serce matki się raduje. Niech tata o tym usłyszy!

O rany!

- Oczywiście, że jest szczęśliwa - wymruczała spokojniej Helena, podchodząc z drugiego końca sali do nas z powitaniem, po czym pochyliła się do mnie i uścisnęła mnie delikatnie, ale znacząco.

- Dziękuję - szepnęłam jej do ucha.

Potem wszystkie kobiety zaczęły dyrygować nami, byśmy zabrali do samochodów pojemniki z jedzeniem, a przy okazji wyszły na parking przez salą, żeby obejrzeć mój nowy samochód, co spotkało się z kolejnymi okrzykami radości ze strony mojej mamy.

Widziałam, jak mięśnie na szczęce Billy’ego zadrgały niebezpiecznie, kiedy zaczęła go wychwalać za kupienie mi tak wspaniałego samochodu.

Popatrzył w moją stronę, widziałam, że zobaczył moje zaniepokojenie i niemą prośbę o jego cierpliwość, a potem z widocznym (chyba tylko dla mnie, jak miałam nadzieję) wysiłkiem zrelaksował się i prawie uśmiechnął do mnie.

Spojrzałam na niego z wdzięcznością, a kiedy przechodził blisko, złapałam jego dłoń i lekko uścisnęłam jego palce w podziękowaniu.

Pochylił się i pocałował moje włosy, zanim poszedł do sali po kolejne pakunki z jedzeniem.

Kiedy odwracałam się, żeby pójść za nim, zobaczyłam czujny wzrok Evy.

O rany, jakbym została prześwietlona promieniami rentgena.

Czułam się dosłownie obnażona.

Poczułam, jakby mogła sięgnąć do dna mojej duszy i odczytać najskrytsze pragnienia i obawy, więc nagle zapragnęłam jednocześnie z jednej strony schować się w mysią dziurę, a z drugiej rzucić się w jej ramiona i z płaczem wyznać to, co chodziło mi po głowie od spędzonej samotnie nocy poślubnej.

Nie zrobiłam nic z tego.

Udałam, że nie zauważyłam jej spojrzenia i poszłam za moim mężem, by zabrać resztę pojemników z jedzeniem, które podzieliliśmy na dwa samochody zgodnie z przeznaczeniem.

Pojemniki i pudła, które były w moim SUV’ie, mieliśmy zabrać do naszego domu, wypakować i zjadać stopniowo we trójkę z Jackiem.

Natomiast to, co zapakowaliśmy do pickupa Billy’ego, mieliśmy zawieźć do FS 13, by podać to na lunch dla kolegów Billy’ego w podzięce za to, że byli z nami poprzedniego dnia.

Był gorący letni dzień, więc najpierw pojechaliśmy do naszego domu, by tam rozpakować mój Renegade (a przy okazji, jego nazwa była niesamowita![1]) i przy okazji całkowicie wypełnić naszą lodówkę zapasami żywności, która mogłaby naszej rodzinie wystarczyć na tydzień, chyba że okazałoby się, że dorastający Jack był obżartuchem.

Miałam taką nadzieję.

Potem mój nowy SUV został na parkingu obok naszego domu.

A teraz byliśmy w FS 13, gdzie dojechaliśmy pickupem Billy’ego, by spędzić porę lunchu w towarzystwie przyjaciół Billy’ego, którzy okazali się tacy mili również dla mnie, której przecież nie znali i poczęstować ich odgrzanymi w mikrofalówce pysznymi resztkami pysznych mięs, które tak pracowicie przygotowała moja mama.

*****

Billy

Billy siedział u boku Hannah przy stole w ich pomieszczeniu socjalnym wśród swoich kumpli z pracy, słuchał ich żarcików i uśmiechał się, ale czuł do głębi, jak pieprzyło go to, co robił tej dobrej, czułej i pięknej kobiecie.

Pożądał jej, ale nadal sądził, że powinien trzymać się od niej na dystans.

Nadal, mieli żyć obok siebie, pokazywać się razem, tworzyć wspólny dom i rodzinę dla Jacka.

Kotłowało się to w jego głowie zwłaszcza po cichym Dziękuję, które usłyszał od niej, kiedy zdecydowali, że pojadą kupić dla niej samochód.

Nawet nie przyszło mu do głowy, by podziękować jej za pyszne śniadanie, a musiał przyznać, ze jej wersja hash browns była gównem, jakiego nigdy dotąd nie jadł, chociaż powinien już się tego spodziewać po daniach, jakie zostawiła mu w jego lodówce, kiedy wyszedł ze szpitala.

Kiedy weszli do remizy obładowani pojemnikami z jedzeniem, pudełkami i torbami, faceci powitali ich głośno i radośnie, co Hannah przyjęła z łagodnym, wyrozumiałym uśmiechem, jaki czasem miewała, kiedy Billy obserwował ją podczas jej zajęć z dzieciakami w szkole.

Przyjmowała również gratulacje i życzenia jego przyjaciół, a potem pomoc przy sprawach kuchennych, kiedy Billy wyjmował z szafek, a później wykładał na stół w nieuporządkowanych stertach ich służbowe talerze i sztućce.

Podeszli wtedy do niego Jimmy i Oli, patrząc na Hannah, która z ciągłym uśmiechem, cichym, łagodnym głosem dyrygowała Samem i Tomem w aneksie kuchennym, podczas podgrzewania pieczeni i zapiekanek, krojenia chleba, robienia kawy i wykładania jedzenia na duże talerze, które miały służyć za półmiski.

- Hannah wygląda, jakby była szczęśliwa - Billy usłyszał przyciszony głos Jimmy’ego dochodzący z jego boku, więc odwrócił się, by zobaczyć, że podchodzili do niego obaj z Oli’m - Więc wszystko dobrze?

W ostatniej chwili spojrzał na swoje nogi i powstrzymał wykrzywienie twarzy, które mogłoby zdradzić pieprzonym facetom, wciąż cholernie wcinającym się w jego pieprzone życie, że popieprzony Billy poprzedniego wieczoru cholernie sprawił, że Hannah nie była w pełni szczęśliwa.

 I nigdy nie będzie.

- Oczywiście, że jest - odparł pewnym tonem Oli - Jest prawdziwie szczęśliwa, bo jej do szczęścia potrzeba domu, o który będzie mogła dbać, rodziny, którą będzie się mogła opiekować, kogoś, kto się nią zajmie i powie jej, co ma robić.

Billy nie patrzył na swojego kapitana, ale czuł, że ten starszy od niego mężczyzna, który dbał o Hannah i jej rodzinę, patrzył w stronę jego żony, tak samo jak i on patrzył tam razem z Jimmy’m.

- Więc, tak - podsumował Oli - Oczywiście, że jest szczęśliwa.

Billy poczuł lekki skurcz serca na myśli o tym, że Oli miał rację.

Hannah nie kochała go, nie było pieprzonej mowy, a robiła to wszystko wyłącznie ze względu na Jacka i cholerną prośbę Billy’ego o pomoc, a także na to, co spieprzyło się z jej rodziną.

W tym samym momencie zadzwonił telefon Jimmy’ego, a ten wyjął go z kieszeni spodni, spojrzał na wyświetlacz i jego twarz złagodniała w ten sposób, że od razu wiedzieli, że to była Eva.

To było dokładnie coś, czego Billy cholernie zazdrościł facetom już od pieprzonych lat.

Jimmy wymamrotał - Sorki, muszę odebrać - i odszedł w stronę pokoju socjalnego, a Oli zmienił temat i zagadał Billy’ego:

- Więc kupiłeś jej samochód.

To nie było pytanie, bo Hannah powiedziała o tym Oli’emu sama wcześniej, więc Oli teraz tylko zagaił.

- Sama sobie kupiła - mruknął wyjaśniająco Billy.

- Ale mówiła… - Oli zmarszczył brwi i odwrócił się przodem do Billy’ego.

- Ja byłem przy wybieraniu, podpowiadałem, zadzwoniłem do Davida, żeby pomógł z dealerem - uściślił Billy, również patrząc na swojego kapitana - Ale to ona ostatecznie wybrała i zapłaciła.

- Miała pieniądze? - zdziwił się Oli.

Billy skinął głową, a potem znowu odwrócił się w stronę Hannah.

- Jonas powiedział nam o funduszu, który rodzice założyli dla każdej z dziewcząt Sensible tuż po ich urodzeniu się - opowiedział swojemu kapitanowi, który był również ich opiekunem, więc powinien wiedzieć - Jak byliśmy u niego w więzieniu poprosić o jego zgodę na nasz ślub - Billy zerknął na Oli’ego i ponownie patrzył w stronę kuchni - Hannah myślała, że wszystkie jej pieniądze poszły na jej college. Okazało się, że sporo zostało.

- Tak? - Oli brzmiał na całkowicie zaskoczonego.

- Tak - krótko stwierdził Billy - Sprawdziliśmy. Zostało tyle, że mogła sobie kupić coś lepszego niż ten stary Jeep.

Billy usłyszał za plecami, że Jimmy wracał do nich po skończonej rozmowie, kiedy Oli cicho westchnął u jego boku.

- Taaa… Hannah jest zadowolona ze wszystkiego, co może dostać. Cieszy się tym, co ma. Wystarcza jej mało.

W chwilowej ciszy Billy’emu przemknęło przez głowę, czy przypadkiem Hannah nie była szczęśliwa, bo sądziła, że nie mogła mieć więcej.

A gdyby wiedziała, że on ją kochał?

Cóż, nigdy się tego nie dowie.

Spojrzał na Jimmy’ego, który stanął z drugiej strony kapitana i poczuli od niego dziwne napięcie.

Już miał go zapytać Co się stało?, kiedy to pytanie zadał Oli.

- Dzwoniła Eva - odparł Jimmy dziwnym tonem, patrząc z dziwnym napięciem na Billy’ego i niczego nie wyjaśniając, a Billy przygotował się, bo to nie było dobre rozpoczęcie.

Kurwa.

- Mówi, że w oczach Hannah zgasło światło - powiedział dziwnie Jimmy i dodał - …od wczoraj - a wtedy Billy wiedział.

To było to.

Jego pieprzona odpowiedź na to cholerne pytanie, jakie zadawał sobie przez całą noc, kiedy pieprzyło mu się w głowie, bo zastanawiał się, jak Hannah przyjęła jego odtrącenie.

Działanie kutasa.

Rano jego cudowna, dobra żona wydawała się być spokojna i pogodzona z sytuacją, ale przeżywała to gówno w głębi duszy, tylko nie okazywała tego.

- Co? - zapytał Oli, ale Jimmy patrzył tylko na Billy’ego.

A ten zacisnął wargi i zęby tak, że zadrgały mu mięśnie na policzkach, poczuł napięcie karku i odwrócił wzrok, by patrzeć na swoją kobietę.

Eva miała intuicję, nieźle znała się na ludziach i nie miała oporów, kiedy uważała, że powinna się wtrącić, by chronić którąś z przyjaciółek lub dziecko.

Przeżyli to już z facetami niejeden raz i zwykle było to dobre, bo kończyło się dobrze dla wszystkich, chociaż po drodze któryś z facetów musiał wyciągnąć palec z tyłka.

Ale Billy nie chciał, żeby się wtrącała do jego małżeństwa.

- Co wczoraj zrobiłeś? - zapytał Oli  niskim głosem i Billy usłyszał, że było to ciche i skierowane w jego stronę, więc kapitan patrzył wprost na niego.

- A może czego nie zrobiłeś? - domyślnie zapytał Jimmy, ale również nie powiedział nic więcej, więc stali tak przez minutę lub dwie.

W końcu Oli westchnął, Jimmy się rozluźnił, a Billy nadal nie miał zamiaru rozwijać tego, bo nie było czego rozwijać.

Pragnął jej.

Ale nie zamierzał jej mieć.

A na pewno nie zamierzał o tym mówić.

Więc nie podjął tematu, a Jimmy i Oli to uszanowali, chociaż obserwowali ich uważnie do końca tego pieprzonego lunchu.

Kurwa.

A potem, pieprzone dzięki Chrystusowi, zadzwonił telefon Billy’ego i musieli wypierdzielać do cholernego domu tymczasowego, bo przyjechała tam cholerna pracownica socjalna, która mogła zadecydować o zabraniu przez nich Jacka jeszcze tego samego pieprzonego dnia do ich domu.

Co było dobre.

Cholernie dobre z dwóch powodów.

Pierwszym powodem był ten, że Hannah się autentycznie ożywiła i wręcz podskakiwała z radości, kiedy w pośpiechu sprzątali pojemniki po jedzeniu, jakie mieli ze sobą zabrać, a inne chowali do pieprzonej wspólnej lodówki z resztkami na następny dzień.

Drugim było to, że Billy miał cholernie dobrą wymówkę, by szybko stamtąd wypierdzielać w cholerę.

Ale nie było do bani również to, że jego młodszy przyrodni brat miałby o jeden cholerny dzień dłużej prawdziwy dom, ich dom, i rodzinę złożoną z ludzi, którym na nim zależało.

Ich rodzinę.

Kiedy jechali w końcu jego pickupem, Billy zerkał z uśmiechem na ciche szczęście Hannah, aż kolejny cholerny raz zapomniał o swoim pieprzonym przyrzeczeniu, danemu samemu sobie i wyciągnął w jej stronę dłoń palcami do góry, żeby dać jej znać, że chciał, żeby podała mu swoją.

Zrobiła to, chociaż Billy’emu zdawało się, że na pieprzoną sekundę zamarła, jakby się zawahała.

Ale dała mu to.

Jak dawała mu wszystko, co od niej chciał wziąć.

Podzieliła się z nim w ten właśnie niewerbalny sposób jej oczywistą radością z tego, że mogli mieć Jacka jeszcze tego samego dnia w ich domu, a potem przez kilkanaście minut jechali w ciszy z dłońmi połączonymi w uścisku, leżącymi na oparciu między ich siedzeniami, a Billy czuł się z tym dobrze.

Gówno.

Kiedy weszli do domu tymczasowego, wpuszczeni przez prowadzącą go kobietę po tym, jak trzymając się za ręce doszli do jej drzwi i Billy zadzwonił do nich, Jack zbiegł ze schodów, więc Billy wiedział, że jego brat czekał na nich.

Niecierpliwie.

Na ich widok, wchodzących razem, trzymających się przy tym za ręce, jego oczy stał się olbrzymie, na twarzy pojawiła się szalona radość, a potem wręcz rzucił się z powitalnym przytulaniem do Hannah, a dopiero później przyskoczył do Billy’ego z uniesioną do niego twarzą, więc Billy był szczęśliwy, bo widział to jasne jak dzień.

Jack był szczęśliwy tak, jak tylko dziecko potrafiło być.

Mógł być po prostu dzieckiem.

Dostał to od nich i oni też mieli z czego się cieszyć.

- Hej, młody - powiedział cicho Billy.

- Dzień dobry - usłyszeli z boku głos Hannah, a kiedy Billy spojrzał w jej stronę, zobaczył, że witała się z niewysoką, smagłą, okrągłą kobietą, która stała w drzwiach do salonu z ciemnozieloną, tekturową teczką w ręku.

- Dzień dobry - tamta skinęła głową - Państwo Brown jak mniemam. Jestem Hortensja Blobower, kurator rodzinny. Mam zebrać informacje, które są potrzebne do wydania decyzji. Ale z tego, co widzę, to będzie formalność.

Spojrzenie kobiety nie było nieprzyjazne, chociaż oceniające i uważne.

Billy nie odprężył się.

Nie miał dobrych doświadczeń z pieprzonymi urzędnikami, więc dopóki nie dostali do ręki cholernych dokumentów stwierdzających, że mają opiekę prawną nad Jackiem, nie przyjmował tego za pieprzony pewnik.

 Ale jego zdenerwowanie i zdystansowanie były niepotrzebne.

Pieprzone dzięki Chrystusowi, że na wszelki wypadek (z cichą nadzieją) wzięli ze sobą podstawkę, która stanowiła fotelik dla Jacka, który był nadal zbyt mały, żeby jeździć bez tego jakimkolwiek samochodem.

Godzinę później wchodzili do ich własnego domu we trójkę z zapowiedzią wizyty pieprzonego pracownika socjalnego w najbliższych dniach, by mógł cholernie skontrolować warunki życia Jacka.

To było coś, czego Billy za cholerę nie rozumiał.

Jack był bity przez jakiegoś kutasa, pomiatano nim, jak kiedyś cholernie pomiatano Billy’m, nie miał wystraczająco dużo najprostszego gównianego jedzenia, nie miał dobrej cholernej opieki, ale wtedy nikt się nim nie zajmował.

Kurwa!

Teraz miał mieć własny, dobrze wyposażony (przez Evę) pokój, dobrą, troskliwą kobietę, która będzie cholernie dawała gówno co do jego czystości, pieprzonego ubrania i jedzenia, a oni w cholerę zamierzali to kontrolować.

Billy nie powiedział nic z tego na głos, ale wkurwiało go to, co jego młodszy brat musiał przeżywać przez te lata, dopóki Billy nie zebrał swojego gówna do kupy i się nim nie zajął.

Wkurwiało go też to, że tak długo zbierał swoje gówno do kupy.

Do domu dotarli we trójkę o czwartej po południu i Hannah z Billym od razu zajęli się rozpakowywaniem skąpego dobytku Jacka z jednego pieprzonego pudełka, małej, tekturowej, starej walizki i cholernego, dziecinnego plecaka szkolnego w nowym pokoju młodego, który miał jeszcze pewne braki w wyposażeniu, o czym właśnie się przekonywali.

Billy po prostu nie sądził, że jego brat miał aż tak mało.

Kurwa.

Pieprzyło go to.

Pracownicy socjalni zabrali rzeczy z domu ich matki, kiedy została zwolniona z aresztu, by odpowiadać z wolnej stopy za zaniedbania, jakich dopuściła się wobec Jacka.

Jej fagas miał posiedzieć dłużej, by odpowiedzieć za przemoc fizyczną, z której dowody sąd miał po obdukcji Jacka sprzed kilku dni.

Billy cieszył się z tego, że nie musieli mieć z nimi więcej do czynienia.

Żeby nie przeszkadzać swojej żonie i swojemu bratu, którzy najwidoczniej zajęli się drobiazgami, o których Billy nie chciał myśleć, jak skarpetki, piżamy i takie gówno, Billy zszedł do pokoju gościnnego, który zamierzał uczynić swoim pokojem, ale tam przekonał się, że jego gówno zostało sprzątnięte.

Hannah zdążyła pościelić łóżko i zebrać jego ciuchy z podłogi, gdzie Billy rzucił je byle jak poprzedniego wieczoru, chociaż nie przeniosła jego rzeczy z szuflady, o czym Billy przekonał się później.

Więc, nie mając nic do roboty, sięgnął po pieprzony prezent, który dostał od swojej żony z okazji ich ślubu, a który leżał nietknięty, jak go zostawił w nocy, na szafce nocnej przy łóżku gościnnym.

Wziął do ręki bruliony, które rozpakował poprzedniej nocy, kiedy na własne cholerne życzenie został sam, by spać w tym pieprzonym pokoju gościnnym i westchnął ciężko.

Kiedy kazał Hannah spędzić samotnie ich noc poślubną w ich sypialni małżeńskiej, był przekonany, że robił słusznie.

A potem zaczął się łamać.

Tak cholernie bardzo pragnął spać obok niej w ich łóżku!

Ale wtedy, wiedział doskonale, pragnąłby nie tylko spać, bo pragnął jej.

Pożądał jej tak bardzo, że na samo wspomnienie jej w tej cholernie słodkiej piżamce, w której otworzyła mu drzwi te kilka tygodni temu, jego kutas twardniał i bolał go jak cholera.

Więc, żeby nie myśleć o tym, wziął do ręki pakunek, który dała mu Hannah i rozwinął go z papieru, by przekonać się, że nie były to zwykłe książki.

Jego żona dała mu swoje życie spisane w jej pamiętnikach.

Dała mu siebie.

Początkowo nie zamierzał ich czytać.

Miał ją chronić przed sobą, więc absolutnie również on nie powinien jej lepiej poznawać, nie powinien dopuszczać do nawet takiej bliskości, do myślenia o niej więcej, niż już myślał.

Ale nie wytrzymał.

Po godzinie bezmyślnego gapienia się w pieprzony sufit, kiedy leżał na plecach na pieprzonym łóżku w pieprzonym pokoju gościnnym, wziął do ręki bruliony, znalazł po datach ten, który był najstarszy i zaczął go czytać.

Nie przestał aż do późnej godziny nocnej, kiedy skończył pierwszy z zeszytów, napisany przez Hannah w ciągu pierwszych tygodni po śmierci jej ukochanej siostry, a jego umysł był całkowicie wypełniony chęcią wpełznięcia do ich łóżka małżeńskiego, porwania w swoje ramiona i przyciśnięcia do siebie tej wrażliwej, dobrej, czułej kobiety, która sama leżała w ich wspólnym, wielkim łożu na górze, zamiast być gdziekolwiek, ale przytulona bezpiecznie do mężczyzny, który obiecał ją chronić.

Więc poszedł po schodach na górę do ich sypialni, znalazł swoją żonę śpiącą niebezpiecznie bokiem na pieprzonym parapecie okna, przeniósł ją, ująwszy jedną ręką pod kolanami a drugą pod plecami, jak powinien był przenieść ją, jako swoją pannę młodą, przez próg ich domu kilka godzin wcześniej i położył ją do ich podwójnego łóżka.

Patrzył na nią, śpiącą tak ufnie i spokojnie na poduszce w białej poszewce, z włosami splecionymi w warkocz, leżącymi obok niej i marzył o tym, żeby ją pocałować.

Pamiętał, jak smakowały jej usta.

Kurwa!

Ale powstrzymał się, odwrócił w cholerę i wszedł na chwilę do łazienki, żeby umyć zęby i twarz, zanim wrócił do łóżka, ale nie ich łóżka.

A potem schodami zszedł na dół, do pieprzonego pokoju gościnnego i leżał na tamtym cholernym łóżku przez kolejne pieprzone godziny, czytając następny zeszyt z zapiskami Hannah.

Czego, kurwa, nie chciał robić.

Ale nie mógł się powstrzymać, bo był popieprzonym idiotą.

A teraz, po przyjeździe do domu, powinien te bruliony schować głęboko do jakiejś pieprzonej szuflady i nie wyciągać.

Nie zrobił tego.

Jak popierdolony idiota, jakim był, cholernie czytał dalej, już trzeci z brulionów, dowiadując się coraz więcej o tym, jak dobrą, troskliwą, chociaż cholernie naiwną i nazbyt ufną wobec ludzi kobietą była jego żona.

Niezauważenie minęła mu na tym cała godzina, więc dopiero kiedy Hannah zapukała do drzwi, a później wetknęła tam głowę, by powiedzieć mu, że przyjechali z dostawą mebli do sypiali, odłożył te pamiętniki.

Ale w głowie miał tylko jedno z ostatnich zdań, które Hannah napisała do swojej nieżyjącej siostry:

Każdą moją myśl, całe uczucie, moje ciało i duszę.

Chciała mu się oddać.

Więc może pomyślała właśnie, że on nie chciał wziąć?

Ale chciał i to tak bardzo, że go to bolało.

Wstał z łóżka w pokoju gościnnym i w myślach bił się ze swoją decyzją, bo nie był jej już taki pewien, ale najpierw musiał zająć się sprawami jego rodziny.

Hannah powiedziała mu o zamówionych przez nią pieprzonych meblach, kiedy jechali do komisu, by kupić dla niej samochód, więc było to coś, co mieli zaplanowane w rozkładzie ich dnia już od rana.

Kiedy Billy wyszedł z pokoju gościnnego, przekonał się po zapachach dochodzących z kuchni, że przez ten czas, kiedy on czytał, jego żona i jego brat przygotowali kolację, więc zdziwił się, że zaczytanie się w jej dziennikach spowodowało, że niczego nie usłyszał.

Była piąta po południu, dostawa miała podjechać na parking pod domem za kilka minut, a ich kolacja właśnie kończyła się gotować.

Cóż, cholera, to wyglądało jak prawdziwe życie rodzinne.

Coś, co Billy znał z obserwacji innych, z telewizji, ale nigdy nie miał.

Niecałe pół godziny później Billy zszedł schodami na dół, wyszedłszy z sypialni, w której toaletka z lustrem, głęboki i wyglądający na wygodny fotel, lampa stojąca oraz półki na książki wyglądały bardziej zajebiście, niż kiedykolwiek mógłby to sobie wyobrazić.

Jeszcze dwie, trzy minuty wcześniej Jack był z nim i pomagał zwijać folie, którymi były zabezpieczone elementy tapicerki fotela, ale Billy wysłał go do pomieszczenia gospodarczego, by je wyrzucił do śmieci, a później usłyszał wołanie Hannah, by przyszli na kolację.

Więc zszedł i po drodze myślał o tym, jak bardzo lubił to, jak wyglądało ich zwykłe, codzienne życie jako rodziny, którą właśnie stworzyli.

Wszedł do kuchni, gdzie Jack już wyjmował z szuflady sztućce pod dyktando Hannah, która zerkała na niego, odcedzając z wody ręcznie robione gnocchi nadziewane serem, jak Billy dowiedział się, kiedy usiadł przy stoliku podręcznym na stołku, który sobie wysunął.

Jack usiadł obok niego, Hannah postawiła przed nimi talerze wyładowane jedzeniem, a potem usiadła z nim, stawiając na blacie swój talerz i mówiąc cicho - bon appétit.

- Dziękuję - powiedział Jack trochę nieśmiało, ale pozbył się tej nieśmiałości, kiedy spróbował kluseczek ze swojego talerza.

- Pycha! - krzyknął nagle, a potem pochylił się nad stołem i zaczął zgarniać jedzenie, jakby go ktoś gonił.

- Hej! - zawołała delikatnie Hannah - Nie musisz się tak spieszyć. Nikt ci tego nie zabierze.

Jack wyprostował się, spojrzał na nią bokiem z odrobiną strachu w oczach, ale, kiedy zobaczył, że się przy tym łagodnie uśmiechała, również się do niej lekko uśmiechnął, wrzucił trochę jedzenia do ust i powiedział z pewną dumą w głosie:

- Zrobiliśmy naprawdę dobrą kolację.

- Tak - powiedziała łagodnie Hannah, a Billy spojrzał na nią, żeby zobaczyć, że wargi zadrżały jej, ale nie było jej do śmiechu - Nie wiem, co bym zrobiła bez mojego pomocnika.

Billy zajął się swoim jedzeniem, myśląc o tym, jakie niesamowite szczęście miał jego brat, że mógł mieć w swoim życiu taką dobra kobietę, kiedy do tej pory miał tylko ich matkę, nie dającą ani trochę gówna, czy jedzenie było dobre ani czy było za co pochwalić jej syna.

I wtedy poczuł odrobinę zadowolenia z tego, że dał to swojemu bratu i że dał to swojej żonie, chociaż nie czuł w tym ani trochę swojej zasługi.

Gnocchi Hannah podała z sosem mięsno pomidorowym, który też najwidoczniej sama zrobiła i było tak pyszne, że Billy z trudem powstrzymał się przed zjedzeniem tego gówna w taki sposób, w jaki jadł je Jack.

A potem, kiedy wszyscy skończyli jeść, Billy zrobił coś, co powinien zrobić już rano, kiedy zjadł te zajebiste hash browns na śniadanie, czyli położył dłoń na talii Hannah, pochylił się do niej i pocałował ją delikatnie w policzek, by od razu odsunąć się mamrocząc cicho - Dziękuję, kochanie, było pyszne.

Blask w jej oczach, kiedy podniosła je na niego z lekkim uśmiechem na ustach powiedział mu, że zdecydowanie powinien był to zrobić rano, bo właśnie uszczęśliwił ją tym małym gestem.

Powinien częściej jej to dawać, nawet jeśli nie byliby razem jak małżeństwo mogłoby być, chociaż Billy właśnie wtedy odkrył, że to było trudne, bo miał na nią coraz większą ochotę, kiedy przebywał tak dużo w jej przestrzeni.

Więc nie odsunął się całkiem, tylko razem sprzątali w kuchni po ich kolacji, a Jack im sekundował, pokazując Billy’emu, że całkiem dobrze zdążył poznać kuchnię i rozkład całego kuchennego gówna w szafkach.

Później razem poszli do bawialni, by tam powisieć ponad godzinę, wylegując się na kanapie i fotelach przed włączonym telewizorem, kiedy Hannah zrobiła sobie kawę zbożową, Billy pił swoje piwo prosto z butelki, a Jack radośnie podniecony podskakiwał na fotelu, pstrykając przyciskami na pilocie i usiłując znaleźć w telewizji coś, co zainteresowałoby ich wszystkich.

Billy byłby za meczem.

Chociaż obejrzałby cokolwiek, byleby pobyć razem z tą dwójką.

Jack zapewne wolałby jakieś kreskówki, chociaż początkowo wstydził się przyznać do tego na głos.

Hannah nie miała zdania, aż w końcu przyznała, że na ogół w swoim rodzinnym domu nie oglądała telewizji.

Ale obejrzałaby jakiś film razem z nimi.

I byłby z tego powodu szczęśliwa.

Więc obejrzeli jakąś komedię rodzinną.

I wszyscy byli szczęśliwi.

#####

[1] Renegade - znaczy buntownik

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz