wtorek, 21 lutego 2023

22 - Tak!

 

Rozdział 22

Tak!

Hannah

 

 

Trzy tygodnie później

Nadchodziło Thanksgiving, które mieliśmy spędzić u mojej mamy, chociaż tak właściwie przygotowywałyśmy je we trzy: mama, Abigail i ja.

W minioną niedzielę rozmawiałam przez telefon z tatą w domu mojej mamy i nie obyło się bez łez, chociaż płakała głównie mama.

Wtedy rozmawiałam z tatą po raz pierwszy od dnia, kiedy zostałam zaatakowana i słyszałam w głosie taty żal, że nie zdołał mnie przed tym uchronić.

To był taki sam smutek i żal, jaki zauważałam, a nawet czasem słyszałam w głosie Billy’ego i Oli’ego, chociaż obaj starali się z tym kryć, by mnie nie smucić.

Próbowałam mu wytłumaczyć, podobnie jak pozostałym mężczyznom, że nie było możliwości, by ktokolwiek mnie obronił, skoro Lucas i jego szajka czaili się na mnie i na Abi przez tak długi czas, jak teraz wiedzieliśmy, że to robili.

Dobrze się stało, że przynajmniej Abi była bezpieczna.

Natomiast tego dnia rano przyszło mi do głowy, że powinniśmy zaprosić na świąteczny obiad również Helenę i Oli’ego i właśnie wzięłam telefon do ręki, by zaproponować to mojej mamie, kiedy myślałam o tym, za jak wiele rzeczy chciałabym podziękować w tym roku.

Przede wszystkim za Billy’ego.

Obecność tego wspaniałego mężczyzny w moim życiu oznaczała nie tylko to, że miałam dom, rodzinę, poczucie bezpieczeństwa i miłość, ale też obecność Jacka, którego kochałam całym sercem.

Billy dbał o nasz komfort na każdym kroku, co udowodnił dobitnie w kolejnych dniach po tym, jak Lucas włamał się do naszego domu z zamiarem zabicia mnie i został zastrzelony przez policjantów.

Mój mąż pojechał razem ze mną do komisariatu, bym mogła złożyć zeznania w jego uspokajającej obecności, chociaż nie musiał.

Sam umówił ekipę remontową, by z korytarza i łazienki na piętrze w ciągu trzech dni zniknęły wszelkie ślady tych okropnych wydarzeń.

Nie musiałam właściwie nic robić.

Już w tamtą sobotę mieliśmy pełen dostęp do naszej sypialni, a Jack spał ponownie w swoim własnym łóżku i korzystał ze swojej łazienki.

A na dodatek Billy umówił mnie i pojechał ze mną, bym spotkała się z poleconym przez policję psychoterapeutą, który miał pomóc mi w uporaniu się ze stratą naszego dziecka.

Bo dbał również o mój dobry sen, o moje samopoczucie psychiczne.

Billy był tam ze mną, więc mogłam powiedzieć jemu i psychoterapeutce, że jego obecność była dla mnie najlepszą formą psychoterapii, ale i tak byliśmy w sumie na trzech spotkaniach, zanim mój mąż uznał, że możemy to dalej wypracować sami.

I zrobiliśmy to.

Wielokrotnie.

Za pomocą fantastycznego seksu.

Billy kochał się ze mną, rządził mną albo robił inne rzeczy, które sam nazywał „szybkimi numerkami” (chyba chodziło mu o to, że był to seks w czasie krótszym niż dziesięć minut).

Był bardzo blisko mnie.

Najważniejsze było to, że czułam się piękna w jego oczach i uwielbiana przez niego, chociaż i tak mówił mi codziennie przed zaśnięciem Kocham cię, Hannah Brown.

Nie ukrywałam, że właśnie to było moim motywem przewodnim, kiedy w ubiegłym tygodniu poszłam do fryzjera, którego tak polecali Alek i Sam, by z tych resztek włosów, jakie miałam utworzył mi prawdziwą fryzurę.

Włosy odrosły mi już prawie do ramion, więc podcięcie ich spowodowało, że układały się w łagodne fale i zasłaniały mi szyję, a po wspaniałej pracy stylisty, nabrały kształtu i wyglądały ładnie.

Billy miał tylko jedną drobną wadę, ale panował nad nią, a były to ataki agresji, co było powodem zniszczenia jednego krzesła w naszej bawialni.

Kochający mnie mąż tak się przejął tym, że zostałam zaatakowana i że wpadłam w śpiączkę, że rzucał różnymi rzeczami, jakie znalazł w naszym domu i rozbił to krzesło na drzazgi.

Opowiedział mi o tym, bardzo skruszony, kiedy zapytałam go o brakujące krzesło, ale ja go rozumiałam, bo po prostu mnie kochał.

To nie był powód do zdenerwowania z mojej strony.

Wręcz przeciwnie, dziękowałabym za to przy świątecznym stole, bo był to dla mnie dowód jego miłości.

Wraz z początkiem grudnia miałam wreszcie wrócić do pracy w szkole, za co też byłam wdzięczna, bo uwielbiałam to i wprost nie mogłam się doczekać, żeby stanąć przed klasą pełną dzieci z ich pasjami, humorkami, radościami i problemami.

Byłam wdzięczna za cudowne życie, jakie miałam i za możliwości, jakie się przed nami otwierały, skoro Billy zaczął wierzyć w siebie.

Stało się to za sprawą naszych przyjaciół.

Niedawno byliśmy na wystawie prac Alexa.

Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że był tak uzdolnionym malarzem.

W czasie eventu na otwarciu wystawy jego obrazów w pewnej galerii sztuki, na który zostaliśmy zaproszeni wraz ze wszystkimi przyjaciółmi, dowiedziałam się również, że remontu w naszym domu dokonała ekipa Sophie, bo miała ona swoją firmę budowlaną.

Również była uzdolnioną artystką, bo jej firma nie była po prostu jedną z tych, co budowały domy, ale była wyjątkową, skoro sama Sophie projektowała domy nietypowe, wyjątkowe i dopasowane do wymagań klientów.

Widziałam w Internecie kilka domów zbudowanych według jej projektów i wszystkie były zapierające dech w piersi.

Ale wizyta na otwarciu wystawy prac Alexa uświadomiła Billy’emu, że można być męskim mężczyzną, dominującym mężczyzną, a przy tym być wrażliwym artystą.

Dlatego właśnie teraz w najbliższą sobotę w Piwnicy miał się odbyć recital Billy’ego dla naszych przyjaciół.

Mój mąż pozwolił mi na zaproszenie tam przyjaciół, których chciałam zaprosić na jego występ.

Nie ukrywałam swojego podekscytowania, wręcz szczęścia z powodu możliwości pochwalenia się przed nimi talentem mojego męża.

Powiadomiłam już wszystkich, których chciałam powiadomić, wszyscy potwierdzili chęć przybycia, posłuchania występu Billy’ego i zebrała się ich duża grupa, więc poprzedniego popołudnia, kiedy Billy był w pracy, a ja jechałam swoim Jeepem po Jacka do szkoły, by odebrać go po spotkaniu redakcji gazetki szkolnej, pojechałam do Piwnicy, by poinformować Tony’ego, że musiał spodziewać się najazdu licznych gości w swoim lokalu.

Nie zdziwiło mnie to, że się ucieszył.

Tony zaproponował, że na ten wieczór zamknie Piwnicę i udostępni ją wyłącznie naszym gościom, ale nie zgodziłam się.

Nie chciałam, żeby poniósł straty z tego tytułu, że mieliśmy tam się spotkać w naszym gronie, chociaż Tony wyglądał na kogoś, kto raczej cieszył się, że Billy miał grać dla swoich przyjaciół.

A jeśli chodziło o Jacka, to młody był swoistym bohaterem wśród swoich kolegów (i koleżanek) po tym, jak wrócił do szkoły z zabliźniającą się raną po postrzale na ramieniu.

Można więc było stwierdzić, że nawet to obróciło się w coś dobrego, bo nie było już tych łobuziaków, którzy dokuczaliby mu w podły sposób, skoro była bardzo duża grupa uczniów podziwiająca go za to, co przeżył.

Jack na szczęście nie obrósł w piórka, nie chodził w chwale, ale nadal pilnie pracował nad swoim talentem.

Napisał piękną recenzję z eventu Alexa, która ukazała się na oficjalnej internetowej stronie tej galerii, w której to spotkanie się odbywało.

Jack napisał również piękny artykuł do szkolnej gazetki na temat budownictwa historycznego i tradycyjnego w SLC, co stało się po jego spotkaniu z mamą Alexa i miał on ukazać się w najbliższych dniach.

Jack i pani Whitman poznali się na otwarciu wystawy obrazów Alexa i kobiecie tak się spodobała pasja młodego, że poprosiła mnie o przywiezienie go pewnego dnia do muzeum, w którym pracowała, by mogła udzielić mu obszernego wywiadu.

Więc mogłam być wdzięczna również za to, że poznawaliśmy coraz więcej wspaniałych ludzi, dzięki którym nasze życie stawało się bogatsze.

Smuciło mnie kilka rzeczy, ale nie można było mieć wszystkiego.

Nauczyłam się już dawno temu, że bywały gorsze dni, a czasem bywały rzeczy, na które nie mieliśmy wpływu i nie należało się smucić, jeśli nie dało się wyciągnąć z nich czegoś dobrego.

Najsmutniejszym było oczywiście to, co działo się z moją siostrą, Lucy.

Zakończył się jej proces i została skazana, więc wiedzieliśmy, że nie wyjdzie z więzienia przez następne dwadzieścia pięć lat, a, jeśli nie da powodu do wcześniejszego zwolnienia, może nawet przebywać w nim dłużej.

Nie byłam w stanie wyobrazić sobie tego, jak miała tam wychowywać swoje dziecko, ale Billy poprosił mnie, żebym nie zastanawiała się nad tym, więc starałam się o tym nie myśleć.

Druga z moich sióstr również dawała mi powody do smutku, chociaż w sposób cichy, skryty i mimowolny.

Abi chodziła przygaszona, chociaż starała się to ukryć.

Uśmiechała się w taki sztuczny wymuszony sposób, jakiego nigdy u niej nie widziałam.

Myślałam o tym, że jej serduszko było złamane z nieznanego mi powodu (bo nie chciałam podejrzewać agenta Tracker’a, że to zrobił), ale była bardzo młoda, więc mogła się jeszcze z tego wyleczyć, więc po prostu ją obserwowałam.

Kiedy miałaby ochotę, potrzebę i czas, mogłaby się mi wyżalić, wypłakać, a być może poradzić się mnie, jak to dawniej robiła.

Czekałam.

Abel ucieszył się, że zaglądałam do niego, ale on też się ode mnie odsunął.

To z kolei było zrozumiałe, bo był małym chłopczykiem, który poczuł się opuszczony, skoro nie wiedział, dlaczego nie przychodziłam do niego i przez kilka tygodni nie dawałam znaku życia.

Nie rozumiał tego.

Ale był radosnym dzieckiem, które było otoczone miłością, więc wierzyłam, że niedługo znowu nawiążemy jakąś więź.

- Halo? - zabrzmiał w słuchawce jak zwykle cichy i niepewny głos mojej mamy, która nie nauczyła się sprawdzania imienia rozmówcy przed odebraniem przychodzącej rozmowy.

- Dzień dobry, mamo - przywitałam się z nią, starając się brzmieć ciepło i łagodnie - Tu Hannah.

Mama bardzo przeżywała to, co się stało z Lucy i Lucasem, więc zarówno ja jak i Abi starałyśmy się dać jej powody do uśmiechu i nie mówiłyśmy z nią o problemach, jakie niosło nasze życie.

- Mamo - zaczęłam przedstawiać jej swoją propozycję - Co ty na to, byśmy zaprosili do ciebie na obiad na Thanksgiving Helenę i Oli’ego?

*****

Sobota wieczorem

- Kurwa! - wściekle warknął Billy, który stał obok mnie, a ja się wzdrygnęłam na to słowo - Czemu ja się na to zgodziłem?

Mój mąż nie był zły, ale zdenerwowany.

Byliśmy w Piwnicy, staliśmy we dwójkę na uboczu przy kontuarze, a całe znane mi pomieszczenie było tak wypełnione, że niektórzy ludzie siedzieli po dwie osoby na krzesełku.

Przyjaciele się postarali, więc dzieci zostały w domu z wynajętymi opiekunkami, a oni przybyli tam, by być dla mojego ukochanego.

Stabilny i nieruchomy David trzymał na kolanach małą Maggie, która podskakiwała z niecierpliwości, Jimmy miał na swoich Evę, która oparła się o jego tors i z zadowoleniem kręciła palcami jednej dłoni lok z włosów z tyłu jego głowy i tylko Helena siedziała na innym krzesełku niż Oli.

Widziałam Alexa z Sophie, Filipa z Anią, Sama i Toma.

Przy barze mignęli mi Alek i Sam, którzy byli z Abi.

Przyjaciele przyszli tam dla mojego męża, a on się tym zestresował.

Ale ja byłam taka dumna.

- Kochanie - szepnęłam - Po prostu bądź sobą.

Wyciągnęłam rękę, by objąć bok jego szyi, a on poddał się mojemu dotykowi, więc wiedziałam, że właśnie tego wtedy potrzebował.

- Anie - wymamrotał - Nie dam rady.

Uśmiechnęłam się delikatnie i postarałam się zajrzeć w jego oczy.

- Dasz radę - powiedziałam tam - Zamkniesz oczy. Wejdziesz do swojego świata i zaczniesz grać.

Wyprostowałam się i wzruszyłam ramionami, kiedy patrzył na mnie, a jego spojrzenie była gorące.

- A potem samo pójdzie tak, jak zwykle - dokończyłam - I wszyscy będą zachwyceni jak zwykle.

- Czym ja sobie na ciebie zasłużyłem? - mruknął mój mąż, a potem przyciągnął mnie do siebie, by wpić się wargami w moje usta - Kocham cię, Hannah Brown - powiedział, kiedy się odsunął.

- Ja ciebie też kocham, Williamie Brown - odparłam lekko zdyszana - A teraz idź tam i skop im tyłki.

- Anie! - zawołał Billy z udawanym oburzeniem - Chyba mam na ciebie zły wpływ - puścił mnie, pokręcił głową niby z rezygnacją, schylił się, wziął gitarę, która stała oparta niedaleko nas o ścianę i poszedł na scenę, nie patrząc na mnie więcej, ale ja też odsunęłam się w kąt baru z uśmiechem na ustach.

Zajęłam taką pozycję, by widzieć i słyszeć mojego cudownego mężczyznę, ale przy okazji móc obserwować przepełnioną salę.

Byłam pewna, że tego wieczoru wszyscy zostaną zauroczeni tak, jak ja byłam, kiedy po raz pierwszy usłyszałam grę Billy’ego, a potem za każdym razem, kiedy to słyszałam od nowa.

Poprzedniego wieczoru Billy zagrał dla mnie i Jacka w naszym salonie.

Dla Jacka zagrał i zaśpiewał Hej Brother, o czym wiedział już, że młody to kochał i uważał (może słusznie) za piosenkę skierowaną bezpośrednio do niego.

A potem Billy zaśpiewał dla mnie.

O, jak piękna jesteś, przyjaciółko moja, jakże piękna!

Usłyszałam to ponownie, a Jack usłyszał po raz pierwszy i trwał przy tym z otwartymi ustami.

Jesteś piękna, ale nie jak te dziewczyny z magazynów.

Jesteś piękna, za sposób, w jaki myślisz.

Jesteś piękna, z powodu błysku w twych oczach,

kiedy mówisz o czymś, co kochasz.

Śpiewał do mnie Billy, patrząc głównie w moje oczy, chociaż czasem zerkał na struny, a dla mnie nie było ważne, że pominął część Proszę, wróć do mnie.

Chociaż było to dla mnie ważne, bo zrozumiałam, że piosenka ta płynęła wprost z serca mojego męża i mówiła to, co właśnie czuł.

Więc byłam piękna w jego oczach.

Byłam mu tak wdzięczna za mówienie tego głośno i raz za razem, że później, kiedy znaleźliśmy się w naszej sypialni, włożyłam choker i poprosiłam go, żeby mnie nie zdominował, ale zniewolił.

- Zwiąż mi ręce - błagałam go, kiedy się opierał.

- Anie - mówił mi Billy, a jego głos był ochrypły z podniecenia - Nie chcę cię skrzywdzić.

- Nie skrzywdzisz - mruczałam jak kotka, jęczałam z desperacji, wiłam się z pożądania - Proszę!

Billy poddał się, a wiedziałam o tym, kiedy skierował się do naszej garderoby, rozkazując mi:

- Rozbierz się do naga i uklęknij na łóżku.

Zanim wrócił, jego rozkaz był wykonany dokładnie tak, jak to lubił.

Kiedy Billy pokazał mi, co przyniósł z naszej szafy, zaczęłam dyszeć, skoro już wcześniej byłam mokra z oczekiwania.

Był to miękki pasek od szlafroka, którego zwykle nie używałam, ale który był gdzieś tam schowany i, najwidoczniej, nie poszedł w zapomnienie.

- Wyciągnij przed siebie ręce - nakazał mi Billy, a potem, kiedy to zrobiłam, skrępował moje obie dłonie z przodu mnie.

- Włóż je sobie między nogi i pieść się - padł kolejny rozkaz, który wykonałam z najwyższą rozkoszą.

Kiedy przy tym jęknęłam, Billy zatrzymał się, a był właśnie w trakcie rozbierania się, i spojrzał na mnie surowo.

- Nie wolno ci dojść! - warknął.

- Tak, panie - wystękałam, pieszcząc się coraz bardziej intensywnie, bo po moich palcach płynęły moje soki.

Kiedy Billy był całkiem nagi, podszedł do mnie, wyrwał moje palce z mojej kobiecości i włożył je sobie do ust, przez cały ten czas patrząc mi prosto w oczy.

Pożądanie, jakie widziałam w jego oczach rozpalało mnie jeszcze bardziej.

- Na plecy, ręce nad głowę i kolana wysoko - rozkazał mi Billy i pomógł mi w wykonaniu tego polecenia, jednocześnie na kolanach wchodząc na łóżko między moje nogi.

A potem wszedł swoją twardością we mnie i było tylko lepiej i lepiej.

Do fantastycznego, odlotowego finału, kiedy oboje krzyczeliśmy swoją rozkosz wzajemnie w swoje usta.

Kiedy wspominając te chwile, stałam pod ścianą Piwnicy, mój mąż usiadł na krzesełku, które stało tam jak zwykle i wziął gitarę na kolana.

Cała sala ucichła i zamarła w oczekiwaniu.

- Witajcie - mruknął Billy do mikrofonu - Jest dzisiaj z nami kilkoro moich przyjaciół - na sali rozległy się szepty i chichoty, ale szybko zamilkły - Ale ten występ dedykuję w całości mojej kochanej żonie, która zawsze we mnie wierzy i mnie wspiera. Kocham cię, Hannah Brown.

O, Boże!

Powiedział to głośno przy wszystkich.

To było nasze, ale ja też chciałam, żeby wszyscy to wiedzieli i nie zamierzałam się z tym kryć, więc, kiedy Billy spojrzał na mnie po powiedzeniu tych słów, przytknęłam dłoń do ust i wysłałam mu buziaka.

Billy uśmiechnął się krótko, trochę nerwowo, a potem skupił się całkowicie na gitarze i mikrofonie.

- Ponieważ wielu z was jest tu po raz pierwszy - mówił - Powiem wam, co będę śpiewał. Na początek mój hymn. Cover grupy Score, który jest moim wyznaniem wiary. A potem coś o was i dla was.

Billy położył dłoń płasko na pudle gitary, opuścił głowę, widziałam, jak brał głęboki wdech, a potem zaczął śpiewać swoje Na, na, na…

Znałam to na pamięć, ale ani trochę mi się nie znudziło.

Mogłabym słuchać tego codziennie do końca mojego życia.

A w tej cudownej chwili patrzyłam na naszych przyjaciół i widziałam zachwyt, zauroczenie, wzruszenie i wiele jeszcze innych, ale wszystkich dobrych uczuć, które pojawiły się na ich twarzach.

Billy grał i śpiewał swoje Legendę, W mojej krwi, Urodzeni do tego, a ja widziałam, jak słowa trafiały wprost do głębi tych mężczyzn, z którymi pracował, a którzy nawet nie wiedzieli, że to na nich się wzorował.

Spojrzałam na swojego mężczyznę.

Bo, słuchając tego, nagle zaczęłam zauważać.

Kiedy kilka miesięcy temu słyszałam to po raz pierwszy, w piosenkach Billy’ego była pasja przesiąknięta gniewem, jakby właśnie postanowił walczyć o to, o czym śpiewał, ale wiedział, że czekała go długa droga i nie do końca wierzył w powodzenie.

Teraz pasja była związana z radością, jakby mu się to udało.

Jakby obecność tych mężczyzn, z którymi pracował, ich akceptacja, były właśnie tym, czego potrzebował, by być pełnym.

Złapałam wzrok Evy, a ona uśmiechnęła się delikatnie do mnie, skinęła głową z aprobatą, więc przechyliłam głowę bokiem w stronę sceny i również się uśmiechnęłam.

Miałam wrażenie, że ona rozumiała mnie doskonale, a na pewno lepiej niż moja własna mama.

Eva wiedziała, czemu czułam dumę z tego, że miałam takiego wspaniałego mężczyznę i dlaczego chciałam mówić o tym wszystkim dookoła na różne sposoby.

*****

Abigail

Cztery tygodnie później

Korytarz za moimi plecami był już prawie pusty, bo wszyscy śpieszyli się do domu w ten ostatni dzień przed feriami.

Otworzyłam z zamka szyfrowego moją szafkę szkolną, by zabrać z niej moje książki i zeszyty na przerwę świąteczną, kiedy zamarłam z zaskoczenia.

Leżała tam gruba, kwadratowa koperta, o jakiej wiedziałam, że musiała mieć w środku folię bąbelkową, więc nie przecisnęłaby się przez szczelinę w metalowych drzwiczkach tej szafki.

Ktoś się do niej włamał, żeby to dla mnie zostawić i kiedy zobaczyłam napis na froncie koperty, wiedziałam kto to był.

Dla mojego Słonecznika.

Tylko On mnie tak nazywał.

Nie miałam od Niego żadnej wiadomości od pięciu tygodni.

Przełożyłam szybko wszystkie książki i zeszyty do mojej płóciennej torby jak wiele innych pomalowanej przeze mnie w kwiaty, złapałam kopertę i zatrzasnęłam szafkę.

Wyjęłam z szafki resztę rzeczy, włożyłam czapkę na głowę, owinęłam się ciepłą kurtą, szalikiem, zarzuciłam torbę na ramię i ruszyłam do wyjścia ze szkoły, by jak najszybciej znaleźć się w moim samochodzie.

Kopertę przez cały czas trzymałam w ręku.

- Hej, Abi - zawołała Ella, jedna z moich koleżanek, mijając mnie w drzwiach wyjściowych - Wesołych Świąt.

- Hej - wymusiłam uśmiech, kiedy jej odpowiadałam - Dzięki. Tobie też.

Ella szła w stronę ulicy, bo przyjeżdżał po nią jej tata, a ja skierowałam się na parking szkolny.

Kiedy wreszcie usiadłam w swoim Chevrolecie, wrzuciłam torbę na siedzenie pasażera i zaczęłam niezdecydowanie kręcić kopertę w palcach.

Chciałam ją otworzyć.

Bardzo chciałam.

Ale trochę się również tego bałam.

Pożegnaliśmy się w obecności innych ludzi bardzo formalnie, oficjalnie i miałam nadzieję, że to nie było pożegnanie.

Przez długie tygodnie czekałam, żeby przyjechał do mnie i powiedział mi, jak bardzo za mną tęsknił, że nie mógł beze mnie żyć, że byłam jego Słonecznikiem, jedynym źródłem kolorów.

Tak jak wielokrotnie mawiał, kiedy byliśmy przez te kilka dni zamknięci w tamtym domu.

Nasycasz świat kolorami - mówił.

Ta koperta wywołała we mnie strach, bo czułam, że to było właściwe pożegnanie na wieki.

Nie chciałam się z nim żegnać.

Serce bolało mnie tak bardzo, że nie mogłam oddychać.

A potem odważyłam się.

Rozdarłam bok koperty, przechyliłam ją i na moją podstawioną dłoń wypadł naszyjnik.

Był to słonecznik.

Wykonany z emalii zatopionej w srebrze, dość duży, jaskrawo żółty, z ciemno zielonymi listkami i brązowym środkiem.

Bardzo realistyczny.

Przepiękny.

Miał doczepiony rzemyk, na którym mogłabym go nosić na szyi i wiedziałam, że to zrobię.

To byłam ja.

W kopercie była też kartka.

List pożegnalny.

Wiedziałam.

Słoneczniku,

Żyj kolorowo. Nadal maluj świat wokół ciebie w barwne kwiaty, jak robisz to każdego dnia. Rozdawaj ludziom piękno swej duszy.

Nigdy tego nie trać.

Może kiedyś się spotkamy, ale nie czekaj.

Po prosu żyj, kochaj i bądź kochana.

W.

Kochałam i wierzyłam, że byłam kochana.

Nie płakałam, chociaż serce mi krwawiło, bo właśnie dotarło do mnie, że to było właśnie to, czego oczekiwałam.

Bałam się tego, ale musiało nadejść.

Mogłam żyć z tym, co mieliśmy.

Moja cudowna Anie miała swoją miłość, chociaż jej nie szukała, więc i ja mogłam mieć swoją, ale miałam wypełnić Jego wolę.

Nie będę czekała.

Będę żyła kolorowo.

Chociaż nadzieja umiera ostatnia.

*****

Billy

Pierwszy dzień Świąt wcześnie rano

Billy wszedł do ich domu po nocnym dyżurze i nie był zaskoczony tym, że jego żona przywitała go przy wejściu do salonu, bo zawsze to robiła.

Choćby nie wiadomo jak się starał, był cicho i parkował nieco dalej, Anie zawsze wiedziała, że on wchodził w drzwi ich domu i czekała tam z pocałunkiem.

Więc przestał się kryć.

Parkował pod oknem ich salonu, tuż obok jej Jeepa i wchodził swobodnie.

Jak teraz.

Podszedł do swojej Anie, objął ją w pasie, schylił głowę i przesunął językiem po naszyjniku zdobiącym jej szyję, a potem przeszli razem do kuchni, gdzie było naszykowane dla niego śniadanie.

Jak zawsze.

Kiedy Billy zjadł, a Anie siedziała na stołku naprzeciwko niego, z brodą podpartą na jednej ręce, której łokieć leżał przed nią na blacie i patrzyła na niego ze szczęściem i oddaniem w oczach, sprzątnęli naczynia do zmywarki i przeszli schodami do sypialni.

 Billy zatrzymał swoją żonę na środku pokoju, by dać jej swój prezent gwiazdkowy, który miał dla niej schowany w swojej szufladzie pod skarpetkami.

Poszedł po niego, wcześniej prosząc, by się zatrzymała tyłem do łóżka.

- To coś, co jest również dla mnie - wyjawił Anie, kiedy wrócił do niej z pudełkiem, którego nie miał obwiązanego kokardą, bo chciał sam wyjąć to, co się w nim znajdowało.

Billy posadził Anie na brzegu łóżka i patrzył jej w oczy, trzymając wciąż nie otwarte pudełko w obu dłoniach.

- Już dawno tego pragnąłem - powiedział cicho, obserwując jej reakcje - Ale kiedy ty poprosiłaś, żebym cię zniewolił, błagałaś, żebym cię związał, postanowiłem pójść o krok dalej. Dla nas.

Billy otworzył pudełko i odłożył pokrywkę na łóżko obok Anie.

- Najpierw cię rozbierzemy - powiedział do swojej żony, a jego głos zdradzał jego podniecenie.

Anie nie miała na sobie jednej ze swoich koszulek, co było dziwne, zważywszy na to, że włożyła choker, ale Billy się tym nie przejął.

Po prostu zdjął z niej wszystko, w co była ubrana i posadził ją nagą z powrotem na łóżku.

Wziął do ręki jej prawą rękę i wyjął pierwszy przedmiot.

Był to szeroki, czarny, skórzany mankiet, wyłożony od strony ciała czerwonym welurem, zapinany na dwie metalowe sprzączki.

Billy zapiął go starannie na nadgarstku Anie i spojrzał jej w oczy.

Kurwa, tak!

Podnieciła się!

Lekko wyprostowała plecy, rozchyliła usta, a jej oczy rozbłysły.

Billy uśmiechnął się w duchu do siebie.

Mógł się założyć, że, gdyby włożył jej palce między nogi, poczułby wilgoć.

Dokładnie tak to sobie wyobrażał, o tym marzył.

Wyjął drugi mankiet i zaczął go zapinać na drugim nadgarstku swojej żony, a ona opuściła głowę i patrzyła tylko na swoje ręce, dysząc przy tym płytko i szybko, jakby chciała jęczeć z niecierpliwości.

Billy skończył, przełożył obie ręce Anie do tyłu i złożył je tak, by musiała trzymać się za łokcie, kiedy spinał jej ręce razem na plecach.

Kiedy dokończył robić to jedno, odsunął się, spojrzał na nią, poczuł, jak nieuchronnie stwardniał i warknął cicho.

- Kurwa, jaka piękna.

Anie zadrżała, ale pozostała wyprostowana.

Sutki jej stwardniały.

Jej włosy nadal były zbyt krótkie, by zakryć jej cycki, ale i tak wyglądała niesamowicie podniecająco.

Billy sięgnął ponownie do pudełka, stojącego na łóżku, wyjął z niego kolejne mankiety i uklęknął, by zapiąć je na kostkach u nóg swojej kobiety.

Potem odszedł na dwa kroki, rozebrał się szybko i niechlujnie, a przy tym rozkazał:

- Uklęknij przy łóżku.

Wykonała to bez wahania, więc Billy wiedział, ze podobała jej się perspektywa takiej zabawy.

Zaczął od oglądania, jak jego słodka Anie z pełnym oddaniem lizała i ssała jego spragnionego kutasa, kiedy trzymał dłoń na jej głowie.

Potem wciągnął ją na ich łóżko, rozpiął ręce, położył na plecach i spiął jej nadgarstki z kostkami.

I znowu oglądał.

Tym razem było to jej błaganie, wicie się i jęki, kiedy wilgoć wręcz zalewała jej kobiecość.

A potem się nią zajął.

Zajęło im to chwilę, ale zakończyło się spektakularnym spełnieniem.

Billy po raz kolejny nasycił się ciałem swojej żony i dziękował Chrystusowi za to, że On postawił tę cudowną kobietę na jego drodze.

Byli idealnie dopasowani.

*****

Dwie i pół godziny później

Billy obudził się, kiedy Anie zaczęła się podnosić z łóżka i od razu wiedział, że nadeszła pora na rozpoczęcie ich dnia.

To miały być ich pierwsze Święta spędzone razem jako rodzina.

Jack nie rozpakował żadnego prezentu poprzedniego dnia, bo powiedział, że chciał to zrobić w obecności ich obojga, więc Billy wiedział, że młody już wstał lub wstanie lada chwila, z niecierpliwością wyczekując możliwości rozpakowania swoich prezentów.

Nie dziwił mu się.

Cieszył się tym razem z nim.

Kiedy dwa dni wcześniej pojechali we dwóch po choinkę i potem we trójkę zaczęli ją ubierać, Billy poczuł do głębi swoich wnętrzności, czego im obu brakowało w życiu.

A Anie zaszalała.

Udekorowała nie tylko choinkę, ale również cały ich salon, bawialnię, a także wejście do domu tysiącem lampek, bombek, gałązek i gwiazdek.

Jakby chciała uzewnętrznić całe szczęście, jakie czuła w związku z tym, że miała swój dom i miała dla kogo przygotowywać Święta.

Na świąteczny obiad tego dnia byli zaproszeni nie tylko Kate i Abi Sensible z małym Ablem, ale również Oli i Helena.

Billy był pewien, że Anie poprzedniego dnia stała przy kuchni, by gotować, piec i mieszać to, co mieli tego dnia zjeść.

- Billy - usłyszał jej cichy głos, kiedy wyszedł z ich wgłębionej szafy z ubraniami na ten dzień naszykowanymi w ręku, bo mieli iść pod prysznic.

Anie stała tam, w ich sypialni, z rękoma za plecami i patrzyła na niego dziwnie, jak nigdy dotąd nie patrzyła.

Billy spiął się, ale to, co było w jej twarzy, nie było złe.

- Mam dla ciebie prezent - powiedziała jego żona, wyjmując zza pleców białe pudełko, obwiązane czerwoną wstążką.

- To coś, co jest również dla mnie - powtórzyła jego słowa sprzed paru godzin, a Billy zmarszczył brwi, nie mogąc się domyślić, co mogłoby to być.

Wziął do rąk pudełko, zerknął na Anie, która przyglądała mu się w napięciu, ale z uśmiechem i zagryzła dolną wargę.

Odwiązał wstążkę, zdjął pokrywkę, odsunął białą bibułkę i zobaczył malutkie białe buciki.

Wyjął je palcami jednej ręki, rzucił pudełko na podłogę obok siebie, a potem podniósł wzrok na swoją żonę i wziął dużo powietrza do płuc, które nagle stały się lekkie.

- Tak? - zapytał na wydechu.

- Tak - Anie powiedziała i jednocześnie skinęła głową - Początek szóstego tygodnia. Byłam u lekarza.

Billy jednym dużym krokiem znalazł się tuż przy niej, by owinąć ją ramionami i wziąć jej usta w głębokim pocałunku.

Potem przycisnął głowę swojej żony do swojej piersi, kiedy swoją głowę włożył w jej odrastające włosy.

- Więc się cieszysz? - zapytała Anie, a on się zaśmiał.

Ale nie był to pełen, swobodny śmiech, bo jednocześnie dławiły go łzy wzruszania.

- Tak, piękna - wyszeptał na końcu - Cieszę się.

I cieszył się jak cholera nie tylko dlatego, że Anie miała być szczęśliwa, ale również dlatego, że kilka miesięcy wcześniej on też to stracił i wreszcie oboje mieli to odzyskać.


 

2 komentarze: