Rozdział 13
Hannah
Dwie doby później
Poprzedniego dnia,
w sobotę, pojechałam do szpitala z Jackiem tuż po śniadaniu, by umyć mojego
męża, chociaż być może tego nie potrzebował, ale bardzo chciałam być przy nim o
tej wczesno porannej godzinie i móc go dotknąć.
Ponownie prawie
nie spałam w nocy, chociaż tym razem nie płakałam i ponownie wstałam bladym
świtem, żeby upiec poczęstunek dla naszych przyjaciół i pracowników szpitala.
Tym razem
zdecydowałam się na warkocze drożdżowe z lukrem, więc przygotowanie ich trwało
nawet trochę dłużej, skoro ciasto musiało wyrosnąć.
Byłam dopiero w
połowie mieszania składników na ciasto, kiedy do kuchni wszedł Jack, ubrany
wciąż w piżamę.
- Cześć, Hannah -
zawołał w progu, a ja zamarłam zaskoczona z rękoma nad miską, do której właśnie
wlałam mleko.
- Um. Cześć, Jack
- powiedziałam ostrożnie - Co tu robisz tak wcześnie? Czemu nie śpisz?
Jack podszedł do
mnie, stojącej przy robocie kuchennym i zajrzał do miski.
- Nie mogłem spać
- wymamrotał przy tym.
Mogłam go
zrozumieć, ale obawiałam się, że przez to nie będzie miał siły i energii
później na nasz dzień.
- Och, przykro mi
- powiedziałam ze szczerym żalem w głosie - Chcesz mi pomóc? - zapytałam od
razu, bo wiedziałam, że nie było lepszego sposobu na oderwanie się od ponurych
myśli, jak praca.
Więc w końcu razem
z Jackiem dokończyłam mieszać ciasto drożdżowe i ustawiliśmy je do wyrośnięcia,
a później poszliśmy do piętro, by wziąć prysznic i przygotować się na nasz
dzień.
Kiedy wróciliśmy
do kuchni po upływie pół godziny, pokazałam młodemu jak się formuje warkocze i
mieliśmy sporo zabawy, robiąc to razem, a potem postawiliśmy je w ciepłym
miejscu do ponownego wyrośnięcia, kiedy zabraliśmy się, znowu wspólnie, do
zrobienia hash browns na nasze śniadanie.
I wtedy zdradziłam
Jackowi (pod karą łaskotek, jeśliby on
go zdradził) sekret mojego hash browns, przygotowaliśmy porcję dla niego i dla
mnie, a dopiero potem zjedliśmy je, nastawiliśmy piekarnik, by warkocze się
piekły, kiedy my zajęliśmy się przygotowaniem domowego lukru.
Wszystko to
robiliśmy razem.
A potem zajęliśmy
się tym, czym mieliśmy się zająć, by dotrzeć do szpitala, gdzie znowu miałam
okazję umyć mojego śpiącego męża myjką, ale tym razem nie kazano mi przebierać
się w jednorazowy fartuch ani rękawiczki.
Robiłam ro, co
miałam do zrobienia niespiesznie i starannie, by jak najdłużej mieć dla siebie
ten czas spędzony z moim mężczyzną.
Najpóźniej dwie
godziny po tym Billy miał być przeniesiony do zwykłej sali, ale nie mogliśmy
przy tym być, bo musiałam pojechać do domu mojej mamy, by być przy rozmowie
telefonicznej z moim tatą.
Co było zarówno
trochę złe, jak i trochę dobre.
Złe, bo nie mogłam
być z Billy’m, a dobre, bo miałam porozmawiać z tatą.
Więc nie cieszyłam
się ani na jedno, ani na drugie, ale pojechaliśmy.
Cztery godziny
później byłam z Jackiem w domu u mamy, była tam również Abi i czekałyśmy we
trzy zdenerwowane, bo tata nie
dzwonił.
Zasada była taka,
że to on mógł dzwonić do nas, a nie my do niego i miał określone z góry dni i
godziny, kiedy mógł to zrobić, więc, kiedy się to opóźniało, martwiłyśmy się,
co było tego powodem.
Mogło to być
wszystko, począwszy od jego choroby lub wypadku, a skończywszy na zwykłej
awarii telefonu lub spóźnieniu się poprzedniego rozmówcy, bo mieli tam kolejkę
do telefonu.
Kiedy wreszcie
zadzwonił telefon mamy, wszystkie podskoczyłyśmy ze zdenerwowania, a Jack
popatrzył na mnie z niepokojem, bo nie wiedział, czemu tak się zachowywałyśmy.
Mama odebrała,
przywitała się i wyszła do swojego pokoju, by wymienić z tatą pierwsze słowa
bez nas jako świadków.
Rozumiałyśmy to,
byli małżeństwem, kochali się i mieli coś swojego do przekazania, więc
czekałyśmy cierpliwie, podczas gdy Jack zajmował Abla rysowaniem jakiegoś pieska,
którego Abel spotkał gdzieś na ulicy.
Mój mały braciszek
przechodził właśnie fazę fascynacji psami jednocześnie z wciąż trwającą fazą
fascynacji przyszywanym kuzynem, Jackiem.
Mama opowiadała, że za każdym razem, kiedy
napotykali kogoś, nawet obcego, kto prowadził na smyczy psa, albo kiedy
zobaczył psa w oknie samochodu lub domu, zatrzymywał się, podziwiał, pokazywał
go palcem i starał się jak najwięcej o nim dowiedzieć.
Z rysunku, jaki
powstawał z ręki Jacka po opowiadaniu Abla, wywnioskowałam, że tym razem
chodziło o rudego cocker spaniela.
Pięć minut później
mama wróciła i, nie mówiąc ani słowa, z dziwną miną, podała mi telefon.
- Tatusiu - westchnęłam do słuchawki, jak
zawsze to robiłam na powitanie mojego taty.
- Anie, Słonko - przywitał się ze mną tata,
ale natychmiast potem zaczął mówić, a ja go rozumiałam, bo czas na tę rozmowę
mieliśmy ograniczony, a on na pewno zechciałby zamienić jeszcze kilka zdań z
Abi, a może i z Ablem, który właśnie wtedy podniósł głowę - Co z Billy’m?
Dzwonił do mnie Oli, więc trochę wiem, ale to było wczoraj i tylko przekazał mi
wiadomość, bo nie mogłem rozmawiać.
- Och - szepnęłam,
ale potem zaczęłam mówić pewnie, zdecydowanie i z radością, żeby go uspokoić -
Jest dobrze. Wczoraj się obudził. Oddycha sam. Dzisiaj mają go przenieść do
zwykłej sali.
- To dobrze -
powiedział tata - Czyli zdrowieje?
- Tak, tato -
powiedziałam, ale mój wzrok skupił się na Jacku, który patrzył na mnie
intensywnie, więc zastanowiłam się, czy znowu nie powiedziałam czegoś, co
wcześniej przed nim zataiłam - Pobędzie w szpitalu jeszcze kilka dni, ale ma
być z dnia na dzień coraz lepiej.
- Dobrze, córeczko
- łagodnie powiedział mój tata, a wtedy zamrugałam i spojrzałam na blat stołu.
Mój tata nie okazywał w ten sposób uczuć.
Nie wtedy, kiedy
prawdopodobnie był w otoczeniu obcych.
Nie przez telefon.
Nie podczas
rozmowy.
Jeśli mu się to
zdarzyło, było to przytulenie, pocałunek w czoło, czy też czułe śpij dobrze, maleńka na dobranoc.
Ale teraz tego nie
mieliśmy.
Może po prostu
tata brał to, co mógł mieć i dawał mi
tak samo?
Nie wiedziałam,
ale to nie było ważne.
Było dobrze.
Ważne było to, że
poczułam się lepiej, więc
uśmiechnęłam się ciepło do siebie samej lub może do stołu, a potem zmieniliśmy
temat.
- O co chodzi z
tymi samochodami? - zapytał tata trochę bardziej surowo - Twoja mama coś mi
mówiła.
- Cóż - zawahałam
się, jak mu to powiedzieć - Mój SUV stał nieużywany, skoro Billy jest w szpitalu,
a ja jeżdżę jego pickupem - wyjaśniałam, jak miałam nadzieję, rzeczowo - Więc
Abi go używa, żeby nie jeździć autobusami. Tak jest dla niej bezpieczniej.
- To rozumiem i
się z tym zgadzam - powiedział nasz tata, zaskakując mnie, bo nie wiedziałam, o co w takim razie pytał.
- Chodzi mi o
kupno dla niej samochodu przez tego faceta - powiedział mój tata - jak mu tam…
Davida.
Och, o to!
- To jeszcze chyba
nie jest ustalone - powiedziałam, bo Oli mi nic nie wspomniał - Ale jeśli już,
to raczej David pomógłby Abi wybrać, a ponieważ on ma znajomości w jakimś
komisie, więc zadbałby, żeby jej nie oszukali. Abi sama by za niego zapłaciła,
więc byłby jej.
- Okej - mruknął
tata, co też było zaskakujące, bo na ogół do tej pory tata nie mruczał i nie używał tego
niby-słowa okej.
- Kto to jest ten
David? - zapytał tata, więc mu wyjaśniłam.
- To mężczyzna,
który pracuje z Oli’m i Billy’m - powiedziałam krótko i spojrzałam na mamę,
która z lekkim uśmiechem na ustach zaglądała przez ramię Ablowi.
Zmarszczyłam brwi,
bo to też było zaskakujące, chociaż nie było złe.
Wyglądało na to,
że mama cieszyła się z tego, że miałam męża, który miał takich przyjaciół,
którzy się mogli nami zaopiekować.
Odpuściłam to.
- Jego żoną jest
Maggie, która mi pomaga w szpitalu, podobnie jak Eva, żona Jimmy’ego, która
razem z Heleną pomagała mamie przy naszym ślubie i… - paplałam tak długo, aż
tata mi przerwał.
- Dobrze, że masz
przyjaciół, córeczko - powiedział łagodnie, a ja zamilkłam - A jak ten
chłopiec, Jack. Nie jest ci z nim zbyt ciężko samej?
- Och, nie -
zaprzeczyłam z zapałem i wyprostowałam się, by ciepło spojrzeć na Jacka - Jack
jest grzecznym, spokojnym chłopcem - dodałam i zobaczyłam, że młody poderwał
głowę znad kartki, by popatrzeć na mnie z radością w oczach - Bardzo mi pomaga.
Gotujemy razem, sam po sobie sprząta.
Uśmiechnęłam się
do Jacka, a on to odwzajemnił.
Zobaczyłam wtedy
po raz kolejny, że znaczyło to dla niego bardzo, bardzo dużo, że go tak chwaliłam.
- Cieszę się,
Słonko - powiedział mój tata i westchnął - Musimy się pożegnać. Daj mi jeszcze
Abi.
- Do usłyszenia,
tato - szepnęłam, wysłuchałam takiego samego od niego, a potem podałam telefon
mojej siostrze.
Nie słuchałam ich
rozmowy.
Myślałam o tym, że
mój tata martwił się o nas, a sam musiał być tak daleko i nie mógł przyjechać,
by nas wesprzeć, przytulić i upewnić się, że mieliśmy się dobrze.
Więc musieliśmy mu
to dać.
Chociażby przez telefon.
Godzinę później
weszliśmy z Jackiem do poczekalni szpitala, by przekonać się, że byli tam
przyjaciele, o których wspomniałam tacie.
Wszyscy.
Mężczyźni byli po
nocnym dyżurze, kobiety miały małe dzieci, którymi musiały się opiekować, ale
byli tam dla nas i dla Billy’ego.
Chcieli się
upewnić, że Billy miał wszystko, czego potrzebował i że my mieliśmy się dobrze
i nie potrzebowalibyśmy właśnie wtedy ich pomocy.
Tacy wspaniali
ludzie.
Podziękowałam im
serdecznie, a później po prostu wbiłam do telefonu numery, które mi dawali,
kiedy proponowali dyżury przy Jacku, przywiezienie czegoś do Billy’ego do
szpitala lub zrobienie czegokolwiek innego, co mogłoby mi pomóc.
Oli wspomniał im,
że od poniedziałku razem z Jackiem wracaliśmy do szkoły, ja do pracy, a on do
nauki, więc przyszli i zaproponowali.
Byłam taka
wzruszona.
Tyle dobra.
- Dzisiaj sobie
poradzimy - mówiłam im schrypniętym ze wzruszenia głosem, ściskając kolejne
dłonie, kiedy Jack stał obok, udając dzielnego, skoro Matt stał niedaleko razem
z Bertem, bo wszyscy przyjechali również z dziećmi - Dziękuję. Może jutro
porozmawiamy. Najpierw pójdziemy tam z Jackiem i zobaczymy, jak Billy sobie
radzi.
- Dobrze, kochanie
- powiedział wreszcie Eva, podchodząc bliżej mnie, by ująć moją rękę - Nie
chcemy już wam dzisiaj przeszkadzać, więc pójdziemy.
- Przyjechaliśmy,
żebyś wiedziała, że macie wsparcie - dodała Maggie, podchodząc jako druga.
Każda z nich
ścisnęła lekko moją dłoń, objęła mnie ramieniem, by przycisnąć mnie na chwilę
do swojej piersi, a potem odsunęła się, by zrobić miejsce dla następnej.
- Nie zostaniemy tu
dłużej, więc nie czuj się ograniczona czasem - jako następna powiedziała Alice
również podchodząc, by mnie uściskać.
- Nie znasz mnie
zbyt dobrze - powiedziała Sophie - Ale ja
też mogę pomóc.
- Więc zawsze
dzwoń i nie krępuj się z proszeniem o pomoc - powiedziała Helena, kiedy dotarła
do mnie jako ostatnia - Jak któraś z nas nie będzie mogła, to zorganizujemy to
tak, żeby było dobrze - dodała łagodnie, odsunęła się na długość ramion, nie
puszczając obu moich rąk i spojrzała mi prosto w oczy, a ja wiedziałam, że
rozumiała moją potrzebę poradzenia sobie samej ze wszystkim.
Ona też była
skryta i nie prosiła o pomoc.
Ale to nie
znaczyło, że teraz nie wiedziała, że powinna była o nią poprosić wtedy, kiedy
było jej bardzo źle.
Powoli wszyscy opuścili
poczekalnię, a ja z Jackiem poszliśmy do sali, której numer podała nam Flora,
która właśnie była na kolejnym swoim dyżurze.
Trochę się bałam.
Trochę byłam
podekscytowana, rozradowana i przeszczęśliwa.
Ale ogólnie czułam
się dobrze.
Miałam w torbie
pojemniki z ryżem z kurczakiem i warzywami gotowanymi na parze, co było dobre
również do zjedzenia na zimno, a, jeśli Billy nie mógłby z nami zjeść, Jack
powiedział mi rano, kiedy to robiłam, że próbował tego u Billy’ego „poprzednim
razem” i chętnie to zje.
Cóż, Billy
powiedział mi wtedy Zjadłem wszystko, co
zrobiłaś…, ale, najwidoczniej, nie zjadł wszystkiego sam i Jack coś od
niego dostał.
Nie miałam żalu o
to, bo młody też potrzebował dobrego jedzenia.
Tym bardziej, że
powiedział mi o tym z takim zachwytem, że wiedziałam, że jemu też smakowało.
Co było dobre.
Miałam też przy
sobie mały termos z kawą dla siebie, napój dla Jacka i miałam nadzieję na to,
że Billy miał wodę do picia w szpitalu, bo nie kupiłam żadnej, by przynieść dla
niego.
Kiedy weszliśmy do
pokoju Billy’ego, wydawało mi się, że spał.
Leżał w pokoju
jednoosobowym, czego się nie spodziewałam, ale ucieszyłam się, bo mieliśmy tu
więcej swobody.
Podeszłam do okna,
ustawiłam torbę na podłodze, wyjęłam pojemniki na parapet, a potem dopiero
spojrzałam na Jacka.
Chłopiec stał
niepewnie pośrodku sali, patrząc na śpiącego na łóżku Billy’ego z dziwnym
wyrazem twarzy.
Wiedziałam, co
widział.
Nie przywiozłam
rano Billy’emu żadnej koszulki, więc nadal był ubrany w koszulę szpitalną,
cienką i w dziwne wzorki, również nie był ogolony, a jego włosy nie były
uczesane, więc wyglądał nieco niechlujnie.
Miał bladą twarz,
bezwładne ręce, w lewej wbitą igłę wenflonu, a górną część ciała podniesioną i
głowa opadła mu trochę na bok podczas snu, więc wyglądał słabo.
Dla mnie mój mąż z
tym wszystkim wyglądał o wiele lepiej, bo widziałam mojego ukochanego w tamtej
sali pooperacyjnej, z tą okropną rurą wystającą mu z ust i z czujnikami na
piersi.
Dla Jacka Billy
wyglądał gorzej, niż młody to pamiętał, bo pamiętał go zdrowym, sprzed kilku
dni.
- Hej - zawołałam go cicho, wyciągając do
niego rękę - Chodź tu. Mamy przecież lunch, który przywieźliśmy, więc
usiądziemy, zjemy i poczekamy, aż Billy się obudzi. Dobrze?
Jack podszedł do
mnie, niepewnie skinął głową, ale nie patrzył mi w oczy.
- Czy możesz
przynieść tamto krzesło tu do łóżka? - zapytałam, wskazując mu krzesło, które
stało kilka metrów dalej w rogu sali.
Sama przysunęłam bliżej
drugie krzesło i przenośny, podnoszony stolik, który miał możliwość wychylenia
go nad łóżko.
Kiedy się
usadzaliśmy, weszła Flora, niosąc tacę z plastikową miseczką przykrytą pokrywką
i z małą foremką z zieloną galaretką obok tego, na tacy były również sztućce
zawinięte do połowy w serwetkę i butelka z wodą.
- Dzień dobry -
powiedziała do Jacka, stawiając tacę na stoliku, bo wcześniej ja podeszłam do
niej do recepcji, by się przywitać, ale Jack od razu poszedł do Matta i Berta,
bo zobaczył ich w drzwiach poczekalni.
- Dzień dobry -
ponuro odmruknął Jack.
- No, co to za
mina? - zapytała go z humorem Flora - Ostrzegam, że tu nie ma miejsca na takie
naburmuszone twarze.
Jack odwrócił się
do niej bokiem, jakby ukrywał swoją buzię, a ja pomyślałam, że się wystraszył,
że Flora go wyprosi.
Na szczęście, ona
też to zauważyła i pociągnęła żart, żeby dać mu znać, że nie miała zamiaru go
wyrzucać.
- Dla dobra
pacjenta poproszę o uśmiech - rzuciła
w formie rozkazu, ale bez surowości w głosie.
Jack poderwał
głowę i spojrzał na nią.
- Ale Billy… -
zaczął i przerwał, chociaż obie wiedziałyśmy, że miał zamiar powiedzieć, że
Billy i tak nie wie, że tam byliśmy.
- Billy
prawdopodobnie nas słyszy - Flora powiedziała do niego poważnie - Możliwe, że
zaraz się obudzi. A na pewno czuje od ciebie wibracje. Więc lepiej, żeby były
pozytywne.
Jack natychmiast spojrzał
na brata, a Flora kontynuowała cichym głosem:
- Więc mów do
niego.
Mina Jacka
zmieniła się na taką, że odczułam to w głębi siebie, po czym młody pochylił się
w stronę swojego brata.
- Hej, Billy! -
powiedział cicho, ale słyszalnie - Przyszliśmy tu z Hannah, żeby zjeść z tobą
lunch.
Flora uśmiechnęła
się do mnie i wyszła z sali, a ja uśmiechnęłam się do niej w odpowiedzi z
roztargnieniem, bo patrzyłam jak oczarowana na moich dwóch mężczyzn.
- Wiesz - mówił
Jack do Billy’ego - …rano upiekliśmy i przywieźliśmy warkocze drożdżowe, ale
wszystkie zjedli ludzie, którzy tu byli. Były takie pyszne, że dla mnie został
tylko jeden.
Zamarłam, kiedy
zobaczyłam coś, co Jack właśnie przegapiał.
Palce prawej dłoni
Billy’ego, przy której pochylał się Jack, zacisnęły się delikatnie i
rozprostowały.
- A teraz
przywieźliśmy tego pysznego kurczaka z ryżem i warzywami… - mówił dalej Jack -
którego Hannah zrobiła dla ciebie poprzednio, a ja go zjadłem.
Powieki Billy’ego
drgnęły, zaczęły się rozchylać i Jack zamilkł i tylko patrzył z rozchylonymi
ustami.
Podeszłam bliżej
do łóżka.
- Hej, kochanie -
powiedziałam cicho, pochylając się obok Jacka - Jesteśmy tu razem z Jackiem.
Billy wciągnął
mocniej powietrze i skrzywił się z bólu.
- Nic nie mów -
powiedziałam i pogłaskałam jego ramię, okryte szpitalną koszulą, której nie lubiłam.
- Anie - z trudem wyszeptał Billy - Jack - dodał po chwili.
Usłyszałam, że
Jack zaśmiał się krótko i jakoś dziwnie, więc wiedziałam, że był szczęśliwy, wzruszony
i próbował to ukryć.
Nie miałam mu tego
za złe.
- Tak -
powiedziałam do mojego męża - To my.
- Alba? - zapytał
krótko Billy i wiedziałam, że mówienie mogło go boleć.
- Jest dobrze -
odparłam szybko - David… - zawahałam się w doborze słów, bo nie chciałam
bardziej martwić Jacka - zlikwidował tamtego.
Ania ma problemy ze słuchem, bo strzelił jej blisko głowy, ale jest w porządku,
nie jest nawet ranna.
- Dobrze - szepnął
Billy z ulgą i przymknął oczy.
- Zjesz lunch? -
zapytałam z nadzieją.
Nie sprawdzałam,
co przyniosła Flora, ale pomyślałam, że musiała wiedzieć, że Billy mógł być
głodny, dlatego coś przyniosła.
- Co masz? -
spytał szeptem Billy, więc odsunęłam się, by podejść do stolika, na którym
Flora zostawiła tacę.
- Kurczak z ryżem
i warzywami - wypaplał radośnie Jack, nie poruszając się ani na milimetr od
łóżka swojego brata.
- Albo zupa krem z
warzyw - stwierdziłam, kiedy podniosłam plastikową pokrywkę z talerza, który
nadal stał na tacy, przyniesionej przez Florę.
Billy wykrzywił
się śmiesznie, a Jack wywrócił oczami do sufitu.
- Szpitalna dieta
- mruknął Billy.
- Co? - zapytałam
zdezorientowana.
Przecież to był
pierwszy lunch, jaki Billy miał jeść po obudzeniu się, bo wcześniej dostawał
tylko kroplówki.
- Jak byłem
poprzednio - Billy mówił, z wyraźnym trudem, płytko wciągając powietrze, ale
nie chciał zamilknąć, a Jack słuchał z uśmiechem, więc mu nie przerywałam -
Dostawałem to samo.
Zamilkł, a ja
zamarłam.
To było wtedy, jak
był w szpitalu po usunięciu wyrostka.
- Nie było cię -
mruknął Billy z jakimś żalem w głosie.
- Byłam tam -
mruknęłam, nie patrząc na niego, tylko ustawiając na stoliku przyniesione
pojemniki - Tylko poprosiłam Oli’ego, żeby ci nie mówił - dodałam nieco
głośniej i spojrzałam wprost w jego oczy.
Billy patrzył
wprost na mnie, a jego oczy wyrażały taką radość,
że gwałtownie zamrugałam i nie powstrzymywałam się, kiedy przyciągnął mnie
niczym magnes, nie poruszając się, samym tylko spojrzeniem, jakby prosił mnie o
to, więc go pocałowałam.
- Hmmm -
usłyszeliśmy mruknięcie Jacka - Jestem
tu.
Odsunęłam się od
mojego męża, spojrzałam jeszcze raz w jego oczy, tym razem z bardzo bliska,
uśmiechnęliśmy się do siebie, pogładziłam dłonią jego szorstki policzek i
ruszyłam się, by wziąć pojemniki z jedzeniem.
- To co chcesz
zjeść? - zapytałam Billy’ego.
- Kurczak - mruknął,
więc wzięłam mój pojemnik, otworzyłam
go i przysunęłam sobie krzesło, by nakarmić mojego męża, który był jeszcze zbyt
słaby, by jeść samodzielnie.
Zresztą okazało
się, że nie zjadł nawet połowy, a Jack w tym czasie pochłonął zupę warzywną,
nawet ją sobie chwaląc, a potem dokończył porcję kurczaka z warzywami, którą
zostawił Billy.
Kiedy ja jadłam
kurczaka z drugiego pojemnika, a Jack wciągnął galaretkę, Billy odpowiadał nam
coraz krótszymi mruknięciami, aż w końcu całkiem ucichł.
Oboje z Jackiem,
bez umawiania się, natychmiast zaczęliśmy zachowywać się bardzo cicho.
Mój mąż spał.
Sprzątnęłam
naczynia, Flora przyszła, zabrała tacę, zapytała mnie, czy i ile zjadł Billy i całkiem
zadowolona odnotowała to w karcie, wiszącej przy jego łóżku, podłączyła mu do
wenflonu nową kroplówkę, a potem siedziałam przy łóżku mojego męża z książką,
podczas gdy Jack coś pisał w brulionie, który przywiózł ze sobą.
Po prostu
spędzaliśmy tam czas.
Billy obudził się
jeszcze później na parę minut, ucieszył się z tego, że wciąż tam byliśmy i
poprosił mnie o coś do picia, więc poszłam do Flory i przekazałam jego prośbę,
a wtedy Jack został ze swoim bratem i rozmawiali.
Kiedy wróciłam
minutę później, Jack siedział na krześle nieco odsuniętym od łóżka, a Billy
leżał uspokojony z zamkniętymi oczami, więc myślałam, że spał.
Jednak jak tylko
podeszłam, by odstawić na stoliku obok niego kubek z wodą i rurką, Billy
otworzył oczy.
Przytknęłam mu
więc rurkę do ust, pociągnął łyk wody, a potem popatrzył mi głęboko w oczy.
- Musisz spać - powiedział
mi mój mąż coś, co wiedziałam - Jack mówił, że kładziesz się późno i wstajesz o
świcie.
- Zdrajca -
mruknęłam żartem i zerknęłam na młodego.
- Dbaj o siebie, Anie - mruknął Billy,
kiedy odstawiałam kubek na szafkę obok łóżka.
- Dobrze -
powiedziałam, czując ciepło w piersi, a potem spojrzałam z powrotem na niego,
by zobaczyć, że znowu zamknął oczy.
- Pojedziemy teraz
do domu - powiedziałam cicho, nie mając większej nadziei, że mnie słyszał, bo
podejrzewałam, że już spał - Przygotuję kolację i przyjedziemy do ciebie
później, wieczorem.
- Okej - szepnął
Billy, nie otwierając oczu - Pojedziesz do Piwnicy?
Och, racja, nie
pomyślałam o tym, a przecież powinni wiedzieć, że Billy nie będzie występował
tego wieczoru i prawdopodobnie w następną sobotę też nie będzie jeszcze mógł.
- Tak -
powiedziałam mu - Nie martw się.
- Dobrze, że ciebie
mam - mruknął sennie.
Pomyślałam o tym,
że powiedziałam mu, że go kochałam wtedy, kiedy spał i nie powtórzyłam tego ani
razu potem, ale nie miałam odwagi powiedzieć tego teraz.
Jeszcze nie.
- Śpij, Słonko -
szepnęłam, pochylając się do jego skroni, kiedy oparłam dłoń na jego prawym
ramieniu.
Uśmiechnął się,
ale już później nie reagował, więc odwróciłam się do Jacka, który nadal
siedział na krześle.
Nie pisał, nie robił
właściwie nic oprócz patrzenia w naszą stronę.
Kiedy uśmiechnęłam
się do niego niepewnie i chwiejnie, wstał, podszedł do Billy’ego z drugiej
strony łóżka i wyciągnął się, by dotknąć czołem do jego ramienia.
- Kocham cię -
burknął tam, a potem szybko odwrócił się, poszedł do naszej torby i zaczął
wpychać w nią brulion, który przez ten cały czas trzymał w ręku.
O, Boże kochany!
Ten
dziesięciolatek właśnie pokazał mi, jak to zrobić.
Uczył mnie
mówienia o moich uczuciach, czego nigdy nie robiłam!
Odwróciłam się ponownie
do mojego śpiącego tam męża, pogłaskałam jego ramię, gdzie nadal trzymała dłoń
i szepnęłam - Ja też cię kocham.
A potem dość
szybko zebraliśmy się do wyjścia z sali, a na korytarzu spotkaliśmy Evę z
Jimmy’m, którzy szli z dziećmi do Billy’ego.
Zatrzymaliśmy się,
powiedzieliśmy im, że Billy zjadł i właśnie zasnął, więc zawrócili i razem
poszliśmy do windy, by zjechać nią na parter i udać się na parking do naszych
samochodów.
Po drodze
umówiliśmy się, że Jack pojedzie z nimi, czego bardzo chciał, bo mógłby wtedy
spędzić kilka godzin z Mattem i Bertem, który miał do nich dołączyć, a potem
spotkalibyśmy się po szóstej w szpitalu u Billy’ego.
Tylko we dwie z chłopakami,
bo Jimmy miał nie mieć dyżuru, więc zostałby w domu z Davie’m i Marią.
Pożegnaliśmy się przy
pickupie Billy’ego, oni poszli do swojego Highlandera, a ja wsiadłam do
Custom’a bez ociągania się, bo ułożyłam sobie w głowie plan na moje popołudnie
i miałam co robić.
Więc najpierw
pojechałam na zakupy do sklepu spożywczego, by dokupić produkty na dwie kolacje
i lunch na ten i następny dzień, a później do Piwnicy, by powiadomić Tony’ego o spodziewanej nieobecności
Billy’ego i konieczności odwołania jego występów.
Tony nie przejął
się ani trochę tym, że Billy nie będzie występował przez co najmniej dwa
tygodnie, ale wyglądał na zmartwionego tym, że Billy był ranny.
Tak, to było
potwierdzenie tego, że był dobrym mężczyzną.
Spotkaliśmy się do
tej pory kilka razy, bo przekazałam mu tekst, który napisał Jack, ten tekst mu
się spodobał i ustalaliśmy w jaki sposób miałam go zamieścić w komentarzach na
ich stronie.
Cóż, w tym
ostatnim pomógł mi Filip.
Po spotkaniu z
Tony’m w Piwnicy pojechałam do domu i tam również nie miałam czasu na
pomyślenie i zamartwianie się, chociaż działały moje dawne nawyki i odrzucałam
wszelkie myśli, które można było nazwać „martwieniem się”.
Zajęłam się pracą.
Zrobiłam pranie,
gotowałam, szykowałam kilka ubrań, żeby Billy miał coś w szpitalu, kiedy już
nie będzie musiał sypiać w tych szpitalnych koszulkach.
Potem przełożyłam
pranie do suszarki, ugotowaną kolację do pojemników, spakowałam je do torby
razem z koszulką i bokserkami dla Billy’ego i już nadeszła piąta po południu,
więc musiałam wyruszyć do szpitala.
Tam wszystko było
jak poprzednio, chociaż w poczekalni nie zastałam nikogo z przyjaciół, ale
David i Maggie byli w sali Billy’ego.
Dowiedziałam się,
że kobiety umówiły się na rodzaj dyżurów na następny dzień, żeby zawsze był
ktoś zarówno u mojego męża, jak i u Ani, która też miała spędzić w tym szpitalu
kilka dni, bo podawano jej dożylnie sterydy w związku z urazem jej ucha
wewnętrznego.
Billy właśnie się
obudził, więc powitało mnie jego cieple, szczęśliwe spojrzenie, kiedy
wchodziłam w drzwi jego sali i podchodziłam do jego łóżka, żeby przywitać się z
nim pocałunkiem.
Nie mogłam się
opanować.
Dopiero w drugiej
kolejności podeszłam do Maggie i do Davida, żeby się przywitać z nimi, to
znaczy z Maggie krótkim przytuleniem, a z Davidem skinieniem głowy, kiedy oboje
patrzyli na mnie ciepło i wspierająco.
Rozmawialiśmy,
wyjmowałam przyniesione rzeczy i rozstawiałam je na stoliku i do szafki obok
łóżka Billy’ego, kiedy wszedł Jeff.
David i Maggie
natychmiast zaczęli się z nami żegnać, mówiąc, że musieli pojechać do Alice po
ich dzieci (ich mała córeczka miała dopiero dwa miesiące i Maggie rzadko ją
zostawiała pod czyjąś opieką), więc ich nie zatrzymywałam, tylko podziękowałam
za wizytę i pożegnałam, podobnie jak Billy.
Lekarz cierpliwie
czekał, aż skończyliśmy.
Potem Jeff zbadał
Billy’ego, obejrzał jego ranę i powiedział (mi?), że Billy nie powinien mieć
jej stale zakrytej opatrunkiem, by się lepiej goiła.
Omawialiśmy to,
kiedy Jeff niespodziewanie zapytał:
- Hannah,
przywozisz dla męża jakieś ubrania z domu?
- Tak -
przytaknęłam i skinęłam głową, niepewna, co lekarz Billy’ego chciał przez to
powiedzieć.
- Wiem, że bardzo
dbasz o czystość, więc Billy może w nich spać - powiedział mi Jeff, a ja
spojrzałam rozjaśnionym wzrokiem na mojego męża, który też wydawał się być
zadowolony z tego pozwolenia - Chociaż może jeszcze nie dzisiaj. Szwy wyjmiemy
za jakieś siedem, osiem dni. Od poniedziałku natomiast zaczniemy rehabilitację
oddechową. Do tego może nawet lepiej, żeby Billy miał jakieś spodnie dresowe i zwykłą
koszulkę.
- Dobrze -
powiedziałam - Dzisiaj przywiozłam koszulkę, ale tylko bieliznę, bo nie
pomyślałam o spodniach - dodałam zmartwiona.
- Przecież
przyjeżdżasz codziennie wcześnie rano - stwierdził Jeff z uśmiechem - Zdążysz
jeszcze przywieźć.
Nic nie
odpowiedziałam, ale skinęłam głową już całkiem rozluźniona.
Położyłam przy tym
dłoń na poduszce obok głowy Billy’ego i właśnie tam powędrował wzrok Jeffa.
- A co z twoimi
dłońmi? - zapytał - Nie pieką cię?
- Nie - spojrzałam
na rękę i zobaczyłam wzrok Billy’ego skupiony na mojej drugiej ręce, którą automatycznie
wtedy podniosłam na wysokość piersi.
Nie byłam pewna,
czy zauważył różnicę, czy jego napięty wzrok ze zmarszczonymi brwiami nie
dotyczył przypadkiem tego, że go dotykałam, a on tego nie lubił.
- Ten krem działa?
- zapytał Jeff, a ja spojrzałam z powrotem na niego ze zdziwieniem, bo nie
wiedziałam, że zauważył, że stosowałam jakiś krem.
- Tak -
potwierdziłam - Dziękuję, jest lepiej.
- Jaki krem? -
zapytał Billy.
Kiedy zwróciłam
spojrzałam na niego, zobaczyłam, że patrzył prosto w moje oczy, ale jego brwi
wciąż były zmarszczone.
- Mam uczulenie na
lateks - przypomniałam mu, a on skinął głową, bo wiedział to - …i na detergenty
- dodałam - Więc Eva pomogła mi dobrać maść odczulającą i krem do stosowania na
co dzień.
Czoło mojego męża
się rozpogodziło.
- To dobrze -
wyszeptał.
Tak, było dobrze.
Pomyślałam, że
najlepsze było to, że moje ręce już nie wyglądały tak ohydnie, odpychająco i
mój mąż chyba przestał się ich brzydzić.
Ale nie
powiedziałam nic na ten temat, bo wtedy nadeszła Flora z kolacją, a Jeff
stwierdził, że musi iść do innych pacjentów.
Więc jedliśmy
kolację i rozmawialiśmy, kiedy weszła Eva z Jackiem i Mattem, jak byłyśmy
umówione.
Jack prawie wbiegł
do sali, w której byliśmy, bardzo uradowany tym, że Billy nie spał i mógł się z
nim przywitać.
Eva pobyła z nami
bardzo krótko, najwyżej dwadzieścia minut, co zrozumiałam, bo jej najmłodszy
syn niedługo kończył zaledwie trzy latka i musiała go położyć spać.
Kiedy wyszli, spędziliśmy
tam z Jackiem jeszcze dwie godziny, kiedy Billy zasypiał i budził się na
krótko, by zamienić z nami dwa słowa, a potem musieliśmy z Jackiem wrócić na
noc do naszego domu.
Domu, w którym
czekało na mnie duże, puste łóżko, nasze łóżko małżeńskie, w którym mój mąż kazał mi spać, więc to zrobiłam.
I tej nocy po raz
pierwszy od jego wypadku spałam dłużej niż trzy godziny.
Następnego dnia
rano razem z Jackiem zrobiliśmy to, co stało się już naszą rutyną, ale tym
razem upiekliśmy pieguski z rodzynkami i czekoladą, chociaż zapowiedziałam
młodemu, że Billy nie będzie mógł ich jeść.
Jeszcze nie tego
dnia.
Może od poniedziałku.
Kiedy dotarliśmy
do sali Billy’ego, okazało się, że mój mąż już nie spał.
Wcześniej
poprosiłam Jacka, żeby poczekał na mnie w poczekalni, jak robił to poprzednio,
więc do sali Billy’ego weszłam sama.
Pielęgniarka,
która tam była znała mnie, więc się przywitałyśmy i od razu przygotowała
wszystko, bym mogła umyć mojego mężczyznę, chociaż nie byłam pewna, czy tego by
chciał, bo nie rozmawiałam z nim o tym.
Nadal nie mógł
wstawać, więc musiał być umyty gąbką na łóżku, więc pomyślałam, że lepiej
będzie, jeśli ja to zrobię, ale przecież nie byłam pewna, czy to nie mój dotyk go brzydził.
Kiedy pielęgniarka
wyszła, usiadłam na brzegu łóżka i zaczęłam zdejmować koszulę szpitalną z
Billy’ego, zauważając, że ona była o wiele wygodniejsza tym niedobrym czasie,
kiedy nie wstawał z łóżka, nie podnosił się, bo nie musiała być zawiązana na
plecach, a tylko okrywała przód torsu mojego mężczyzny.
Siedziałam przy
jego prawym boku, jego ręka, w zgięciu której była wbita igła od wenflonu nie
podłączonego właśnie do kroplówki, leżała na moich kolanach, ale nie patrzyłam
mu w oczy.
Zawiesiłam wzrok
na jego nagiej piersi, bo bałam się jego reakcji, denerwowałam się tym, co
chciałam mu powiedzieć.
Ale byłam
zdeterminowana, by to wyjaśnić.
- Billy - zaczęłam
- Miałam cię umyć. Myłam cię codziennie, ale byłeś nieprzytomny. Teraz jesteś
przytomny, więc…
Wciągnęłam
powietrze do płuc i wreszcie
wydusiłam z siebie to zdanie.
- Jeśli mam cię nie dotykać, musisz to powiedzieć teraz - powiedziałam mu napiętym głosem,
bo oczekiwałam, że każe mi odejść, a na moje miejsce przyjdzie pielęgniarka, by
go umyć.
Nie lubiłabym
tego, ale jeśli on by tego chciał,
zrobiłabym to.
- Co? - zapytał i zobaczyłam, że
zmarszczył brwi, więc wzięłam wdech i spojrzałam mu w oczy.
- Nie lubisz
dotyku… - stwierdziłam, wypuszczając powietrze z płuc, a przez jego twarz
przebiegł dziwny grymas, jakby sądził, że mogłam to przeoczyć - mojego dotyku, więc zastanawiałam się…
- Co? - tym razem pytanie był warknięciem.
- Ja widziałam… -
zaczęłam się jąkać, bo Billy wydawał się być zły i to zły na mnie - Bo jak…
- Nie! - warknął Billy, więc wzdrygnęłam
się, a potem zobaczyłam jak mocno zacisnął powieki i poczułam, że jego dłoń na
moim kolanie zacisnęła się w pięść.
- Anie! - zawołał mnie
łagodnie, a wtedy zauważyłam, że zamknęłam oczy i opuściłam głowę, kiedy mój
oddech się urywał - Przepraszam -
szepnął Billy, patrząc mi znowu prosto w oczy - To nie tak - szeptał nadal,
kiedy jego rozprostowana dłoń przesunęła się po moim biodrze - Ja nigdy nie lubiłem dotyku. Ale teraz, po
tych kilku dniach, wiem, że tylko twój
dotyk mogę znieść. Lubię go.
- Tak? - westchnęłam z radością, a nawet z
zachwytem.
- Tak, kochanie -
potwierdził ciągle tym łagodnym tonem - Pamiętam go, kiedy mnie myłaś wczoraj,
a może też wcześniej, kiedy spałem.
- Pamiętasz? - zdumiałam się i nagle
zastanowiłam się, czy mógł słyszeć coś, kiedy spał, czy coś zapamiętał z tego,
co mu mówiłam.
- Więc chyba możesz mnie teraz też umyć - dokończył
Billy prawie z uśmiechem, a wtedy zauważyłam, że siedziałam przy nim prawie
nagim, trzymałam rękę na skórze jego klatki piersiowej, było mi z tym dobrze i
jemu chyba też, ale chyba trochę marzł.
Umyłam mojego
mężczyznę, gładząc jego skórę długimi, łagodnymi ruchami, by mycie nie była
tylko myciem, ale też pieszczotą, skoro oboje tak to lubiliśmy.
Potem wytarłam go,
a potem nasmarowałam tym kremem, który dostałam od pielęgniarki pierwszego
dnia, chociaż prawdopodobnie nie był on już konieczny.
Nadal lubiłam to
robić, bo to przedłużyło naszą chwilę pieszczot i samotności we dwoje.
Zanim skończyłam,
przyszła pielęgniarka, by zabrać miskę z wodą i gąbką z myjką i powiedziała mi,
ze Billy powinien mieć zrobiony lekki masaż pleców, żeby uniknąć odleżyn, skoro
wciąż nie mógł się sam podnosić, bo nie powinien napinać mięśni, wysilać się.
Kazała mi siedzieć
tak, jak siedziałam, przy prawym boku mojego męża na jego łóżku, frontem do
niego, podciągnąć go oburącz za boki do pozycji siedzącej tak, by opierał swój
przód na moim przodzie (w czym mi pomogła) i energicznie nacierać jego plecy kremem.
W tym czasie ona
przebrała poduszkę w czystą poszewkę i przetrzepała ją trochę, by skóra
Billy’ego miała kontakt z powietrzem.
A ja czułam, że to
było dla nas coś więcej niż tylko masaż leczniczy i zwykłe poprawianie
poduszki.
To było przytulanie.
Billy jedną ręką objął
moje plecy na wysokości pasa (i lekko wsunął ją pod moją koszulkę, czego,
miałam nadzieję, że nie zauważyła
pielęgniarka), kiedy druga jego ręka wciąż leżała na moich kolanach, a ja
obejmowałam go oburącz, chociaż jedna z moich rąk bez przerwy krążyła po jego
plecach.
Miałam też
policzek tuż przy jego szorstkim od zarostu policzku.
- Musisz się
ogolić - szepnęłam żartem do ucha mojemu mężowi, a potem poczułam jego uśmiech
na szyi.
- Chyba sam nie
dam rady - mruknął tam.
- Ja mam to zrobić? - zapytałam, nadal
żartując.
- Byłoby dobrze -
powiedział Billy, ale już się nie uśmiechał.
Pielęgniarka
pomogła mi go położyć, więc spojrzałam mu prosto w oczy i zobaczyłam, że był
poważny.
- Nie lubię być
taki… brudny - dodał.
- Mogę pomóc -
zaproponowała pielęgniarka - Jeśli nie umiesz tego robić.
- Nie… - zawahałam
się, bo ja nie lubiłabym, żeby ktoś inny dotykał mojego męża, ale też
podejrzewałam, ze on by tego nie lubił - Dziękuję - dokończyłam i spojrzałam na
nią z uśmiechem wdzięczności, a potem ponownie spojrzałam na Billy’ego.
Przez twarz mojego
mężczyzny przemknął ten cień, jaki pojawiał się, kiedy jego maska się zamykała,
a ja znowu to wychwyciłam.
Tę szczelinę,
która pokazywała jego prawdziwą twarz.
Nie lubiłby, żeby ona to robiła i cieszył się, że ja to miałam robić.
Było mi z tym tak
dobrze, tak bardzo dobrze.
*****
Eva
Cztery godziny później
Była już prawie
pora lunchu i akurat zeszłyśmy się z Maggie w szpitalu, w pokoju Billy’ego,
gdzie już była Hannah z Jackiem, a niedługo miała do nas dołączyć Sophie z
pączkami i kawą.
Hannah z Jackiem
poszli do łazienki i mieli wstąpić do automatu, by kupić jakieś napoje, a Billy
trochę przysypiał, zmęczony nadmiernym towarzystwem uciążliwych, rozgadanych
kobiet, kiedy to się stało.
Zaczęło się od tego,
że usłyszałyśmy z Maggie nieco jędzowaty krzyk jakiejś obcej kobiety na
korytarzu, więc postanowiłyśmy tam wyjrzeć i uciszyć tego kogoś, skoro Billy
znowu drzemał lub udawał, że to robił, żeby uniknąć konieczności rozmawiania z
nami.
Oczywiście, nie
musiał tego robić, bo akurat miałyśmy z Maggie do omówienia tylko pewną kwestię
nowego rodzaju pieluszek jednorazowych, jakie pojawiły się na rynku, ale może tego też nie chciał słuchać.
- Czego się, kurwa,
gapisz, suko?! - wrzeszczała jakaś
kobieta na korytarzu, więc ruszyłyśmy się i zrobiłyśmy to szybko.
Tak szybko, że
stanęłyśmy tuż z drzwiami do sali Billy’ego, które dokładnie zamknęłyśmy za
sobą, kiedy nastąpił ciąg dalszy.
Okazało się, że
przed stanowiskiem pielęgniarek oddziału ratunkowego stała kobieta, która mogłam
spokojnie nazwać niegrzecznym mianem dziwki.
Miała dużo za
mocny makijaż, zwłaszcza jak na tą porę dnia, dużo zbyt skąpy ubiór, na który składała się dżinsowa super-krótka mini, bardzo
wydekoltowana podkoszulka i sandałki na wysokim koturnie.
Włosy miała ufarbowane
na jasny blond z ponad pięciocentymetrowymi, brązowo-siwymi odrostami, wyczesane
wysoko i roztrzepane do tego stopnia, że jej głowa wyglądała na spuchniętą.
Pazury, którymi
stukała właśnie niecierpliwie w kontuar recepcji, były bardzo długie,
pomalowane na jaskrawo czerwono i miały liczne odpryski.
- W której sali, do kurwy, nędzy leży mój syn? -
wrzasnęła ponownie, a pielęgniarka zaczęła nerwowo wystukiwać na komputerze,
najwidoczniej wyszukując potrzebnych informacji.
W tym momencie od
strony automatu nadeszła Hannah z Jackiem.
Kobieta odwróciła
się do nich przodem, wyciągnęła przed siebie rozłożone szeroko ręce,
przykucnęła z rozstawionymi kolanami, wypiętym tyłkiem i wrzasnęła:
- Jack! Mój synek!
I wtedy
wiedziałam, że była pijana lub naćpana, albo jedno i drugie.
Żaden normalny dorosły nie zachowywałby się
tak w szpitalu.
Żadna kobieta nie
zrobiłaby czegoś takiego w stosunku do dziecka, do którego prawo do opieki
straciła właśnie z powodu własnego zaniedbania, o czym wiedzieliśmy wszyscy, bo
mężczyźni nam (swoim kobietom) opowiedzieli, co zobaczyli tamtego dnia ponad
miesiąc temu.
Jack przystanął,
zrobił przerażoną minę i spojrzał na Hannah.
Ta popatrzyła na
niego zmieszana, zaskoczona, a potem zmarszczyła brwi i wtedy wiedziałam, że
nie znała wcześniej mamy Jacka, nie osobiście,
ale nie miała o niej dobrego zdania.
Przeszli jeszcze
kilka kroków w kierunku stanowiska pielęgniarek, ale Jack chował się za Hannah,
a ona ochraniała go jedną ręką.
Na pierwszy rzut
oka było widać, czyją opiekę wybrało to dziecko.
- Nie przywitasz
się z mamusią? - zapytała nieznajoma
takim tonem, jakby była urażona, a Jack skulił się za plecami Hannah.
Dokładnie w tym
samym momencie jednocześnie z cichym piknięciem otworzyły się drzwi windy,
wyszła z nich Sophie i z części zamkniętej oddziału wyszedł lekarz, który był
wcześniej u Billy’ego, a który przedstawił się nam jako Jeffrey Heelyou.
Oboje na widok
tego, co zastali, zamarli bez ruchu tam, gdzie byli, ale było widać, że oboje
na pierwszy rzut oka ocenili prawidłowo, która z nich była lepszą opiekunką
chłopca i której z nich Jack bardziej ufał.
Wtedy też Hannah,
nie spuszczając wzroku z tej dziwnej kobiety, która mi przypomniała Marthę, powiedziała
cicho, odwracając lekko głowę do Jacka - Słonko, weź, proszę, te napoje, które
kupiliśmy i idź do Billy’ego.
Kobieta
zareagowała na to agresją.
- Co ty sobie, do kurwy nędzy, wyobrażasz! - wrzasnęła
- Ty dziwko! Chcesz zabronić mi
rozmawiać z moim rodzonym synem.
Lekarz ruszył
szybkim krokiem do biurka pielęgniarki, a tam, nie czekając na jej reakcję, pochylił
się i podniósł słuchawkę telefonu stacjonarnego.
Byłam pewna, że
dzwonił po ochronę, ale nie było słychać, co mówił.
- Ukradłaś mi już młodszego syna! -
wrzeszczała tamta zdzira - I co, może jeszcze nie dopuścisz mnie do starszego?
- Ja nie… - Hannah
próbowała się odezwać łagodnie, ale tamta nie hamowała się.
- Pierdol się! - wrzasnęła.
Zobaczyłam, że
Sophie przesunęła się w naszą stronę, gotowa podjąć akcję, a, znając Sophie,
mogłam się spodziewać nawet agresji fizycznej, bo była dokładnie tym typem kobiety i przecież uczyła się
kilku sztuk walki.
- Ty zdziro! - znowu wrzasnęła pijana - To moi synowie!
I wtedy zobaczyłam
to, co przydarzyło się każdej z nas.
Nigdy nie
widziałam, jak ja wtedy wyglądałam, a
było to wtedy, kiedy Martha wtargnęła do naszego mieszkania, ale Jimmy to lubił,
mówił mi o tym, więc musiało to być właśnie takie.
Maggie kiedyś mi
opowiadała, że ona też miała taką scenę, też zdarzyło to się w szpitalu i Davidowi
też to się podobało.
Dlatego bardzo
żałowałam, że Billy nie mógł zobaczyć tego z Hannah.
Pokochałby to.
Jack już wtedy zniknął
w drzwiach do sali Billy’ego i byliśmy na korytarzu tylko my, te dwie kobiety,
stojące naprzeciwko siebie, pielęgniarka i lekarz.
To było tak, jakby
przez wszystkich przeszły iskry elektryczności.
Hannah pochyliła
się tułowiem w kierunku tamtej kobiety, zacisnęła obie ręce w pięści po swoich
bokach i wyprostowała je do tyłu, kiedy wysunęła twarz do przodu, by mówić
głośno i wyraźnie wprost do tamtej.
Z furią!
- Twoi synowie? - zapytała Hannah z ironią
w głosie, a potem jej głos był przesycony wręcz namiętnością, kiedy kontynuowała - Twoi? Doprawdy? Byłaś kiedykolwiek
w mieszkaniu Billy’ego? chociaż raz, żeby zobaczyć, czy czegoś nie potrzebował?
Co z ciebie za matka? Jaka matka
pozwala, żeby jej partner bił jej dziesięcioletniego
syna? Jaka matka pozwala, by jej
dzieci nie znały swojej wartości i nie interesuje się ich postępami w szkole?
Pozwoliłaś, żeby ich krzywdzono! Obu!
Ocho!
Więc trochę się znały.
Spojrzałyśmy po
sobie z Maggie i Sophie z szeroko otwartymi oczami.
- Gówno cię to… - nierozważnie i
bełkotliwie zaczęła tamta, ale Hannah była na fali i nie dała się zatrzymać.
Nigdy bym jej o to
nie podejrzewała.
- Nie
znasz swoich synów! - Hannah nie krzyczała, ale to było nawet bardziej
przejmujące - Nie interesują cię. Nawet
nie wiesz… - wciąż mówiła - jacy są zdolni. Obaj. Wiedziałaś, że
Billy gra na gitarze i śpiewa?
Spojrzałyśmy po
sobie z Maggie i Sophie tym razem ze zdumieniem, bo my też nie wiedziałyśmy,
chociaż, oczywiście, jako mama wiedziałabym to o moim dziecku.
- Wiedziałaś, że Jack jest uzdolnionym
pisarzem? - kontynuowała Hannah i nie oczekiwała odpowiedzi - A żaden z nich nawet nie jadł niczego
zdrowego i porządnego, zanim zaczęłam im gotować! Żaden nie miał nawet niczego porządnie wypranego!
Poczułam, że łzy
zaszczypały mnie w ozy, a potem spłynęły po policzkach, bo to było piękne, jak o nich dbała, znała ich i
broniła ich.
Głos Hannah się
załamał, kiedy wyszeptała na koniec - Nikt
o nich nie dbał - i dopiero wtedy zamrugała gwałtownie, rozejrzała się po
okolicy i spostrzegła, że staliśmy wszyscy, patrzyliśmy na nie obie, a ta druga
już od pewnego czasu milczała i, kiwając się nieporadnie, stała z otwartą buzią
na środku korytarza.
- Ta kobieta… - Hannah cichym, ale
zdecydowanym głosem powiedziała do lekarza i pielęgniarki, wskazując palcem na
pijaną - Nie ma prawa wstępu do mojego
męża.
- Ty suko! - pisnęła tamta i nagle ruszyła w
stronę Hannah z wyciągniętymi przed siebie pazurami, ale wtedy ocknęła się
Sophie - Nawet nie zaprosiliście mnie na ślub, a teraz…
Tylko tyle zdążyła
wyciągnąć, kiedy Sophie dotarła do niej, po uprzednim położeniu pudełek z
cukierni i holdera z kawą na podłodze (starannie i ostrożnie, by niczego nie
uronić - cała Sophie - dbała o jedzenie), a potem jednym płynnym ruchem przewróciła
ją, przycisnęła brzuchem i twarzą do podłogi, złapała jej prawą rękę i wygięła
ją za jej plecami, kiedy usiadła na niej i ją unieruchomiła.
To nie był ładny
widok i nie był to przyjemny dźwięk, kiedy tamta jęknęła, uderzając o podłogę,
ale przynajmniej przeszło mi płakanie, bo to było też trochę śmieszne.
Szczęśliwie dla
wszystkich, nadeszła wtedy szpitalna ochrona, zdjęli Sophie z powalonej kobiety
i zabrali tamtą ze sobą windą na dół.
Na koniec Jeff
podszedł do Hannah, zapytał, czy wszystko było w porządku, a potem poszedł za
nimi.
Sophie
jak-gdyby-nigdy-nic, otrzepała się, podeszła do pudełek z pączkami i holdera z
kawą, podniosła wszystko z podłogi i wróciła do nas.
Hannah nawet na
nas nie spojrzała, kiedy pobiegła do sali Billy’ego.
Porozmawiałyśmy
minutę lub dwie z pielęgniarką.
Potem stałyśmy we
trzy przez chwilę na korytarzu, żeby dać Hannah i jej rodzinie trochę czasu, bo
dołączyła do swojego mężczyzny i jego brata.
Potrzebowała się pozbierać,
a my tam byłyśmy, by dać jej wsparcie, a nie po to, by ją denerwować.
Ale później tam
weszłyśmy, dzierżąc w dłoniach pączki i kawę z naszej ulubionej cukierni, by
dać im znać, że bardzo lubiłyśmy to,
jak wystąpiła w obronie tych dwóch wspaniałych chłopców i żeby wszystkich
nakarmić.
*****
Hannah
Jaki wstyd.
Znowu to zrobiłam.
Pokazałam
wszystkim na korytarzu swoją brzydką twarz.
Myślałam, że ze
wstydu zapadnę się pod ziemię, ale nie mogłam tego zrobić, bo musiałam iść do
mojego męża i do Jacka.
Biedny chłopiec na
pewno się wystraszył, skoro ostatnim wspomnieniem, jakie miał ze swoją mamą
było to, że jej partner go uderzył w twarz, a ona go przed tym nie obroniła.
Wpadłam do sali,
rozejrzałam się i znalazłam Jack siedzącego na krześle tuż przy łóżku Billy’ego
z twarzą schowaną w jego prześcieradło, kiedy Billy trzymał rękę na jego
ramieniu.
Jack podniósł
głowę, a Billy odwrócił się w stronę drzwi, więc obaj naraz spojrzeli na mnie,
kiedy wchodziłam.
A mnie zaparło na
ten widok dech w piersi.
Dosłownie.
Bo sądziłam, że
Jack był zdenerwowany, że Billy był na mnie zły, ale wzrok ich obydwóch
jednakowo stał się radosny, ciepły, wręcz… szczęśliwy
na mój widok.
Cieszyli się, że
to nie była ich mama.
Podeszłam szybko
do łóżka po drugiej stronie niż był Jack i popatrzyłam na nich obu z
niepokojem.
- Wszystko dobrze?
- zapytałam, a Billy wtedy wyciągnął do mnie rękę, zmusił mnie, żebym się
schyliła (co zrobiłam bez zmuszania, bo to była lewa ręka i nie chciałam, ze by
ją wysilał), a potem przyciągnął mnie do swojej twarzy, bym go pocałowała.
- Rozumiem, że
dobrze - szepnęłam, kiedy pozwolił mi się odsunąć.
- Tak - mruknął
Billy, a Jack skinął głową.
- Ty tak zrobiłaś - dodał Billy, a ja
zamrugałam, kiedy się wyprostowałam.
- Co takiego? - zapytałam z niedowierzaniem
i spojrzałam na Jacka, który z zapałem kiwał głową.
- Anie! - Billy
zwrócił na siebie moją uwagę - Słyszeliśmy to.
Zawstydziłam się i
zamknęłam oczy, kiedy zaczęłam odwracać głowę, bo było mi tak strasznie wstyd,
ale Billy znowu zawołał moje imię, więc spojrzałam na niego.
- Słyszeliśmy, jak
stanęłaś po naszej stronie i dziękujemy
- dodał Billy, a mnie nagle nie było wstyd, ale łzy zaszczypały mnie w nosie,
bo to było to.
Moi dwaj mężczyźni
nie mieli do tej pory nikogo, kto by się nimi zajmował.
I ja musiałam być
tą, która im to dawała.
Usłyszałam, że
otworzyły się drzwi do sali, ale nie spojrzałam w tamtym kierunku, kiedy oczy
mojego kochanego męża złagodniały jeszcze bardziej.
- Tak, Słonko. Dzięki tobie jest dobrze - powiedział Billy.
- Kurwa, tak! - mruknęła za moimi plecami Sophie,
na co usłyszałam syknięcie Evy i Maggie, kiedy ja się skrzywiłam.
Billy zachichotał,
ale zaraz potem się skrzywił z bólu.
Zaniepokojona
wyciągnęłam do niego rękę, a Sophie mruknęła:
- Ocho, przy nim to nawet sobie nie można
żartować, bo to będzie raczej bolesne
ćwiczenie oddechowe.
Zdziwiona
spojrzałam na nią, a ona wzruszyła ramionami, by zaraz potem ze stoickim
spokojem wyjaśnić mi:
- Mój Alex też był
postrzelony w płuco, więc jakby co, to mogę ci trochę opowiedzieć o rehabilitacji
i innym takim…
Miałam wrażenie że
urwała, by nie powiedzieć gównie, ale
może tylko miałam takie wrażenie.
Tym razem Billy nie zachichotał.
Możliwe, że po
prostu nie lubił tego bólu, który czuł, kiedy to robił, bo widziałam wyraźnie,
że z jego twarzy nie schodził szeroki uśmiech.
Pochyliłam się do
jego ust, by dotknąć je delikatnie i szepnąć tam kocham cię, co zrobiłam po raz pierwszy z premedytacją, wiedząc, że
mnie słyszał, bo był przytomny.
A potem odsunęłam
się od łóżka, usiedliśmy wszyscy (lub staliśmy w kółku) zjedliśmy pączki, na
które Jeff pozwolił nawet Billy’emu, wypiliśmy kawę, napoje, wodę i inne takie.
Jeff był, by
zapytać o nasze (moje) samopoczucie.
I tylko Billy nie
powiedział Ja ciebie też.
Ale może jeszcze
było na to zbyt wcześnie?
Tylko nie chciałam,
żeby znowu zabrakło nam czasu.
Dziękuję
OdpowiedzUsuńDziękuję
OdpowiedzUsuń