sobota, 21 stycznia 2023

1 - Zaufanie

 

Rozdział 1

Zaufanie

Hannah

 

 

Zjadłam już swoje śniadanie przy blacie w kuchni, byłam w swojej sypialni, ubrałam się w swoją zwykłą, luźną bluzkę i spódnicę, złapałam stamtąd swoją płócienną, malowaną ręcznie torbę, w której nosiłam prace uczniów, moją torebkę i byłam gotowa, by wyjść do pracy.

- Mamo! - zawołałam w stronę kuchni, wychodząc ze swojego pokoju do korytarza wyjściowego, kiedy Abi zakładała już tam buty, by wybiec z domu przede mną, bo spieszyła się na autobus do liceum - Pamiętaj, że wrócę dzisiaj późno. Mam spotkanie z rodzicami uczniów.

- Dobrze - zawołała mama, która była tam zajęta bez wątpienia karmieniem naszego braciszka, który musiał zjeść śniadanie przed tym, jak pani Peperson zabrałaby go do przedszkola dziennego, kiedy będzie jechała tam ze swoją córką za pół godziny, co robiła trzy razy w tygodniu.

To był jego pierwszy rok w przedszkolu, ale bardzo lubił przebywać z innymi dziećmi, a moja mama miała dzięki temu czas, by zarobić trochę szyciem dla naszych znajomych i zająć się przeróbkami naszych ubrań.

Poprzedniego dnia uprzedziłam mamę, że miałam w szkole konsultacje z rodzicami niektórych uczniów, których wezwałam na popołudniowe godziny do szkoły, żeby już skończyli swoją pracę, więc nie zdenerwowała się rano, ale nadal wiedziałam, że była niespokojna.

Nie lubiła tego, że musiałam wracać autobusem tak późnym popołudniem i nie winiłam jej za to, bo ja też tego nie lubiłam.

Zaczęłam już po raz kolejny rozważać zakup jakiegoś samochodu dla siebie i Abi, kiedy pochylona nad butami siedziałam na ławeczce przy drzwiach, a moje torby leżały obok mnie.

Po zawiązaniu butów złapałam swoją torbę z pracami uczniów i lunchem, a potem wybiegłam w ciepły, majowy poranek za swoją siostrą, wiedząc, że mama z bratem wyjdą za nami niewiele później, bo nasza rodzina właśnie tak zaczynała każdy dzień.

Moja średnia siostra zostawała jeszcze w domu, bo pracowała na południową zmianę, ale ona też wkrótce musiała wstać i zacząć się szykować na swój dzień.

Życie nie było bardzo złe.

Mieliśmy siebie.

Przetrwaliśmy i mogłam zaufać Bogu, że będzie lepiej.

*****

Kilkanaście godzin później

Za oknami nadal było jasno, chociaż słońce schylało się już do linii horyzontu, bo za niecałe trzy godziny miało się tam całkiem skryć.

Majowe dni były już całkiem długie.

Rozmawiałam z kilkorgiem z zaproszonych rodziców, więc moja praca na ten dzień również chyliła się ku końcowi.

Nadchodziła pora odpoczynku, chociaż czekałam na jeszcze jedną, możliwe, że dość trudną, pogawędkę.

Pożegnałam w drzwiach do swojej sali lekcyjnej ze szczerym uśmiechem na ustach również uśmiechniętych i zadowolonych z naszej długiej rozmowy rodziców Nicka i mój uśmiech zamarł, kiedy spojrzałam na zegarek z westchnieniem, bo na korytarzu nie było nikogo.

Powinna tam czekać mama Jacka, ale jej nie było.

Nie martwiłabym się tym, że nie mogłam z nią porozmawiać, bo kobieta wydała mi się być bardzo mało sympatyczna przez telefon, ale po pierwsze mogłam się mylić, a po drugie nie chodziło o mnie.

Jack był miłym, grzecznym dzieckiem, które nie wykorzystywało swoich możliwości, więc chciałam porozmawiać z jego opiekunką, by je poszerzyć.

Lubiłam go.

U dziesięciolatków uzdolnienia bywały jeszcze nie ukierunkowane, albo mogły się zmienić wraz z poznawaniem przez nich świata, ale ja widziałam już u Jacka zdolność wyrażania jego myśli i zdolność rozumienia tekstów, jakie omawialiśmy, która wybiegała znacznie poza zdolności innych dzieci w jego wieku.

Nie musiało to znaczyć, że Jack będzie kiedyś w swoim życiu znanym, nagradzanym, poczytnym pisarzem, docenianym poetą czy dobrze opłacanym reporterem z nagrodą Pulitzera, ale mógł i powinien poznać swoje możliwości w tym kierunku, a ja nadal trochę idealistycznie ufałam w to, że każda mama chciała dobrego życia dla swojego dziecka w przyszłości.

 Wróciłam do biurka, wyjęłam prace uczniów, które przyniosłam ze sobą, by wykorzystać czas, jaki wiedziałam, że musiałam poświęcić na oczekiwanie na spotkanie i zajęłam się ich sprawdzaniem.

Zaczytałam się.

- Już wszyscy wyszli, panno Sensible - jakieś dwadzieścia minut później usłyszałam od drzwi głos, który rozpoznałam jako głos naszego woźnego, Elijah, który był jednocześnie kimś w rodzaju strażnika, ochroniarza, więc podniosłam głowę znad prac i spojrzałam w jego stronę.

Starszy, szpakowaty, wysoki mężczyzna stał tam z łagodnym, uważnym wyrazem twarzy, więc wiedziałam, że się martwił tym, że tam jeszcze byłam, ale nie był na mnie zły.

- Och, tak, przepraszam - westchnęłam głośno - Już się zbieram.

Woźny się wycofał i zamknął drzwi.

Spojrzałam na zegarek, by zobaczyć, że minęła właśnie szósta trzydzieści wieczorem, więc mama Jacka albo była bardzo spóźniona, albo nie przyszła.

Jeśli chciałam zdążyć na autobus, który odjeżdżał za dwadzieścia minut z pobliskiego przystanku, powinnam się trochę pospieszyć, bo następny był dopiero za godzinę, ale nadal miałam czas.

Do przystanku autobusu miejskiego nie było daleko od wejścia do szkoły.

Wstałam z krzesła, zaczęłam pakować swoją płócienną torbę i robiłam to szybko, rozglądając się jednak, by niczego nie przegapić.

Zajęło mi to z pięć minut.

Byłam tyłem do drzwi.

- Dzień dobry - usłyszałam dochodzący od nich obcy, męski głos - Przepraszam za spóźnienie, ale dopiero wyszedłem z pracy.

Odwróciłam się w tamtą stronę, by zobaczyć podchodzącego od już zamkniętych drzwi do mojego biurka młodego człowieka.

Nie na niego czekałam.

Mężczyzna był młody, za młody na dziesięcioletniego syna, szczupły, chociaż nie chudy i dość wysoki, a na pewno wyższy ode mnie.

Cóż, ja nie byłam jakoś wyraźnie wysoka, a zwykle chodziłam w butach na całkiem płaskim obcasie.

A do tego ten mężczyzna wydawał się być gibki i wysportowany.

Brązowe, lekko kręcone, niesforne włosy i brązowe, lśniące humorem oczy w połączeniu z dołeczkami w policzkach i goszczącym na ustach lekkim uśmiechem, nadawały mu wygląd żartownisia.

Zamarłam z zaskoczenia.

A on pewnym krokiem poszedł w moją stronę z wyciągniętą ręką, więc, przestraszona, automatycznie i bezmyślnie cofnęłam się o krok, wpadając boleśnie biodrem na biurko, które było blisko mnie.

Zatrzymał się kilka kroków ode mnie, opuścił rękę, spojrzał na miejsce uderzenia, spoważniał i zmarszczył brwi.

- Jestem William Brown - przedstawił się niskim, miłym w brzmieniu głosem, ale suchym tonem - Jestem bratem Jacka. Ma pani moje nazwisko wpisane do listy odbierających Jacka z młodszych klas - wyjaśnił mi, a ja poczułam się głupio.

Nie mógł wiedzieć dlaczego nie lubiłam bliskiego kontaktu z obcymi mężczyznami, więc nie zasługiwał na moją reakcję.

- Tak, tak. Oczywiście - opanowałam się i wyciągnęłam do niego dłoń, robiąc krok w jego stronę - Hannah Sensible. Jestem nauczycielką angielskiego i od początku tego roku szkolnego opiekuję się klasą Jacka, więc chciałam o nim porozmawiać.

Ujął moją dłoń, uścisnął ją delikatnie, chociaż zdecydowanie, a mnie przeszedł dreszcz, którego nie rozumiałam.

Zawstydzona moim niecodziennym odczuciem, opuściłam głowę i wymruczałam - Ummm.

A potem pozbierałam się.

Odwróciłam się w stronę stolików, by wskazać na stojące tam krzesło i wyjęłam zza drugiej ławki inne dla siebie.

- Proszę spocząć - powiedziałam przy tym.

- Co mój braciszek narozrabiał? - usłyszałam pytanie, zanim nawet jeszcze dobrze się usadziliśmy, ale nie zdziwiło mnie to, bo zwykle opiekunowie wzywani do szkoły na rozmowę z nauczycielem, uznawali, że ich dziecko zostanie za coś skarcone.

Nie zaśmiałam się, ale poczułam się pewniej będąc na własnym gruncie, więc wyprostowałam plecy i podniosłam głowę.

Spojrzałam na mężczyznę z łagodnym uśmiechem, żeby zobaczyć, że mi się przyglądał bardzo uważnie, co mnie ponownie speszyło.

Dotarło do mnie, że był bardzo przystojny i młody, które to połączenie stanowiło niebezpieczną mieszankę.

I tym również się zdenerwowałam, a przez to byłam rozproszona i nie pomyślałam nad tym, co miałam powiedzieć.

- Pana brat jest bardzo grzecznym dzieckiem, umie samodzielnie myśleć, a do tego jest bardzo uzdolniony w kierunku językowym - wypaliłam bez wstępu czy przygotowania i nie zauważyłam, że zamarł - Mam tutaj jedną z jego prac - odchyliłam się w bok, by wyjąć przygotowaną wcześniej pracę z torby, którą zdążyłam spakować - …proszę na to spojrzeć.

Podałam mu kartki z rozprawką, którą Jack napisał dla mnie nadobowiązkowo na temat przyjaźni i relacji tego typu w rodzinie, co było trudne do opisania dla dorosłego, a co dopiero dla dziesięciolatka, tym bardziej, że należało odnieść się do przykładów z literatury.

Nie dla Jacka.

- Proszę przeczytać to, co mu napisałam - powiedziałam mu - Ta praca jest naprawdę dobra. Przemyślana, napisana płynnym, lekkim językiem, bez błędów stylistycznych, gramatycznych czy rzeczowych. Kiedy ją czytałam, żałowałam, że nie mam jej więcej. Wykracza daleko ponad to, czego spodziewałabym się po dziesięciolatku.

Nie dodałam tego, co było oczywiste dla mnie, jako anglistki, że powinno wystąpić to w tej pracy, ale wystąpiło, więc nie dowiedziałam się z niej niczego o relacjach międzyludzkich występujących w tej konkretnej rodzinie, ich rodzinie, bo Jack napisał tę pracę bardzo sprytnie omijając rzeczywistość, a skupiając się na literaturze.

Dokładnie odwrotnie niż reszta dzieci z jego klasy, które podjęły się opisania tego tematu i napisały o swoich przeżyciach.

Napisałam na pracy Jacka obszerną recenzję, odnosząc się w niej do samej stylistyki pracy i do znajomości przez Jacka literatury i to na nią zwróciłam teraz uwagę brata Jacka, bo to ona mówiła jemu i Jackowi wszystko, co chciałam przekazać.

Sądziłam, że powinna to również przeczytać mama Jacka, ale najwyraźniej, nie było to jej pisane.

Nie rozmawialiśmy długo z panem Brownem, bo co prawda nie pospieszyłam, ale również nie rozgadywałam się, przez cały czas pamiętając o uciekającym mi autobusie.

Nadal opowiedziałam mu wszystkie moje przemyślenia dotyczące możliwości rozwoju Jacka.

Jego brat był bardzo milczący i wyglądał na zaskoczonego tym, że ktokolwiek chwalił Jacka, co mnie zasmuciło, bo potwierdziło to, co wywnioskowałam z rozmowy telefonicznej z ich mamą.

Nie dostrzegała, jakiego ma wspaniałego syna.

Kiedy po kolejnych kilku minutach rozmowy pożegnaliśmy się, zebrałam swoje torby, poszłam do pokoju nauczycielskiego, bo chciałam tam zostawić tę część prac, które już sprawdziłam, by nie wozić ich w tę i z powrotem, pogasiłam wszystkie światła i wyszłam ze szkoły, żegnana nerwową miną pana Elijah.

- Jest całkiem pusto, panno Sensible - powiedział mi coś, co zauważyłam - Może panią odprowadzę? Proszę poczekać minutę, pójdę po klucze.

Poczułam się miło i ciepło na myśl, że się o mnie prawdziwie troszczył, ale nie musiał, a jego zadaniem było pilnowanie szkoły i mógł mieć nieprzyjemności, jeśli opuściłby posterunek.

- Dziękuję panu, naprawdę, bardzo serdecznie - powiedziałam do niego - Nie trzeba. Poradzę sobie. Jest jeszcze dość jasno. To niedaleko i nikogo tam nie ma. Może mój autobus jeszcze nie przejechał.

- Okej - mruknął i zacisnął usta, ale już dłużej nie nalegał.

Skinęłam mu głową, wymieniliśmy ostatnie pożegnania i poszłam na pobliski przystanek autobusowy, którego nie było widać od drzwi wejściowych szkoły, bo zasłaniał go murek, otaczający podwórko szkolne, a także ozdobne krzaki, które tam rosły.

Powinnam była uważać.

Nie zrobiłam tego.

Było dość jasno, ale bardzo pusto, a ja siedziałam sama na ławce na zadaszonym przystanku, czekając na kolejny autobus, bo mój już, niestety, odjechał i nawet nie wyjęłam książki do czytania, bo się rozmarzyłam.

Zdarzało mi się to dosyć często, wciąż za często.

Po zmianach, jakie zaszły w naszym życiu, w życiu naszej rodziny, moje marzenia też się zmieniły, ale wciąż dominowało w nich jedno.

Rodzina, dom, dzieci, mężczyzna, który by się nami opiekował.

Nie było w nich jednak już porywów serca, czy też romantycznych scen, ale stabilizacja i bezpieczeństwo.

Zwykle nie myślałam o nikim konkretnym, ale jakoś dziwnie, kiedy tym razem marzyłam, jak robiłam to czasami, o mojej przyszłej rodzinie, o mężczyźnie, którego witałabym w progu naszego domu, kiedy wracałby z pracy, tym razem mój wybranek miał twarz brata Jacka.

Potrząsnęłam głową z niedowierzaniem i uśmiechnęłam się sama do siebie z politowaniem na moją głupotę, kiedy to sobie uświadomiłam, bo ten mężczyzna tak bardzo nie nadawał się z wyglądu na bohatera romantycznego.

Nie był super przystojny, ani nie czułam przy nim trzaskających piorunów czy tych niby „motyli w brzuchu”, cokolwiek miało to znaczyć.

I, głupia ja, byłam, niestety, tak bardzo pogrążona we własnych myślach, że absolutnie nie usłyszałam podchodzącej do przystanku niewielkiej grupki mężczyzn, czy też może starszych chłopców.

Dowiedziałam się o ich obecności o wiele za późno na ucieczkę, bo dopiero wtedy, kiedy usłyszałam ich głosy.

- Yo, laleczko - zawołał nagle jeden, na co podskoczyłam lekko na ławce i szarpnęłam głową w ich stronę - Może dotrzymamy ci towarzystwa.

- He, he, he - prawie jednocześnie nieprzyjemnie zarechotał drugi - Myślę, że ta dziecinka może nam dać dużo więcej niż samo pieprzone towarzystwo.

Spięłam się, zacisnęłam wargi i zaczęłam się podnosić, trzymając kurczowo w garściach torebkę i torbę, żeby pójść jednak w stronę szkoły i tam poczekać na autobus, ale otoczyli mnie i nie pozwolili się ruszyć.

Zablokowali mnie.

Jeden z nich, pachnący niezbyt miło, nawet usiadł tuż obok mnie na ławce, na którą z powrotem opadłam i zaczął mnie dotykać po ramieniu i po plecach.

Poczułam się bardzo niekomfortowo i postarałam się odsunąć od jego ręki.

- No, nie bądź taka - powiedział sugestywnym tonem trzeci - Będzie ci równie przyjemnie co nam, jak się zgodzisz.

- Jak się nie zgodzisz… - dodał inny, a jego ton był co najmniej niemiły - to będzie przyjemnie tylko nam.

O, nie!

Krew odpłynęła mi z głowy, bo pomyślałam o Ewie.

Widziałam, jak ona, biedactwo moje kochane, wyglądała, kiedy wróciła do domu po jej pobycie w szpitalu, ale też potem widziałam, jak wyglądała i jak to przeżywała moja mama, jak zareagował mój, załamany tym wszystkim, tata.

Zaczęłam więc dosłownie dyszeć i dygotać ze strachu nie tylko lub może nie tyle o siebie, co o moich bliskich, oczy otworzyłam szeroko, ale tak naprawdę nic nie widziałam.

Byłam śmiertelnie przerażona.

Czułam wielką, gorącą, obcą dłoń, sunącą po moich włosach, potem grube, szorstkie palce wsuwające się w nie od boku do tyłu i rozplątujące mi warkocz.

Przycisnęłam do swojego przodu oburącz torbę razem z moją torebką i skuliłam się w kącie drewnianej ławki przystanku autobusowego, ale nie potrafiłam nawet logicznie pomyśleć.

W tym momencie usłyszałam od strony jezdni dźwięk klaksonu samochodu, dźwięk otwieranych drzwi, a potem trochę znajomy, chociaż nie pamiętałam skąd, męski głos.

- Hannah! - ktoś zawołał moje imię - Wsiadaj!

Co?

Nie negowałam tego rozkazu, tylko zaczęłam się drżąco podnosić z ławki, która była nieco odsunięta od krawężnika, bo stała za chodnikiem, ale tamci zagrodzili mi drogę, tworząc mur ze swoich ciał, kiedy stali tyłem do mnie.

Stałam, ale nadal obiema rękoma przyciskałam swoją torbę i torebkę do swojego brzucha.

- Spierdalaj! - usłyszałam agresywne zawołanie jednego z nich, a inni warczeli, chrząkali i wyczuwałam, że szykowali się do bójki.

- Sam spierdalaj - nie podnosząc głosu, rzucił swobodnie tamten, którego głos trochę rozpoznawałam, chociaż nadal nie wiedziałam, kto to był - To moja dziewczyna i jedzie ze mną.

Słucham?

- Ty jesteś ten z piwnicy? - nagle dziwnie zapytał ze zdumieniem w głosie jeden z tych obcych i wyczułam ogólną zmianę nastroju.

Mężczyźni otaczający mnie jakby się rozluźnili.

- A jak tak, to co? - odparł tamten, którego jakby znałam.

Tylko nie mogłam sobie przypomnieć skąd.

- No to sorki, brachu - nagle ugodowo mruknął inny z tej grupy, która mnie napastowała - Taki talent się szanuje. Jak to twoja dziunia, to ją bierz.

Mężczyźni wokół mnie w końcu rozstąpili się, więc, nie wahając się ani sekundy, wyrwałam się spomiędzy nich i pobiegłam w stronę samochodu, wciąż oburącz przyciskając torbę do frontu mojego ciała.

Patrzyłam pod swoje nogi.

Będąc przy samochodzie, wyciągnęłam prawą rękę, złapałam za klamkę i szarpnęłam za drzwi, które od razu ustąpiły.

Bogu niech będą dzięki.

Wskoczyłam na siedzenie pasażera, zatrzasnęłam drzwi auta za sobą i dopiero wtedy usłyszałam, że ten, który mnie uratował, wsiadł za kierownicę, zamknął swoje drzwi i zapiął pasy.

Zamrugałam gwałtownie, chociaż nadal nic nie widziałam.

- Okej? - usłyszałam i dopiero wtedy spojrzałam na niego.

Siedział na miejscu kierowcy, zwrócony do mnie całym tułowiem, lewą ręką opierając się na kierownicy, a prawą na oparciu mojego fotela.

Znałam go!

To był ten sam młody mężczyzna, który przed chwilą był ze mną w mojej sali, by porozmawiać o Jacku Smithie.

William Brown.

Skinęłam głową w jego stronę, chociaż nadal lekko dyszałam z emocji.

- Zapnij pasy - mruknął i patrzył, jak to robiłam nieco niezdarnie, bo ręce mi nadal dygotały, a lewą ręką wciąż przyciskałam torbę do swojego brzucha.

Kiedy usłyszałam kliknięcie zapięcia pasa, przez które trochę podskoczyłam na siedzeniu, mężczyzna na fotelu kierowcy odwrócił się do przedniej szyby, uruchomił silnik i ostrożnie wyjechał na drogę, oglądając się przez lewe ramię i patrząc czujnie w lusterka.

Dzięki Bogu.

*****

Billy

Kiedy kilka godzin temu Jack zadzwonił do Billy’ego do pracy z pieprzoną informacją, że ich mama wkurwiła się, jak to zwykle robiła, bo nauczycielka wezwała ją do szkoły, Billy nie zawahał się ani trochę, by się tym zająć.

Jack zwykle się nie skarżył.

Jego pieprzona matka nie lubiła, by jej przypominano, że miała synów, którymi czasem musiała się cholernie opiekować, a Billy miał tylko nadzieję, że Jack nie oberwał za bardzo za zmuszanie jej do tego.

Chociaż matka ich nigdy nie biła.

Billy nie musiał się zwalniać u Oli’ego ani mówić ni chuja żadnemu z facetów, z którymi pracował, bo Jack powiedział mu, że nauczycielka będzie w szkole do wpół do siódmej wieczorem.

Billy uznał, że to była cholernie dziwnie późna pora, ale nauczyciele bywali popierdoleni i dziwni, więc nie wnikał w to.

Sam nigdy nie napotkał ani jednego pierdolonego nauczyciela, któremu by na nim cholernie zależało.

No, może kiedyś jeden wuefista w pieprzonym liceum był zainteresowany jego cholerną sprawnością fizyczną, ale Billy nie chciał uczestniczyć w żadnych pojebanych rozgrywkach drużynowych, nie dbał o przyszłe stypendium, więc tamten mu odpuścił.

Kiedy wszedł do szkoły, a potem zajrzał przez drzwi do sali lekcyjnej, którą mu wskazał woźny, Billy przeżył niezłe zaskoczenie.

Kurwa, to była nauczycielka?

Przy pieprzonym biurku na niewysokim podeście pieprzonej sali lekcyjnej stała bardzo młoda kobieta, prawie dziewczyna, której jasnoblond włosy były spięte ciasno z tyłu głowy w gruby, długi warkocz.

Od tyłu Billy nie mógł rozpoznać jej figury, bo była ubrana w cholernie luźną bluzkę i pieprzoną workowatą spódnicę, które nie robiły nic dobrego dla jej podkreślenia jej kształtów.

Jednak, kiedy się do niego odwróciła przodem, Billy’emu cholernie spodobało się  to, co zobaczył.

Jej szaro-błękitnych oczu nie miała podkreślonych ani odrobiną makijażu, co Billy umiał rozpoznać i docenić, bo, kiedy podszedł bliżej, zauważył jej niezwykle długie, chociaż jasne rzęsy.

Miała okrągłą twarz z delikatną, świeżą cerą bez śladu pudru czy różu i piękne, miękkie, duże usta, których nie pociągnęła nawet pomadką, co Billy również docenił, bo lubił naturalne kobiety.

Kiedy przestraszona bez powodu cofnęła się przed nim, uznał, że musiał być w stosunku do niej bardziej delikatny, postępować ostrożnie, by powoli dowiadywać się wszystkiego, czego potrzebował.

Tak zawsze robił z ludźmi na swojej drodze.

Kryjąc się za pogodną maską żartownisia, dowiadywał się o nich, jak najwięcej mógł, żeby móc się przed nimi bronić, wypierdalać od nich lub ich, w razie konieczności, zaatakować.

Nie tym razem.

Zaskoczyła go jak gówno i chyba to okazał.

Pana brat jest bardzo zdolny.

Wezwała ich pieprzoną matkę, by powiedzieć jej, że jej cholerny młodszy syn był zdolny i nie zawahała się to powiedzieć na głos bratu ucznia, mężczyźnie, którego właśnie poznała.

Billy cholernie chciałby, żeby Jack to miał.

Kogoś, kto pochwaliłby go bez wahania, bez owijania w bawełnę.

Kto dawałby gówno na tyle, by zrobić cokolwiek.

Więc zamierzał przekazać wszystkie pochwały swojemu młodszemu, przyrodniemu bratu, by nie martwił się dłużej rozmową Billy’ego z nauczycielką.

Jednak, kiedy Billy wypierdzielił, wyszedł z tamtej sali, wyszedł przed szkołę i wsiadł do swojego pickupa, poczuł to, co wzbierało w nim przez cały pieprzony dzień, chociaż cholernie starał się to ignorować i nie okazywać pieprzonej słabości w pracy.

Przez cały dzień nic nie jadł z tego powodu.

Wrócił ból brzucha, zawroty głowy, w ustach poczuł nadmiar śliny.

W głowie mu zadudniło, żołądek się skurczył i wezbrały w nim mdłości.

Gówno.

Jeździł czarnym, starym, piętnastoletnim pickupem Forda F-150 Custom, o którego dbał, więc mógł posiedzieć w nim kilka minut i uspokoić swoje sensacje, zanim pojechałby do swojego mieszkania.

Wiedział, że odpocznie i będzie dobrze.

I to zrobił.

Rozluźnił się i było dobrze.

Potem wziął jeszcze jeden, a potem drugi głęboki wdech, by uspokoić żołądek i uruchomił silnik, a później wyjechał od krawężnika na drogę.

Parę metrów dalej zobaczył grupkę facetów, gnojków-skurwieli, otaczających samotną kobietę siedzącą na ławce przystanku autobusowego i zadziałał jego cholerny kompleks pieprzonego bohatera.

Żyjąc i pracując wśród takich jak Jimmy, David, Alex i inni, Billy częściowo podświadomie marzył o tym, by wykazać się jako obrońca jakiejś kobiety lub kogokolwiek innego.

Więc zatrzymał się przy krawężniku i wysiadł z pickupa.

Wtedy ją rozpoznał.

Kurwa!

To była ta młoda kobieta, nauczycielka Jacka, a na dodatek wyglądała na jeszcze bardziej przestraszoną niż wtedy, kiedy Billy do niej podszedł z wyciągniętą ręką.

I kiedy sama uderzyła się o biurko, bo bała się bliskości Billy’ego, więc cofnęła się przed nim na oślep.

Hannah.

Nie wiedział, co to było za dziwne imię.

Nieważne.

Wrócił tyłkiem do samochodu i, nie zamykając drzwi, nacisnął klakson dwa razy, a potem wychylił głowę nad dach swojego pickupa, wciąż nie zamykając drzwi i zawołał jej imię.

Nie był zaskoczony tym, że pierdoleni faceci chcieli z nim o nią walczyć, bo to był właśnie ten typ gnojków, którzy lubili się zabawić kosztem innych.

Zaskoczony jak gówno był tym, że jeden z gówniarzy go poznał z klubu.

Najważniejsze było to, że ją wypuścili w cholerę, a ona posłuchała go i podbiegła, by wsiąść do jego Custom’a.

Kiedy Billy miał ją już w swoim samochodzie, przyjrzał się jej uważniej.

Była przerażona o wiele bardziej, niż wynikałoby to z takiej sytuacji.

Kurwa.

Nic o niej nie wiedział.

Może już kiedyś przeżyła coś takiego lub nawet coś gorszego.

Jej postawa, ubiór, jej cały sposób bycia również świadczyły o przeżytej przez nią traumie, czego Billy nie mógł zrozumieć bez pytań, ale co mógł postarać się opanować, jakoś złagodzić.

Dlatego uruchomił silnik i powoli wyjechał na ulicę.

- Gdzie mieszkasz? - zapytał.

Zerknął na nią, a ona spojrzała na niego półprzytomnie, jakby odezwał się w obcym języku lub zapytał o coś niespotykanego.

- Odwiozę cię do domu - wyjaśnił łagodnie - Powiedz mi tylko dokąd.

- Ja… - przełknęła ciężko, wyprostowała się i położyła wreszcie torby na kolanach, by pogładzić dłonią włosy - Proszę mnie wysadzić na przystanku. Poradzę sobie.

Tak, na pewno, już to widział.

- Nie zostawię cię samej w takim stanie - kontynuował tym samym łagodnym głosem - Powiedz gdzie mieszkasz, a podrzucę cię tak blisko, jak będziesz chciała.

- Ja… - zawahała się - Dziękuję.

Pomilczała przez kilka sekund i dodała szeptem, jakby mówiła do siebie:

- Nie mogę tak się pokazać mamie.

No, tak, była potargana i nerwowo rozedrgana.

Martwiła się, że jej mama się tym zdenerwuje i Billy to rozumiał.

Miała mamę, która się o nią martwiła.

Więc Billy zdecydował się na jedyne logiczne rozwiązanie, bo wiedział, że nie mógł jej zostawić samej na ulicy, nawet bliżej ludzi na jakimś przystanku.

Nie w jej stanie.

Skierował samochód w stronę swojego mieszkania.

Przez prawie dziesięć minut jechali w milczeniu.

Billy zaparkował na parkingu pod swoim blokiem, a Hannah siedziała unieruchomiona i nie drgnęła, kiedy wyłączył silnik i odpiął swoje pasy.

- Wejdziesz do mnie, do mojego mieszkania - powiedział jej szorstkim tonem - Uczeszesz się, odświeżysz, a potem odwiozę cię do domu. Wysiadaj - rozkazał w końcu.

Otworzył drzwi, wysiadł, zatrzasnął je i obszedł pickupa wokół maski.

Hannah nie poruszyła się, więc otworzył jej drzwi i spojrzał prosto w te błękitne, przestraszone oczy.

- Nie mogę… - zaczęła, ale Billy znowu poczuł się naprawdę źle, więc przerwał jej o wiele bardziej szorstko, niż zamierzał.

- Nie komplikuj - wyszło to prawie jak warknięcie.

Odsunął się, stanął bokiem i wskazał jej ręką, żeby wysiadła.

Wreszcie go posłuchała, odpięła pasy i niepewnie odwróciła kolana w jego stronę, a potem zsunęła tyłek z siedzenia.

Wysiadła, stanęła koło samochodu, przyciskając do brzucha cholerną torebkę i płócienną torbę, popatrzyła, jak zamykał drzwi, zamykał samochód na kluczyk i ruszył w stronę budynku, a wtedy poszła za nim.

Początkowo jeszcze słyszał, jak szurała nogami, a potem już nic.

Billy bowiem z każdym pieprzonym krokiem czuł się coraz słabszy i ponownie ogarniały go mdłości, ale skupił się na odganianiu tego.

Jednak przez to nie zauważał otoczenia.

Wszedł przed nią schodami na swoje pierwsze piętro, przeszedł, jak zwykle zasyfiałym, brudnym, cholernie śmierdzącym wymiocinami i fekaliami, wewnętrznym korytarzem pośród odgłosów telewizji, kłótni i seksu dochodzących zza kolejnych mijanych drzwi, a potem otworzył drzwi do swojego mieszkania z klucza, który wyjął z tylnej kieszeni swoich spodni.

Wsunął się, zapalił górne światło włącznikiem, ale nie dał rady ogarnąć wzrokiem pokoju, bo ponowna fala bólu i mdłości osłabiła go, więc musiał się skupić na utrzymaniu równowagi, trzymając się kurczowo jedną ręką rogu ściany.

Rzucił klucze od mieszkania na pieprzoną szafkę przy drzwiach razem z kluczykiem od samochodu, komórką i portfelem, ale zrobił to cholernie automatycznie, odruchowo.

Westchnął ciężko, wskazał machnięciem ręki kierunek i, nie patrząc w jej stronę, rzucił do kobiety niskim głosem - Tam jest łazienka.

Ruszyła w tamtą stronę.

Potem Billy wciąż na nią nie patrzył, kiedy poszedł do blatu w aneksie kuchennym, nalał sobie wody z kranu do szklanki, która tam stała od kilku dni, więc prawdopodobnie była brudna i wypił kilka łyków.

Nie pomogło.

Ból zaczął go oszałamiać.

Tym razem był zbyt silny.

Więc Billy odwrócił się do pokoju, mętnym wzrokiem odnalazł kanapę, by dotrzeć do niej resztką sił i upaść na nią bokiem, bo tyłkiem nie dał rady, więc jego nogi zwieszały się na podłogę.

Stracił świadomość.

*****

Hannah

Stałam przed lustrem, próbowałam się trochę ogarnąć i myślałam sobie, że to było bardzo miłe z jego strony.

William zabrał mnie do swojego mieszkania, żebym mogła poprawić włosy i w ogóle doprowadzić się do jako takiego stanu przed powrotem do mojego domu, do mamy, co uznałam za przejaw prawdziwej rycerskości.

Kiedy jeszcze jechaliśmy jego samochodem, powróciłam do stanu względnej równowagi, więc zaczęłam obmyślać plan działania i słowa, jakie powinnam powiedzieć mamie, żeby ją uspokoić po powrocie do domu w takim stanie i o tej porze.

Tym, co głównie czułam, była wdzięczność.

Potem weszliśmy do tego budynku, a ja ledwo opanowałam obrzydzenie i chęć ucieczki z krzykiem.

Panujący tam brud, słyszalne odgłosy awantur, zapach, to było dla mnie zbyt wiele, chociaż nie ze względu na mnie.

Po prostu wiedziałam, że On, ten wspaniały młody mężczyzna, który mnie uratował, mieszkał tam na co dzień.

Był moim Wybawcą, Bohaterem.

Weszliśmy do jego mieszkanka, jeśli można tak było nazwać tą klitkę, składającą się z jednego pomieszczenia, które było salonem i kuchnią, a przez niedomknięte drzwi zobaczyłam coś, co musiało być mini-sypialnią.

Potem bez protestów poszłam do łazienki, którą wskazał mi William.

Był tam tylko prysznic i sedes oraz mała umywalka, nad którą wisiało lustro, więc wzięłam to, co było.

Stałam przed brudnym lustrem w tej małej, brudnej łazience i rozczesywałam włosy palcami, bo nie miałam przy sobie szczotki, by związać je z powrotem w warkocz, kiedy uświadomiłam sobie, że nie będę musiała nic mówić mojej mamie.

Dzięki Williamowi mogłam wrócić do domu, przeprosić mamę za spóźnienie i nie denerwować jej wieścią, że jacyś mężczyźni napastowali mnie w środku miasta, jeszcze w biały dzień.

Był moim Rycerzem w Srebrnej Zbroi.

Tak.

Prawdziwi Bohaterowie nie noszą peleryn.

Pochyliłam się nad umywalką, chlapałam twarz wodą, wyprostowałam się, sięgnęłam po ręcznik i zamarłam.

Wszystko, włącznie z ręcznikiem było tak strasznie brudne.

William nie miał nikogo, kto nim się zajmował.

Opiekował się swoim młodszym, przyrodnim bratem, co wywnioskowałam z tego, że nosili różne nazwiska (nie wspominając o tym, że Jack był Mulatem), a ich mama najwyraźniej nie zajmowała się ani jednym, ani drugim.

William był dobry, uważny i odważny, przynajmniej na tyle, by zauważyć, że potrzebowałam ratunku, a także by zatrzymać się i stawić czoła tym kilku mężczyznom z przystanku.

A na dodatek jeden z nich na koniec odezwał się do niego z szacunkiem, kiedy najwyraźniej go rozpoznał.

Taki talent się szanuje.

Więc William miał talent.

Mogłam mu się odwdzięczyć za ratunek, opiekując się nim.

Mogłabym mu przynajmniej zrobić pranie.

Chociaż nigdy bym mu tego nie narzuciła, więc ta początkowa myśli została stłumiona we mnie przez moją wrodzoną nieśmiałość.

Jednak, kiedy wyszłam z łazienki i spojrzałam nieco przytomniej na pokój, który był pomieszczeniem wspólnym w postaci salonu, połączonego z jadalnią, z korytarzem wejściowym i aneksem kuchennym, dostrzegłam panujący tam bałagan rzeczy porozrzucanych przez tygodnie użytkowania.

Męski bałagan.

Nie było bardzo brudno w sensie brudno, ale był zauważalny brak dopilnowania, brak „kobiecego oka”, bo mężczyzna nie spostrzega kurzu, plamy na podłodze lub tapicerce krzesła, nie widzi potrzeby zbierania ubrań w jedno miejsce i prania ich, dopóki ma w czym chodzić.

Takie „drobiazgi”.

Większą rzeczą, którą zauważyłam, a która mnie przeraziła, było to, że William leżał dziwnie wygięty na kanapie i nie wyglądał na przytomnego.

Podbiegłam do niego, wołając - William, a potem przysiadłam bokiem przy jego biodrze i przyłożyłam dłoń do jego czoła.

Jego skóra była pokryta potem, gorąca na skroniach, co znałam z tego, że, opiekując się moim rodzeństwem i mamą przez ostatnie kilkanaście miesięcy, kilka razy widziałam, jak moja najmłodsza siostra miała bardzo bolesne miesiączki.

To ból spowodował pokrycie potem skóry, a ciepłe skronie świadczyły o podniesionej temperaturze ciała Williama.

Jak kiedyś u Abla.

Miał gorączkę.

- William… - cicho spytałam nagląco, pochylając się bliżej jego twarzy - co cię boli?

Nie reagował, ale nagle przekręcił się, wydał dziwny odgłos i przechylił się w stronę podłogi, więc ledwo zdążyłam odsunąć nogi, kiedy na nią zwrócił.

Podtrzymałam go za ramię, żeby nie spadł z kanapy i zmarszczyłam brwi.

Wymiotował właściwie tylko wodą, śluzem i żółcią, więc wiedziałam, że jego żołądek był pusty.

Więc raczej nie zatruł się, bo nic nie jadł.

Ale po opiece nad moim malutkim braciszkiem wiedziałam, że podczas takich wymiotów człowiek łatwo może się odwodnić.

Położyłam go na boku na kanapie, wstałam i poszłam do blatu kuchennego, by złapać ręcznik papierowy i szklankę wody z kranu.

Z pierwszym nie było problemu, ale drugie… no cóż, nie było czystych szklanek w kuchni Williama, więc musiałam jedną umyć, przy czym odkryłam, że nie miał płynu do zmywania.

Wróciłam do kanapy.

Podałam Williamowi szklankę, ale nie dał rady podnieść ręki, więc nie dałby rady jej utrzymać ani przechylić.

Nie chciał również pić, a jedynie wykrzywił się z obrzydzeniem i lekko odwrócił twarz od szklanki.

Wytarłam szybko podłogę ręcznikami, odkładając na później to, że musiałam umyć ją porządniej i myślałam.

Wstałam, wyrzuciłam ręcznik do przepełnionego kosza na śmieci, odstawiłam szklankę na blat i podeszłam z powrotem do kanapy.

Musiałam dostarczyć Williama do lekarza.

Nie wiedziałam o nim nic, co mogłoby mi podpowiedzieć, jaki był stan jego finansów, ale powiedział mi, że wrócił tego dnia późno z pracy.

Powinien mieć choćby podstawowe ubezpieczenie.

Pochyliłam się nad Williamem.

- William, jesteś chory - postarałam się mówić wyraźnie - Czy mam kogoś zawiadomić. Może wezwać lekarza. Może zawiozę cię do szpitala.

Spojrzał na mnie, jakby usiłował się skupić, dowiedzieć się kim byłam i skąd się tam wzięłam.

- Szpital - stęknął, więc zaczęłam działać.

Szybko.

Po pierwsze z półki przy drzwiach zgarnęłam jego telefon, sprawdziłam, że w portfelu miał kartę ubezpieczalni, po drugie zniosłam do samochodu swoją torbę, żeby móc pojechać do swojego domu, kiedy już dostarczyłabym Williama do szpitala.

Po drodze wzięłam z szafki przy drzwiach jego klucze, ten od samochodu i ten od mieszkania, więc zamykałam za sobą drzwi.

Potem biegiem wróciłam do jego mieszkania i tu zaczęły się problemy.

William był półprzytomny i dosyć ciężki.

Nie współpracował, a nie było nikogo, kto mógłby mi pomóc, bo bałam się zapukać do sąsiadów, skoro wcześniej słyszałam tam awantury.

Podniosłam go z wysiłkiem, prosząc, aby wstał, kiedy wsunęłam się pod jego ramię, więc opierał się całym ciałem na moich plecach.

Szczęśliwie William zmobilizował się na tyle, że mogłam go, zgiętego w pół, najpierw oprzeć o ścianę w korytarzu, kiedy zamykałam jego drzwi, a potem poprowadzić wlekącego nogami, wciąż zgiętego, ciężko opartego na mnie jednym ramieniem przewieszonym przez moje ramiona i słaniającego się, w stronę parkingu.

Zanim udało mi się go wsadzić na siedzenie pasażera jego pickupa, byłam całkiem przepocona z emocji i wysiłku.

Prowadziłam kiedyś samochód mojego taty.

Był on trochę podobny do tego, chociaż był to SUV z licznymi siedzeniami dla licznej rodziny.

Na szczęście oba były automatami.

Nigdy tego jednak nie robiłam pod taką presją, obcym samochodem, z nieprzytomnym mężczyzną, siedzącym na fotelu pasażera.

Ale, kiedy już udało mi się uruchomić silnik, dostosowałam lusterka i fotel do swojej wysokości i zabrałam się za wyjeżdżanie z parkingu, William ocknął się i zaczął niezgrabnie grzebać w swoim telefonie, który położyłam we wgłębieniu półki przy dźwigni ustawień, a który połączył się przez bluetooth z samochodem, co dał znać sygnałem dźwiękowym.

Dzięki Bogu!

Uznałam, że zaraz dowiem się, kogo należało powiadomić o jego chorobie i kto był dla niego ważny.

Kiedy już wyjeżdżałam na drogę, wciąż bardziej martwiąc się o Williama niż o moje umiejętności prowadzenia samochodu, usłyszałam w głośniku samochodowym sygnał połączenia, a potem znany mi głos Olgierda!

Oli był naszym starym znajomym, który obecnie bardzo pomagał całej mojej rodzinie, a szczególnie mojej mamie.

- Billy - mój znajomy najwyraźniej powitał mojego towarzysza jak swojego bliskiego znajomego.

- Oli? - spytałam głośno ze zdziwieniem w głosie, zanim William zdążył się odezwać, a on w tym samym momencie jakby zrezygnował z wysiłku reagowania i tylko słuchał naszej wymiany zdań.

- Hannah? - usłyszałam zaskoczenie w głosie człowieka, który razem ze swoją żoną, Heleną, bardzo pomagał mi, moim trzem siostrom i mamie w czasie, kiedy odczułyśmy boleśnie odrzucenie i plotki ze strony naszej społeczności po tym, co zrobił mój tata.

Nie wiedziałam, jak przetrwalibyśmy to wszystko z roztrzęsioną mamą, malutkim bratem bez ich wsparcia i pomocy.

Oli i Helena pomogli nam znaleźć mniejszy, tańszy dom, przeprowadzić się, sprzedać samochód i w wielu innych sprawach.

- Tak! - skupiłam się, żeby wyjaśnić, skąd się wzięłam po tej stronie tego konkretnego telefonu - William bardzo źle się czuje. Zawożę go do szpitala.

Resztę mogłam mu powiedzieć później, ale i tak Oli wyczuł lub domyślił się, co mogłam czuć.

- Billy prowadzi? - spytał, żeby uściślić informacje.

- Ja prowadzę - wyjaśniłam - Billy nie jest zbyt przytomny.

Głupia ja!

Dlaczego nie przyszło mi wcześniej do głowy, że raczej mówili na Williama Billy, a nie William?

- Patrzysz przed siebie na drogę? - surowo zapytał Oli.

Nie obraziłam się, bo po prostu martwił się o nas, o mnie.

- Tak - odparłam - Jesteś na głośnomówiącym.

- Dobrze - mruknął Oli.

- Postaram się szybko dotrzeć do najbliższego szpitala - powiedziałam Oli’emu - Później dam ci znać do którego.

- Billy pracuje ze mną w FS 13 - dodał Oli, jakby domyślił się, że tego nie wiedziałam, a ja byłam mu wdzięczna, bo nie chciałam wścibsko dopytywać, a powinnam chyba to wiedzieć - Jest strażakiem. Ma niezłe ubezpieczenie.

- Dobrze - szepnęłam z ulgą - Mam jego kartę z ubezpieczalni. Miał ją w portfelu.

- Dobrze. Radzisz sobie? - spytał mnie mężczyzna, który opiekował się naszą rodziną, więc znał mnie i wiedział, że nie prowadziłam samochodu zbyt często od czasu, kiedy zdałam egzamin na prawo jazdy w liceum.

- Radzę sobie - zapewniłam Oli’ego i to była prawda - Billy chciał, żeby cię powiadomić, co się dzieje.

- Jasne - mruknął Oli, a ja ponownie pomyślałam, że w ogóle nie znałam Billy’ego, nic o nim nie wiedziałam.

Z drugiej strony, trochę wiedziałam.

Wiedziałam, że jego mama nie zajmowała się jego bratem, więc tym bardziej nim, który był dorosły.

Wiedziałam, że mieszkał sam i nie było kobiety, a może nikogo, kto by się nim zajął w takiej czy innej sytuacji.

Wiedziałam, że był odważny i dobry i że przejmował się obcą kobietą, więc był wart tego, żebym ja się nim zajęła w potrzebie.

Wiedziałam również, że ja nigdy nie wybaczyłabym sobie, jeśli bym go teraz opuściła, chociaż podejrzewałam, że nie spodoba się mojej mamie to, że tak późno będę w domu po pracy.

Westchnęłam i zerknęłam na mężczyznę, który siedział na fotelu pasażera i wyglądał, jakby stracił świadomość tego, co się działo.

Jakby trzymał się resztką woli, a właśnie stwierdził, że mógł odpuścić, bo był w dobrych rękach.

Zaufał mi.

Nie mogłam go zawieść.

Po krótkiej wymianie informacji i pożegnaniu rozłączyłam się z Oli’m, a pięć minut później byłam przy wjeździe dla karetek szpitala, gdzie zabrali Billy’ego na wózek, a ja odprowadziłam jego pickupa na szpitalny parking.

A potem zamknęłam go i poszłam do szpitala, by dowiedzieć się wszystkiego, co powinnam później przekazać Oli’emu.

*****

Olgierd

Kiedy Hannah odezwała się przez telefon Billy’ego, chociaż to młody dzwonił do niego, Oli się zdenerwował.

Nie wiedział skąd się znali i jak długo.

Ta młoda kobieta miała dość przeżyć w swoim życiu i nie potrzebowała kogoś z takim bałaganem w życiu, jaki miał Billy.

Ale później Oli pomyślał, że, z drugiej strony, być może ta dwójka potrzebowała właśnie siebie nawzajem, by wydobyć z siebie to, co było najlepsze.

Olgierd znał ich oboje, chociaż Hannah nieco dłużej, bo od dziecka, i wiedział doskonale, że żadne z nich nie myślało o sobie dobrze.

Kiedy tylko się rozłączył, Oli powiedział swojej Lenie, co się działo, a ona od razu zadzwoniła do mamy Hannah, by poinformować ją, że jej córka dzielnie zajmowała się chorym znajomym, a nie miała żadnych kłopotów, bo oboje byli przekonani, że Hannah nie miała ani czasu, ani głowy do tego, by powiadomić swoją mamę.

Mieli rację.

Olgierd przez prawie dwa lata bliższej znajomości nieźle poznał Kate Sensible, więc wiedział, że zarówno ona, jak i jej starsze córki potrafiły nieźle sobie radzić z nieprzyjemnymi nowinami i w otaczającej je rzeczywistości, chociaż Kate wolała, żeby wszyscy dookoła uznawali ją za słabą.

Radziły sobie również z okrutnymi aspektami rzeczywistości.

Więc mama Hannah mogła sobie wyobrażać wiele złego.

Po akcie desperackiej zemsty męża Kate, który nie miał ochoty i siły nadstawiać drugiego policzka po tym, jak jego najstarsza córka była zmuszona przez społeczność mormońską do donoszenia ciąży, w którą zaszła w wyniku gwałtu i odebrała sobie życie, cała rodzina została odrzucona przez ich Kościół.

Okazało się, że wsparcie w ich dramacie było pozorne, a przyjaźń udawana.

Olgierd mógł im to powiedzieć wcześniej, bo dokładnie w ten sam sposób została odrzucona przez tę społeczność jego obecna żona, Helena, kiedy sprzeciwiła się życiu w posłuszeństwie z brutalnym pierwszym mężem, jakiego wybrała jej rodzina i wystąpiła o rozwód.

Oli poznał ją już po tym, pokochali się i przeżyli razem kilkanaście lat.

To, że nie mieli dzieci nie wynikało z „boskiej kary” za rozwód Heleny, co sugerowali członkowie ich dawnej społeczności, ale z tego, że były mąż uderzył Helenę, kiedy ta była w piątym miesiącu ciąży i poroniła, a potem nie udało jej się zajść w kolejną ciążę.

W dalszym ciągu była to ich największa bolączka.

Olgierd pomagał rodzinie Sensible nie tylko dlatego, że przeżywali podobne odrzucenie, ale też dlatego, że lubił i szanował męża Kate, Jonasa, a on nie mógł się zająć swoją żoną i dziećmi.

A później Oli dowiedział się, że Kate nie tyle była nerwowa i delikatna, co była nastawiona na pokazywanie wszystkim swojego cierpienia, zwracanie na siebie uwagi i egoistyczne czerpanie korzyści ze wszystkiego, co się działo.

Na szczęście chodziło jej głównie o dzieci, a nie o nią osobiście.

Najlepszą z dorosłych kobiet Sensible okazała się być Hannah.

Była bezinteresowna, pracowita, dobra i czuła wobec wszystkich, ale najbardziej wobec swojej mamy, swoich sióstr i brata.

To dla niej Oli i Helena nie odstąpili od pomagania tej rodzinie, kiedy przekonali się, jak uciążliwa mogła być Kate, jak egoistyczna i niemiła była Lucy.

Urodzona jako trzecia, Lucy nie była faworytką mamy, jak Ewa, ani taty jak Hannah, więc próbowała zazdrośnie zwrócić na siebie uwagę wszystkich, nawet jeśli ich mały braciszek, Abel, bardziej tego potrzebował.

Hannah natomiast pomagała rodzinie finansowo i pracując w domu, przy wykonywaniu obowiązków, których powinni jej oszczędzić, skoro jako jedyna pracowała na pełen etat.

Nigdy się nie skarżyła, nie narzekała.

Zawsze opowiadała o drobnych lub nieco większych sprawach, które powodowały jej zadowolenie, zawsze potrafiła znaleźć jasną stronę każdego wydarzenia.

Oli wiedział również, że Billy był bardzo skryty, ale był też silnym, samodzielnym młodym człowiekiem, który nie miał w życiu szczęścia, nie miał rodziny ani nie znał miłości, więc Hannah mogła mu pokazać, jak taka mogła wyglądać.

Kiedy po ponad godzinie dojechał do szpitala, bo Hannah zadzwoniła do niego z potrzebną informacją i odnalazł odpowiedni oddział, zobaczył siedzącą w poczekalni młodą kobietę i przekonał się, że martwiła się o chorego mężczyznę, a nie o siebie.

- Hej, kochanie - przywitał się.

- Hej, Oli - odpowiedziała - Nie musiałeś przyjeżdżać. Doktor powiedział, że to wyrostek i zabrali go na zabieg. Posiedzę tu, aż go przewiozą na salę, a potem pojadę do domu.

- Hannah - sprzeciwił jej się delikatnie Oli - Pracujesz jutro od rana. Już po dziewiątej wieczorem, a twoja mama się martwi.

- Och - westchnęła Hannah i natychmiast złapała za torebkę, więc Oli wiedział, że nie pomyślała wcześniej o zadzwonieniu do domu.

- Helena do niej zadzwoniła - uspokoił ją Oli.

- Dziękuję - szepnęła Hannah i przestała szukać telefonu.

- Ale sądzę, że powinnaś już pojechać do domu i że powinnaś jej coś wyjaśnić - kontynuował - Chociaż ja ci ufam i sądzę, że twoja mama też.

- Billy jest bratem jednego z moich uczniów - powiedziała Hannah, a to było tak proste i oczywiste, że Oli skinął głową z lekkim uśmiechem, chociaż wcześniej nie słyszał nic o tym, żeby Billy miał brata.

- Cóż… - zawahała się Hannah - przyrodnim bratem. Ale najwyraźniej ich mama nie zajmuje się swoimi dziećmi.

Oli zacisnął wargi, ale to go nie zaskoczyło.

Przez lata obserwował życie Billy’ego, więc wiedział, że nie miał on rodziny, która by o siebie dbała.

- Kiedy wychodziłam ze szkoły - powiedziała Hannah - Billy zaproponował, że  mnie odwiezie do domu.

Na twarzy Hannah pojawił się dziwny wyraz, który nie spodobał się Oli’emu, bo nigdy by tego nie podejrzewał, ale teraz sądził, że młoda kobieta chciała przed nim coś ukryć.

Zagryzła wargę, spojrzała w bok, a potem wciągnęła powietrze i wypchnęła je z wyznaniem, które zrobiła przyciszonym głosem.

- Oli, nie możesz tego powiedzieć mojej mamie - Hannah spojrzała na niego z mocą i wzięła głęboki, powolny, uspokajający wdech - Na przystanku autobusowym pod szkołą zaczepili mnie jacyś mężczyźni. Billy mnie od nich uratował. Potem pojechaliśmy do niego do domu, żebym mogła się uczesać i uspokoić. On tam dostał ataku bólu i gorączki, więc postanowiłam go przywieźć do szpitala. W samochodzie ocknął się i zadzwonił do ciebie. Tak się dowiedziałam, że się znacie.

Oli słuchał w milczeniu i nie zadawał pytań, nawet kiedy Hannah skończyła, bo nie chciał jej denerwować, ale też nie było co dodawać, ani o co pytać.

Billy ją uratował, a ona uratowała jego.

- Oli! - szepnęła nagle, pochylając się w jego stronę i wyciągając rękę, jakby chciała dotknąć jego przedramienia, ale tego nie zrobiła - Nie wiem, co powiedzieć mamie.

Tak, Oli to rozumiał.

Kate wpadłaby w atak paniki i biegałaby (może nie dosłownie) po okolicy, opowiadając o dramatycznych przejściach swojej córki, nawet jeśli Hannah nie chciałaby o niczym nikomu mówić.

- Nie chcę kłamać, ale… - Hannah przerwała, zagryzła wargę, spojrzała w bok i zamilkła.

- Przyjechałaś tu jego pickupem? - spytał Oli zamiast odpowiedzieć.

- Tak - powiedziała krótko, nadal cichy głosem i zmarszczyła brwi, patrząc na niego ze skupieniem, a potem sięgnęła do torebki i wyjęła z niej klucze.

Jeden samochodowy, a drugi wyglądający na klucz od mieszkania.

- Jego samochód nie powinien tu zostać na noc - poinformował ją Oli i patrzył, jak opuściła rękę z kluczami - I ty nie powinnaś wracać autobusem, a ja jeszcze muszę porozmawiać z lekarzem. Więc cię nie odwiozę do domu.

Hannah wyprostowała się, spojrzała w kierunku windy, a potem z powrotem na Oli’ego.

- Więc pojedź do domu jego Fordem, a jutro wieczorem tu nim przyjedziesz i wtedy porozmawiamy - kontynuował Oli - Ale to oznacza, że musisz coś powiedzieć mamie.

Zobaczył, jak Hannah odprężyła się, prawie uśmiechnęła, schowała klucze do torebki i skinęła głową.

Odczuła ulgę, bo nie chciała martwić mamy, ale też nie chciała kłamać.

W tej rodzinie, jak w wielu im podobnych, kobiety nie były zachęcane do samodzielności ani nie były zapewniane, że ich decyzje były słuszne, więc Hannah potrzebowała zapewnienia, że dobrze myślała.

Bo teraz Oli był pewien, że to właśnie Hannah sama wymyśliła.

Oli tylko pomógł jej podjąć decyzję.

Była jedną z nielicznych znanych mu osób, którym Oli mógłby całkowicie zaufać we wszystkim.

Miał nadzieję, że Billy to kiedyś zauważy i doceni.

Miał również nadzieję, że Hannah wiedziała już, że mogłaby zaufać Billy’emu, chociaż należała do osób, które łatwo darzyły zaufaniem.

Zbyt łatwo.

Nawet czasem niewłaściwe osoby.


 

3 komentarze: