piątek, 3 lutego 2023

13 - Ta kobieta

 

Rozdział 13

Ta kobieta

Hannah

 

 

Dwie doby później

Poprzedniego dnia, w sobotę, pojechałam do szpitala z Jackiem tuż po śniadaniu, by umyć mojego męża, chociaż być może tego nie potrzebował, ale bardzo chciałam być przy nim o tej wczesno porannej godzinie i móc go dotknąć.

Ponownie prawie nie spałam w nocy, chociaż tym razem nie płakałam i ponownie wstałam bladym świtem, żeby upiec poczęstunek dla naszych przyjaciół i pracowników szpitala.

Tym razem zdecydowałam się na warkocze drożdżowe z lukrem, więc przygotowanie ich trwało nawet trochę dłużej, skoro ciasto musiało wyrosnąć.

Byłam dopiero w połowie mieszania składników na ciasto, kiedy do kuchni wszedł Jack, ubrany wciąż w piżamę.

- Cześć, Hannah - zawołał w progu, a ja zamarłam zaskoczona z rękoma nad miską, do której właśnie wlałam mleko.

- Um. Cześć, Jack - powiedziałam ostrożnie - Co tu robisz tak wcześnie? Czemu nie śpisz?

Jack podszedł do mnie, stojącej przy robocie kuchennym i zajrzał do miski.

- Nie mogłem spać - wymamrotał przy tym.

Mogłam go zrozumieć, ale obawiałam się, że przez to nie będzie miał siły i energii później na nasz dzień.

- Och, przykro mi - powiedziałam ze szczerym żalem w głosie - Chcesz mi pomóc? - zapytałam od razu, bo wiedziałam, że nie było lepszego sposobu na oderwanie się od ponurych myśli, jak praca.

Więc w końcu razem z Jackiem dokończyłam mieszać ciasto drożdżowe i ustawiliśmy je do wyrośnięcia, a później poszliśmy do piętro, by wziąć prysznic i przygotować się na nasz dzień.

Kiedy wróciliśmy do kuchni po upływie pół godziny, pokazałam młodemu jak się formuje warkocze i mieliśmy sporo zabawy, robiąc to razem, a potem postawiliśmy je w ciepłym miejscu do ponownego wyrośnięcia, kiedy zabraliśmy się, znowu wspólnie, do zrobienia hash browns na nasze śniadanie.

I wtedy zdradziłam Jackowi (pod karą łaskotek, jeśliby on go zdradził) sekret mojego hash browns, przygotowaliśmy porcję dla niego i dla mnie, a dopiero potem zjedliśmy je, nastawiliśmy piekarnik, by warkocze się piekły, kiedy my zajęliśmy się przygotowaniem domowego lukru.

Wszystko to robiliśmy razem.

A potem zajęliśmy się tym, czym mieliśmy się zająć, by dotrzeć do szpitala, gdzie znowu miałam okazję umyć mojego śpiącego męża myjką, ale tym razem nie kazano mi przebierać się w jednorazowy fartuch ani rękawiczki.

Robiłam ro, co miałam do zrobienia niespiesznie i starannie, by jak najdłużej mieć dla siebie ten czas spędzony z moim mężczyzną.

Najpóźniej dwie godziny po tym Billy miał być przeniesiony do zwykłej sali, ale nie mogliśmy przy tym być, bo musiałam pojechać do domu mojej mamy, by być przy rozmowie telefonicznej z moim tatą.

Co było zarówno trochę złe, jak i trochę dobre.

Złe, bo nie mogłam być z Billy’m, a dobre, bo miałam porozmawiać z tatą.

Więc nie cieszyłam się ani na jedno, ani na drugie, ale pojechaliśmy.

Cztery godziny później byłam z Jackiem w domu u mamy, była tam również Abi i czekałyśmy we trzy zdenerwowane, bo tata nie dzwonił.

Zasada była taka, że to on mógł dzwonić do nas, a nie my do niego i miał określone z góry dni i godziny, kiedy mógł to zrobić, więc, kiedy się to opóźniało, martwiłyśmy się, co było tego powodem.

Mogło to być wszystko, począwszy od jego choroby lub wypadku, a skończywszy na zwykłej awarii telefonu lub spóźnieniu się poprzedniego rozmówcy, bo mieli tam kolejkę do telefonu.

Kiedy wreszcie zadzwonił telefon mamy, wszystkie podskoczyłyśmy ze zdenerwowania, a Jack popatrzył na mnie z niepokojem, bo nie wiedział, czemu tak się zachowywałyśmy.

Mama odebrała, przywitała się i wyszła do swojego pokoju, by wymienić z tatą pierwsze słowa bez nas jako świadków.

Rozumiałyśmy to, byli małżeństwem, kochali się i mieli coś swojego do przekazania, więc czekałyśmy cierpliwie, podczas gdy Jack zajmował Abla rysowaniem jakiegoś pieska, którego Abel spotkał gdzieś na ulicy.

Mój mały braciszek przechodził właśnie fazę fascynacji psami jednocześnie z wciąż trwającą fazą fascynacji przyszywanym kuzynem, Jackiem.

 Mama opowiadała, że za każdym razem, kiedy napotykali kogoś, nawet obcego, kto prowadził na smyczy psa, albo kiedy zobaczył psa w oknie samochodu lub domu, zatrzymywał się, podziwiał, pokazywał go palcem i starał się jak najwięcej o nim dowiedzieć.

Z rysunku, jaki powstawał z ręki Jacka po opowiadaniu Abla, wywnioskowałam, że tym razem chodziło o rudego cocker spaniela.

Pięć minut później mama wróciła i, nie mówiąc ani słowa, z dziwną miną, podała mi telefon.

- Tatusiu - westchnęłam do słuchawki, jak zawsze to robiłam na powitanie mojego taty.

- Anie, Słonko - przywitał się ze mną tata, ale natychmiast potem zaczął mówić, a ja go rozumiałam, bo czas na tę rozmowę mieliśmy ograniczony, a on na pewno zechciałby zamienić jeszcze kilka zdań z Abi, a może i z Ablem, który właśnie wtedy podniósł głowę - Co z Billy’m? Dzwonił do mnie Oli, więc trochę wiem, ale to było wczoraj i tylko przekazał mi wiadomość, bo nie mogłem rozmawiać.

- Och - szepnęłam, ale potem zaczęłam mówić pewnie, zdecydowanie i z radością, żeby go uspokoić - Jest dobrze. Wczoraj się obudził. Oddycha sam. Dzisiaj mają go przenieść do zwykłej sali.

- To dobrze - powiedział tata - Czyli zdrowieje?

- Tak, tato - powiedziałam, ale mój wzrok skupił się na Jacku, który patrzył na mnie intensywnie, więc zastanowiłam się, czy znowu nie powiedziałam czegoś, co wcześniej przed nim zataiłam - Pobędzie w szpitalu jeszcze kilka dni, ale ma być z dnia na dzień coraz lepiej.

- Dobrze, córeczko - łagodnie powiedział mój tata, a wtedy zamrugałam i spojrzałam na blat stołu.

Mój tata nie okazywał w ten sposób uczuć.

Nie wtedy, kiedy prawdopodobnie był w otoczeniu obcych.

Nie przez telefon.

Nie podczas rozmowy.

Jeśli mu się to zdarzyło, było to przytulenie, pocałunek w czoło, czy też czułe śpij dobrze, maleńka na dobranoc.

Ale teraz tego nie mieliśmy.

Może po prostu tata brał to, co mógł mieć i dawał mi tak samo?

Nie wiedziałam, ale to nie było ważne.

Było dobrze.

Ważne było to, że poczułam się lepiej, więc uśmiechnęłam się ciepło do siebie samej lub może do stołu, a potem zmieniliśmy temat.

- O co chodzi z tymi samochodami? - zapytał tata trochę bardziej surowo - Twoja mama coś mi mówiła.

- Cóż - zawahałam się, jak mu to powiedzieć - Mój SUV stał nieużywany, skoro Billy jest w szpitalu, a ja jeżdżę jego pickupem - wyjaśniałam, jak miałam nadzieję, rzeczowo - Więc Abi go używa, żeby nie jeździć autobusami. Tak jest dla niej bezpieczniej.

- To rozumiem i się z tym zgadzam - powiedział nasz tata, zaskakując mnie, bo nie wiedziałam, o co w takim razie pytał.

- Chodzi mi o kupno dla niej samochodu przez tego faceta - powiedział mój tata - jak mu tam… Davida.

Och, o to!

- To jeszcze chyba nie jest ustalone - powiedziałam, bo Oli mi nic nie wspomniał - Ale jeśli już, to raczej David pomógłby Abi wybrać, a ponieważ on ma znajomości w jakimś komisie, więc zadbałby, żeby jej nie oszukali. Abi sama by za niego zapłaciła, więc byłby jej.

- Okej - mruknął tata, co też było zaskakujące, bo na ogół do tej pory tata nie mruczał i nie używał tego niby-słowa okej.

- Kto to jest ten David? - zapytał tata, więc mu wyjaśniłam.

- To mężczyzna, który pracuje z Oli’m i Billy’m - powiedziałam krótko i spojrzałam na mamę, która z lekkim uśmiechem na ustach zaglądała przez ramię Ablowi.

Zmarszczyłam brwi, bo to też było zaskakujące, chociaż nie było złe.

Wyglądało na to, że mama cieszyła się z tego, że miałam męża, który miał takich przyjaciół, którzy się mogli nami zaopiekować.

Odpuściłam to.

- Jego żoną jest Maggie, która mi pomaga w szpitalu, podobnie jak Eva, żona Jimmy’ego, która razem z Heleną pomagała mamie przy naszym ślubie i… - paplałam tak długo, aż tata mi przerwał.

- Dobrze, że masz przyjaciół, córeczko - powiedział łagodnie, a ja zamilkłam - A jak ten chłopiec, Jack. Nie jest ci z nim zbyt ciężko samej?

- Och, nie - zaprzeczyłam z zapałem i wyprostowałam się, by ciepło spojrzeć na Jacka - Jack jest grzecznym, spokojnym chłopcem - dodałam i zobaczyłam, że młody poderwał głowę znad kartki, by popatrzeć na mnie z radością w oczach - Bardzo mi pomaga. Gotujemy razem, sam po sobie sprząta.

Uśmiechnęłam się do Jacka, a on to odwzajemnił.

Zobaczyłam wtedy po raz kolejny, że znaczyło to dla niego bardzo, bardzo dużo, że go tak chwaliłam.

- Cieszę się, Słonko - powiedział mój tata i westchnął - Musimy się pożegnać. Daj mi jeszcze Abi.

- Do usłyszenia, tato - szepnęłam, wysłuchałam takiego samego od niego, a potem podałam telefon mojej siostrze.

Nie słuchałam ich rozmowy.

Myślałam o tym, że mój tata martwił się o nas, a sam musiał być tak daleko i nie mógł przyjechać, by nas wesprzeć, przytulić i upewnić się, że mieliśmy się dobrze.

Więc musieliśmy mu to dać.

Chociażby przez telefon.

Godzinę później weszliśmy z Jackiem do poczekalni szpitala, by przekonać się, że byli tam przyjaciele, o których wspomniałam tacie.

Wszyscy.

Mężczyźni byli po nocnym dyżurze, kobiety miały małe dzieci, którymi musiały się opiekować, ale byli tam dla nas i dla Billy’ego.

Chcieli się upewnić, że Billy miał wszystko, czego potrzebował i że my mieliśmy się dobrze i nie potrzebowalibyśmy właśnie wtedy ich pomocy.

Tacy wspaniali ludzie.

Podziękowałam im serdecznie, a później po prostu wbiłam do telefonu numery, które mi dawali, kiedy proponowali dyżury przy Jacku, przywiezienie czegoś do Billy’ego do szpitala lub zrobienie czegokolwiek innego, co mogłoby mi pomóc.

Oli wspomniał im, że od poniedziałku razem z Jackiem wracaliśmy do szkoły, ja do pracy, a on do nauki, więc przyszli i zaproponowali.

Byłam taka wzruszona.

Tyle dobra.

- Dzisiaj sobie poradzimy - mówiłam im schrypniętym ze wzruszenia głosem, ściskając kolejne dłonie, kiedy Jack stał obok, udając dzielnego, skoro Matt stał niedaleko razem z Bertem, bo wszyscy przyjechali również z dziećmi - Dziękuję. Może jutro porozmawiamy. Najpierw pójdziemy tam z Jackiem i zobaczymy, jak Billy sobie radzi.

- Dobrze, kochanie - powiedział wreszcie Eva, podchodząc bliżej mnie, by ująć moją rękę - Nie chcemy już wam dzisiaj przeszkadzać, więc pójdziemy.

- Przyjechaliśmy, żebyś wiedziała, że macie wsparcie - dodała Maggie, podchodząc jako druga.

Każda z nich ścisnęła lekko moją dłoń, objęła mnie ramieniem, by przycisnąć mnie na chwilę do swojej piersi, a potem odsunęła się, by zrobić miejsce dla następnej.

- Nie zostaniemy tu dłużej, więc nie czuj się ograniczona czasem - jako następna powiedziała Alice również podchodząc, by mnie uściskać.

- Nie znasz mnie zbyt dobrze - powiedziała Sophie - Ale ja też mogę pomóc.

- Więc zawsze dzwoń i nie krępuj się z proszeniem o pomoc - powiedziała Helena, kiedy dotarła do mnie jako ostatnia - Jak któraś z nas nie będzie mogła, to zorganizujemy to tak, żeby było dobrze - dodała łagodnie, odsunęła się na długość ramion, nie puszczając obu moich rąk i spojrzała mi prosto w oczy, a ja wiedziałam, że rozumiała moją potrzebę poradzenia sobie samej ze wszystkim.

Ona też była skryta i nie prosiła o pomoc.

Ale to nie znaczyło, że teraz nie wiedziała, że powinna była o nią poprosić wtedy, kiedy było jej bardzo źle.

Powoli wszyscy opuścili poczekalnię, a ja z Jackiem poszliśmy do sali, której numer podała nam Flora, która właśnie była na kolejnym swoim dyżurze.

Trochę się bałam.

Trochę byłam podekscytowana, rozradowana i przeszczęśliwa.

Ale ogólnie czułam się dobrze.

Miałam w torbie pojemniki z ryżem z kurczakiem i warzywami gotowanymi na parze, co było dobre również do zjedzenia na zimno, a, jeśli Billy nie mógłby z nami zjeść, Jack powiedział mi rano, kiedy to robiłam, że próbował tego u Billy’ego „poprzednim razem” i chętnie to zje.

Cóż, Billy powiedział mi wtedy Zjadłem wszystko, co zrobiłaś…, ale, najwidoczniej, nie zjadł wszystkiego sam i Jack coś od niego dostał.

Nie miałam żalu o to, bo młody też potrzebował dobrego jedzenia.

Tym bardziej, że powiedział mi o tym z takim zachwytem, że wiedziałam, że jemu też smakowało.

Co było dobre.

Miałam też przy sobie mały termos z kawą dla siebie, napój dla Jacka i miałam nadzieję na to, że Billy miał wodę do picia w szpitalu, bo nie kupiłam żadnej, by przynieść dla niego.

Kiedy weszliśmy do pokoju Billy’ego, wydawało mi się, że spał.

Leżał w pokoju jednoosobowym, czego się nie spodziewałam, ale ucieszyłam się, bo mieliśmy tu więcej swobody.

Podeszłam do okna, ustawiłam torbę na podłodze, wyjęłam pojemniki na parapet, a potem dopiero spojrzałam na Jacka.

Chłopiec stał niepewnie pośrodku sali, patrząc na śpiącego na łóżku Billy’ego z dziwnym wyrazem twarzy.

Wiedziałam, co widział.

Nie przywiozłam rano Billy’emu żadnej koszulki, więc nadal był ubrany w koszulę szpitalną, cienką i w dziwne wzorki, również nie był ogolony, a jego włosy nie były uczesane, więc wyglądał nieco niechlujnie.

Miał bladą twarz, bezwładne ręce, w lewej wbitą igłę wenflonu, a górną część ciała podniesioną i głowa opadła mu trochę na bok podczas snu, więc wyglądał słabo.

Dla mnie mój mąż z tym wszystkim wyglądał o wiele lepiej, bo widziałam mojego ukochanego w tamtej sali pooperacyjnej, z tą okropną rurą wystającą mu z ust i z czujnikami na piersi.

Dla Jacka Billy wyglądał gorzej, niż młody to pamiętał, bo pamiętał go zdrowym, sprzed kilku dni.

- Hej - zawołałam go cicho, wyciągając do niego rękę - Chodź tu. Mamy przecież lunch, który przywieźliśmy, więc usiądziemy, zjemy i poczekamy, aż Billy się obudzi. Dobrze?

Jack podszedł do mnie, niepewnie skinął głową, ale nie patrzył mi w oczy.

- Czy możesz przynieść tamto krzesło tu do łóżka? - zapytałam, wskazując mu krzesło, które stało kilka metrów dalej w rogu sali.

Sama przysunęłam bliżej drugie krzesło i przenośny, podnoszony stolik, który miał możliwość wychylenia go nad łóżko.

Kiedy się usadzaliśmy, weszła Flora, niosąc tacę z plastikową miseczką przykrytą pokrywką i z małą foremką z zieloną galaretką obok tego, na tacy były również sztućce zawinięte do połowy w serwetkę i butelka z wodą.

- Dzień dobry - powiedziała do Jacka, stawiając tacę na stoliku, bo wcześniej ja podeszłam do niej do recepcji, by się przywitać, ale Jack od razu poszedł do Matta i Berta, bo zobaczył ich w drzwiach poczekalni.

- Dzień dobry - ponuro odmruknął Jack.

- No, co to za mina? - zapytała go z humorem Flora - Ostrzegam, że tu nie ma miejsca na takie naburmuszone twarze.

Jack odwrócił się do niej bokiem, jakby ukrywał swoją buzię, a ja pomyślałam, że się wystraszył, że Flora go wyprosi.

Na szczęście, ona też to zauważyła i pociągnęła żart, żeby dać mu znać, że nie miała zamiaru go wyrzucać.

- Dla dobra pacjenta poproszę o uśmiech - rzuciła w formie rozkazu, ale bez surowości w głosie.

Jack poderwał głowę i spojrzał na nią.

- Ale Billy… - zaczął i przerwał, chociaż obie wiedziałyśmy, że miał zamiar powiedzieć, że Billy i tak nie wie, że tam byliśmy.

- Billy prawdopodobnie nas słyszy - Flora powiedziała do niego poważnie - Możliwe, że zaraz się obudzi. A na pewno czuje od ciebie wibracje. Więc lepiej, żeby były pozytywne.

Jack natychmiast spojrzał na brata, a Flora kontynuowała cichym głosem:

- Więc mów do niego.

Mina Jacka zmieniła się na taką, że odczułam to w głębi siebie, po czym młody pochylił się w stronę swojego brata.

- Hej, Billy! - powiedział cicho, ale słyszalnie - Przyszliśmy tu z Hannah, żeby zjeść z tobą lunch.

Flora uśmiechnęła się do mnie i wyszła z sali, a ja uśmiechnęłam się do niej w odpowiedzi z roztargnieniem, bo patrzyłam jak oczarowana na moich dwóch mężczyzn.

- Wiesz - mówił Jack do Billy’ego - …rano upiekliśmy i przywieźliśmy warkocze drożdżowe, ale wszystkie zjedli ludzie, którzy tu byli. Były takie pyszne, że dla mnie został tylko jeden.

Zamarłam, kiedy zobaczyłam coś, co Jack właśnie przegapiał.

Palce prawej dłoni Billy’ego, przy której pochylał się Jack, zacisnęły się delikatnie i rozprostowały.

- A teraz przywieźliśmy tego pysznego kurczaka z ryżem i warzywami… - mówił dalej Jack - którego Hannah zrobiła dla ciebie poprzednio, a ja go zjadłem.

Powieki Billy’ego drgnęły, zaczęły się rozchylać i Jack zamilkł i tylko patrzył z rozchylonymi ustami.

Podeszłam bliżej do łóżka.

- Hej, kochanie - powiedziałam cicho, pochylając się obok Jacka - Jesteśmy tu razem z Jackiem.

Billy wciągnął mocniej powietrze i skrzywił się z bólu.

- Nic nie mów - powiedziałam i pogłaskałam jego ramię, okryte szpitalną koszulą, której nie lubiłam.

- Anie - z trudem wyszeptał Billy - Jack - dodał po chwili.

Usłyszałam, że Jack zaśmiał się krótko i jakoś dziwnie, więc wiedziałam, że był szczęśliwy, wzruszony i próbował to ukryć.

Nie miałam mu tego za złe.

- Tak - powiedziałam do mojego męża - To my.

- Alba? - zapytał krótko Billy i wiedziałam, że mówienie mogło go boleć.

- Jest dobrze - odparłam szybko - David… - zawahałam się w doborze słów, bo nie chciałam bardziej martwić Jacka - zlikwidował tamtego. Ania ma problemy ze słuchem, bo strzelił jej blisko głowy, ale jest w porządku, nie jest nawet ranna.

- Dobrze - szepnął Billy z ulgą i przymknął oczy.

- Zjesz lunch? - zapytałam z nadzieją.

Nie sprawdzałam, co przyniosła Flora, ale pomyślałam, że musiała wiedzieć, że Billy mógł być głodny, dlatego coś przyniosła.

- Co masz? - spytał szeptem Billy, więc odsunęłam się, by podejść do stolika, na którym Flora zostawiła tacę.

- Kurczak z ryżem i warzywami - wypaplał radośnie Jack, nie poruszając się ani na milimetr od łóżka swojego brata.

- Albo zupa krem z warzyw - stwierdziłam, kiedy podniosłam plastikową pokrywkę z talerza, który nadal stał na tacy, przyniesionej przez Florę.

Billy wykrzywił się śmiesznie, a Jack wywrócił oczami do sufitu.

- Szpitalna dieta - mruknął Billy.

- Co? - zapytałam zdezorientowana.

Przecież to był pierwszy lunch, jaki Billy miał jeść po obudzeniu się, bo wcześniej dostawał tylko kroplówki.

- Jak byłem poprzednio - Billy mówił, z wyraźnym trudem, płytko wciągając powietrze, ale nie chciał zamilknąć, a Jack słuchał z uśmiechem, więc mu nie przerywałam - Dostawałem to samo.

Zamilkł, a ja zamarłam.

To było wtedy, jak był w szpitalu po usunięciu wyrostka.

- Nie było cię - mruknął Billy z jakimś żalem w głosie.

- Byłam tam - mruknęłam, nie patrząc na niego, tylko ustawiając na stoliku przyniesione pojemniki - Tylko poprosiłam Oli’ego, żeby ci nie mówił - dodałam nieco głośniej i spojrzałam wprost w jego oczy.

Billy patrzył wprost na mnie, a jego oczy wyrażały taką radość, że gwałtownie zamrugałam i nie powstrzymywałam się, kiedy przyciągnął mnie niczym magnes, nie poruszając się, samym tylko spojrzeniem, jakby prosił mnie o to, więc go pocałowałam.

- Hmmm - usłyszeliśmy mruknięcie Jacka - Jestem tu.

Odsunęłam się od mojego męża, spojrzałam jeszcze raz w jego oczy, tym razem z bardzo bliska, uśmiechnęliśmy się do siebie, pogładziłam dłonią jego szorstki policzek i ruszyłam się, by wziąć pojemniki z jedzeniem.

- To co chcesz zjeść? - zapytałam Billy’ego.

- Kurczak - mruknął, więc wzięłam mój pojemnik, otworzyłam go i przysunęłam sobie krzesło, by nakarmić mojego męża, który był jeszcze zbyt słaby, by jeść samodzielnie.

Zresztą okazało się, że nie zjadł nawet połowy, a Jack w tym czasie pochłonął zupę warzywną, nawet ją sobie chwaląc, a potem dokończył porcję kurczaka z warzywami, którą zostawił Billy.

Kiedy ja jadłam kurczaka z drugiego pojemnika, a Jack wciągnął galaretkę, Billy odpowiadał nam coraz krótszymi mruknięciami, aż w końcu całkiem ucichł.

Oboje z Jackiem, bez umawiania się, natychmiast zaczęliśmy zachowywać się bardzo cicho.

Mój mąż spał.

Sprzątnęłam naczynia, Flora przyszła, zabrała tacę, zapytała mnie, czy i ile zjadł Billy i całkiem zadowolona odnotowała to w karcie, wiszącej przy jego łóżku, podłączyła mu do wenflonu nową kroplówkę, a potem siedziałam przy łóżku mojego męża z książką, podczas gdy Jack coś pisał w brulionie, który przywiózł ze sobą.

Po prostu spędzaliśmy tam czas.

Billy obudził się jeszcze później na parę minut, ucieszył się z tego, że wciąż tam byliśmy i poprosił mnie o coś do picia, więc poszłam do Flory i przekazałam jego prośbę, a wtedy Jack został ze swoim bratem i rozmawiali.

Kiedy wróciłam minutę później, Jack siedział na krześle nieco odsuniętym od łóżka, a Billy leżał uspokojony z zamkniętymi oczami, więc myślałam, że spał.

Jednak jak tylko podeszłam, by odstawić na stoliku obok niego kubek z wodą i rurką, Billy otworzył oczy.

Przytknęłam mu więc rurkę do ust, pociągnął łyk wody, a potem popatrzył mi głęboko w oczy.

- Musisz spać - powiedział mi mój mąż coś, co wiedziałam - Jack mówił, że kładziesz się późno i wstajesz o świcie.

- Zdrajca - mruknęłam żartem i zerknęłam na młodego.

- Dbaj o siebie, Anie - mruknął Billy, kiedy odstawiałam kubek na szafkę obok łóżka.

- Dobrze - powiedziałam, czując ciepło w piersi, a potem spojrzałam z powrotem na niego, by zobaczyć, że znowu zamknął oczy.

- Pojedziemy teraz do domu - powiedziałam cicho, nie mając większej nadziei, że mnie słyszał, bo podejrzewałam, że już spał - Przygotuję kolację i przyjedziemy do ciebie później, wieczorem.

- Okej - szepnął Billy, nie otwierając oczu - Pojedziesz do Piwnicy?

Och, racja, nie pomyślałam o tym, a przecież powinni wiedzieć, że Billy nie będzie występował tego wieczoru i prawdopodobnie w następną sobotę też nie będzie jeszcze mógł.

- Tak - powiedziałam mu - Nie martw się.

- Dobrze, że ciebie mam - mruknął sennie.

Pomyślałam o tym, że powiedziałam mu, że go kochałam wtedy, kiedy spał i nie powtórzyłam tego ani razu potem, ale nie miałam odwagi powiedzieć tego teraz.

Jeszcze nie.

- Śpij, Słonko - szepnęłam, pochylając się do jego skroni, kiedy oparłam dłoń na jego prawym ramieniu.

Uśmiechnął się, ale już później nie reagował, więc odwróciłam się do Jacka, który nadal siedział na krześle.

Nie pisał, nie robił właściwie nic oprócz patrzenia w naszą stronę.

Kiedy uśmiechnęłam się do niego niepewnie i chwiejnie, wstał, podszedł do Billy’ego z drugiej strony łóżka i wyciągnął się, by dotknąć czołem do jego ramienia.

- Kocham cię - burknął tam, a potem szybko odwrócił się, poszedł do naszej torby i zaczął wpychać w nią brulion, który przez ten cały czas trzymał w ręku.

O, Boże kochany!

Ten dziesięciolatek właśnie pokazał mi, jak to zrobić.

Uczył mnie mówienia o moich uczuciach, czego nigdy nie robiłam!

Odwróciłam się ponownie do mojego śpiącego tam męża, pogłaskałam jego ramię, gdzie nadal trzymała dłoń i szepnęłam - Ja też cię kocham.

A potem dość szybko zebraliśmy się do wyjścia z sali, a na korytarzu spotkaliśmy Evę z Jimmy’m, którzy szli z dziećmi do Billy’ego.

Zatrzymaliśmy się, powiedzieliśmy im, że Billy zjadł i właśnie zasnął, więc zawrócili i razem poszliśmy do windy, by zjechać nią na parter i udać się na parking do naszych samochodów.

Po drodze umówiliśmy się, że Jack pojedzie z nimi, czego bardzo chciał, bo mógłby wtedy spędzić kilka godzin z Mattem i Bertem, który miał do nich dołączyć, a potem spotkalibyśmy się po szóstej w szpitalu u Billy’ego.

Tylko we dwie z chłopakami, bo Jimmy miał nie mieć dyżuru, więc zostałby w domu z Davie’m i Marią.

Pożegnaliśmy się przy pickupie Billy’ego, oni poszli do swojego Highlandera, a ja wsiadłam do Custom’a bez ociągania się, bo ułożyłam sobie w głowie plan na moje popołudnie i miałam co robić.

Więc najpierw pojechałam na zakupy do sklepu spożywczego, by dokupić produkty na dwie kolacje i lunch na ten i następny dzień, a później do Piwnicy, by powiadomić Tony’ego o spodziewanej nieobecności Billy’ego i konieczności odwołania jego występów.

Tony nie przejął się ani trochę tym, że Billy nie będzie występował przez co najmniej dwa tygodnie, ale wyglądał na zmartwionego tym, że Billy był ranny.

Tak, to było potwierdzenie tego, że był dobrym mężczyzną.

Spotkaliśmy się do tej pory kilka razy, bo przekazałam mu tekst, który napisał Jack, ten tekst mu się spodobał i ustalaliśmy w jaki sposób miałam go zamieścić w komentarzach na ich stronie.

Cóż, w tym ostatnim pomógł mi Filip.

Po spotkaniu z Tony’m w Piwnicy pojechałam do domu i tam również nie miałam czasu na pomyślenie i zamartwianie się, chociaż działały moje dawne nawyki i odrzucałam wszelkie myśli, które można było nazwać „martwieniem się”.

Zajęłam się pracą.

Zrobiłam pranie, gotowałam, szykowałam kilka ubrań, żeby Billy miał coś w szpitalu, kiedy już nie będzie musiał sypiać w tych szpitalnych koszulkach.

Potem przełożyłam pranie do suszarki, ugotowaną kolację do pojemników, spakowałam je do torby razem z koszulką i bokserkami dla Billy’ego i już nadeszła piąta po południu, więc musiałam wyruszyć do szpitala.

Tam wszystko było jak poprzednio, chociaż w poczekalni nie zastałam nikogo z przyjaciół, ale David i Maggie byli w sali Billy’ego.

Dowiedziałam się, że kobiety umówiły się na rodzaj dyżurów na następny dzień, żeby zawsze był ktoś zarówno u mojego męża, jak i u Ani, która też miała spędzić w tym szpitalu kilka dni, bo podawano jej dożylnie sterydy w związku z urazem jej ucha wewnętrznego.

Billy właśnie się obudził, więc powitało mnie jego cieple, szczęśliwe spojrzenie, kiedy wchodziłam w drzwi jego sali i podchodziłam do jego łóżka, żeby przywitać się z nim pocałunkiem.

Nie mogłam się opanować.

Dopiero w drugiej kolejności podeszłam do Maggie i do Davida, żeby się przywitać z nimi, to znaczy z Maggie krótkim przytuleniem, a z Davidem skinieniem głowy, kiedy oboje patrzyli na mnie ciepło i wspierająco.

Rozmawialiśmy, wyjmowałam przyniesione rzeczy i rozstawiałam je na stoliku i do szafki obok łóżka Billy’ego, kiedy wszedł Jeff.

David i Maggie natychmiast zaczęli się z nami żegnać, mówiąc, że musieli pojechać do Alice po ich dzieci (ich mała córeczka miała dopiero dwa miesiące i Maggie rzadko ją zostawiała pod czyjąś opieką), więc ich nie zatrzymywałam, tylko podziękowałam za wizytę i pożegnałam, podobnie jak Billy.

Lekarz cierpliwie czekał, aż skończyliśmy.

Potem Jeff zbadał Billy’ego, obejrzał jego ranę i powiedział (mi?), że Billy nie powinien mieć jej stale zakrytej opatrunkiem, by się lepiej goiła.

Omawialiśmy to, kiedy Jeff niespodziewanie zapytał:

- Hannah, przywozisz dla męża jakieś ubrania z domu?

- Tak - przytaknęłam i skinęłam głową, niepewna, co lekarz Billy’ego chciał przez to powiedzieć.

- Wiem, że bardzo dbasz o czystość, więc Billy może w nich spać - powiedział mi Jeff, a ja spojrzałam rozjaśnionym wzrokiem na mojego męża, który też wydawał się być zadowolony z tego pozwolenia - Chociaż może jeszcze nie dzisiaj. Szwy wyjmiemy za jakieś siedem, osiem dni. Od poniedziałku natomiast zaczniemy rehabilitację oddechową. Do tego może nawet lepiej, żeby Billy miał jakieś spodnie dresowe i zwykłą koszulkę.

- Dobrze - powiedziałam - Dzisiaj przywiozłam koszulkę, ale tylko bieliznę, bo nie pomyślałam o spodniach - dodałam zmartwiona.

- Przecież przyjeżdżasz codziennie wcześnie rano - stwierdził Jeff z uśmiechem - Zdążysz jeszcze przywieźć.

Nic nie odpowiedziałam, ale skinęłam głową już całkiem rozluźniona.

Położyłam przy tym dłoń na poduszce obok głowy Billy’ego i właśnie tam powędrował wzrok Jeffa.

- A co z twoimi dłońmi? - zapytał - Nie pieką cię?

- Nie - spojrzałam na rękę i zobaczyłam wzrok Billy’ego skupiony na mojej drugiej ręce, którą automatycznie wtedy podniosłam na wysokość piersi.

Nie byłam pewna, czy zauważył różnicę, czy jego napięty wzrok ze zmarszczonymi brwiami nie dotyczył przypadkiem tego, że go dotykałam, a on tego nie lubił.

- Ten krem działa? - zapytał Jeff, a ja spojrzałam z powrotem na niego ze zdziwieniem, bo nie wiedziałam, że zauważył, że stosowałam jakiś krem.

- Tak - potwierdziłam - Dziękuję, jest lepiej.

- Jaki krem? - zapytał Billy.

Kiedy zwróciłam spojrzałam na niego, zobaczyłam, że patrzył prosto w moje oczy, ale jego brwi wciąż były zmarszczone.

- Mam uczulenie na lateks - przypomniałam mu, a on skinął głową, bo wiedział to - …i na detergenty - dodałam - Więc Eva pomogła mi dobrać maść odczulającą i krem do stosowania na co dzień.

Czoło mojego męża się rozpogodziło.

- To dobrze - wyszeptał.

Tak, było dobrze.

Pomyślałam, że najlepsze było to, że moje ręce już nie wyglądały tak ohydnie, odpychająco i mój mąż chyba przestał się ich brzydzić.

Ale nie powiedziałam nic na ten temat, bo wtedy nadeszła Flora z kolacją, a Jeff stwierdził, że musi iść do innych pacjentów.

Więc jedliśmy kolację i rozmawialiśmy, kiedy weszła Eva z Jackiem i Mattem, jak byłyśmy umówione.

Jack prawie wbiegł do sali, w której byliśmy, bardzo uradowany tym, że Billy nie spał i mógł się z nim przywitać.

Eva pobyła z nami bardzo krótko, najwyżej dwadzieścia minut, co zrozumiałam, bo jej najmłodszy syn niedługo kończył zaledwie trzy latka i musiała go położyć spać.

Kiedy wyszli, spędziliśmy tam z Jackiem jeszcze dwie godziny, kiedy Billy zasypiał i budził się na krótko, by zamienić z nami dwa słowa, a potem musieliśmy z Jackiem wrócić na noc do naszego domu.

Domu, w którym czekało na mnie duże, puste łóżko, nasze łóżko małżeńskie, w którym mój mąż kazał mi spać, więc to zrobiłam.

I tej nocy po raz pierwszy od jego wypadku spałam dłużej niż trzy godziny.

Następnego dnia rano razem z Jackiem zrobiliśmy to, co stało się już naszą rutyną, ale tym razem upiekliśmy pieguski z rodzynkami i czekoladą, chociaż zapowiedziałam młodemu, że Billy nie będzie mógł ich jeść.

Jeszcze nie tego dnia.

Może od poniedziałku.

Kiedy dotarliśmy do sali Billy’ego, okazało się, że mój mąż już nie spał.

Wcześniej poprosiłam Jacka, żeby poczekał na mnie w poczekalni, jak robił to poprzednio, więc do sali Billy’ego weszłam sama.

Pielęgniarka, która tam była znała mnie, więc się przywitałyśmy i od razu przygotowała wszystko, bym mogła umyć mojego mężczyznę, chociaż nie byłam pewna, czy tego by chciał, bo nie rozmawiałam z nim o tym.

Nadal nie mógł wstawać, więc musiał być umyty gąbką na łóżku, więc pomyślałam, że lepiej będzie, jeśli ja to zrobię, ale przecież nie byłam pewna, czy to nie mój dotyk go brzydził.

Kiedy pielęgniarka wyszła, usiadłam na brzegu łóżka i zaczęłam zdejmować koszulę szpitalną z Billy’ego, zauważając, że ona była o wiele wygodniejsza tym niedobrym czasie, kiedy nie wstawał z łóżka, nie podnosił się, bo nie musiała być zawiązana na plecach, a tylko okrywała przód torsu mojego mężczyzny.

Siedziałam przy jego prawym boku, jego ręka, w zgięciu której była wbita igła od wenflonu nie podłączonego właśnie do kroplówki, leżała na moich kolanach, ale nie patrzyłam mu w oczy.

Zawiesiłam wzrok na jego nagiej piersi, bo bałam się jego reakcji, denerwowałam się tym, co chciałam mu powiedzieć.

Ale byłam zdeterminowana, by to wyjaśnić.

- Billy - zaczęłam - Miałam cię umyć. Myłam cię codziennie, ale byłeś nieprzytomny. Teraz jesteś przytomny, więc…

Wciągnęłam powietrze do płuc i wreszcie wydusiłam z siebie to zdanie.

- Jeśli mam cię nie dotykać, musisz to powiedzieć teraz - powiedziałam mu napiętym głosem, bo oczekiwałam, że każe mi odejść, a na moje miejsce przyjdzie pielęgniarka, by go umyć.

Nie lubiłabym tego, ale jeśli on by tego chciał, zrobiłabym to.

- Co? - zapytał i zobaczyłam, że zmarszczył brwi, więc wzięłam wdech i spojrzałam mu w oczy.

- Nie lubisz dotyku… - stwierdziłam, wypuszczając powietrze z płuc, a przez jego twarz przebiegł dziwny grymas, jakby sądził, że mogłam to przeoczyć - mojego dotyku, więc zastanawiałam się…

- Co? - tym razem pytanie był warknięciem.

- Ja widziałam… - zaczęłam się jąkać, bo Billy wydawał się być zły i to zły na mnie - Bo jak…

- Nie! - warknął Billy, więc wzdrygnęłam się, a potem zobaczyłam jak mocno zacisnął powieki i poczułam, że jego dłoń na moim kolanie zacisnęła się w pięść.

- Anie! - zawołał mnie łagodnie, a wtedy zauważyłam, że zamknęłam oczy i opuściłam głowę, kiedy mój oddech się urywał - Przepraszam - szepnął Billy, patrząc mi znowu prosto w oczy - To nie tak - szeptał nadal, kiedy jego rozprostowana dłoń przesunęła się po moim biodrze - Ja nigdy nie lubiłem dotyku. Ale teraz, po tych kilku dniach, wiem, że tylko twój dotyk mogę znieść. Lubię go.

- Tak? - westchnęłam z radością, a nawet z zachwytem.

- Tak, kochanie - potwierdził ciągle tym łagodnym tonem - Pamiętam go, kiedy mnie myłaś wczoraj, a może też wcześniej, kiedy spałem.

- Pamiętasz? - zdumiałam się i nagle zastanowiłam się, czy mógł słyszeć coś, kiedy spał, czy coś zapamiętał z tego, co mu mówiłam.

- Więc chyba możesz mnie teraz też umyć - dokończył Billy prawie z uśmiechem, a wtedy zauważyłam, że siedziałam przy nim prawie nagim, trzymałam rękę na skórze jego klatki piersiowej, było mi z tym dobrze i jemu chyba też, ale chyba trochę marzł.

Umyłam mojego mężczyznę, gładząc jego skórę długimi, łagodnymi ruchami, by mycie nie była tylko myciem, ale też pieszczotą, skoro oboje tak to lubiliśmy.

Potem wytarłam go, a potem nasmarowałam tym kremem, który dostałam od pielęgniarki pierwszego dnia, chociaż prawdopodobnie nie był on już konieczny.

Nadal lubiłam to robić, bo to przedłużyło naszą chwilę pieszczot i samotności we dwoje.

Zanim skończyłam, przyszła pielęgniarka, by zabrać miskę z wodą i gąbką z myjką i powiedziała mi, ze Billy powinien mieć zrobiony lekki masaż pleców, żeby uniknąć odleżyn, skoro wciąż nie mógł się sam podnosić, bo nie powinien napinać mięśni, wysilać się.

Kazała mi siedzieć tak, jak siedziałam, przy prawym boku mojego męża na jego łóżku, frontem do niego, podciągnąć go oburącz za boki do pozycji siedzącej tak, by opierał swój przód na moim przodzie (w czym mi pomogła) i energicznie nacierać jego plecy kremem.

W tym czasie ona przebrała poduszkę w czystą poszewkę i przetrzepała ją trochę, by skóra Billy’ego miała kontakt z powietrzem.

A ja czułam, że to było dla nas coś więcej niż tylko masaż leczniczy i zwykłe poprawianie poduszki.

To było przytulanie.

Billy jedną ręką objął moje plecy na wysokości pasa (i lekko wsunął ją pod moją koszulkę, czego, miałam nadzieję, że nie zauważyła pielęgniarka), kiedy druga jego ręka wciąż leżała na moich kolanach, a ja obejmowałam go oburącz, chociaż jedna z moich rąk bez przerwy krążyła po jego plecach.

Miałam też policzek tuż przy jego szorstkim od zarostu policzku.

- Musisz się ogolić - szepnęłam żartem do ucha mojemu mężowi, a potem poczułam jego uśmiech na szyi.

- Chyba sam nie dam rady - mruknął tam.

- Ja mam to zrobić? - zapytałam, nadal żartując.

- Byłoby dobrze - powiedział Billy, ale już się nie uśmiechał.

Pielęgniarka pomogła mi go położyć, więc spojrzałam mu prosto w oczy i zobaczyłam, że był poważny.

- Nie lubię być taki… brudny - dodał.

- Mogę pomóc - zaproponowała pielęgniarka - Jeśli nie umiesz tego robić.

- Nie… - zawahałam się, bo ja nie lubiłabym, żeby ktoś inny dotykał mojego męża, ale też podejrzewałam, ze on by tego nie lubił - Dziękuję - dokończyłam i spojrzałam na nią z uśmiechem wdzięczności, a potem ponownie spojrzałam na Billy’ego.

Przez twarz mojego mężczyzny przemknął ten cień, jaki pojawiał się, kiedy jego maska się zamykała, a ja znowu to wychwyciłam.

Tę szczelinę, która pokazywała jego prawdziwą twarz.

Nie lubiłby, żeby ona to robiła i cieszył się, że ja to miałam robić.

Było mi z tym tak dobrze, tak bardzo dobrze.

*****

Eva

Cztery godziny później

Była już prawie pora lunchu i akurat zeszłyśmy się z Maggie w szpitalu, w pokoju Billy’ego, gdzie już była Hannah z Jackiem, a niedługo miała do nas dołączyć Sophie z pączkami i kawą.

Hannah z Jackiem poszli do łazienki i mieli wstąpić do automatu, by kupić jakieś napoje, a Billy trochę przysypiał, zmęczony nadmiernym towarzystwem uciążliwych, rozgadanych kobiet, kiedy to się stało.

Zaczęło się od tego, że usłyszałyśmy z Maggie nieco jędzowaty krzyk jakiejś obcej kobiety na korytarzu, więc postanowiłyśmy tam wyjrzeć i uciszyć tego kogoś, skoro Billy znowu drzemał lub udawał, że to robił, żeby uniknąć konieczności rozmawiania z nami.

Oczywiście, nie musiał tego robić, bo akurat miałyśmy z Maggie do omówienia tylko pewną kwestię nowego rodzaju pieluszek jednorazowych, jakie pojawiły się na rynku, ale może tego też nie chciał słuchać.

- Czego się, kurwa, gapisz, suko?! - wrzeszczała jakaś kobieta na korytarzu, więc ruszyłyśmy się i zrobiłyśmy to szybko.

Tak szybko, że stanęłyśmy tuż z drzwiami do sali Billy’ego, które dokładnie zamknęłyśmy za sobą, kiedy nastąpił ciąg dalszy.

Okazało się, że przed stanowiskiem pielęgniarek oddziału ratunkowego stała kobieta, która mogłam spokojnie nazwać niegrzecznym mianem dziwki.

Miała dużo za mocny makijaż, zwłaszcza jak na tą porę dnia, dużo zbyt skąpy ubiór, na który składała się dżinsowa super-krótka mini, bardzo wydekoltowana podkoszulka i sandałki na wysokim koturnie.

Włosy miała ufarbowane na jasny blond z ponad pięciocentymetrowymi, brązowo-siwymi odrostami, wyczesane wysoko i roztrzepane do tego stopnia, że jej głowa wyglądała na spuchniętą.

Pazury, którymi stukała właśnie niecierpliwie w kontuar recepcji, były bardzo długie, pomalowane na jaskrawo czerwono i miały liczne odpryski.

- W której sali, do kurwy, nędzy leży mój syn? - wrzasnęła ponownie, a pielęgniarka zaczęła nerwowo wystukiwać na komputerze, najwidoczniej wyszukując potrzebnych informacji.

W tym momencie od strony automatu nadeszła Hannah z Jackiem.

Kobieta odwróciła się do nich przodem, wyciągnęła przed siebie rozłożone szeroko ręce, przykucnęła z rozstawionymi kolanami, wypiętym tyłkiem i wrzasnęła:

- Jack! Mój synek!

I wtedy wiedziałam, że była pijana lub naćpana, albo jedno i drugie.

Żaden normalny dorosły nie zachowywałby się tak w szpitalu.

Żadna kobieta nie zrobiłaby czegoś takiego w stosunku do dziecka, do którego prawo do opieki straciła właśnie z powodu własnego zaniedbania, o czym wiedzieliśmy wszyscy, bo mężczyźni nam (swoim kobietom) opowiedzieli, co zobaczyli tamtego dnia ponad miesiąc temu.

Jack przystanął, zrobił przerażoną minę i spojrzał na Hannah.

Ta popatrzyła na niego zmieszana, zaskoczona, a potem zmarszczyła brwi i wtedy wiedziałam, że nie znała wcześniej mamy Jacka, nie osobiście, ale nie miała o niej dobrego zdania.

Przeszli jeszcze kilka kroków w kierunku stanowiska pielęgniarek, ale Jack chował się za Hannah, a ona ochraniała go jedną ręką.

Na pierwszy rzut oka było widać, czyją opiekę wybrało to dziecko.

- Nie przywitasz się z mamusią? - zapytała nieznajoma takim tonem, jakby była urażona, a Jack skulił się za plecami Hannah.

Dokładnie w tym samym momencie jednocześnie z cichym piknięciem otworzyły się drzwi windy, wyszła z nich Sophie i z części zamkniętej oddziału wyszedł lekarz, który był wcześniej u Billy’ego, a który przedstawił się nam jako Jeffrey Heelyou.

Oboje na widok tego, co zastali, zamarli bez ruchu tam, gdzie byli, ale było widać, że oboje na pierwszy rzut oka ocenili prawidłowo, która z nich była lepszą opiekunką chłopca i której z nich Jack bardziej ufał.

Wtedy też Hannah, nie spuszczając wzroku z tej dziwnej kobiety, która mi przypomniała Marthę, powiedziała cicho, odwracając lekko głowę do Jacka - Słonko, weź, proszę, te napoje, które kupiliśmy i idź do Billy’ego.

Kobieta zareagowała na to agresją.

- Co ty sobie, do kurwy nędzy, wyobrażasz! - wrzasnęła - Ty dziwko! Chcesz zabronić mi rozmawiać z moim rodzonym synem.

Lekarz ruszył szybkim krokiem do biurka pielęgniarki, a tam, nie czekając na jej reakcję, pochylił się i podniósł słuchawkę telefonu stacjonarnego.

Byłam pewna, że dzwonił po ochronę, ale nie było słychać, co mówił.

- Ukradłaś mi już młodszego syna! - wrzeszczała tamta zdzira - I co, może jeszcze nie dopuścisz mnie do starszego?

- Ja nie… - Hannah próbowała się odezwać łagodnie, ale tamta nie hamowała się.

- Pierdol się! - wrzasnęła.

Zobaczyłam, że Sophie przesunęła się w naszą stronę, gotowa podjąć akcję, a, znając Sophie, mogłam się spodziewać nawet agresji fizycznej, bo była dokładnie tym typem kobiety i przecież uczyła się kilku sztuk walki.

- Ty zdziro! - znowu wrzasnęła pijana - To moi synowie!

I wtedy zobaczyłam to, co przydarzyło się każdej z nas.

Nigdy nie widziałam, jak ja wtedy wyglądałam, a było to wtedy, kiedy Martha wtargnęła do naszego mieszkania, ale Jimmy to lubił, mówił mi o tym, więc musiało to być właśnie takie.

Maggie kiedyś mi opowiadała, że ona też miała taką scenę, też zdarzyło to się w szpitalu i Davidowi też to się podobało.

Dlatego bardzo żałowałam, że Billy nie mógł zobaczyć tego z Hannah.

Pokochałby to.

Jack już wtedy zniknął w drzwiach do sali Billy’ego i byliśmy na korytarzu tylko my, te dwie kobiety, stojące naprzeciwko siebie, pielęgniarka i lekarz.

To było tak, jakby przez wszystkich przeszły iskry elektryczności.

Hannah pochyliła się tułowiem w kierunku tamtej kobiety, zacisnęła obie ręce w pięści po swoich bokach i wyprostowała je do tyłu, kiedy wysunęła twarz do przodu, by mówić głośno i wyraźnie wprost do tamtej.

Z furią!

- Twoi synowie? - zapytała Hannah z ironią w głosie, a potem jej głos był przesycony wręcz namiętnością, kiedy kontynuowała - Twoi? Doprawdy? Byłaś kiedykolwiek w mieszkaniu Billy’ego? chociaż raz, żeby zobaczyć, czy czegoś nie potrzebował? Co z ciebie za matka? Jaka matka pozwala, żeby jej partner bił jej dziesięcioletniego syna? Jaka matka pozwala, by jej dzieci nie znały swojej wartości i nie interesuje się ich postępami w szkole? Pozwoliłaś, żeby ich krzywdzono! Obu!

Ocho!

Więc trochę się znały.

Spojrzałyśmy po sobie z Maggie i Sophie z szeroko otwartymi oczami.

- Gówno cię to… - nierozważnie i bełkotliwie zaczęła tamta, ale Hannah była na fali i nie dała się zatrzymać.

Nigdy bym jej o to nie podejrzewała.

-  Nie znasz swoich synów! - Hannah nie krzyczała, ale to było nawet bardziej przejmujące - Nie interesują cię. Nawet nie wiesz… - wciąż mówiła - jacy są zdolni. Obaj. Wiedziałaś, że Billy gra na gitarze i śpiewa?

Spojrzałyśmy po sobie z Maggie i Sophie tym razem ze zdumieniem, bo my też nie wiedziałyśmy, chociaż, oczywiście, jako mama wiedziałabym to o moim dziecku.

- Wiedziałaś, że Jack jest uzdolnionym pisarzem? - kontynuowała Hannah i nie oczekiwała odpowiedzi - A żaden z nich nawet nie jadł niczego zdrowego i porządnego, zanim zaczęłam im gotować! Żaden nie miał nawet niczego porządnie wypranego!

Poczułam, że łzy zaszczypały mnie w ozy, a potem spłynęły po policzkach, bo to było piękne, jak o nich dbała, znała ich i broniła ich.

Głos Hannah się załamał, kiedy wyszeptała na koniec - Nikt o nich nie dbał - i dopiero wtedy zamrugała gwałtownie, rozejrzała się po okolicy i spostrzegła, że staliśmy wszyscy, patrzyliśmy na nie obie, a ta druga już od pewnego czasu milczała i, kiwając się nieporadnie, stała z otwartą buzią na środku korytarza.

- Ta kobieta… - Hannah cichym, ale zdecydowanym głosem powiedziała do lekarza i pielęgniarki, wskazując palcem na pijaną - Nie ma prawa wstępu do mojego męża.

- Ty suko! - pisnęła tamta i nagle ruszyła w stronę Hannah z wyciągniętymi przed siebie pazurami, ale wtedy ocknęła się Sophie - Nawet nie zaprosiliście mnie na ślub, a teraz…

Tylko tyle zdążyła wyciągnąć, kiedy Sophie dotarła do niej, po uprzednim położeniu pudełek z cukierni i holdera z kawą na podłodze (starannie i ostrożnie, by niczego nie uronić - cała Sophie - dbała o jedzenie), a potem jednym płynnym ruchem przewróciła ją, przycisnęła brzuchem i twarzą do podłogi, złapała jej prawą rękę i wygięła ją za jej plecami, kiedy usiadła na niej i ją unieruchomiła.

To nie był ładny widok i nie był to przyjemny dźwięk, kiedy tamta jęknęła, uderzając o podłogę, ale przynajmniej przeszło mi płakanie, bo to było też trochę śmieszne.

Szczęśliwie dla wszystkich, nadeszła wtedy szpitalna ochrona, zdjęli Sophie z powalonej kobiety i zabrali tamtą ze sobą windą na dół.

Na koniec Jeff podszedł do Hannah, zapytał, czy wszystko było w porządku, a potem poszedł za nimi.

Sophie jak-gdyby-nigdy-nic, otrzepała się, podeszła do pudełek z pączkami i holdera z kawą, podniosła wszystko z podłogi i wróciła do nas.

Hannah nawet na nas nie spojrzała, kiedy pobiegła do sali Billy’ego.

Porozmawiałyśmy minutę lub dwie z pielęgniarką.

Potem stałyśmy we trzy przez chwilę na korytarzu, żeby dać Hannah i jej rodzinie trochę czasu, bo dołączyła do swojego mężczyzny i jego brata.

Potrzebowała się pozbierać, a my tam byłyśmy, by dać jej wsparcie, a nie po to, by ją denerwować.

Ale później tam weszłyśmy, dzierżąc w dłoniach pączki i kawę z naszej ulubionej cukierni, by dać im znać, że bardzo lubiłyśmy to, jak wystąpiła w obronie tych dwóch wspaniałych chłopców i żeby wszystkich nakarmić.

*****

Hannah

Jaki wstyd.

Znowu to zrobiłam.

Pokazałam wszystkim na korytarzu swoją brzydką twarz.

Myślałam, że ze wstydu zapadnę się pod ziemię, ale nie mogłam tego zrobić, bo musiałam iść do mojego męża i do Jacka.

Biedny chłopiec na pewno się wystraszył, skoro ostatnim wspomnieniem, jakie miał ze swoją mamą było to, że jej partner go uderzył w twarz, a ona go przed tym nie obroniła.

Wpadłam do sali, rozejrzałam się i znalazłam Jack siedzącego na krześle tuż przy łóżku Billy’ego z twarzą schowaną w jego prześcieradło, kiedy Billy trzymał rękę na jego ramieniu.

Jack podniósł głowę, a Billy odwrócił się w stronę drzwi, więc obaj naraz spojrzeli na mnie, kiedy wchodziłam.

A mnie zaparło na ten widok dech w piersi.

Dosłownie.

Bo sądziłam, że Jack był zdenerwowany, że Billy był na mnie zły, ale wzrok ich obydwóch jednakowo stał się radosny, ciepły, wręcz… szczęśliwy na mój widok.

Cieszyli się, że to nie była ich mama.

Podeszłam szybko do łóżka po drugiej stronie niż był Jack i popatrzyłam na nich obu z niepokojem.

- Wszystko dobrze? - zapytałam, a Billy wtedy wyciągnął do mnie rękę, zmusił mnie, żebym się schyliła (co zrobiłam bez zmuszania, bo to była lewa ręka i nie chciałam, ze by ją wysilał), a potem przyciągnął mnie do swojej twarzy, bym go pocałowała.

- Rozumiem, że dobrze - szepnęłam, kiedy pozwolił mi się odsunąć.

- Tak - mruknął Billy, a Jack skinął głową.

- Ty tak zrobiłaś - dodał Billy, a ja zamrugałam, kiedy się wyprostowałam.

- Co takiego? - zapytałam z niedowierzaniem i spojrzałam na Jacka, który z zapałem kiwał głową.

- Anie! - Billy zwrócił na siebie moją uwagę - Słyszeliśmy to.

Zawstydziłam się i zamknęłam oczy, kiedy zaczęłam odwracać głowę, bo było mi tak strasznie wstyd, ale Billy znowu zawołał moje imię, więc spojrzałam na niego.

- Słyszeliśmy, jak stanęłaś po naszej stronie i dziękujemy - dodał Billy, a mnie nagle nie było wstyd, ale łzy zaszczypały mnie w nosie, bo to było to.

Moi dwaj mężczyźni nie mieli do tej pory nikogo, kto by się nimi zajmował.

I ja musiałam być tą, która im to dawała.

Usłyszałam, że otworzyły się drzwi do sali, ale nie spojrzałam w tamtym kierunku, kiedy oczy mojego kochanego męża złagodniały jeszcze bardziej.

- Tak, Słonko. Dzięki tobie jest dobrze - powiedział Billy.

- Kurwa, tak! - mruknęła za moimi plecami Sophie, na co usłyszałam syknięcie Evy i Maggie, kiedy ja się skrzywiłam.

Billy zachichotał, ale zaraz potem się skrzywił z bólu.

Zaniepokojona wyciągnęłam do niego rękę, a Sophie mruknęła:

- Ocho, przy nim to nawet sobie nie można żartować, bo to będzie raczej bolesne ćwiczenie oddechowe.

Zdziwiona spojrzałam na nią, a ona wzruszyła ramionami, by zaraz potem ze stoickim spokojem wyjaśnić mi:

- Mój Alex też był postrzelony w płuco, więc jakby co, to mogę ci trochę opowiedzieć o rehabilitacji i innym takim…

Miałam wrażenie że urwała, by nie powiedzieć gównie, ale może tylko miałam takie wrażenie.

Tym razem Billy nie zachichotał.

Możliwe, że po prostu nie lubił tego bólu, który czuł, kiedy to robił, bo widziałam wyraźnie, że z jego twarzy nie schodził szeroki uśmiech.

Pochyliłam się do jego ust, by dotknąć je delikatnie i szepnąć tam kocham cię, co zrobiłam po raz pierwszy z premedytacją, wiedząc, że mnie słyszał, bo był przytomny.

A potem odsunęłam się od łóżka, usiedliśmy wszyscy (lub staliśmy w kółku) zjedliśmy pączki, na które Jeff pozwolił nawet Billy’emu, wypiliśmy kawę, napoje, wodę i inne takie.

Jeff był, by zapytać o nasze (moje) samopoczucie.

I tylko Billy nie powiedział Ja ciebie też.

Ale może jeszcze było na to zbyt wcześnie?

Tylko nie chciałam, żeby znowu zabrakło nam czasu.

 

 

2 komentarze: