Prolog
Ona
Salt Lake City
-
Przepraszam wszystkich - odezwał się do mikrofonu mój tata, stając obok
stanowiska DJ’a - Mam dwa słowa do przekazania i nie będę Wam dłużej
przeszkadzał w zabawie.
Tego
dnia, jak zwykle to robiliśmy w naszej rodzinie (czyli w dużym gronie
przyjaciół i radośnie), obchodziliśmy moje dwudzieste urodziny i rodzice
zorganizowali dla mnie przyjęcie w salonie, jadalni i na tarasie naszego domu.
Stałam
w centrum uwagi w naszym salonie, byłam ubrana z piękną, nową sukienkę, która
była dopasowana na mnie w talii i biuście przez krawcową, sięgała mi tuż za
kolano, i była urocza, a przynajmniej ja tak myślałam.
Była
w pięknym odcieniu błękitu, pokryta białymi, dużymi grochami, miała wąski biały
kołnierzyk, białe mankieciki przy rękawkach i biały pasek, a od góry do pasa
była zapinana na białe guziki.
Miałam rozpuszczone włosy, które sięgały mi do pupy, a które mama odsunęła mi od
twarzy dwoma warkoczykami, które zaplotła mi na skroniach.
Byłam
bardzo szczęśliwa.
Miałam
dużą, kochającą się rodzinę i nasze
życie było proste, poukładane, wręcz szczęśliwe, chociaż wtedy ja na czekałam na coś więcej.
Ot,
takie głupie, romantyczne mrzonki od-tego-dnia-już-nie nastolatki, która nie
znała życia.
Mieliśmy
bardzo duży dom, w którym była duża kuchnia, jadalnia, salon i bawialnia, a każda
z nas miała swój duży pokój, więc mogę spokojnie powiedzieć, że nie wiedziałyśmy,
co to oszczędzanie i konieczność liczenia się z każdym groszem, zwłaszcza, że
dom otaczał duży trawnik, na którym mogliśmy się bawić, grać i spotykać z
naszymi przyjaciółmi na przyjęciach takich jak to.
Nasz
tata utrzymywał nas wszystkich, moje trzy siostry i naszego małego braciszka i początkowo
tylko on pracował zarobkowo, więc codziennie rano wychodził z naszego domu,
podczas gdy mama zostawała w nim i zajmowała się nami, dziećmi, a także
sprzątaniem, praniem i wszystkim, czym należało się zająć w domu, by powitać
go, wracającego z pracy, czule i z miłością.
Mieliśmy
licznych przyjaciół, naszą dużą, zżytą społeczność, nasze zasady.
Moja
o dwa lata starsza siostra, Ewa, pracowała wtedy już od trzech lat jako
kelnerka na pełen etat i po ukończeniu liceum nie chciała się dalej uczyć, bo
jej największym marzeniem było małżeństwo, założenie własnej rodziny, miły dom
z ogródkiem i dzieci.
Chciała
być taką kobietą, jaką była nasza mama.
Dokładnie
tak, jak zostałyśmy wychowane w tej społeczności, w której kobieta powinna
słuchać mężczyzny - najpierw taty, a potem męża.
Ja
też nie miałam nic przeciwko temu.
W
byciu kelnerką Ewie nie chodziło o to, że lubiła pracować wśród ludzi,
zwłaszcza wśród mężczyzn, chociaż naprawdę dobrze umiała rozmawiać ze wszystkimi i zawsze była uśmiechnięta i
pogodna.
Często
się śmiała, była śliczna, miła i wszyscy ją lubili.
Po
prostu nasi rodzice dbali o to, byśmy wszystkie miały dobry start w dorosłe,
prawdziwe życie, więc kazali nam odkładać jak najwięcej się dało pieniędzy na
nasz posag.
Więc
każda z nas pracowała w domu, od kiedy tylko mogła wykonywać jakieś obowiązki,
poza domem, jak tyko było to możliwe i właściwe lub uczyła się, by w
przyszłości zarobić więcej.
W
naszej rodzinie to ja byłam ta skryta,
nieśmiała i studiowałam w college’u, by zostać nauczycielką języka angielskiego
młodszych dzieci, bo marzyłam o tym od zawsze,
więc rodzice postarali się o częściową odpłatność mojej nauki, kiedy udało mi
się uzyskać częściowe stypendium, bym mogła zrealizować moje marzenie.
Nawet
jeśli niektórzy z naszych znajomych kręcili głowami i mówili naszym rodzicom,
że to nie było właściwe.
Wiedziałam,
że nasi rodzice przeznaczyli dla moich sióstr na ich posagi w formie gotówki tę
samą kwotę, jaką wydali na moją edukację.
Miałam
jeszcze dwie młodsze siostry, Abi i Lucy, oraz malutkiego braciszka, Abla, więc
nasza mama miała co robić, żeby dom i rodzina funkcjonowały dobrze, sprawnie i
żeby wszyscy byli szczęśliwi.
I
tacy byliśmy.
Szczęśliwi.
-
Chciałbym wznieść toast za zdrowie mojej drugiej córki, Hannah - powiedział
tata i uniósł kieliszek, w którym wyjątkowo z tej okazji był alkohol, szampan
lub raczej wino musujące, bo zwykle w naszym domu nie bywało żadnego alkoholu,
nawet piwa.
-
Hannah, podejdź tutaj - mówił tata, więc uśmiechnęłam się do koleżanek, z
którymi rozmawiałam i odeszłam od nich, by dołączyć do taty na małym
podwyższeniu - Jak wiecie, ta oto moja druga córka wkrótce ukończy college i
zostanie nauczycielką - kontynuował tata, kiedy do niego dotarłam - Może to
będzie nieskromne, ale to po prostu fakt - część osób się roześmiała, ale
miałam dziwne wrażenie, że nie był to szczery śmiech - Mam cztery piękne córki,
każda z nich jest dokonałbym materiałem na żonę, co możecie stwierdzić, bo to
one gotowały i piekły te pyszności, które dzisiaj jecie… - to spotkało się z
pomrukiem potwierdzającym jego słowa - wspaniałą żonę i syna. Więc teraz
chciałbym również podziękować Bogu za wszystkie błogosławieństwa, jakimi mnie
obsypał. Proszę, pomódlcie się za to ze mną.
Spojrzałam
przelotnie na schylające się głowy, kiedy w pomieszczeniu zapadła krótka cisza,
a potem również pochyliłam swoją, by podziękować Bogu za całe dobro, jakie nas
otaczało.
Mieszkaliśmy
naszą rodziną w tym samym mieście, co mieszkali od lat nasi przodkowie, chociaż
nie mamy tu kuzynów, nikogo z naszej krwi.
Żyjemy
w ten sam sposób, co przodkowie i według tych samych, znanych od wieków i
bezpiecznych, zasad.
Podążamy
utartym szlakiem.
Więc
wiedziałam jedno.
Nie
byłam piękna, mądra ani zdolna, nikim wyjątkowym, ale w naszym kręgu byłam
wybrykiem natury, dziwadłem, które marzyło o czymś, czymś wielkim, nawet, jeśli nie wiedziałam, co to było i
wiedziałam, że to było nierealne.
Moi
rodzice wyposażyli mnie we wszystko, bym myślała inaczej, ale nie zostałam
nawet wychowana tak, by poszukiwać czegoś specjalnego, bo od kiedy pamiętałam
żyliśmy naszą rodziną w tej samej społeczności, w której wszelkie dobra były
wspólne, a małżeństwa były aranżowane, żeby były jak najbardziej korzystne i właściwe.
Mówiono
mi zawsze (w szkółce niedzielnej, w kręgu przyjaciółek), że dobro innych jest
ważniejsze niż moje, a nade mną jest coś większego, lepszego i piękniejszego, czemu
powinnam się podporządkować.
Ale,
głupia ja, pomimo wszelkich znaków na ziemi i niebie, śniłam o kimś, o czymś co
byłoby tylko moje, specjalne.
(…) jak trudno jest zaspokoić (…) błahostkami
nienasycone pragnienia ludzkiego serca - powiedziałaby Lady Ashby.
Czytałam
wtedy pasjami stare powieści romantyczne, więc jestem i zawsze byłam marzycielką,
bujającą w obłokach, co zawsze doprowadzało do szału moją mamę, bo powodowało
„awarie” w wykonywanych przeze mnie obowiązkach domowych.
Opóźniony
obiad był z nich najmniej uciążliwy.
Z
tego i nie tylko z tego powodu moi rodzice, duszpasterz i znajome mamy upominali
mnie i sprowadzali „na ziemię”.
Ale
ja nadal czytałam (z pasją godną wyższego celu) kolejne powieści romantyczne,
chociaż nigdy nie sięgałam po te nowoczesne, więc wczuwałam się w rolę głównie
dziewiętnastowiecznych bohaterek i śniłam na jawie ich wspaniałe przeżycia.
Byłam
bardziej emocjonalna i romantyczna jak Marianna Dashwood niż rozważna i poważna
jak Eleonora Dashwood, chociaż w pewnym momencie musiałam stać się rozsądna i odpowiedzialna
jak Elizabeth Bennet, skoro miałam mieć męża i dzieci.
Chociaż
nigdy nie chciałam być niezrozumianą
sierotą, jak Jane Eyre, bo lubiłam to, że mieliśmy naszą rodzinę, że kochaliśmy
się nawzajem i byliśmy w niej szczęśliwi.
Dlatego
podczas mojego przyjęcia urodzinowego rozmawiałam z przyjaciółkami, ale nie
byłam pewna, czy którakolwiek z nich mnie chociaż odrobinę rozumiała, bo ich marzenia
były tak różne od moich.
Nadal
myślałam wciąż, że to wszystko, co mieliśmy będzie trwało, bo byliśmy dobrymi
ludźmi i po prostu nam się to należało.
Byłam
w takim ogromnym błędzie.
Wkrótce
potem dzieciństwo się dla mnie skończyło.
*****
Dwa lata później…
Odbyło
się przyjęcie w moje następne urodziny, kiedy skończyłam dwadzieścia jeden lat,
a zaraz potem wszystko się skończyło, albo może rozpoczął się koniec znanego mi świata.
Był
to czas, kiedy wydawało się, że nic
już nigdy nie będzie dobre, że nasza
rodzina przestanie istnieć, że nie mogłam już oczekiwać w życiu niczego dobrego
dla siebie.
Prawie
rok temu bowiem, zaledwie kilka dni po przyjęciu z okazji moich urodzin moja
piękna, pogodna, starsza siostra została mocno pobita i brutalnie zgwałcona
przez kilku mężczyzn, kiedy wracała późnym wieczorem samotnie z pracy do domu.
Przez
jakiś przypadek spóźniła się minutę na swój autobus, przez inny przypadek nie
było w pracy koleżanki, z którą zwykle wychodziła, więc Ewa samotnie czekała na
przystanku autobusowym.
Nie
poznałam szczegółów, bo moi rodzice starali się chronić nas, dziewczęta, przed życiem,
ale wiedziałam, że w nocy ktoś zadzwonił do taty z pogotowia, a potem wszystko
potoczyło się szybko i to nie w dobrym kierunku.
Moja
piękna Ewa otrzymała wszelką pomoc w szpitalu, a potem zaproponowano jej pomoc
psychologiczną, ale w naszej społeczności i w naszej rodzinie załatwiało się
takie sprawy we własnym gronie.
Ksiądz
rozmawiał z nią, podobnie jak rodzice, rozmawiali z nią przyjaciele ze
zgromadzenia, a potem okazało się, że rozmowy objęły również resztę rodziny, bo
wszyscy tego potrzebowaliśmy.
Miesiąc
później dowiedzieliśmy się, że sprawców ujęto, ale za naszą sprawą (lub może z
naszej winy) nie zostali postawieni przed sądem, bo nasze społeczeństwo
przychylało się do zasady „nadstaw drugi policzek”.
Najlepszym
sposobem na zaznanie w życiu szczęścia jest niesienie innym dobra i całkowite
odrzucenie nienawiści,
jak powiedziałaby Agnes Grey.
Wtedy
się z nią zgadzaliśmy, więc nikt nie złożył skargi.
Kolejne
dwa tygodnie później okazało się, że moja siostra była w ciąży.
Nie
pozwolono jej usunąć, bo „każde życie jest cenne”, a na dodatek została przez
„przyjaciół”, „braci i siostry w wierze” napiętnowana, gdy w ogóle wspomniała o
takiej możliwości.
Dwa
miesiące później moja śliczna, dobra Ewa popełniła samobójstwo.
Nasz
tata załamał się, ale zrobił to tak, jak robili to mężczyźni, którzy czuli się
odpowiedzialni za swoje rodziny, więc postanowił wymierzyć sprawiedliwość i przypadkowo
przy tym zabił jednego z gwałcicieli mojej siostry.
Więc
jego też poniekąd straciliśmy.
Po
krótkim procesie tata został osądzony i skazany za to, co zrobił, chociaż
uznano to za zbrodnię w afekcie i nieumyślne spowodowanie śmierci, bo strzelił do
tamtego, a nawet nie umiał trzymać pistoletu.
Tamten
jednak zmarł.
Nadal,
chociaż tata dostał łagodny wyrok tylko pięciu lat więzienia, stał się stale
nieobecny w naszym życiu.
Po
powrocie z sądu, kiedy usłyszeliśmy wyrok, weszliśmy do domu, udawaliśmy przed
sobą, że zjedliśmy kolację, a potem poszłam do swojego pokoju i upadłam na
kolana przy moim łóżku.
Wiedziałam,
że tata z mamą ustalili, że sprzedadzą nasz dom, samochód, kupią mniejszy domek
w innej dzielnicy i mama będzie z nami żyła z procentów tego, co odłożą na
koncie.
Naszym
męskim opiekunem został Olgierd, przyjaciel taty, jeden z niewielu, którzy nie
odwrócili się od nas po stracie, która nas dotknęła.
Olgierd
był silny, spokojny, stanowczy, opiekuńczy i dobrze zorganizowany, a do tego
był kapitanem zespołu strażaków z FS 13, więc mogłam powiedzieć, że miał
doświadczenie w radzeniu sobie w różnych sytuacjach i różnymi ludźmi.
Obserwując
go, czasem obawiałam się, że nie miał cierpliwości do mojej mamy, ale, na szczęście,
nie opuścił nas.
Mama
narzekała przy każdej okazji i do każdego, kto chciał słuchać, a ja, próbując
zachować równowagę w domu, starałam się uśmiechać.
To
wszystko sprawiło, że nie miałam czasu dla moich książek, co było dobre, bo nie
rozpraszałam się.
Ale
to wszystko nie zmieniało faktu, że teraz to ja byłam tą najstarszą z naszego rodzeństwa,
a nasza mama była jedynym obecnym na co dzień rodzicem, który się nami
opiekował w domu.
-
Proszę, Boże - modliłam się tamtego okropnego dnia - Daj mi siłę, by przetrwać
te straty, którym raczyłeś w swojej mądrości mnie doświadczyć. Pomóż mi znaleźć
sposób na uratowanie tego, co zostało z naszej rodziny i poprowadzenie mojego
rodzeństwa ku dorosłości.
Nie
byłam pewna, czy mi się to udało, ale starałam się.
Był
wczesno marcowy wieczór, kilka miesięcy po tamtych wydarzeniach, a ja następnego
dnia miałam wyjść do pracy, jak zwykle to robiłam w ciągu roku szkolnego i właśnie
korzystałam z mojej małej chwili na odpoczynek.
Siedziałam
na swoim łóżku pochylona nad grubym, w większości zapisanym, brulionem z
czarnym długopisem w prawej dłoni.
Moja kochana
Ewuniu
- pisałam -
Właśnie skończyłam
dwadzieścia dwa lata i nie obchodziliśmy hucznie ani radośnie moich urodzin,
ale nikt nie miał do tego siły ani na to ochoty.
Jak wiesz, bo
piszę te listy do Ciebie kilka razy w tygodniu, pracuję od roku w szkole
podstawowej jako nauczycielka języka angielskiego, co kocham. A po pracy zwykle
pomagam mamie, bo ma bardzo dużo zajęć przy Ablu. Więc tak, jestem trochę
zmęczona, ale głównie smutna, bo nie ma Cię z nami.
Moje urodziny były
kolejną okazją do wspominania tego, jak Cię zostawiłam z Twoim problemem. Jaka
ja byłam egocentryczna i zamknięta w sobie, że nie zauważyłam tego, co się z
Tobą działo.
Moja kochana,
biedna Ewuniu, kiedy wspomnę, co musiałaś przeżywać, zostawiona sama sobie z
tym ciężarem, kiedy wszyscy dookoła Ciebie myśleli, że wiedzą lepiej, co czułaś
w głębi swojego złamanego serca.
Ale obiecałam
sobie, że będę znajdowała dobro wokół mnie.
Więc myślę, że
dobre jest to, że nauczyłam się wreszcie patrzeć na ludzi i słuchać ich. Widzę
dzieci i ich problemy. Sądzę, że lubią ze mną rozmawiać. Bardzo dużo rozmawiam
z Abi…
Podniosłam
głowę znad listu, jaki pisałam.
Jednego
z tych, których nie miałam zamiaru wysłać, bo nie dało się ich wysłać, skoro
ich adresatką była moja nieżyjąca, starsza siostra.
Myślałam
o tym, co zaczęłam pisać.
Moja
młodsza o dwa lata siostra, Lucy, była drugą oprócz mnie zarabiającą w naszym domu
(jako kelnerka na pół etatu w barze śniadaniowym, bo mama nie zgodziła się na
jej pracę wieczorami), bo ona również nie chciała się uczyć po liceum, więc można
powiedzieć, że naśladowała Ewę.
Lucy
skończyła już dziewiętnaście lat, dochodziła do dwudziestu i miała
narzeczonego.
Ich
ślub był zaplanowany na wrzesień.
Najmłodsza
z nas, siedemnastoletnia Abigail, pracowała tylko w weekendy i uczyła się w
liceum, a mama prowadziła nasz dom, często przebywając w nim z naszym
czteroletnim braciszkiem, który spędzał tylko kilka godzin dziennie trzy razy w
tygodniu w przedszkolu.
Ale
bardzo dobre było to, że mieszkaliśmy teraz w małym domku, więc było mało do
sprzątania, z małym ogródkiem, więc nie było w nim wiele pracy i rachunki do
zapłacenia też nie były wysokie.
Mnie
ten ostatni rok nauczył jednego.
Nauczyłam
się czerpać radość z małych rzeczy, bo duże mogły nigdy nie nadejść, więc nie
należało ich oczekiwać.
Ale
dla moich sióstr, brata i dla mamy starałam się być pomocna, silna i pogodna,
więc zawsze wskazywałam dobrą stronę dnia.
Moje
motto brzmiało:
„Codziennie
chociaż jedna dobra myśl i nie martwić się na zapas”.
„Jeśli problem jest do rozwiązania
i możesz coś zrobić, nie ma potrzeby by się martwić. Jeśli
nie jest możliwy do rozwiązania, martwienie się nie pomoże”
- powiedział Dalajlama.
*****
On
Dzieciństwo
Billy’ego było do dupy, ale, szczęśliwie, skończyło się.
Nie
był to okres w jego pieprzonym życiu, który chciałby pamiętać, więc cholernie
wymazał go ze swoich myśli tak dokładnie, by nie nawiedzały go żadne
popieprzone sny na ten temat.
Jednak
coś mu pozostało.
Najwcześniejszym
jego wspomnieniem było to, jak siadywał na dachu nad gankiem, gdzie mógł wyjść
przez okno ze swojego cholernie ciasnego, diabelnie gorącego pokoju na
pieprzonym poddaszu, kiedy uciekał ze swojej pieprzonej brudnej chaty przed
odgłosami kolejnej awantury, niekontrolowanej, szalonej imprezy lub dzikiego seksu
(a może raczej pieprzenia się) i wsłuchiwał się w dźwięki dochodzące z
sąsiedniego domu.
Melodyjne,
ciche dźwięki zwykłej gitary akustycznej, które dawały mu uczucie spokoju,
poruszały w nim coś, co zapamiętał na długo.
Jedna
z cholernie niewielu dobrych rzeczy w jego gównianym życiu.
Billy
mieszkał sam, odkąd skończył osiemnaście lat i mógł to robić oficjalnie, ale
już wcześniej był samodzielny.
Całkowicie.
Zarabiał
na swoje utrzymanie od piętnastego roku życia, robiąc rzeczy, z których nie był
dumny, bo inaczej nie miałby co jeść ani w co się ubrać.
Wcześniej
zdarzało mu się głodować, chodzić w łachmanach, nie mieć przyborów szkolnych,
więc nauczył się tego, jak mógł przetrwać.
Były
to drobne kradzieże, wymuszenia, fałszerstwa, a nawet płatny seks.
Nigdy
nie robił tego w grupie.
Nigdy
nie został przyłapany.
Jakoś
przeżył, ale tamtego nie lubił.
Później,
kiedy mieszkał sam, pracował już oficjalnie,
więc było to dorabianie w McDonalds, przy odgarnianiu śniegu, przy rozładunku
ciężarówek i przeładunku na ciężarówki towarów z pociągów w większych firmach
transporotowych.
Bywało,
że pracował w nocy, a w dzień szedł do szkoły jakby nigdy nic.
Harował, by przeżyć.
Odkąd
ukończył liceum, a nawet już w ostatniej klasie, kiedy zaczęto rozmawiać z nim
o jego przyszłości, marzył jednak o czymś, z czego mógłby być dumny, bo to, co
robił do tej pory powodowało, że coraz bardziej czuł się jak zwykły, brudny śmieć, aż w końcu znalazł w końcu coś
takiego.
Po
prostu pewnego dnia obserwował strażaków podczas akcji gaszenia magazynu
wypełnionego towarami, które właśnie rozładowali.
Godziny
ich ciężkiej pracy szły z dymem.
Sprawność
działania zgranej grupy tych mężczyzn, ich umiejętności i wdzięczność ludzi,
których praca i pieprzony dobytek zostały uratowane, cholernie mu zaimponowały.
Billy
od zawsze dbał o swoją sprawność fizyczną po części dlatego, że pomogło mu to
przeżyć w szkole wśród bandy popieprzonych dzieciaków, które nie tolerowały
pewnych niedociągnięć w jego ubiorze, wyposażeniu czy możliwościach wyjazdów na
wycieczki.
Musiał
jeszcze tylko trochę więcej poćwiczyć, by stać się tym, kim zapragnął się stać,
by być z siebie chociaż trochę dumnym, bo nie miał czym się pochwalić, kiedy
porównywał z innymi swój wygląd, inteligencję czy też osiągnięcia sportowe.
Wystarczyło
mu zaciętości, by zawalczyć o swoją duszę, odrobinę godności jako rozgorączkowany marzyciel, pragnący zostać
legendą.
Po
przejściu badań, testu sprawności fizycznej, testu podstawowej wiedzy
pożarniczej, po zbadaniu przez nich jego przeszłości kryminalnej (szczęśliwie
bez kartoteki) i rozmowie kwalifikacyjnej dostał się do Akademii, w której uczył
się przez pół roku.
Następnie
dostał przydział do Fire Station 13 i przez rok pełnił tam służbę na okresie
próbnym.
A
potem został tam pełnoprawnym strażakiem.
Nie
zmienił jednostki.
Jednocześnie
bowiem został jednym z ekipy mężczyzn, których zaczął stopniowo podziwiać coraz
bardziej, a niektórych, jak Jimmy’ego czy Olgierda, ich kapitana, wręcz
uwielbiał.
Byli
jego idolami, podobnie jak David, chociaż jego akurat początkowo trochę się bał,
bo był ponurym mrukiem, któremu lepiej było schodzić z drogi.
Po raz pierwszy w życiu Billy czuł przynależność
do jakiejś grupy ludzi, a także miał wzorce dobrych mężczyzn.
W
ciągu tych kilku lat Billy patrzył po kolei, jak Jimmy razem z Evą stworzył
rodzinę dla Berta, Matta, a potem też dla Marii.
Kiedy
Billy poznał historię Berta, a potem Alice, nie mógł się powstrzymać od nutki
zazdrości, bo młody miał mamę, jakiej Billy nie miał, chociaż obie były
striptizerkami.
Następnym
w kolejce był David, ale on zaczął od bohaterskich wyczynów, które Billy znał
tylko z plotek, więc razem z Samem, z którym znał się najbliżej, wymyślali
niestworzone szczegóły, jak to gówno mogło się rozegrać.
Żartowali
między sobą, chociaż mu zazdrościli.
Nie
zmieniało to pieprzonego faktu, że David teraz miał rodzinę, którą stworzył
razem z Maggie, a Billy razem z innymi oglądał to, jak David częściej się
uśmiechał i łagodniał, kiedy okazało się, że jego żona była w pierwszej ciąży,
a potem w następnej.
Kolejny
był Alex, ale już wtedy Billy zaczął cholernie sądzić, że on sam na coś takiego
nie zasłużył swoim pieprzonym życiem, że nie dla niego było tworzenie jakiejkolwiek
rodziny z jakąś dobrą kobietą.
Żadnej
dobrej kobiety on, William pieprzony Brown, po prostu nie był cholernie wart.
I
tak było to warte wszystkiego, bo będąc w tej ekipie poznał siłę przyjaźni,
oddanie i lojalność, na jaką nigdy nie mógłby liczyć w swojej rodzinie.
Jego
pieprzona matka była tancerką egzotyczną, czy też raczej cholerną striptizerką,
i była nią z zawodu, charakteru i powołania, ale to dotyczyło nie tylko jej
publicznego rozbierania się za pieprzone pieniądze.
Robiła
różne szalone gówna, czepiała się kolejnych facetów, ćpała, upijała się i
balowała, całkowicie zapominając o swoim jedynym synu.
Zdzira.
A
potem, kiedy Billy miał prawie piętnaście lat, cholernie uczepiła się jakiegoś pieprzonego
fagasa na dłużej.
Wyszła
nawet za niego za mąż, ale wciąż nie ustatkowała się, więc facet po zaledwie
roku cholernie miał dość tego gówna i odszedł, zostawiając ją w zaawansowanej ciąży
z drugim dzieckiem.
I
tak Billy zyskał przyrodniego brata, o którego jego pieprzona matka nie dbała cholernie
dokładnie tak samo, jak nie dbała o Billy’ego.
Jack
był małym, rozkosznym gnojkiem, za którym Billy przepadał, więc, kiedy nadszedł
taki czas, bronił go przed niektórymi kolegami w szkole, dokarmiał go, czasem
odbierał ze szkoły i rozmawiał z nim.
Czego
nie robiła ich matka.
Nic
z tego.
Więc
Billy miał swoje pieprzone mieszkanie, cholerny samochód i niewiele więcej, był
sam, ale miał też kogoś małego ze swojej pieprzonej rodziny, o kogo mógł i chciał dbać.
Dziękuję
OdpowiedzUsuńDziękuję
OdpowiedzUsuń