wtorek, 31 stycznia 2023

11 - Potrzebuję, żebyś mnie przytulił

 

Rozdział 11

Potrzebuję, żebyś mnie przytulił

Olgierd

 

 

Cztery godziny później

Zanim Oli dotarł do szpitala, minęły godziny, bo utkwił w swoim biurze przy wypisywaniu cholernych papierów, wyjaśnianiu przebiegu rzeczy różnym służbom, tłumaczeniu się przed szefostwem.

Martwił się o Hannah, ale Jimmy przez telefon kilkakrotnie zapewnił go, że się trzymała zadziwiająco dobrze.

Oli wiedział, że Hannah myślała o innych ludziach, rzadko skupiała się na sobie, więc jeśli była w otoczeniu tych, którzy się mogli o nią martwić, nie okazywałaby swojego zdenerwowania.

Nadal, nie był pewien, czy naprawdę radziła sobie dobrze, a nie kryła się po prostu ze swoimi uczuciami, by nie martwić innych.

Musiał to sam sprawdzić.

Kiedy wszedł na SOR, poszedł od razu w kierunku poczekalni, gdzie była Hannah w towarzystwie Jimmy’ego i Davida, bo znał już ten szpital.

Filip był na innym oddziale tego szpitala z Anią, bo ona również ucierpiała przy potyczce z Carlosem Nebuenitto, który właśnie na nią polował tam w ich remizie.

Sam i Tom zostali, by posprzątać remizę, bo połowa garażu była zalana krwią, której policja i FBI nie pozwolili sprzątnąć, kiedy była świeża.

David zlikwidował Carlosa, ale, jako współpracownik SWAT, człowiek zaufany ich dowódcy, majora Taylora, złożył szybkie wyjaśnienia i mógł dołączyć do swojego przyjaciela, Filipa, w szpitalu, gdzie trafiła Ania.

Przeprawa z Carlosem była dla Ani i Filipa, zwłaszcza dla Ani, długa i bolesna, bo odnieśli w niej poważne rany, po których Filip miał brzydką bliznę na boku szyi (w którą został postrzelony kilka miesięcy wcześniej w Luizjanie), a Ania straciła brata (co było kilka lat wcześniej).

Ale właśnie się zakończyła.

Nebuenitto nie żył.

Zanim jednak David zastrzelił go między wozami strażackimi w ich remizie, facet postrzelił Billy’ego, który pechowo stanął mu na drodze, a potem strzelił do Davida tuż nad uchem Ani, co spowodowało u niej utratę słuchu.

Oli (jak i Filip, i David, i inni) miał tylko nadzieję, że przejściową.

Tak samo Oli miał w Bogu nadzieję, że rana Billy’ego okazałaby się niegroźna lub nawet groźna, ale do wyleczenia.

Nie tylko dlatego, że lubił tego chłopaka, ale również dla Hannah.

Przez te kilka miesięcy Oli obserwował bowiem, jak więź między nimi wzmacniała się, nawet jeśli zaczęła się od zwykłej umowy, w której mieli mieć wzajemne korzyści.

Samo to, jak Hannah w ich rozmowie telefonicznej wypchnęła z siebie ze strachem imię swojego męża, tego męża, którego narzuciły jej okoliczności i nie musiała go kochać, zaświadczyło Oli’emu o tym, że darzyła uczuciem tego młodego mężczyznę, który był dobry, troskliwy i szlachetny, zobowiązał się do opieki nad nią i Jackiem i zamierzał tego dotrzymać.

Oli wiedział, że Hannah nie była tak narzucająca się innym, jak jej mama, ale jadąc do szpitala wciąż bał się, że mogła okazać się zbyt wrażliwa.

Widywał u niej zadatki nadmiernej egzaltacji, chociaż sądził, że odnosiło się to do jej marzeń jako czytającej dużo romansów nastolatki, a po tym, co wydarzyło się w jej rodzinie, miał nadzieję, że Hannah stała się bardziej zrównoważona, rozsądna.

Miał się właśnie o tym przekonać.

Podszedł do przeszklonych, pojedynczych drzwi, które prowadziły do poczekalni i przystanął, bo spojrzeć przez ich okno do środka.

Hannah siedziała bokiem do drzwi na kanapie, a obok niej z nogami podwiniętymi pod tyłek siedział Jack, który wtulał się w jej bok, kiedy ona obejmowała go ramionami i opierała usta na jego włosach.

Miała zamknięte oczy, więc Oli porozumiał się wzrokiem i skinieniem głowy z Davidem, który siedział na plastikowym krześle naprzeciwko drzwi i czujnie spojrzał wprost na swojego kapitana.

Jimmy’ego tam nie było.

David był przyjacielem Jimmy’ego i z nim znał się lepiej, bo razem odbyli jakąś misję, jak byli w Armii.

Byli prawie w tym samym wieku, a Oli był nieco starszy, chociaż Oli pracował w straży prawie o dziesięć lat dłużej niż oni.

Znali się od lat i szanowali się wzajemnie.

David wyprostował się, a potem cicho podniósł się z krzesła, a kiedy Hannah spojrzała na niego, skinął jej ręką, by pokazać, że wychodzi.

Hannah skinęła głową, ale nie oderwała się od Jacka, który najwidoczniej potrzebował jej bliskości i nie spojrzała w stronę okna na korytarz.

Oli odsunął się od drzwi, żeby mogli spokojnie porozmawiać we dwóch z Davidem na korytarzu bez powiadamiania Hannah i bez denerwowania Jacka.

- Hej - David powitał Oli’ego, chociaż widzieli się zaledwie kilka godzin wcześniej, kiedy David odjeżdżał do szpitala do Filipa i Ani, a Oli załatwiał zastępstwo dla ich jednostki na te kilka godzin, jakie zostały do końca ich dyżuru.

- I jak się ma? - zapytał Oli, skinąwszy głową w stronę poczekali, więc David wiedział, że nie pytał o Billy’ego.

- Jimmy opowiadał, że najpierw wyglądała, jakby miał się rozpaść - powiedział mu David, a Oli wciągnął powietrze do płuc ze świstem - …a potem pozbierała się na tyle, że usiadła spokojnie. Aż za spokojnie.

Oli zmarszczył brwi, bo to też nie było dobre, a potem wypuścił powietrze i zapytał niskim głosem - No i?

- Tak siedziała z pół godziny, nie chciała niczego, nie odzywała się, jakby potrzebowała się skupić, więc Jimmy jej to dał - opowiadał David, więc Oli tylko przytaknął i słuchał uważnie ciągu dalszego - A potem przyjechała Eva, którą Jimmy zawiadomił po drodze i umówili się, że przyjedzie tu, jak Alice zajmie się Davie’m.

Oli spojrzał w stronę drzwi do poczekalni.

- Jak Eva przywiozła Jacka - kontynuował David - Hannah natychmiast się nim zajęła. Przestała za dużo myśleć i miała, co robić. Eva wie, co robi.

No, tak.

Oli mógł się tego spodziewać.

Jimmy był zawsze dumny ze swojej żony, z jej intuicji i z tego, jak pomagała swoim przyjaciółkom i w ogóle wszystkim dookoła i miał rację.

Eva była trochę jak Helena, ale bardziej otwarta na ludzi w sensie, że nie unikała działania i mówienia, jeśli sądziła, że mogła pomóc.

Oli pomyślał, że jego Lenka również mogła pomóc Hannah i zechciałaby to zrobić, ale zapewne wycofałaby się, gdyby Eva już zaczęła coś robić.

Nieważne.

Najważniejsze było teraz to, że Hannah trzymała się dzielnie, Jack był pod opieką i wszystko miało mieć swoje miejsce we Wszechświecie.

- Jak Billy? - zapytał o ostatnie, czego nie wiedział.

- Jeszcze czekamy - westchnął David - Kula ominęła aortę, więc nie powinno być źle, ale operacja nadal trwa.

- Długo - mruknął Oli.

- Taaa - mruknął David.

Westchnęli prawie niesłyszalnie, ale nie było nic do dodania.

Obaj mężczyźni odwrócili się, by wejść do poczekalni.

*****

Hannah

Podniosłam głowę, kiedy drzwi do poczekalni się otworzyły i oczekiwałam, że wejdzie przez nie David lub może lekarz, na którego już tak długo czekaliśmy.

Był to jednak Oli, a David dopiero za nim.

Nie miałam żadnej wiadomości od tego troskliwego mężczyzny od czasu, kiedy rozmawialiśmy przez telefon i nie miałam do niego o to żalu, bo spodziewałam się, że miał dużo zajęć, skoro był jednym z kapitanów w remizie i był odpowiedzialny za całą zmianę, za wielu mężczyzn pracujących tam razem z Billy’m.

Cztery godziny wcześniej pozbierałam się, znalazłam swój spokój, cierpliwość, dzięki której nie musiałam zajmować czasu i myśli innych ludzi i zaczęłam czekać na informacje od lekarza.

Wciąż jednak słyszeliśmy od pielęgniarek z Jimmy’m, a potem z Davidem, którzy siedzieli wspierająco przy mnie w tej poczekalni, że jak przyjdzie lekarz, to nam powie co właściwie się stało, jakie były obrażenia, jaki był stan Billy’ego.

Wiedziałam, że zachowałam się niewłaściwie, pozwalając sobie, głupia ja, na chwilę słabości przy Jimmy’m, ale ten dobry mężczyzna o tym nie wspominał.

Jednak, przez to, że siedział obok mnie, nie mogłam zrobić tego, na co miałam prawdziwą ochotę, czyli zająć się sprzątaniem, myciem podłóg, wycieraniem kurzu, układaniem czegoś.

Czymkolwiek.

Gdybym była sama, być może poprosiłabym pielęgniarki o jakieś zajęcie.

A tak, cóż, nie miałam odwagi.

Więc siedziałam bez ruchu na kanapie obitej sztuczną skórą, dopóki nie przyjechała Eva i nie przywiozła Jacka.

- Hannah - młody wpadł i zawołał od progu moje imię z taką rozpaczą, że wiedziałam, że Eva mu coś już powiedziała o wypadku Billy’ego, ale skoro nie wiedziałam co, to nie odezwałam się na ten temat.

Za to go sobie obejrzałam.

Jack w ciągu ostatnich dni stał się bardziej przytulny, lubił, jak głaskałam go po głowie nawet bez powodu, lubił, jak całowałam go w czoło na dobranoc, przywitanie i pożegnanie.

Tym razem wpadł w moje objęcia, kiedy nie zdążyłam podnieść się z kanapy, więc nie zwalił mnie z nóg siłą swojego rozpędu, ale i tak poczułam ją.

Stęknęłam.

Zwykle Jack starał się nie okazywać uczuć w żaden sposób w obecności obcych, więc to było dziwne.

- Ojej! - powiedziałam, kiedy odzyskałam oddech - Biegłeś tutaj tak szybko prosto z parkingu?

- Nie - powiedział Jack mamrotaniem ze spuszczoną głową - Nie z parkingu. Tam się przewróciłem.

- Co? - spytałam przestraszona, zerknęłam na Evę wchodzącą właśnie do poczekalni, a potem zaczęłam oglądać młodego.

Okazało się, że miał zdarte kolana i nadgarstki od wewnętrznej strony dłoni, więc szybko wstałam i skierowałam się do wyjścia z poczekalni.

- Wyrwał mi się, kochanie - tłumaczyła się Eva zmartwionym tonem, kiedy ją mijaliśmy - Przepraszam, powiedziałam mu w samochodzie, że przyjechaliśmy tu, bo Billy miał wypadek i chciał się natychmiast znaleźć u niego w sali.

- Nic nie szkodzi - powiedziałam do niej uspokajająco - Zdarza się. Dzieci bywają zbyt porywcze. Umyjemy się i zaraz wrócimy.

- Okej - mruknęła Eva i podeszła do Jimmy’ego, by się z nim przywitać.

Nie patrzyłam, bo wiedziałam, że poda mu usta do pocałunku, a, głupia ja, poczułam niską, podłą zazdrość.

Tak bardzo chciałam, by mój Billy był zdrowy, żebym mogła go tak przywitać i powiedzieć mu, że go kochałam.

Kolejny raz poczułam żal, że nie powiedziałam mu tego ani razu przez tak długi czas, jaki był nam dany.

Wyszliśmy z poczekalni.

Poszłam z Jackiem do łazienki, umyłam mu kolana i ręce, ale okazało się, że miał przetartą skórę, więc poszliśmy później do stanowiska pielęgniarek.

- Przepraszam - powiedziałam cicho do Flory, która nadal tam była - Jack się przewrócił i poobcierał sobie kolana i ręce - wskazałam na chłopca, który stał obok mnie z niewyraźną miną, chociaż nie protestował - Czy mogłabym dostać jakąś maść lub zasypkę, żeby mu to opatrzyć? Już się umyliśmy - dodałam wyjaśniająco.

Pielęgniarka popatrzyła na nas ciepło, chociaż ostrożnie i pomyślałam sobie, że wiedziała o stanie Billy’ego więcej, niż chciała nam powiedzieć, a może nie mogła nic powiedzieć, bo o wszystkim powinien nas poinformować lekarz.

Nie zamierzałam jej jednak wypytywać, by nie sprowadzić na nią kłopotów, więc po prostu poszliśmy we trójkę do sali zabiegowej, gdzie pomogła mi zasypać obtarcia na kolanach i dłoniach Jacka.

- Jesteś bardzo dzielny - powiedziała do Jacka, kiedy już skończyła - Ale chyba nie powinieneś tak biegać.

- Musiałem się pospieszyć, żeby się dowiedzieć jak się czuje Billy - powiedział do niej poważnie Jack.

- I tak musimy poczekać - powiedziałam mu łagodnie i pogłaskałam go przy tym po ramionach i włosach na karku.

- To Jack - przedstawiłam go Florze - Jest bratem mojego męża. Mieszka z nami i jest pod naszą opieką.

Pielęgniarka się nie odzywała, ale jej twarz złagodniała.

- Hannah - Jack zwrócił się do mnie - Kiedy przyjdzie do nas lekarz?

Spojrzałam bezradnie na pielęgniarkę, a potem z powrotem na młodego.

- Musimy poczekać - powtórzyłam częściowo, nadal sama nic nie wiedząc - Lekarz opatruje Billy’ego. Jest zajęty.

- To bardzo dobry lekarz - niespodziewanie powiedziała pielęgniarka - Jak tylko będzie mógł coś wam powiedzieć, zrobi to.

- Dziękuję - szepnęłam, ale nie czułam się pocieszona, bo w jej oczach zobaczyłam ponownie to samo współczucie i zatroskanie, co poprzednio.

Mój zasób dobrych myśli zaczął się wyczerpywać, a do głosu dochodził ponownie strach o to, że Billy nie będzie mógł dzielić z nami dalszego życia.

Wciągnęłam wdech, zamknęłam na sekundę oczy, a potem zmusiłam się do wykrzywienia warg w udawanym uśmiechu, by powiedzieć do Jacka - Chodźmy do poczekalni - a potem do pielęgniarki - Dziękujemy bardzo.

Kiedy przechodziłam obok niej, złapała mnie niespodziewanie za przedramię i krótko, mocno uścisnęła, co było bardzo miłe, chociaż potem szybko mnie puściła i pozwoliła nam odejść.

Poszliśmy do poczekalni, w której był Jimmy z Evą i oboje przyjęli nas ciepłymi uśmiechami, kiedy oglądali zasypane rany na kolanach i dłoniach Jacka.

Usiedliśmy na kanapie, ale nie mieliśmy ochoty na rozmowę.

- Pójdę zobaczyć, jak się ma Ania - powiedziała po chwili Eva i Jimmy wstał razem z nią, a ja się trochę zainteresowałam, bo była ich przyjaciółką, więc chciałam wiedzieć, czemu tam była.

Nie zadawałam wielu pytań, ale Eva tego nie potrzebowała.

W ciągu dosłownie dwóch minut dowiedziałam się wszystkiego, o co chciałabym ja ewentualnie zapytać.

Eva była dość gadatliwa, chociaż wyglądało na to, że wszyscy wiedzieli wszystko, co miała mi do powiedzenia.

Wtedy stopniowo, łącząc to również z wiadomościami, jakie miałam z poprzednich rozmów z tymi kobietami, ułożyłam sobie wreszcie w głowie całe tamto wydarzenie.

Przez kilka lat Ania uciekała przez całe Stany przed przestępcą, który ją sobie upatrzył do jakiegoś chorego rytuału i zabił jej brata.

Kiedy dotarła do SLC, przybrała imię Alba i pod tym imieniem zatrudniła się w FS 13, gdzie akurat zwolniło się miejsce, bo ich kolega, Josh, został mocno poparzony w tym samym pożarze, w którym Jimmy złamał nogę.

A przy okazji Jimmy uratował z niego Marię, obecnie ich przybraną córkę.

Ania natomiast zakochała się z wzajemnością w Filipie i zamieszkali razem, a on razem z Davidem bronili ją przed Carlosem Nebuenitto, bo tak nazywał się ten przestępca, ale był on tak wpływowy i bogaty, że porwał Anię z SLC prywatnym samolotem do Luizjany.

Wtedy David uruchomił swoje znajomości, o jakie bym go nie podejrzewała nawet do tej pory, czyli FBI i SWAT i polecieli do Nowego Orleanu samolotem wojskowym, żeby ją uratować.

Niestety, podczas tego Ania i Filip zostali ranni, Filip poważnie, więc do dzisiaj miał dobrze widoczną, czerwoną bliznę na szyi i oboje spędzili tam dużo czasu w szpitalu, a potem w domu siostry Ani.

Ten przestępca został skazany i niedawno uciekł z więzienia stanowego, więc kiedy Ania pracowała na zastępstwie za Alexa, który wraz z Sophie, jego zoną, poleciał na drugi miesiąc miodowy do Europy, David powiedział Oli’emu i Jimmy’emu, że jest zagrożenie, na które musieli uważać.

I właśnie tego dnia zagrożenie w postaci Carlosa Nebuenitto wtargnęło do ich remizy, a Billy stanął mu na drodze.

Więc tak to było.

Mój wspaniały, bohaterski Billy stanął na drodze kuli, która była przeznaczona dla Ani.

I mógł tego nie przeżyć.

Dobrze się stało, że David go zlikwidował, chociaż czułam się bardzo źle z myślą, że David zabił człowieka.

Ale gorzej się czułam z myślą, że ten człowiek postrzelił mojego męża, chociaż była w tym wszystkim jedna mała dobra myśl, bo Ania przeżyła, a Billy dowiódł wszystkim, że był bohaterem.

Eva i Jimmy poszli teraz do ich przyjaciół, bo Ania miała uraz, który mógł spowodować u niej trwałą głuchotę i martwili się o nią, a my zostaliśmy z Davidem, by poczekać na wieści o Billy’m.

Siedzieliśmy z Jackiem do tej pory na niewygodnej szpitalnej kanapie, kiedy on wtulał się w mój tors, a ja tuliłam usta do jego gęstych, kręconych, pachnących szamponem włosów.

To była druga dobra myśl, której mogłam się uczepić, bo miałam Jacka dzięki Billy’emu i kochałam go tak, jak kochałam Abla.

I przez cały czas na zmianę modliłam się o opiekę Boga nad moim dobrym, utalentowanym mężczyzną i przypominałam sobie dobre myśli, jakie powinnam mieć, by czerpać z nich siłę.

Wtedy przyszedł Oli.

Przez mój umysł przewinęła się jeszcze jedna dobra myśl - przyjaciele.

Mieliśmy przyjaciół, którzy martwili się o Billy’ego i o nas, którzy byli tu, by nas wspierać, gotowi do niesienia po mocy, jeśli tylko bym jej potrzebowała.

- Dzień dobry, Słonko - powiedział Oli do mnie od razu na wstępie - Nie potrzebujesz nic do picia lub jedzenia?

- Nie - postarałam się o półuśmiech, by go zapewnić o tym, że miałam się dobrze - Dziękuję. Jimmy mi wszystko przynosił. A pół godziny temu dotarł tu David, więc miałam coś od Maggie i Jack też dostał coś dobrego.

Tak, David był tam, bo przyszedł niedawno i przyniósł dla nas kanapki, które zrobiła dla nas Maggie, ale ja nie mogłam przełknąć, więc obie zjadł Jack.

Rósł i potrzebował dużo jedzenia, więc się ucieszyłam, że miał apetyt.

Oli usiadł niedaleko nas na krzesełku, popatrzył na Jacka, który nawet nie wyprostował się podczas naszej wymiany zdań i pokiwał głową.

Chłopiec był już bardzo zmęczony, ale nie chciał się poddać i pojechać do domu, zanim dowiedzielibyśmy się, co było z Billym.

Zresztą nie nalegałam na to, bo również chciałam się dowiedzieć.

Więc razem czekaliśmy tutaj, ale Jack już był senny.

Nie było bardzo późno, dochodziła dopiero ósma wieczorem, więc nie było to uzasadnione porą, ale podejrzewałam, że po prostu Jack miał dzień pełen wrażeń u Evy, kiedy bawił się i grał z Mattem.

Sama byłam zmęczona po pracy, bo nawet nie byłam w domu, żeby się przebrać, ale nie miałam najmniejszego zamiaru wyjść ze szpitala przed spotkaniem się z lekarzem.

Który właśnie wtedy, kiedy Oli już tam był, przyszedł do nas.

Kiedy zobaczyłam go wchodzącego przez drzwi poczekalni, spojrzałam na zegar elektroniczny, który wisiał nad nimi i skóra mi znowu zaczęła mrowić.

O, Boże.

Operacja trwała ponad pięć godzin.

- Dzień dobry - powiedział lekarz - Kto z państwa jest do pana Williama Browna?

Wstaliśmy wszyscy, ale ja zostawiłam Jacka wpół leżącego na kanapie, tylko zsunęłam go ze swoich kolan i szybko podeszłam trzy kroki bliżej, czując, że chłopiec natychmiast wstał za mną, podszedł i przylgnął do moich pleców.

- Jestem jego żoną - powiedziałam cichym, ale pewnym głosem.

Lekarz spojrzał na zgromadzonych ludzi, potem na Jacka, przytulonego do moich pleców i wyglądającego zza mnie, a potem zniżył głowę.

- Czy możemy porozmawiać… eee… na osobności? - zapytał, a ja uznałam, że chciałby mi coś powiedzieć, co nie było przeznaczone dla uszu małego chłopca, więc odwróciłam się bokiem do niego, by spojrzeć na Oli’ego, a jednocześnie położyłam prawą dłoń na ramieniu Jacka.

Oli skinął mi lekko głową.

Zrozumiał, o co chciałam go poprosić.

Później, opierając drugą rękę o swoje kolano, pochyliłam się lekko, by patrzeć Jackowi w oczy i szepnęłam do niego łagodnie - Jack, kochanie, czy możesz pójść na chwilę z Oli’m i przynieść mi butelkę wody z maszyny na korytarzu?

Jack patrzył na mnie uważnie i wiedziałam, że wiedział, że chciałam się go na chwilę pozbyć z pokoju, ale nie zaprotestował, tylko przełknął z trudnością, a potem wolno, poważnie skinął głową, nie odwracając ode mnie spojrzenia, a dopiero później odwrócił się do kapitana strażaków, by wyciągnąć do niego dłoń.

Opuściłam ręce i wyprostowałam się.

Oli podszedł bliżej, wziął go za rękę, przeszedł obok mnie, lekko ściskając po drodze moje przedramię i wyszli razem na korytarz.

Patrzyłam przez cały czas na nich, odwracając się w miarę, jak przechodzili, bojąc się uzyskać kontakt wzrokowy z lekarzem.

Ale musiałam to zrobić.

- Pani Brown… - zaczął lekarz.

- Hannah - szepnęłam i wreszcie odważyłam się spojrzeć na niego.

Był dość młody, może miał około trzydziestu lat.

Miał ciemne, krótko obcięte włosy i ciemne oczy ukryte za okularami w cienkich oprawkach, którymi patrzył na mnie uważnie i ciepło.

Zerknął na Davida, który stał nadal gdzieś tam za mną.

- To kolega z pracy Billy’ego - wyjaśniłam cicho i przekonałam się, że mój głos był schrypnięty, więc odchrząknęłam - Też może wiedzieć.

Poczułam, że David się zbliżył do moich pleców, ale nie usłyszałam go.

I tak poczułam się pewniej.

Wyprostowałam plecy, opuściłam luźno ręce wzdłuż ciała, podniosłam lekko brodę i patrzyłam bez słowa na lekarza.

- Hannah - zgodził się i skinął głową, ale nie uśmiechnął się - Jestem doktor Jeffrey Heelyou. Jeff.

Skinęłam głową.

- Przeprowadzałem operację twojego męża - powiedział mi - Dostał kulkę w górną część lewej połowy klatki piersiowej od przodu. Przeszła przez brzeg górnego kąta płuc. Nie uszkodziła aorty, więc krwawienie nie było duże. Niestety, utkwiła w łopatce, więc musieliśmy ją usunąć.

Zamilkł, więc uznałam, że oczekiwał ode mnie jakiejś reakcji, ale nie miałam w sobie siły, by cokolwiek powiedzieć, więc znowu tylko skinęłam głową.

- Operacja była długa… - kontynuował Jeff - a wcześniej przez kilka minut prawdopodobnie Billy był niedotleniony, więc na razie nie jesteśmy w stanie ocenić jego kondycji. Nie chcę cię straszyć, ale może być różnie. Powinnaś być przygotowana.

Wciągnęłam trochę powietrza do płuc, bo nagle poczułam je jako zbyt ciasne, ale nadal nie mówiłam ani słowa.

- Tymczasem wprowadziliśmy go w stan śpiączki farmakologicznej… - wyjaśnił Jeff - która powinna potrwać dobę. Później, jutro około siódmej wieczorem, wybudzimy go na krótko, zbadamy, a potem zdecydujemy co dalej. Może trzeba będzie przedłużyć śpiączkę. A może wystarczą inne leki i zwykłe traktowanie pooperacyjne.

Nagle poczułam się strasznie słaba.

Ręce mi zadrżały, w głowie się zakręciło, a wzrok się zamazał.

Ale nie mogłam się poddać, musiałam być silna.

Gdzieś tam na korytarzu był Jack, który mnie potrzebował.

Wzięłam kolejny drżący wdech, przełknęłam ślinę, zamrugałam i potrząsnęłam lekko głową, by odegnać tę bezsensowną niemoc.

David za mną był napięty i czujny.

Nie znałam go, ale jakoś wiedziałam, że czekał i sprawdzał, czy nie będę potrzebowała jego pomocy i byłam mu za to bardzo wdzięczna.

Miałam wsparcie.

Spojrzałam ponownie w oczy lekarza, chociaż wcześniej nie zdałam sobie sprawy z tego, że opuściłam wzrok.

- To nie musi oznaczać nic złego - powiedział łagodnie - Po prostu jego organizm potrzebuje czasu. Tak?

- Tak - szepnęłam wreszcie i skinęłam głową - Dziękuję.

Lekarz jeszcze raz spojrzał na mnie uważnie, skinął głową w stronę Davida, uśmiechnął się do mnie zapewniająco, wymamrotał słowa pożegnania i poszedł w kierunku drzwi.

Zrobiłam jeden szybki krok w jego stronę i wyciągnęłam rękę.

- Doktorze… - zawołałam - Jeff… czy mogę…

Jeff odwrócił się z powrotem w moją stronę, a wyraz jego twarzy ponownie był czujny.

- Czy mogłabym go zobaczyć? - dokończyłam ciszej i prawie błagalnie dodałam - Tylko na chwilkę. Tylko ja.

Skinął głową, jakby był przygotowany na taką prośbę, więc ucieszyłam się, że się odważyłam.

- Chodź ze mną - powiedział i znowu ruszył w kierunku drzwi.

Kiedy przez nie przeszliśmy, był tam Oli z Jackiem.

Zatrzymałam się przy młodym, pochyliłam się do niego i położyłam mu dłoń na połączeniu ramienia i szyi.

- Pójdę zobaczyć Billy’ego - powiedziałam mu i szybko dodałam, kiedy jego oczy rozbłysły i podskoczył, jakby chciał iść ze mną - Tylko ja. Na chwilkę, bo Billy jest bardzo słaby i musi tu zostać na noc. Poczekasz tu, później pojedziemy do domu, to ci wszystko opowiem. Dobrze?

Jack patrzył na mnie tak, że przez ułamek sekundy przestraszyłam się, że się rozpłacze lub będzie się kłócił, a zresztą to nie byłoby takie złe, bo potrzebował zareagować, ale ja nie miałam czasu na uspakajanie go.

Więc kiedy potem skinął głową, nie patrząc na nikogo ruszył w kierunku poczekalni, odetchnęłam, ale nagle zatrzymał się i wrócił do mnie.

Objął mnie ramionami za biodra i talię, wtulił głowę w mój brzuch, a potem cofnął się o krok i, nie patrząc na mnie, szepnął - Powiedz mu, że go kocham.

Zaniemówiłam.

I na sekundę zamarłam z rozchylonymi ustami.

A zaraz potem moje ręce stały się puste i bezużyteczne, bo Jack nie czekał na moją reakcję, tylko natychmiast, kiwając się dziwnie na boki, poczłapał do poczekalni, więc patrzyłam, jak odchodził, a za nim szedł Oli, który uścisnął moje ramię, przechodząc obok mnie.

O, Boże.

Jack był odważniejszy ode mnie.

Powiedział to na głos, w obecności obcych przecież dla niego mężczyzn, a ja nie miałam odwagi powiedzieć tego Billy’emu nawet wtedy, jak byliśmy sami.

Z umysłem wypełnionym tą jedną myślą odwróciłam się w tym samym kierunku co lekarz i, patrząc pod nogi, ruszyłam za nim, kiedy szedł przede mną korytarzem w stronę kolejnych dużych drzwi, przegradzających go i nie przezroczystych, ale nie widziałam wiele przed sobą, chociaż wiedziałam, że nad nimi był napis Blok Operacyjny.

- To wasz syn? - zapytał absurdalnie Jeff, kiedy szliśmy, bo przecież było widać, że Jack nie mógł być naszym synem, ale potem pomyślałam, że Maria była córką dla Jimmy’ego i Evy, chociaż na pierwszy rzut oka było widać, że nie byli jej biologicznymi rodzicami.

- Nie - mruknęłam do podłogi - Jack jest bratem Billy’ego. Jest pod naszą opieką i mieszka z nami.

- Och - mruknął Jeff.

Doszliśmy do tamtych drzwi, ale nie przeszliśmy przez nie.

Wcześniej było stanowisko pielęgniarek, a naprzeciwko niego przeszklone drzwi i duże okno, które miało kotary, ale odsłonięte, więc zobaczyłam przez nie typowe łóżko szpitale, na którym leżała postać podłączona do urządzeń, jakie widziałam kiedyś na filmie.

Podeszłam krok w stronę tego okna, kiedy dotarło do mnie, że to był Billy.

Mój Billy, na którym zawsze się opierałam podczas snu, który mi pomagał w każdej chwili naszego wspólnego życia, który był taki żywotny, dominujący i aktywny w czasie seksu, chociaż małomówny w obecności innych, leżał tam bez ruchu, z zamkniętymi oczami i nie dawał znaku życia.

Słyszałam krótką, ściszoną rozmowę dwóch osób za swoimi plecami, ale nie reagowałam na nią.

Podniosłam dłoń, by się oprzeć, ale nie chciałam dotykać tego szkła, jakie nas oddzielało, bo poczułam jego chłód.

Chciałam poczuć moc i ciepło dużego, silnego ciała mojego mężczyzny i upewnić się, że to był on.

Więc odwróciłam się z niemą prośbą do lekarza, który stał za mną i zobaczyłam, że podeszła do nas starsza pielęgniarka.

- Chodźmy, kochanie - powiedziała łagodnie - Jeśli chcesz do niego wejść, musisz się umyć i założyć ubranie ochronne.

Przytaknęłam, a potem, kiedy już zrobiłam pierwszy krok, by podążyć za nią, odwróciłam się z powrotem do Jaffa i powiedziałam cicho - Dziękuję.

Kiwnął raz głową, a potem poszedł w swoją stronę, a ja już dłużej się nie wahałam, tylko poszłam do pomieszczenia przejściowego, w którym pielęgniarka podała mi jednorazowy fartuch, który założyłam, foliowe nakładki na buty i włosy, a później pokazała mi, gdzie mogłam umyć ręce specjalnym mydłem.

Kiedy wysuszyłam dłonie, podała mi rękawice jednorazowe, ale pokręciłam głową i powiedziałam jej - Jestem uczulona na lateks.

Zamarła na sekundę, a później z szafki, która była nad blatem, wyjęła inne rękawice i mi je podała.

Były dziwne, mało elastyczne, więc nie mogłam ich dostosować do swoich dłoni, przez co podejrzewałam, że nie mogłabym ich stosować w domu, bo by mi spadały, ale w danym momencie mi wystarczały, więc je włożyłam bez protestu.

A potem weszłyśmy do pokoju, w którym leżał Billy.

Wszystko inne przestało się liczyć.

Patrzyłam na jego sylwetkę, nagą klatkę piersiową, ze świeżym opatrunkiem przy lewym ramieniu, dolną część ciała przykrytą cienką kołdrą i jedynym czego chciałam, było opiekowanie się nim.

Podeszłam do łóżka, pielęgniarka przysunęła mi krzesło, nie patrząc na nią, skinęłam głową i usiadłam.

Siedziałam tak przez sekundę lub dwie, a później ręka zaczęła mnie świerzbić z chęci, nie, z potrzeby dotknięcia mojego kochanego męża, który leżał tam ranny i miał zostać sam na noc.

Nieśmiało dotknęłam jego ręki, a potem cicho, z zatkanym nosem, rzuciłam do tyłu pytanie - Mogę?

- Tak - usłyszałam równie cichy głos kobiety, która stała za mną.

Ujęłam palce mojego męża w obie dłonie, pochyliłam się, by dotknąć ich ustami, a potem trwałam tak przez chwilę, patrząc na jego spokojną twarz.

Z jego ust wychodziła rurka, na jego klatce piersiowej były przyczepione czujniki, w zgięcie drugiej ręki miał wbity wenflon, ale to był mój Billy.

- Hej, to ja. Nasi przyjaciele tu byli i Jack też. W poczekalni - mruknęłam, czując, że mój głos się załamywał - Wszyscy czekali, żeby dowiedzieć się, jak się czujesz. Ucieszą się, że już jest dobrze, że wyjęli ci tę kulę i zdrowiejesz - przełknęłam, wzięłam wdech i kontynuowałam - Śpij dobrze, kochanie. Wypocznij, nabierz sił i wróć do nas. Jack powiedział, żebym ci powiedziała, że cię kocha.

Wciągnęłam kolejny wdech, tym razem ostry, zacisnęłam wargi, a potem zdecydowałam, że nie będę dłużej tchórzem.

- Ja też cię kocham - powiedziałam mu i stwierdziłam, że to nie było wcale trudne - Kocham cię i będę tęskniła, więc wróć do nas szybko.

Zgięłam szyję i przycisnęłam jego palce do swojego czoła.

Wciągnęłam jeden, a potem drugi przerywany oddech, prosząc w myślach Boga o opiekę i uzdrowienie mojego mężczyzny.

Poczułam, że zaraz się rozpłaczę, więc zdecydowałam się zakończyć tą wizytę, bo Billy spał i nie mógł wiedzieć, że tam byłam.

- Do jutra, kochanie - szepnęłam i odłożyłam jego dłoń na prześcieradło, a potem podniosłam się z krzesła.

Spojrzałam na niego po raz ostatni, pochyliłam się, ale nie pocałowałam go, bo były tam te rurki!

Z trudnością przełknęłam cichy, bolesny skowyt, który usilnie chciał się wydrzeć z mojego gardła.

Pogłaskałam więc tylko jego miękkie, niedawno umyte, brązowe, kręcone włosy i odwróciłam się w kierunku drzwi.

Pielęgniarka tam stała i patrzyła na mnie z łagodnym, ciepłym wyrazem twarzy, a kiedy ruszyłam w jej stronę, poruszyła się, by odstawić krzesło, na którym siedziałam, na jego miejsce.

Trzęsły mi się ręce, kiedy rozbierałam się w pomieszczeniu przechodnim z ubrań ochronnych, a ona dołączyła do mnie.

- Jutro mają go kontrolnie wybudzić około siódmej wieczorem - powiedziała mi coś, co już wiedziałam - Może będziesz chciała tu być.

- Dziękuję - szepnęłam, ale nie spojrzałam na nią, bo chciałam jak najdłużej zatrzymać pod powiekami ten obraz, który przypominał mi, że Billy spał tam, był po operacji i była nadzieja, że będzie zdrowy.

Po prostu spał.

*****

Trzy godziny później

Weszłam do naszej sypialni, chociaż bardzo starałam się to opóźnić.

W szpitalu nie spotkałam już ani Evy, ani Jimmy’ego, którzy mogli być nadal u Ani lub pojechać do domu, do dzieci, ale nie pytałam, a David i Oli razem z nami wyszli ze szpitala na parking, do ich samochodów.

Powiedziałam im, że Billy będzie spał przez dobę i mieli dzwonić, jeśli cokolwiek by się zmieniło, bo nie chciałam, żeby porzucali swoje rodziny, żony i zamiast tego spędzali czas w szpitalnej poczekalni.

Chociaż sama miałam na to szaloną ochotę.

Wiedziałam jednak, że to było bez sensu, skoro Jack potrzebował łóżka i kolacji, a ja sama potrzebowałam nabrać sił przed kolejnym dniem.

To nie było tak, że przechodziłam po raz pierwszy taką noc, kiedy martwiłam się o kogoś bliskiego, kto leżał w szpitalu.

I właśnie to, że był to już kolejny raz, spowodowało u mnie coś, czego mogłam się obawiać, że się stanie.

Moja wiara zachwiała się w posadach.

Jeszcze nie runęła, bo nie nawet zatrzęsła się, ale zakiełkowało we mnie pytanie, dlaczego znowu kogoś traciłam.

Ponieważ lekarz i pielęgniarki dali mi nadzieję, że nie traciłam, moja wiara w Boską Opiekę nie runęła.

Miałam również Jacka, którym musiałam się opiekować.

Dojechaliśmy do domu w milczeniu, ale Jack nie zasnął w samochodzie, czego mogłabym się spodziewać w innych okolicznościach o tej porze i z jego zmęczeniem.

Dałam mu małą kolację, na którą (wbrew sobie) podgrzałam wczorajszą pieczeń, z którą normalnie może zrobiłabym mu kanapkę na lunch, zjadłam nawet trochę razem z nim, a później poszliśmy szykować się do snu.

Podczas szykowania kolacji dostałam SMS’a od Evy, która prosiła mnie o informację, czy dobrze się czułam i czy wszystko było w porządku z Jackiem, a natychmiast potem drugiego z prośbą o informację, czy będę potrzebowała pomocy następnego dnia.

Było już bardzo późno i byłam pewna, że szykowała się do snu po położeniu do łóżek swoich dzieci, ale i tak odpowiedziałam jej od razu, by jej podziękować za troskę, zapewnić ją, że sobie radziliśmy i poinformować, że dam jej znać, jeśli bym potrzebowała pomocy.

Cóż, miałam nadzieję, że nie potrzebowałabym.

Potem przekonałam się, że miałam w swojej skrzynce odbiorczej SMS’a od Heleny, która również się o mnie martwiła, więc jej też wysłałam podziękowanie, zapewnienie i informację, podobne jak do Evy.

Do było dobre uczucie, wiedzieć, że były gdzieś tam kobiety, które były gotowe przyjść nam z pomocą i to sprawiło, że pomyślałam o innych.

Zadzwoniłam do Emily, która nie miała małych dzieci, a poza tym wolała wiedzieć szybko i nie przez SMS-y, żeby jej powiedzieć, że mój mąż był w szpitalu, ale przeprosiłam ją, że nie opowiem żadnych szczegółów, bo byłam zmęczona.

Nadal wybierałam się do szkoły następnego dnia przed południem, by przygotować moją pracownię.

Potem zadzwoniłam do Abi, bo nie chciałam, żeby ona i mama dowiedziały się o wszystkim z jakichś plotek, lub zbyt późno (według nich), ale poprosiłam ją, żeby powiedziała o wszystkim mamie dopiero rano.

Żeby miała spokojną noc, bo była tak nerwowa, że nie miałaby, gdyby wiedziała, co się stało, chociaż nie powiedziałam Abi szczegółów.

Abi mnie nie pocieszała pustymi frazesami, co było dobre, ale bardzo chciała natychmiast przyjechać do naszego domu, by nas przytulić, co było złe.

Moja dzielna siostrzyczka nadal nie miała samochodu, a przecież nie mogła jeździć autobusem w nocy, bo byłaby to niebezpieczne.

Więc stanowczo odmówiłam.

Zanim skończyłam pisać i rozmawiać, nasza kolacja była zjedzona, posprzątaliśmy ją wspólnie z Jackiem, który również odwlekał pójście do swojego pokoju i w końcu musiałam mu kazać pójść szykować się do snu.

Kiedy niechętnie poczłapał na górę po schodach, przeszłam po całym domu, by sprawdzić, czy drzwi były pozamykane, światła wyłączone, a alarm uzbrojony na noc.

Robiłam tak już kilka razy, kiedy Billy pracował na nocnej zmianie, więc nie było to coś wyjątkowego, ale czułam się dziwnie opuszczona.

Przy każdym oknie zatrzymałam się, by przez nie wyjrzeć, a w każdym pomieszczeniu przystanęłam, by spojrzeć na nie jeszcze raz.

Ale w końcu poszłam na piętro, weszłam do pokoju Jacka i przekonałam się, że już leżał w łóżku, przykryty kołdrą, ale z zapalonym światłem.

- Hej, kochanie - powiedziałam delikatnie, siadając bokiem biodra na skraju jego łóżka - Umyłeś zęby?

- Tak - mruknął niechętnie Jack.

Poczułam, że był zdenerwowany, smutny i niepewny tego, co miał przynieść kolejny dzień, więc nie spieszyłam się z pożegnaniem go na noc.

Pogłaskałam go po skroni, a potem położyłam delikatnie dłoń na jego piersi i patrzyłam mu w oczy, kiedy zdecydowałam się porozmawiać.

- Martwisz się - stwierdziłam oczywiste.

Jack skinął głową, a jego wzrok uciekł na bok.

- Billy musi się wyspać w szpitalu - powiedziałam mu, żeby nie kłamać, ale żeby też go mocniej nie zmartwić - Jutro do niego pojedziemy, ale my tak naprawdę nie możemy nic zrobić, by mu pomóc. Lekarze mu pomagają i pielęgniarki. Tam ma dobrą opiekę i leki.

- Ale… - Jack zagryzł dolną wargę, więc wiedziałam, że bał się powiedzieć tego, co mnie też trapiło - Wyzdrowieje?

- Tak, kochanie - powiedziałam delikatnie i, jak miałam nadzieję, z pewnością w głosie.

Bardzo nie chciałam, żeby Jack usłyszał, że ja też się bałam.

- A jak chcesz coś zrobić - powiedziałam mu - wiesz… - zawahałam się, bo nie ustaliliśmy z Billy’m czy wprowadzimy Jacka w świat wiary chrześcijańskiej, więc zdecydowałam się na to inne - Ja co wieczór, leżąc w łóżku przypominam sobie wszystkie dobre chwile, jakie miałam tego dnia.

- Jak co? - zainteresował się Jack, chociaż to było słabe z jego strony.

- Na przykład dzisiaj byłby to, jak się do mnie przytulałeś tam w szpitalu - powiedziałam mu, a jego twarz prawie się rozjaśniła - I że właśnie dzwoniły i pisały do mnie kobiety, które się o nas martwią. Mam przyjaciółki.

- Tak - szepnął Jack - Matt jest super kumplem. I mam ciebie.

- No widzisz. O to chodzi - przytaknęłam mu zatkanym głosem, a wzruszenie spowodowało, że musiałam zamrugać, ale udało mi się opanować.

Zajęło mi to kilka sekund, ale udało się.

- A jak chcesz jeszcze coś zrobić - dodałam, kiedy jego buzia znowu posmutniała - To, widzisz, ja proszę Boga o opiekę nad tymi, których kocham.

- Tak, hmmm, modlisz się? - Jack się lekko zdziwił, bo do tej pory ani razu o tym nie rozmawialiśmy, nie po naszej wizycie w kościele mojej rodziny, bo bałam się poruszyć z nim temat zachowania Lucy.

- To nie jest modlitwa. Nie dokładnie - wyjaśniłam mu delikatnie - Po prostu proszę o to, żeby ci, o których się martwię, poczuli się lepiej, albo tych, o których się boję, nie spotkała krzywda.

- Czy na to jakieś słowa? - zapytał mnie Jack, a ja pomyślał, że mogłam się tego spodziewać, bo Jack lubił słowa.

- Są - powiedziałam - Ale ty możesz ułożyć swoje. To może być jedno zdanie. Albo możesz opowiadać długo. Jak chcesz.

Jack nic nie odpowiedział, a ja poczułam, że powinnam pozwolić mu to przemyśleć, to może zasnąłby po uspokojeniu się, jak ja zasypiałam w ten sam sposób.

- Dobrej nocy, Słonko - szepnęłam do niego, jak zawsze na pożegnanie, pochyliłam się i pocałowałam go w czoło, jak mój tata kiedyś całował mnie.

Ostatnio zawsze tak robiłam, bo Jack sam mi je podsuwał do pocałunków, kiedy witał się ze mną w naszej kuchni rano przed śniadaniem, więc wiedziałam, że to lubił.

Chociaż nigdy nie robił tego w obecności innych osób.

- Dobranoc, Hannah - usłyszałam, kiedy wyłączyłam światło i przymykałam drzwi od jego pokoju, wychodząc na korytarz, więc przystanęłam i odwróciłam głowę w tamtym kierunku - I dziękuję.

- Nie ma za co, kochanie - szepnęłam w stronę przyciemnionego pokoju, w którym jedynym źródłem światła były lampy z tylnego chodnika za naszym domem, które przebijały się przez zasunięte rolety.

Poszłam korytarzem do naszej sypialni, weszłam, zamknęłam za sobą drzwi i ciężko oparłam się o nie plecami, również mocno zaciskając przy tym oczy i wciągając głęboko powietrze do płuc.

Ponownie pomyślałam, że to było całkiem coś innego niż w te dni, kiedy Billy był na dyżurze i wiedziałam, że wróciłby o szóstej trzydzieści rano.

Nie chciałam się poddawać złym myślom, rozpaczy i beznadziei, skoro przed chwilą powiedziałam Jackowi, jak miał tego uniknąć, ale będąc sama i samotna w naszej wspólnej, małżeńskiej sypialni nie miałam więcej siły.

Po prostu nie miałam… siły.

Tak bardzo potrzebowałam silnej ręki mojego męża, która poprowadziłaby mnie przez wyboje codzienności.

Niechętnie powłócząc nogami, poczłapałam do łazienki, po drodze zabierając piżamę z naszej wgłębionej szafy, o której zwykle lubiłam myśleć „garderoba”, by się przygotować na noc.

Zrobiłam, co musiałam, umyłam, co miałam do umycia i nałożyłam na dłonie maść leczniczą, a na nią rękawiczki, bo tak zawsze robiłam, kiedy Billy pracował w nocy i miałam spać sama.

To mi prawdziwie pomagało, skóra rąk mnie już dzięki temu nie piekła, była mniej czerwona i nie pękała.

Przypomniało mi to wizytę przy łóżku Billy’ego, bo po umyciu rąk tamtym specjalnym płynem, czułam takie pieczenie, że się go przestraszyłam.

Trzymałam jednak tego dnia Billy’ego za rękę.

Przez rękawiczkę, on był nieprzytomny, ale to było coś, za czym tęskniłam.

Dotyk.

Myśląc o tym podeszłam kolejno do obydwóch okien naszej sypialni, by opuścić rolety, zgasiłam światło, zostawiając włączoną tylko lampkę na moim stoliku nocnym i weszłam pod prześcieradła.

Położyłam się na wznak, wyłączyłam lampkę, splotłam dłonie na swojej klatce piersiowej i zamknęłam oczy.

A pięć minut później otworzyłam je i stwierdziłam, że nie dam rady.

Wszystko, co radziłam Jackowi, co zwykle sama robiłam, by uporządkować swoje myśli i zasnąć, tym razem nie zadziałało.

Zamiast dobrych myśli, nachodziły mnie złe wspomnienia, jak na przykład to, jak brzmiał Oli, kiedy mnie informował, że Billy jechał do szpitala, jak wyglądała mina Flory, kiedy powiedziała mi, że lekarz poinformuje mnie o stanie mojego męża, jak delikatny starał się być Jeff, kiedy mówił mi, że Billy będzie przez całą dobę w śpiączce i „zobaczymy, co będzie dalej”.

Musiałam wreszcie przyznać przed sobą, że się bałam.

Nie, nie bałam się.

Byłam przerażona!

Byłam przerażona, że Billy mógł nie wyzdrowieć, że mogłoby być tak, że nie miałabym okazji nigdy dłużej doświadczać cudu jego talentu, jego niezwykłej dobroci, mieć jego przyjaciół.

I Jacka.

Potem naszły mnie bardzo złe myśli o tym, co niedobrego mogło się stać (chociaż nigdy wcześniej o tym nie myślałam) i przyszło mi do głowy, że Jack nie mógłby zostać ze mną, jeśli zabrakłoby Billy’ego.

I tego też się bałam.

Tylko przez chwilę myślałam, albo może starałam się myśleć, że powinnam być wdzięczna za to, że miałam dziesięć dni możliwości życia z nim i z tym wszystkim, a nawet więcej, jeśli liczyć okres, kiedy byliśmy narzeczeństwem.

Skupiałam się na dobrych myślach o tym, że w ogóle poznałam Billy’ego.

Nie działało.

Więc przekręciłam się, sięgnęłam ręką do lampki na moim stoliku nocnym, włączyłam ją, a po kolejnych kilku minutach leżenia bez ruchu odrzuciłam przykrycie i wstałam, zrzucając nogi z łóżka.

Podeszłam do swojej toaletki, gdzie na półce i w szufladzie miałam naszykowane na nowy rok szkolny przybory piśmienne z długopisami, ołówkami, zeszytami i kalendarzem.

Wzięłam pusty kalendarz, w którym było miejsce na notatki, wyjęłam z szuflady długopis i usiadłam w fotelu, przy którym zapaliłam stojącą lampę.

Zgięłam kolana, podłożyłam obie stopy pod pupę, położyłam kalendarz na kolanach i otworzyłam go na końcowej stronie, bo nie zamierzałam pisać dużo, ale po namyśle odwróciłam go do góry nogami, żeby mieć możliwość wykorzystania kolejnych kartek.

A potem pisałam, chociaż inaczej niż kiedyś.

Nie napisałam bowiem listu do Ewy, ani nawet do Billy’ego.

Moimi zapiskami były luźne zdania, które nie układały się w logiczny ciąg.

Po prostu musiałam wyrzucić z siebie kilka myśli i to zrobiłam.

Jest jedna rzecz, której naprawdę się boję.

Boję się, że zacznę płakać i będę tak wyła bez końca.

Będę roztkliwiać się nad sobą bez sensu, bo przecież nic tym nie zmienię.

Tęsknię.

Aż boli mnie wszystko w środku.

Chcę, żebyś kazał mi położyć się obok siebie i odpocząć.

Chcę oprzeć swoje czoło w to bezpieczne zagłębienie Twojej szyi i ramienia, dotknąć Twoich ciepłych, silnych, wspierających ramion, poczuć Twoje mocne dłonie na swoich biodrach.

Całować Cię do zawrotu głowy.

Albo tylko odpoczywać, wdychając Twój cudowny, męski zapach.

Potrzebuję, żebyś mnie przytulił.

Objął najmocniej, jak potrafisz i zamknął w klatce swoich ramion.

Proszę, wróć do mnie.

Kocham Cię

Kiedy napisałam te ostatnie słowa, poczułam, że ból przeniknął moje wnętrzności tak silnie, że chciałam zwinąć się w kłębek, więc odłożyłam kalendarz i długopis na stolik, wyłączyłam lampę przy fotelu i wpełzłam na czworaka do łóżka od strony, po której sypiał Billy.

Złapałam jego poduszkę, a pod nią znalazłam jego używaną koszulkę, w której spał przez poprzednie dwie noce, więc zawinęłam je razem, przycisnęłam do swojego brzucha i objęłam skrzyżowanymi ramionami.

Wtuliłam twarz w utworzone zawiniątko, by mocniej poczuć zapach Billy’ego, a potem ból znowu dał o sobie znać, więc jęknęłam rozpaczliwie, zgięłam kolana i kark, by trzymać się mocniej.

I wtedy zapłakałam niczym małe, opuszczone dziecko.

Głupia ja.

Przecież wiedziałam, dobrze wiedziałam, że nie zmieniłabym tym niczego, nie miało to najmniejszego sensu, ale nadal… płakałam.

Płakałam nad sobą.

Z żalu, że zostałam sama, że czułam się samotna, że Billy nie mógł być obok mnie, by chronić mnie i przytulać.

Płakałam nad Jackiem, bo bałam się, że mi go zabiorą, że nie będzie mógł mieć tej rodziny, którą stworzyliśmy dla niego z Billy’m, a pokochałam go jak własnego brata i chciałam, żeby to miał.

Płakałam głupio i bezsensownie, niemożliwymi do opanowania łzami, których nienawidziłam.

 


 

1 komentarz: