Rozdział 11
Potrzebuję, żebyś
mnie przytulił
Olgierd
Cztery godziny później
Zanim Oli dotarł
do szpitala, minęły godziny, bo
utkwił w swoim biurze przy wypisywaniu cholernych papierów, wyjaśnianiu
przebiegu rzeczy różnym służbom, tłumaczeniu się przed szefostwem.
Martwił się o
Hannah, ale Jimmy przez telefon kilkakrotnie zapewnił go, że się trzymała
zadziwiająco dobrze.
Oli wiedział, że
Hannah myślała o innych ludziach, rzadko skupiała się na sobie, więc jeśli była
w otoczeniu tych, którzy się mogli o nią martwić, nie okazywałaby swojego
zdenerwowania.
Nadal, nie był
pewien, czy naprawdę radziła sobie
dobrze, a nie kryła się po prostu ze swoimi uczuciami, by nie martwić innych.
Musiał to sam sprawdzić.
Kiedy wszedł na
SOR, poszedł od razu w kierunku poczekalni, gdzie była Hannah w towarzystwie
Jimmy’ego i Davida, bo znał już ten szpital.
Filip był na innym
oddziale tego szpitala z Anią, bo ona również ucierpiała przy potyczce z
Carlosem Nebuenitto, który właśnie na nią polował tam w ich remizie.
Sam i Tom zostali,
by posprzątać remizę, bo połowa garażu była zalana krwią, której policja i FBI
nie pozwolili sprzątnąć, kiedy była świeża.
David zlikwidował Carlosa,
ale, jako współpracownik SWAT, człowiek zaufany ich dowódcy, majora Taylora,
złożył szybkie wyjaśnienia i mógł dołączyć do swojego przyjaciela, Filipa, w
szpitalu, gdzie trafiła Ania.
Przeprawa z
Carlosem była dla Ani i Filipa, zwłaszcza
dla Ani, długa i bolesna, bo odnieśli w niej poważne rany, po których Filip
miał brzydką bliznę na boku szyi (w którą został postrzelony kilka miesięcy
wcześniej w Luizjanie), a Ania straciła brata (co było kilka lat wcześniej).
Ale właśnie się
zakończyła.
Nebuenitto nie
żył.
Zanim jednak David
zastrzelił go między wozami strażackimi w ich remizie, facet postrzelił
Billy’ego, który pechowo stanął mu na drodze, a potem strzelił do Davida tuż
nad uchem Ani, co spowodowało u niej utratę słuchu.
Oli (jak i Filip,
i David, i inni) miał tylko nadzieję, że przejściową.
Tak samo Oli miał
w Bogu nadzieję, że rana Billy’ego okazałaby się niegroźna lub nawet groźna,
ale do wyleczenia.
Nie tylko dlatego,
że lubił tego chłopaka, ale również dla Hannah.
Przez te kilka
miesięcy Oli obserwował bowiem, jak więź między nimi wzmacniała się, nawet
jeśli zaczęła się od zwykłej umowy, w której mieli mieć wzajemne korzyści.
Samo to, jak
Hannah w ich rozmowie telefonicznej wypchnęła z siebie ze strachem imię swojego
męża, tego męża, którego narzuciły jej okoliczności i nie musiała go kochać,
zaświadczyło Oli’emu o tym, że darzyła uczuciem tego młodego mężczyznę, który był dobry, troskliwy i szlachetny,
zobowiązał się do opieki nad nią i Jackiem i zamierzał tego dotrzymać.
Oli wiedział, że
Hannah nie była tak narzucająca się innym, jak jej mama, ale jadąc do szpitala
wciąż bał się, że mogła okazać się zbyt wrażliwa.
Widywał u niej
zadatki nadmiernej egzaltacji, chociaż sądził, że odnosiło się to do jej marzeń
jako czytającej dużo romansów nastolatki, a po tym, co wydarzyło się w jej
rodzinie, miał nadzieję, że Hannah stała się bardziej zrównoważona, rozsądna.
Miał się właśnie o
tym przekonać.
Podszedł do przeszklonych,
pojedynczych drzwi, które prowadziły do poczekalni i przystanął, bo spojrzeć
przez ich okno do środka.
Hannah siedziała
bokiem do drzwi na kanapie, a obok niej z nogami podwiniętymi pod tyłek
siedział Jack, który wtulał się w jej bok, kiedy ona obejmowała go ramionami i
opierała usta na jego włosach.
Miała zamknięte
oczy, więc Oli porozumiał się wzrokiem i skinieniem głowy z Davidem, który
siedział na plastikowym krześle naprzeciwko drzwi i czujnie spojrzał wprost na
swojego kapitana.
Jimmy’ego tam nie
było.
David był
przyjacielem Jimmy’ego i z nim znał się lepiej, bo razem odbyli jakąś misję,
jak byli w Armii.
Byli prawie w tym
samym wieku, a Oli był nieco starszy, chociaż Oli pracował w straży prawie o
dziesięć lat dłużej niż oni.
Znali się od lat i
szanowali się wzajemnie.
David wyprostował
się, a potem cicho podniósł się z krzesła, a kiedy Hannah spojrzała na niego,
skinął jej ręką, by pokazać, że wychodzi.
Hannah skinęła
głową, ale nie oderwała się od Jacka, który najwidoczniej potrzebował jej
bliskości i nie spojrzała w stronę okna na korytarz.
Oli odsunął się od
drzwi, żeby mogli spokojnie porozmawiać we dwóch z Davidem na korytarzu bez
powiadamiania Hannah i bez denerwowania Jacka.
- Hej - David
powitał Oli’ego, chociaż widzieli się zaledwie kilka godzin wcześniej, kiedy David
odjeżdżał do szpitala do Filipa i Ani, a Oli załatwiał zastępstwo dla ich
jednostki na te kilka godzin, jakie zostały do końca ich dyżuru.
- I jak się ma? -
zapytał Oli, skinąwszy głową w stronę poczekali, więc David wiedział, że nie
pytał o Billy’ego.
- Jimmy opowiadał,
że najpierw wyglądała, jakby miał się rozpaść - powiedział mu David, a Oli
wciągnął powietrze do płuc ze świstem - …a potem pozbierała się na tyle, że
usiadła spokojnie. Aż za spokojnie.
Oli zmarszczył
brwi, bo to też nie było dobre, a potem wypuścił powietrze i zapytał niskim
głosem - No i?
- Tak siedziała z
pół godziny, nie chciała niczego, nie odzywała się, jakby potrzebowała się
skupić, więc Jimmy jej to dał - opowiadał David, więc Oli tylko przytaknął i
słuchał uważnie ciągu dalszego - A potem przyjechała Eva, którą Jimmy
zawiadomił po drodze i umówili się, że przyjedzie tu, jak Alice zajmie się
Davie’m.
Oli spojrzał w
stronę drzwi do poczekalni.
- Jak Eva przywiozła
Jacka - kontynuował David - Hannah natychmiast się nim zajęła. Przestała za
dużo myśleć i miała, co robić. Eva wie, co robi.
No, tak.
Oli mógł się tego
spodziewać.
Jimmy był zawsze
dumny ze swojej żony, z jej intuicji i z tego, jak pomagała swoim przyjaciółkom
i w ogóle wszystkim dookoła i miał rację.
Eva była trochę
jak Helena, ale bardziej otwarta na ludzi w sensie, że nie unikała działania i
mówienia, jeśli sądziła, że mogła pomóc.
Oli pomyślał, że
jego Lenka również mogła pomóc Hannah i zechciałaby to zrobić, ale zapewne
wycofałaby się, gdyby Eva już zaczęła coś robić.
Nieważne.
Najważniejsze było
teraz to, że Hannah trzymała się dzielnie, Jack był pod opieką i wszystko miało
mieć swoje miejsce we Wszechświecie.
- Jak Billy? -
zapytał o ostatnie, czego nie wiedział.
- Jeszcze czekamy
- westchnął David - Kula ominęła aortę, więc nie powinno być źle, ale operacja
nadal trwa.
- Długo - mruknął
Oli.
- Taaa - mruknął David.
Westchnęli prawie
niesłyszalnie, ale nie było nic do dodania.
Obaj mężczyźni
odwrócili się, by wejść do poczekalni.
*****
Hannah
Podniosłam głowę,
kiedy drzwi do poczekalni się otworzyły i oczekiwałam, że wejdzie przez nie David
lub może lekarz, na którego już tak długo
czekaliśmy.
Był to jednak Oli,
a David dopiero za nim.
Nie miałam żadnej
wiadomości od tego troskliwego mężczyzny od czasu, kiedy rozmawialiśmy przez
telefon i nie miałam do niego o to żalu, bo spodziewałam się, że miał dużo
zajęć, skoro był jednym z kapitanów w remizie i był odpowiedzialny za całą
zmianę, za wielu mężczyzn pracujących tam razem z Billy’m.
Cztery godziny
wcześniej pozbierałam się, znalazłam swój spokój, cierpliwość, dzięki której
nie musiałam zajmować czasu i myśli innych ludzi i zaczęłam czekać na
informacje od lekarza.
Wciąż jednak
słyszeliśmy od pielęgniarek z Jimmy’m, a potem z Davidem, którzy siedzieli
wspierająco przy mnie w tej poczekalni, że jak przyjdzie lekarz, to nam powie
co właściwie się stało, jakie były obrażenia, jaki był stan Billy’ego.
Wiedziałam, że
zachowałam się niewłaściwie, pozwalając sobie, głupia ja, na chwilę słabości
przy Jimmy’m, ale ten dobry mężczyzna o tym nie wspominał.
Jednak, przez to,
że siedział obok mnie, nie mogłam zrobić tego, na co miałam prawdziwą ochotę, czyli
zająć się sprzątaniem, myciem podłóg, wycieraniem kurzu, układaniem czegoś.
Czymkolwiek.
Gdybym była sama,
być może poprosiłabym pielęgniarki o jakieś zajęcie.
A tak, cóż, nie
miałam odwagi.
Więc siedziałam
bez ruchu na kanapie obitej sztuczną skórą, dopóki nie przyjechała Eva i nie
przywiozła Jacka.
- Hannah - młody
wpadł i zawołał od progu moje imię z taką rozpaczą, że wiedziałam, że Eva mu
coś już powiedziała o wypadku Billy’ego, ale skoro nie wiedziałam co, to nie
odezwałam się na ten temat.
Za to go sobie
obejrzałam.
Jack w ciągu
ostatnich dni stał się bardziej przytulny, lubił, jak głaskałam go po głowie
nawet bez powodu, lubił, jak całowałam go w czoło na dobranoc, przywitanie i
pożegnanie.
Tym razem wpadł w
moje objęcia, kiedy nie zdążyłam podnieść się z kanapy, więc nie zwalił mnie z
nóg siłą swojego rozpędu, ale i tak poczułam ją.
Stęknęłam.
Zwykle Jack starał
się nie okazywać uczuć w żaden sposób w obecności obcych, więc to było dziwne.
- Ojej! -
powiedziałam, kiedy odzyskałam oddech - Biegłeś tutaj tak szybko prosto z
parkingu?
- Nie - powiedział
Jack mamrotaniem ze spuszczoną głową - Nie z parkingu. Tam się przewróciłem.
- Co? - spytałam
przestraszona, zerknęłam na Evę wchodzącą właśnie do poczekalni, a potem
zaczęłam oglądać młodego.
Okazało się, że
miał zdarte kolana i nadgarstki od wewnętrznej strony dłoni, więc szybko
wstałam i skierowałam się do wyjścia z poczekalni.
- Wyrwał mi się,
kochanie - tłumaczyła się Eva zmartwionym tonem, kiedy ją mijaliśmy -
Przepraszam, powiedziałam mu w samochodzie, że przyjechaliśmy tu, bo Billy miał
wypadek i chciał się natychmiast
znaleźć u niego w sali.
- Nic nie szkodzi
- powiedziałam do niej uspokajająco - Zdarza się. Dzieci bywają zbyt porywcze.
Umyjemy się i zaraz wrócimy.
- Okej - mruknęła
Eva i podeszła do Jimmy’ego, by się z nim przywitać.
Nie patrzyłam, bo
wiedziałam, że poda mu usta do pocałunku, a, głupia ja, poczułam niską, podłą zazdrość.
Tak bardzo
chciałam, by mój Billy był zdrowy, żebym mogła go tak przywitać i powiedzieć
mu, że go kochałam.
Kolejny raz
poczułam żal, że nie powiedziałam mu tego ani razu przez tak długi czas, jaki
był nam dany.
Wyszliśmy z
poczekalni.
Poszłam z Jackiem
do łazienki, umyłam mu kolana i ręce, ale okazało się, że miał przetartą skórę,
więc poszliśmy później do stanowiska pielęgniarek.
- Przepraszam -
powiedziałam cicho do Flory, która nadal tam była - Jack się przewrócił i
poobcierał sobie kolana i ręce - wskazałam na chłopca, który stał obok mnie z
niewyraźną miną, chociaż nie protestował - Czy mogłabym dostać jakąś maść lub
zasypkę, żeby mu to opatrzyć? Już się umyliśmy - dodałam wyjaśniająco.
Pielęgniarka
popatrzyła na nas ciepło, chociaż ostrożnie i pomyślałam sobie, że wiedziała o
stanie Billy’ego więcej, niż chciała nam powiedzieć, a może nie mogła nic
powiedzieć, bo o wszystkim powinien nas poinformować lekarz.
Nie zamierzałam
jej jednak wypytywać, by nie sprowadzić na nią kłopotów, więc po prostu
poszliśmy we trójkę do sali zabiegowej, gdzie pomogła mi zasypać obtarcia na
kolanach i dłoniach Jacka.
- Jesteś bardzo
dzielny - powiedziała do Jacka, kiedy już skończyła - Ale chyba nie powinieneś
tak biegać.
- Musiałem się
pospieszyć, żeby się dowiedzieć jak się czuje Billy - powiedział do niej
poważnie Jack.
- I tak musimy poczekać
- powiedziałam mu łagodnie i pogłaskałam go przy tym po ramionach i włosach na
karku.
- To Jack -
przedstawiłam go Florze - Jest bratem mojego męża. Mieszka z nami i jest pod
naszą opieką.
Pielęgniarka się
nie odzywała, ale jej twarz złagodniała.
- Hannah - Jack
zwrócił się do mnie - Kiedy przyjdzie
do nas lekarz?
Spojrzałam
bezradnie na pielęgniarkę, a potem z powrotem na młodego.
- Musimy poczekać
- powtórzyłam częściowo, nadal sama nic nie wiedząc - Lekarz opatruje
Billy’ego. Jest zajęty.
- To bardzo dobry lekarz - niespodziewanie powiedziała
pielęgniarka - Jak tylko będzie mógł coś wam powiedzieć, zrobi to.
- Dziękuję -
szepnęłam, ale nie czułam się pocieszona, bo w jej oczach zobaczyłam ponownie
to samo współczucie i zatroskanie, co poprzednio.
Mój zasób dobrych
myśli zaczął się wyczerpywać, a do głosu dochodził ponownie strach o to, że
Billy nie będzie mógł dzielić z nami dalszego życia.
Wciągnęłam wdech,
zamknęłam na sekundę oczy, a potem zmusiłam się do wykrzywienia warg w udawanym
uśmiechu, by powiedzieć do Jacka - Chodźmy do poczekalni - a potem do
pielęgniarki - Dziękujemy bardzo.
Kiedy
przechodziłam obok niej, złapała mnie niespodziewanie za przedramię i krótko,
mocno uścisnęła, co było bardzo miłe, chociaż potem szybko mnie puściła i
pozwoliła nam odejść.
Poszliśmy do
poczekalni, w której był Jimmy z Evą i oboje przyjęli nas ciepłymi uśmiechami,
kiedy oglądali zasypane rany na kolanach i dłoniach Jacka.
Usiedliśmy na
kanapie, ale nie mieliśmy ochoty na rozmowę.
- Pójdę zobaczyć,
jak się ma Ania - powiedziała po chwili Eva i Jimmy wstał razem z nią, a ja się
trochę zainteresowałam, bo była ich przyjaciółką, więc chciałam wiedzieć, czemu
tam była.
Nie zadawałam
wielu pytań, ale Eva tego nie potrzebowała.
W ciągu dosłownie
dwóch minut dowiedziałam się wszystkiego, o co chciałabym ja ewentualnie
zapytać.
Eva była dość
gadatliwa, chociaż wyglądało na to, że wszyscy wiedzieli wszystko, co miała mi
do powiedzenia.
Wtedy stopniowo,
łącząc to również z wiadomościami, jakie miałam z poprzednich rozmów z tymi
kobietami, ułożyłam sobie wreszcie w głowie całe tamto wydarzenie.
Przez kilka lat Ania
uciekała przez całe Stany przed przestępcą, który ją sobie upatrzył do jakiegoś
chorego rytuału i zabił jej brata.
Kiedy dotarła do
SLC, przybrała imię Alba i pod tym imieniem zatrudniła się w FS 13, gdzie
akurat zwolniło się miejsce, bo ich kolega, Josh, został mocno poparzony w tym
samym pożarze, w którym Jimmy złamał nogę.
A przy okazji Jimmy
uratował z niego Marię, obecnie ich przybraną córkę.
Ania natomiast
zakochała się z wzajemnością w Filipie i zamieszkali razem, a on razem z
Davidem bronili ją przed Carlosem Nebuenitto, bo tak nazywał się ten
przestępca, ale był on tak wpływowy i bogaty, że porwał Anię z SLC prywatnym
samolotem do Luizjany.
Wtedy David
uruchomił swoje znajomości, o jakie bym go nie podejrzewała nawet do tej pory,
czyli FBI i SWAT i polecieli do Nowego Orleanu samolotem wojskowym, żeby ją
uratować.
Niestety, podczas
tego Ania i Filip zostali ranni, Filip poważnie, więc do dzisiaj miał dobrze
widoczną, czerwoną bliznę na szyi i oboje spędzili tam dużo czasu w szpitalu, a
potem w domu siostry Ani.
Ten przestępca
został skazany i niedawno uciekł z więzienia stanowego, więc kiedy Ania
pracowała na zastępstwie za Alexa, który wraz z Sophie, jego zoną, poleciał na
drugi miesiąc miodowy do Europy, David powiedział Oli’emu i Jimmy’emu, że jest
zagrożenie, na które musieli uważać.
I właśnie tego
dnia zagrożenie w postaci Carlosa Nebuenitto wtargnęło do ich remizy, a Billy
stanął mu na drodze.
Więc tak to było.
Mój wspaniały,
bohaterski Billy stanął na drodze kuli, która była przeznaczona dla Ani.
I mógł tego nie
przeżyć.
Dobrze się stało,
że David go zlikwidował, chociaż czułam się bardzo źle z myślą, że David zabił
człowieka.
Ale gorzej się
czułam z myślą, że ten człowiek postrzelił mojego męża, chociaż była w tym
wszystkim jedna mała dobra myśl, bo
Ania przeżyła, a Billy dowiódł wszystkim, że był bohaterem.
Eva i Jimmy poszli
teraz do ich przyjaciół, bo Ania miała uraz, który mógł spowodować u niej
trwałą głuchotę i martwili się o nią, a my zostaliśmy z Davidem, by poczekać na
wieści o Billy’m.
Siedzieliśmy z
Jackiem do tej pory na niewygodnej szpitalnej kanapie, kiedy on wtulał się w
mój tors, a ja tuliłam usta do jego gęstych, kręconych, pachnących szamponem
włosów.
To była druga
dobra myśl, której mogłam się uczepić, bo miałam Jacka dzięki Billy’emu i
kochałam go tak, jak kochałam Abla.
I przez cały czas
na zmianę modliłam się o opiekę Boga nad moim dobrym, utalentowanym mężczyzną i
przypominałam sobie dobre myśli, jakie powinnam mieć, by czerpać z nich siłę.
Wtedy przyszedł
Oli.
Przez mój umysł
przewinęła się jeszcze jedna dobra myśl - przyjaciele.
Mieliśmy
przyjaciół, którzy martwili się o Billy’ego i o nas, którzy byli tu, by nas
wspierać, gotowi do niesienia po mocy, jeśli tylko bym jej potrzebowała.
- Dzień dobry,
Słonko - powiedział Oli do mnie od razu na wstępie - Nie potrzebujesz nic do
picia lub jedzenia?
- Nie - postarałam
się o półuśmiech, by go zapewnić o tym, że miałam się dobrze - Dziękuję. Jimmy
mi wszystko przynosił. A pół godziny temu dotarł tu David, więc miałam coś od
Maggie i Jack też dostał coś dobrego.
Tak, David był
tam, bo przyszedł niedawno i przyniósł dla nas kanapki, które zrobiła dla nas Maggie,
ale ja nie mogłam przełknąć, więc obie zjadł Jack.
Rósł i potrzebował
dużo jedzenia, więc się ucieszyłam, że miał apetyt.
Oli usiadł
niedaleko nas na krzesełku, popatrzył na Jacka, który nawet nie wyprostował się
podczas naszej wymiany zdań i pokiwał głową.
Chłopiec był już
bardzo zmęczony, ale nie chciał się poddać i pojechać do domu, zanim
dowiedzielibyśmy się, co było z Billym.
Zresztą nie
nalegałam na to, bo również chciałam się dowiedzieć.
Więc razem
czekaliśmy tutaj, ale Jack już był senny.
Nie było bardzo
późno, dochodziła dopiero ósma wieczorem, więc nie było to uzasadnione porą,
ale podejrzewałam, że po prostu Jack miał dzień pełen wrażeń u Evy, kiedy bawił
się i grał z Mattem.
Sama byłam
zmęczona po pracy, bo nawet nie byłam w domu, żeby się przebrać, ale nie miałam
najmniejszego zamiaru wyjść ze szpitala przed spotkaniem się z lekarzem.
Który właśnie
wtedy, kiedy Oli już tam był, przyszedł do nas.
Kiedy zobaczyłam
go wchodzącego przez drzwi poczekalni, spojrzałam na zegar elektroniczny, który
wisiał nad nimi i skóra mi znowu zaczęła mrowić.
O, Boże.
Operacja trwała
ponad pięć godzin.
- Dzień dobry -
powiedział lekarz - Kto z państwa jest do pana Williama Browna?
Wstaliśmy wszyscy,
ale ja zostawiłam Jacka wpół leżącego na kanapie, tylko zsunęłam go ze swoich
kolan i szybko podeszłam trzy kroki bliżej, czując, że chłopiec natychmiast wstał
za mną, podszedł i przylgnął do moich pleców.
- Jestem jego żoną
- powiedziałam cichym, ale pewnym głosem.
Lekarz spojrzał na
zgromadzonych ludzi, potem na Jacka, przytulonego do moich pleców i
wyglądającego zza mnie, a potem zniżył głowę.
- Czy możemy porozmawiać…
eee… na osobności? - zapytał, a ja
uznałam, że chciałby mi coś powiedzieć, co nie było przeznaczone dla uszu
małego chłopca, więc odwróciłam się bokiem do niego, by spojrzeć na Oli’ego, a
jednocześnie położyłam prawą dłoń na ramieniu Jacka.
Oli skinął mi
lekko głową.
Zrozumiał, o co
chciałam go poprosić.
Później, opierając
drugą rękę o swoje kolano, pochyliłam się lekko, by patrzeć Jackowi w oczy i
szepnęłam do niego łagodnie - Jack, kochanie, czy możesz pójść na chwilę z
Oli’m i przynieść mi butelkę wody z maszyny na korytarzu?
Jack patrzył na
mnie uważnie i wiedziałam, że wiedział, że chciałam się go na chwilę pozbyć z
pokoju, ale nie zaprotestował, tylko przełknął z trudnością, a potem wolno,
poważnie skinął głową, nie odwracając ode mnie spojrzenia, a dopiero później
odwrócił się do kapitana strażaków, by wyciągnąć do niego dłoń.
Opuściłam ręce i
wyprostowałam się.
Oli podszedł
bliżej, wziął go za rękę, przeszedł obok mnie, lekko ściskając po drodze moje
przedramię i wyszli razem na korytarz.
Patrzyłam przez
cały czas na nich, odwracając się w miarę, jak przechodzili, bojąc się uzyskać
kontakt wzrokowy z lekarzem.
Ale musiałam to
zrobić.
- Pani Brown… -
zaczął lekarz.
- Hannah -
szepnęłam i wreszcie odważyłam się spojrzeć na niego.
Był dość młody, może
miał około trzydziestu lat.
Miał ciemne,
krótko obcięte włosy i ciemne oczy ukryte za okularami w cienkich oprawkach,
którymi patrzył na mnie uważnie i ciepło.
Zerknął na Davida,
który stał nadal gdzieś tam za mną.
- To kolega z pracy
Billy’ego - wyjaśniłam cicho i przekonałam się, że mój głos był schrypnięty,
więc odchrząknęłam - Też może wiedzieć.
Poczułam, że David
się zbliżył do moich pleców, ale nie usłyszałam go.
I tak poczułam się
pewniej.
Wyprostowałam
plecy, opuściłam luźno ręce wzdłuż ciała, podniosłam lekko brodę i patrzyłam
bez słowa na lekarza.
- Hannah - zgodził
się i skinął głową, ale nie uśmiechnął się - Jestem doktor Jeffrey Heelyou.
Jeff.
Skinęłam głową.
- Przeprowadzałem
operację twojego męża - powiedział mi - Dostał kulkę w górną część lewej połowy
klatki piersiowej od przodu. Przeszła przez brzeg górnego kąta płuc. Nie
uszkodziła aorty, więc krwawienie nie było duże. Niestety, utkwiła w łopatce,
więc musieliśmy ją usunąć.
Zamilkł, więc
uznałam, że oczekiwał ode mnie jakiejś reakcji, ale nie miałam w sobie siły, by
cokolwiek powiedzieć, więc znowu tylko skinęłam głową.
- Operacja była
długa… - kontynuował Jeff - a wcześniej przez kilka minut prawdopodobnie Billy
był niedotleniony, więc na razie nie jesteśmy w stanie ocenić jego kondycji.
Nie chcę cię straszyć, ale może być różnie. Powinnaś być przygotowana.
Wciągnęłam trochę
powietrza do płuc, bo nagle poczułam je jako zbyt ciasne, ale nadal nie mówiłam
ani słowa.
- Tymczasem wprowadziliśmy
go w stan śpiączki farmakologicznej… - wyjaśnił Jeff - która powinna potrwać
dobę. Później, jutro około siódmej wieczorem, wybudzimy go na krótko, zbadamy,
a potem zdecydujemy co dalej. Może trzeba będzie przedłużyć śpiączkę. A może
wystarczą inne leki i zwykłe traktowanie pooperacyjne.
Nagle poczułam się
strasznie słaba.
Ręce mi zadrżały,
w głowie się zakręciło, a wzrok się zamazał.
Ale nie mogłam się
poddać, musiałam być silna.
Gdzieś tam na
korytarzu był Jack, który mnie potrzebował.
Wzięłam kolejny
drżący wdech, przełknęłam ślinę, zamrugałam i potrząsnęłam lekko głową, by
odegnać tę bezsensowną niemoc.
David za mną był
napięty i czujny.
Nie znałam go, ale
jakoś wiedziałam, że czekał i sprawdzał, czy nie będę potrzebowała jego pomocy
i byłam mu za to bardzo wdzięczna.
Miałam wsparcie.
Spojrzałam
ponownie w oczy lekarza, chociaż wcześniej nie zdałam sobie sprawy z tego, że
opuściłam wzrok.
- To nie musi
oznaczać nic złego - powiedział łagodnie - Po prostu jego organizm potrzebuje
czasu. Tak?
- Tak - szepnęłam
wreszcie i skinęłam głową - Dziękuję.
Lekarz jeszcze raz
spojrzał na mnie uważnie, skinął głową w stronę Davida, uśmiechnął się do mnie
zapewniająco, wymamrotał słowa pożegnania i poszedł w kierunku drzwi.
Zrobiłam jeden
szybki krok w jego stronę i wyciągnęłam rękę.
- Doktorze… -
zawołałam - Jeff… czy mogę…
Jeff odwrócił się
z powrotem w moją stronę, a wyraz jego twarzy ponownie był czujny.
- Czy mogłabym go
zobaczyć? - dokończyłam ciszej i prawie błagalnie dodałam - Tylko na chwilkę.
Tylko ja.
Skinął głową,
jakby był przygotowany na taką prośbę, więc ucieszyłam się, że się odważyłam.
- Chodź ze mną -
powiedział i znowu ruszył w kierunku drzwi.
Kiedy przez nie
przeszliśmy, był tam Oli z Jackiem.
Zatrzymałam się
przy młodym, pochyliłam się do niego i położyłam mu dłoń na połączeniu ramienia
i szyi.
- Pójdę zobaczyć
Billy’ego - powiedziałam mu i szybko dodałam, kiedy jego oczy rozbłysły i
podskoczył, jakby chciał iść ze mną - Tylko ja. Na chwilkę, bo Billy jest
bardzo słaby i musi tu zostać na noc. Poczekasz tu, później pojedziemy do domu,
to ci wszystko opowiem. Dobrze?
Jack patrzył na
mnie tak, że przez ułamek sekundy przestraszyłam się, że się rozpłacze lub
będzie się kłócił, a zresztą to nie byłoby takie złe, bo potrzebował zareagować, ale ja nie miałam czasu na uspakajanie go.
Więc kiedy potem
skinął głową, nie patrząc na nikogo ruszył w kierunku poczekalni, odetchnęłam, ale
nagle zatrzymał się i wrócił do mnie.
Objął mnie
ramionami za biodra i talię, wtulił głowę w mój brzuch, a potem cofnął się o
krok i, nie patrząc na mnie, szepnął - Powiedz mu, że go kocham.
Zaniemówiłam.
I na sekundę zamarłam
z rozchylonymi ustami.
A zaraz potem moje
ręce stały się puste i bezużyteczne, bo Jack nie czekał na moją reakcję, tylko natychmiast,
kiwając się dziwnie na boki, poczłapał do poczekalni, więc patrzyłam, jak
odchodził, a za nim szedł Oli, który uścisnął moje ramię, przechodząc obok
mnie.
O, Boże.
Jack był
odważniejszy ode mnie.
Powiedział to na
głos, w obecności obcych przecież dla niego mężczyzn, a ja nie miałam odwagi
powiedzieć tego Billy’emu nawet wtedy, jak byliśmy sami.
Z umysłem
wypełnionym tą jedną myślą odwróciłam się w tym samym kierunku co lekarz i,
patrząc pod nogi, ruszyłam za nim, kiedy szedł przede mną korytarzem w stronę
kolejnych dużych drzwi, przegradzających go i nie przezroczystych, ale nie
widziałam wiele przed sobą, chociaż wiedziałam, że nad nimi był napis Blok
Operacyjny.
- To wasz syn? -
zapytał absurdalnie Jeff, kiedy szliśmy, bo przecież było widać, że Jack nie
mógł być naszym synem, ale potem pomyślałam, że Maria była córką dla Jimmy’ego
i Evy, chociaż na pierwszy rzut oka było widać, że nie byli jej biologicznymi
rodzicami.
- Nie - mruknęłam
do podłogi - Jack jest bratem Billy’ego. Jest pod naszą opieką i mieszka z
nami.
- Och - mruknął
Jeff.
Doszliśmy do tamtych
drzwi, ale nie przeszliśmy przez nie.
Wcześniej było
stanowisko pielęgniarek, a naprzeciwko niego przeszklone drzwi i duże okno,
które miało kotary, ale odsłonięte, więc zobaczyłam przez nie typowe łóżko
szpitale, na którym leżała postać podłączona do urządzeń, jakie widziałam
kiedyś na filmie.
Podeszłam krok w
stronę tego okna, kiedy dotarło do mnie, że to był Billy.
Mój Billy, na którym zawsze się opierałam
podczas snu, który mi pomagał w każdej chwili naszego wspólnego życia, który
był taki żywotny, dominujący i
aktywny w czasie seksu, chociaż małomówny w obecności innych, leżał tam bez
ruchu, z zamkniętymi oczami i nie dawał znaku życia.
Słyszałam krótką,
ściszoną rozmowę dwóch osób za swoimi plecami, ale nie reagowałam na nią.
Podniosłam dłoń,
by się oprzeć, ale nie chciałam dotykać tego szkła, jakie nas oddzielało, bo
poczułam jego chłód.
Chciałam poczuć moc
i ciepło dużego, silnego ciała mojego mężczyzny i upewnić się, że to był on.
Więc odwróciłam
się z niemą prośbą do lekarza, który stał za mną i zobaczyłam, że podeszła do
nas starsza pielęgniarka.
- Chodźmy,
kochanie - powiedziała łagodnie - Jeśli chcesz do niego wejść, musisz się umyć
i założyć ubranie ochronne.
Przytaknęłam, a
potem, kiedy już zrobiłam pierwszy krok, by podążyć za nią, odwróciłam się z
powrotem do Jaffa i powiedziałam cicho - Dziękuję.
Kiwnął raz głową,
a potem poszedł w swoją stronę, a ja już dłużej się nie wahałam, tylko poszłam
do pomieszczenia przejściowego, w którym pielęgniarka podała mi jednorazowy
fartuch, który założyłam, foliowe nakładki na buty i włosy, a później pokazała
mi, gdzie mogłam umyć ręce specjalnym mydłem.
Kiedy wysuszyłam
dłonie, podała mi rękawice jednorazowe, ale pokręciłam głową i powiedziałam jej
- Jestem uczulona na lateks.
Zamarła na
sekundę, a później z szafki, która była nad blatem, wyjęła inne rękawice i mi
je podała.
Były dziwne, mało
elastyczne, więc nie mogłam ich dostosować do swoich dłoni, przez co
podejrzewałam, że nie mogłabym ich stosować w domu, bo by mi spadały, ale w
danym momencie mi wystarczały, więc je włożyłam bez protestu.
A potem weszłyśmy
do pokoju, w którym leżał Billy.
Wszystko inne
przestało się liczyć.
Patrzyłam na jego
sylwetkę, nagą klatkę piersiową, ze świeżym opatrunkiem przy lewym ramieniu,
dolną część ciała przykrytą cienką kołdrą i jedynym czego chciałam, było
opiekowanie się nim.
Podeszłam do
łóżka, pielęgniarka przysunęła mi krzesło, nie patrząc na nią, skinęłam głową i
usiadłam.
Siedziałam tak
przez sekundę lub dwie, a później ręka zaczęła mnie świerzbić z chęci, nie, z potrzeby dotknięcia mojego kochanego
męża, który leżał tam ranny i miał zostać sam
na noc.
Nieśmiało
dotknęłam jego ręki, a potem cicho, z zatkanym nosem, rzuciłam do tyłu pytanie
- Mogę?
- Tak - usłyszałam
równie cichy głos kobiety, która stała za mną.
Ujęłam palce
mojego męża w obie dłonie, pochyliłam się, by dotknąć ich ustami, a potem
trwałam tak przez chwilę, patrząc na jego spokojną twarz.
Z jego ust
wychodziła rurka, na jego klatce piersiowej były przyczepione czujniki, w
zgięcie drugiej ręki miał wbity wenflon, ale to był mój Billy.
- Hej, to ja. Nasi
przyjaciele tu byli i Jack też. W poczekalni - mruknęłam, czując, że mój głos
się załamywał - Wszyscy czekali, żeby dowiedzieć się, jak się czujesz. Ucieszą
się, że już jest dobrze, że wyjęli ci tę kulę i zdrowiejesz - przełknęłam,
wzięłam wdech i kontynuowałam - Śpij dobrze, kochanie. Wypocznij, nabierz sił i
wróć do nas. Jack powiedział, żebym ci powiedziała, że cię kocha.
Wciągnęłam kolejny
wdech, tym razem ostry, zacisnęłam wargi, a potem zdecydowałam, że nie będę
dłużej tchórzem.
- Ja też cię
kocham - powiedziałam mu i stwierdziłam, że to nie było wcale trudne - Kocham cię i będę tęskniła, więc wróć do
nas szybko.
Zgięłam szyję i
przycisnęłam jego palce do swojego czoła.
Wciągnęłam jeden,
a potem drugi przerywany oddech, prosząc w myślach Boga o opiekę i uzdrowienie
mojego mężczyzny.
Poczułam, że zaraz
się rozpłaczę, więc zdecydowałam się zakończyć tą wizytę, bo Billy spał i nie mógł wiedzieć, że tam byłam.
- Do jutra,
kochanie - szepnęłam i odłożyłam jego dłoń na prześcieradło, a potem podniosłam
się z krzesła.
Spojrzałam na
niego po raz ostatni, pochyliłam się, ale nie pocałowałam go, bo były tam te rurki!
Z trudnością
przełknęłam cichy, bolesny skowyt, który usilnie chciał się wydrzeć z mojego gardła.
Pogłaskałam więc tylko
jego miękkie, niedawno umyte, brązowe, kręcone włosy i odwróciłam się w
kierunku drzwi.
Pielęgniarka tam
stała i patrzyła na mnie z łagodnym, ciepłym wyrazem twarzy, a kiedy ruszyłam w
jej stronę, poruszyła się, by odstawić krzesło, na którym siedziałam, na jego miejsce.
Trzęsły mi się
ręce, kiedy rozbierałam się w pomieszczeniu przechodnim z ubrań ochronnych, a
ona dołączyła do mnie.
- Jutro mają go kontrolnie
wybudzić około siódmej wieczorem - powiedziała mi coś, co już wiedziałam - Może
będziesz chciała tu być.
- Dziękuję -
szepnęłam, ale nie spojrzałam na nią, bo chciałam jak najdłużej zatrzymać pod
powiekami ten obraz, który przypominał mi, że Billy spał tam, był po operacji i była nadzieja, że będzie zdrowy.
Po prostu spał.
*****
Trzy godziny później
Weszłam do naszej
sypialni, chociaż bardzo starałam się to opóźnić.
W szpitalu nie
spotkałam już ani Evy, ani Jimmy’ego, którzy mogli być nadal u Ani lub pojechać
do domu, do dzieci, ale nie pytałam, a David i Oli razem z nami wyszli ze
szpitala na parking, do ich samochodów.
Powiedziałam im,
że Billy będzie spał przez dobę i mieli dzwonić, jeśli cokolwiek by się
zmieniło, bo nie chciałam, żeby porzucali swoje rodziny, żony i zamiast tego
spędzali czas w szpitalnej poczekalni.
Chociaż sama
miałam na to szaloną ochotę.
Wiedziałam jednak,
że to było bez sensu, skoro Jack potrzebował łóżka i kolacji, a ja sama
potrzebowałam nabrać sił przed kolejnym dniem.
To nie było tak,
że przechodziłam po raz pierwszy taką noc, kiedy martwiłam się o kogoś
bliskiego, kto leżał w szpitalu.
I właśnie to, że
był to już kolejny raz, spowodowało u mnie coś, czego mogłam się obawiać, że
się stanie.
Moja wiara
zachwiała się w posadach.
Jeszcze nie
runęła, bo nie nawet zatrzęsła się,
ale zakiełkowało we mnie pytanie, dlaczego
znowu kogoś traciłam.
Ponieważ lekarz i
pielęgniarki dali mi nadzieję, że nie
traciłam, moja wiara w Boską Opiekę nie
runęła.
Miałam również Jacka,
którym musiałam się opiekować.
Dojechaliśmy do
domu w milczeniu, ale Jack nie zasnął w samochodzie, czego mogłabym się
spodziewać w innych okolicznościach o tej porze i z jego zmęczeniem.
Dałam mu małą
kolację, na którą (wbrew sobie) podgrzałam wczorajszą pieczeń, z którą
normalnie może zrobiłabym mu kanapkę na
lunch, zjadłam nawet trochę razem z nim, a później poszliśmy szykować się do
snu.
Podczas szykowania
kolacji dostałam SMS’a od Evy, która prosiła mnie o informację, czy dobrze się
czułam i czy wszystko było w porządku z Jackiem, a natychmiast potem drugiego z
prośbą o informację, czy będę potrzebowała pomocy następnego dnia.
Było już bardzo
późno i byłam pewna, że szykowała się do snu po położeniu do łóżek swoich
dzieci, ale i tak odpowiedziałam jej od razu, by jej podziękować za troskę,
zapewnić ją, że sobie radziliśmy i poinformować, że dam jej znać, jeśli bym
potrzebowała pomocy.
Cóż, miałam
nadzieję, że nie potrzebowałabym.
Potem przekonałam
się, że miałam w swojej skrzynce odbiorczej SMS’a od Heleny, która również się
o mnie martwiła, więc jej też wysłałam podziękowanie, zapewnienie i informację,
podobne jak do Evy.
Do było dobre
uczucie, wiedzieć, że były gdzieś tam kobiety, które były gotowe przyjść nam z
pomocą i to sprawiło, że pomyślałam o innych.
Zadzwoniłam do
Emily, która nie miała małych dzieci, a poza tym wolała wiedzieć szybko i nie
przez SMS-y, żeby jej powiedzieć, że mój mąż był w szpitalu, ale przeprosiłam
ją, że nie opowiem żadnych szczegółów, bo byłam zmęczona.
Nadal wybierałam
się do szkoły następnego dnia przed południem, by przygotować moją pracownię.
Potem zadzwoniłam
do Abi, bo nie chciałam, żeby ona i mama dowiedziały się o wszystkim z jakichś
plotek, lub zbyt późno (według nich), ale poprosiłam ją, żeby powiedziała o
wszystkim mamie dopiero rano.
Żeby miała
spokojną noc, bo była tak nerwowa, że nie miałaby, gdyby wiedziała, co się
stało, chociaż nie powiedziałam Abi szczegółów.
Abi mnie nie
pocieszała pustymi frazesami, co było dobre, ale bardzo chciała natychmiast przyjechać
do naszego domu, by nas przytulić, co było złe.
Moja dzielna
siostrzyczka nadal nie miała samochodu, a przecież nie mogła jeździć autobusem
w nocy, bo byłaby to niebezpieczne.
Więc stanowczo
odmówiłam.
Zanim skończyłam
pisać i rozmawiać, nasza kolacja była zjedzona, posprzątaliśmy ją wspólnie z
Jackiem, który również odwlekał pójście do swojego pokoju i w końcu musiałam mu
kazać pójść szykować się do snu.
Kiedy niechętnie
poczłapał na górę po schodach, przeszłam po całym domu, by sprawdzić, czy drzwi
były pozamykane, światła wyłączone, a alarm uzbrojony na noc.
Robiłam tak już
kilka razy, kiedy Billy pracował na nocnej zmianie, więc nie było to coś
wyjątkowego, ale czułam się dziwnie opuszczona.
Przy każdym oknie
zatrzymałam się, by przez nie wyjrzeć, a w każdym pomieszczeniu przystanęłam,
by spojrzeć na nie jeszcze raz.
Ale w końcu
poszłam na piętro, weszłam do pokoju Jacka i przekonałam się, że już leżał w
łóżku, przykryty kołdrą, ale z zapalonym światłem.
- Hej, kochanie -
powiedziałam delikatnie, siadając bokiem biodra na skraju jego łóżka - Umyłeś
zęby?
- Tak - mruknął
niechętnie Jack.
Poczułam, że był
zdenerwowany, smutny i niepewny tego, co miał przynieść kolejny dzień, więc nie
spieszyłam się z pożegnaniem go na noc.
Pogłaskałam go po
skroni, a potem położyłam delikatnie dłoń na jego piersi i patrzyłam mu w oczy,
kiedy zdecydowałam się porozmawiać.
- Martwisz się -
stwierdziłam oczywiste.
Jack skinął głową,
a jego wzrok uciekł na bok.
- Billy musi się
wyspać w szpitalu - powiedziałam mu, żeby nie kłamać, ale żeby też go mocniej nie
zmartwić - Jutro do niego pojedziemy, ale my tak naprawdę nie możemy nic
zrobić, by mu pomóc. Lekarze mu pomagają i pielęgniarki. Tam ma dobrą opiekę i
leki.
- Ale… - Jack
zagryzł dolną wargę, więc wiedziałam, że bał się powiedzieć tego, co mnie też
trapiło - Wyzdrowieje?
- Tak, kochanie - powiedziałam delikatnie i,
jak miałam nadzieję, z pewnością w głosie.
Bardzo nie
chciałam, żeby Jack usłyszał, że ja też się bałam.
- A jak chcesz coś
zrobić - powiedziałam mu - wiesz… - zawahałam się, bo nie ustaliliśmy z Billy’m
czy wprowadzimy Jacka w świat wiary chrześcijańskiej, więc zdecydowałam się na
to inne - Ja co wieczór, leżąc w łóżku
przypominam sobie wszystkie dobre chwile, jakie miałam tego dnia.
- Jak co? - zainteresował się Jack, chociaż to
było słabe z jego strony.
- Na przykład
dzisiaj byłby to, jak się do mnie przytulałeś tam w szpitalu - powiedziałam mu,
a jego twarz prawie się rozjaśniła - I
że właśnie dzwoniły i pisały do mnie kobiety, które się o nas martwią. Mam
przyjaciółki.
- Tak - szepnął
Jack - Matt jest super kumplem. I mam ciebie.
- No widzisz. O to chodzi - przytaknęłam mu zatkanym
głosem, a wzruszenie spowodowało, że musiałam zamrugać, ale udało mi się
opanować.
Zajęło mi to kilka
sekund, ale udało się.
- A jak chcesz
jeszcze coś zrobić - dodałam, kiedy jego buzia znowu posmutniała - To, widzisz,
ja proszę Boga o opiekę nad tymi,
których kocham.
- Tak, hmmm, modlisz się? - Jack się lekko zdziwił,
bo do tej pory ani razu o tym nie rozmawialiśmy, nie po naszej wizycie w
kościele mojej rodziny, bo bałam się poruszyć z nim temat zachowania Lucy.
- To nie jest
modlitwa. Nie dokładnie - wyjaśniłam mu
delikatnie - Po prostu proszę o to, żeby ci, o których się martwię, poczuli się
lepiej, albo tych, o których się boję, nie spotkała krzywda.
- Czy są na to jakieś słowa? - zapytał mnie
Jack, a ja pomyślał, że mogłam się tego spodziewać, bo Jack lubił słowa.
- Są -
powiedziałam - Ale ty możesz ułożyć swoje. To może być jedno zdanie. Albo
możesz opowiadać długo. Jak chcesz.
Jack nic nie
odpowiedział, a ja poczułam, że powinnam pozwolić mu to przemyśleć, to może
zasnąłby po uspokojeniu się, jak ja zasypiałam w ten sam sposób.
- Dobrej nocy,
Słonko - szepnęłam do niego, jak zawsze na pożegnanie, pochyliłam się i
pocałowałam go w czoło, jak mój tata kiedyś całował mnie.
Ostatnio zawsze tak
robiłam, bo Jack sam mi je podsuwał do pocałunków, kiedy witał się ze mną w
naszej kuchni rano przed śniadaniem, więc wiedziałam, że to lubił.
Chociaż nigdy nie
robił tego w obecności innych osób.
- Dobranoc, Hannah
- usłyszałam, kiedy wyłączyłam światło i przymykałam drzwi od jego pokoju,
wychodząc na korytarz, więc przystanęłam i odwróciłam głowę w tamtym kierunku -
I dziękuję.
- Nie ma za co,
kochanie - szepnęłam w stronę przyciemnionego pokoju, w którym jedynym źródłem
światła były lampy z tylnego chodnika za naszym domem, które przebijały się przez
zasunięte rolety.
Poszłam korytarzem
do naszej sypialni, weszłam, zamknęłam za sobą drzwi i ciężko oparłam się o nie
plecami, również mocno zaciskając przy tym oczy i wciągając głęboko powietrze
do płuc.
Ponownie
pomyślałam, że to było całkiem coś innego niż w te dni, kiedy Billy był na
dyżurze i wiedziałam, że wróciłby o szóstej trzydzieści rano.
Nie chciałam się
poddawać złym myślom, rozpaczy i beznadziei, skoro przed chwilą powiedziałam
Jackowi, jak miał tego uniknąć, ale będąc sama i samotna w naszej wspólnej, małżeńskiej sypialni nie miałam więcej
siły.
Po prostu nie
miałam… siły.
Tak bardzo
potrzebowałam silnej ręki mojego męża, która poprowadziłaby mnie przez wyboje
codzienności.
Niechętnie
powłócząc nogami, poczłapałam do łazienki, po drodze zabierając piżamę z naszej
wgłębionej szafy, o której zwykle lubiłam myśleć „garderoba”, by się
przygotować na noc.
Zrobiłam, co
musiałam, umyłam, co miałam do umycia i nałożyłam na dłonie maść leczniczą, a
na nią rękawiczki, bo tak zawsze robiłam, kiedy Billy pracował w nocy i miałam
spać sama.
To mi prawdziwie
pomagało, skóra rąk mnie już dzięki temu nie piekła, była mniej czerwona i nie
pękała.
Przypomniało mi to
wizytę przy łóżku Billy’ego, bo po umyciu rąk tamtym specjalnym płynem, czułam
takie pieczenie, że się go przestraszyłam.
Trzymałam jednak
tego dnia Billy’ego za rękę.
Przez rękawiczkę,
on był nieprzytomny, ale to było coś, za czym tęskniłam.
Dotyk.
Myśląc o tym
podeszłam kolejno do obydwóch okien naszej sypialni, by opuścić rolety,
zgasiłam światło, zostawiając włączoną tylko lampkę na moim stoliku nocnym i
weszłam pod prześcieradła.
Położyłam się na
wznak, wyłączyłam lampkę, splotłam dłonie na swojej klatce piersiowej i
zamknęłam oczy.
A pięć minut
później otworzyłam je i stwierdziłam, że nie
dam rady.
Wszystko, co
radziłam Jackowi, co zwykle sama robiłam, by uporządkować swoje myśli i zasnąć,
tym razem nie zadziałało.
Zamiast dobrych
myśli, nachodziły mnie złe wspomnienia, jak na przykład to, jak brzmiał Oli, kiedy
mnie informował, że Billy jechał do szpitala, jak wyglądała mina Flory, kiedy
powiedziała mi, że lekarz poinformuje
mnie o stanie mojego męża, jak delikatny starał się być Jeff, kiedy mówił mi,
że Billy będzie przez całą dobę w śpiączce i „zobaczymy, co będzie dalej”.
Musiałam wreszcie
przyznać przed sobą, że się bałam.
Nie, nie bałam
się.
Byłam przerażona!
Byłam przerażona,
że Billy mógł nie wyzdrowieć, że mogłoby być tak, że nie miałabym okazji nigdy
dłużej doświadczać cudu jego talentu, jego niezwykłej dobroci, mieć jego
przyjaciół.
I Jacka.
Potem naszły mnie bardzo złe myśli o tym, co niedobrego
mogło się stać (chociaż nigdy wcześniej o
tym nie myślałam) i przyszło mi do głowy, że Jack nie mógłby zostać ze mną,
jeśli zabrakłoby Billy’ego.
I tego też się bałam.
Tylko przez chwilę
myślałam, albo może starałam się myśleć, że powinnam być wdzięczna za to, że miałam dziesięć dni możliwości życia z nim
i z tym wszystkim, a nawet więcej, jeśli liczyć okres, kiedy byliśmy
narzeczeństwem.
Skupiałam się na
dobrych myślach o tym, że w ogóle poznałam Billy’ego.
Nie działało.
Więc przekręciłam
się, sięgnęłam ręką do lampki na moim stoliku nocnym, włączyłam ją, a po
kolejnych kilku minutach leżenia bez ruchu odrzuciłam przykrycie i wstałam,
zrzucając nogi z łóżka.
Podeszłam do
swojej toaletki, gdzie na półce i w szufladzie miałam naszykowane na nowy rok
szkolny przybory piśmienne z długopisami, ołówkami, zeszytami i kalendarzem.
Wzięłam pusty kalendarz,
w którym było miejsce na notatki, wyjęłam z szuflady długopis i usiadłam w
fotelu, przy którym zapaliłam stojącą lampę.
Zgięłam kolana, podłożyłam
obie stopy pod pupę, położyłam kalendarz na kolanach i otworzyłam go na
końcowej stronie, bo nie zamierzałam pisać dużo,
ale po namyśle odwróciłam go do góry nogami, żeby mieć możliwość wykorzystania
kolejnych kartek.
A potem pisałam,
chociaż inaczej niż kiedyś.
Nie napisałam bowiem
listu do Ewy, ani nawet do Billy’ego.
Moimi zapiskami
były luźne zdania, które nie układały się w logiczny ciąg.
Po prostu musiałam
wyrzucić z siebie kilka myśli i to zrobiłam.
Jest
jedna rzecz, której naprawdę się boję.
Boję
się, że zacznę płakać i będę tak wyła bez końca.
Będę
roztkliwiać się nad sobą bez sensu, bo przecież nic tym nie zmienię.
Tęsknię.
Aż
boli mnie wszystko w środku.
Chcę,
żebyś kazał mi położyć się obok siebie i odpocząć.
Chcę oprzeć swoje czoło w to bezpieczne zagłębienie
Twojej szyi i ramienia, dotknąć Twoich ciepłych, silnych, wspierających ramion,
poczuć Twoje mocne dłonie na swoich biodrach.
Całować
Cię do zawrotu głowy.
Albo
tylko odpoczywać, wdychając Twój cudowny, męski zapach.
Potrzebuję,
żebyś mnie przytulił.
Objął
najmocniej, jak potrafisz i zamknął w klatce swoich ramion.
Proszę,
wróć do mnie.
Kocham Cię
Kiedy napisałam te
ostatnie słowa, poczułam, że ból przeniknął moje wnętrzności tak silnie, że chciałam
zwinąć się w kłębek, więc odłożyłam kalendarz i długopis na stolik, wyłączyłam
lampę przy fotelu i wpełzłam na czworaka do łóżka od strony, po której sypiał
Billy.
Złapałam jego
poduszkę, a pod nią znalazłam jego używaną koszulkę, w której spał przez
poprzednie dwie noce, więc zawinęłam je razem, przycisnęłam do swojego brzucha
i objęłam skrzyżowanymi ramionami.
Wtuliłam twarz w utworzone
zawiniątko, by mocniej poczuć zapach Billy’ego, a potem ból znowu dał o sobie
znać, więc jęknęłam rozpaczliwie, zgięłam kolana i kark, by trzymać się
mocniej.
I wtedy zapłakałam
niczym małe, opuszczone dziecko.
Głupia ja.
Przecież
wiedziałam, dobrze wiedziałam, że nie
zmieniłabym tym niczego, nie miało to
najmniejszego sensu, ale nadal… płakałam.
Płakałam nad sobą.
Z żalu, że
zostałam sama, że czułam się samotna, że Billy nie mógł być obok mnie, by
chronić mnie i przytulać.
Płakałam nad
Jackiem, bo bałam się, że mi go zabiorą, że nie będzie mógł mieć tej rodziny,
którą stworzyliśmy dla niego z Billy’m, a pokochałam go jak własnego brata i
chciałam, żeby to miał.
Płakałam głupio i
bezsensownie, niemożliwymi do opanowania łzami, których nienawidziłam.
Dziękuję
OdpowiedzUsuń