Rozdział 14
Hannah
Tydzień później
Tym razem nie
spojrzałam nawet na hortensje, które posadziłam przed naszym domem i
pielęgnowałam tak starannie, kiedy wchodziłam za Jackiem do naszego domu po
naszym powrocie ze szkoły, trzymając telefon przy uchu, po zaparkowaniu w końcu
mojego Jeepa przed oknem naszego salonu.
Była czwarta po południu
i byliśmy trochę spóźnieni, ale musiałam po drodze jeszcze zrobić zakupy,
chociaż Jack mnie bardzo poganiał.
Niecierpliwił się
i chciał już być w domu tak, jak ja tego chciałam, ale musiałam uzupełnić nasze
zapasy.
- Tak, Oli! -
mówiłam do telefonu - Jesteśmy już w domu. Właśnie wchodzimy. Wszystko mam
naszykowane, więc możecie przyjechać w każdej chwili. Czekamy.
- Dobrze, Hannah -
usłyszałam w słuchawce głos tego dobrego mężczyzny, który wciąż opiekował się
naszą rodziną - Będziemy tam za jakieś piętnaście minut. Nie będzie nikogo
więcej, więc nie denerwuj się.
- Dziękuję Oli -
powiedziałam, ale nie denerwowałabym się, nie tym, że mielibyśmy mieć gości
przyjaciół.
- Do zobaczenia -
skończyłam rozmowę.
Rozłączyłam się po
usłyszeniu takiego samego pożegnania od mojego drugiego taty i uśmiechnęłam się
do chłopca, który stał blisko mnie.
Lubiłam ich
wszystkich, całą tę gromadę przyjaciół, którzy okazali się tak dobrymi ludźmi i
tak bardzo pomogli nam przez ten
tydzień.
Ale byłam
poekscytowana, szczęśliwa i nie mogłam się doczekać.
Podobnie jak Jack,
który właśnie uśmiechnął się do mnie z ulgą.
Był kolejny
poniedziałek i Billy właśnie wracał
ze szpitala do domu.
Od poprzedniego
poniedziałku do piątku wstawaliśmy razem z Jackiem o świcie, bo jeździliśmy do
szpitala przed rozpoczęciem zajęć w szkole i kładliśmy się dosyć późno, albo
może ja się kładłam późno, bo dopiero
wtedy, kiedy wszystko naszykowałam na następny dzień.
W ciągu tych
siedmiu dni wypracowaliśmy rutynę, która działała bardzo dobrze, chociaż byłam
trochę zawstydzona tym, że zajmowałam swoimi, naszymi sprawami aż tyle osób.
Niezależnie od
tego, kto nam pomagał, ile to było osób, ja i tak miałam tyle zajęć, że byłam
już zmęczona, chociaż to zmęczenie
nie dotyczyło samej pracy, jaką w to wkładałam.
Lubiłam pracować,
a zwłaszcza pracować fizycznie.
Na polecenie
mojego męża spałam każdej nocy przynajmniej siedem godzin i musiałam przyznać,
że to, że kazał mi tak robić, bardzo mi pomogło.
Niestety, była to
jedna mała decyzja do podjęcia, to, że miałam kłaść się trochę wcześniej i nie
wstawać przed świtem, a miałam masę decyzji do podjęcia w sprawie innych
rzeczy, w których nikt mi nie mógł pomoc i właśnie to mnie najbardziej męczyło.
Nie lubiłam
podejmowania decyzji.
Nigdy do tej pory
tak naprawdę nie musiałam podejmować żadnej, nie samodzielnie, i to mnie wręcz wykańczało psychicznie.
Dotyczyło to
małych, codziennych spraw, w jakich decyzje były zawsze moje, jak wybór ubrania
dla siebie i Jacka (a potem jeszcze Billy’ego), przygotowanie i spakowanie
jedzenia, zakupy spożywcze, pranie czy zmywanie, ale też większych spraw, jak
opłaty za samochody, ubezpieczenia, szkoła Jacka, zgoda na remont alei
dojazdowej do domu i tym podobne.
A na dodatek o
wszystkim sama musiałam pamiętać.
Zaczęła się
szkoła, co oznaczało, że miałam do rozstrzygania normalne w niej spory, dramaty
dziecięce mniejsze i większe, decyzje co do przebiegu lekcji, programu, lektur
i tym podobnych spraw.
I tam również ja
sama musiałam pamiętać o tym wszystkim, co zawsze dotyczyło mojej pracy, a co
samo w sobie nie było niezwykłe.
Po prostu teraz
dochodziło to, że musiałam pamiętać i decydować o wielu sprawach, również tych,
które dotyczyły Jacka.
Samo w sobie nie
było to złe, lubiłam to, jedno i drugie, ale to nałożyło się na wszystko inne i
stało się uciążliwe.
Moją jedyna
nadzieją było to, że mój mąż zdrowiał i miało być lepiej.
Jack był
utalentowanym pisarzem ale jeszcze nie wiedział jaki rodzaj pisania mu
najbardziej dopowiadał, więc starłam się mu pokazać różne drogi realizacji jego
talentu i wyrobić w nim pasję pisarską, a nie zgasić tego w nim.
Dlatego (po
zapoznaniu go z tekstami reklamowymi) zapoznałam go z redakcją szkolnej
gazetki, chociaż może był na to jeszcze trochę zbyt młody.
W poniedziałek
zadzwoniła do mnie (kiedy byłam jeszcze w szkole i miałam wyciszony telefon,
ale oddzwoniłam do niej w czasie przerwy) opiekunka społeczna, czy też może
kuratorka, która koniecznie chciała przyjść na spotkanie z nami wszystkimi,
więc musiałam ją poinformować o wypadku Billy’ego.
Uparła się więc,
że przyjdzie do mnie, bym jej przedstawiła szczegóły wypadku, chociaż jej
powiedziałam, że te znał lepiej Oli.
Powiedziała mi, że
zależało jej na rozmowie z nami.
Chciała usłyszeć
od Jacka, jak on się czuł w związku z
pobytem brata w szpitalu, a także chciała zobaczyć, jak ja sobie z tym radziłam, więc ostatecznie podjęłam decyzję i się zgodziłam
na rozmowę we trójkę we wtorek po południu u nas w domu, chociaż to miało
oznaczać dla nas mniej czasu spędzonego z Billy’m w szpitalu.
Również w
poniedziałek Billy rozpoczął spotkania z rehabilitantem i, na szczęście,
mężczyzna, który prowadził te ćwiczenia, miał możliwość przyjścia po południu,
kiedy byłam po pracy, więc mógł mi
opowiedzieć i rehabilitacji, możliwych komplikacjach, a także pokazać niektóre
ćwiczenia.
Ta decyzja była
łatwa i nie podlegała dyskusji, bo bardzo
chciałam uczestniczyć w drodze do wyzdrowienia mojego rannego mężczyzny.
Mój mąż nadal był
słaby, ale lekarz powiedział mi, że płuca nie zostały bardzo uszkodzone, więc
leczenie i rehabilitacja powinny być krótkie.
W poniedziałek
rano, przed pracą, zawiozłam do szpitala spodnie dresowe Billy’ego i czystą,
zapasową koszulkę, żeby mógł przebrać się do ćwiczeń.
Myłam wtedy mojego
męża po raz ostatni gąbką i myjką na łóżku, bo ogoliłam go jeszcze w niedzielę
wieczorem.
Golenie było
trochę śmieszne, bo robiłam to po raz pierwszy w życiu i Billy udawał, że się
tego bał.
To wciąż było dziwne.
Niby Billy
powiedział, że lubił mój dotyk, ale nadal trochę się napinał, kiedy zbliżałam
dłoń do jego nagiej skóry, a ja tego nie rozumiałam.
Cóż, wyglądało na
to, że Billy też tego nie rozumiał.
Podjęłam więc
kolejną decyzję, decyzję, że powinniśmy o tym porozmawiać, kiedy byłby już
silniejszy, a najlepiej, kiedy byłby już w domu i bylibyśmy we dwoje, bez świadków,
którzy ciągle nam przeszkadzali.
We wtorek rano
Billy mógł już wstać i pojechać wózkiem do łazienki pod prysznic (w czym mu też
pomagałam, bo po prostu lubiłam to robić), więc nie rozmawialiśmy o tym więcej
ani razu w szpitalu.
W środę Abi
pojechała z Davidem i Maggie do komisu samochodowego i kupiła sobie samochód, o
czym rozmawiała ze mną przez telefon podczas kupowania (byłam wtedy w szpitalu
u Billy’ego), chociaż David był z Maggie przy niej, na miejscu, i naprawdę lepiej się znał na samochodach
ode mnie.
To mnie strasznie
frustrowało.
W końcu wybrała i
dała mi spokój.
Samochód, który
kupiła nie był nowy, ale za to miał być dość tani, a obiecali jej (David zapewnił nas obie), że będzie niezawodny
i oszczędny.
Był to dwunastoletni,
miejski, mały Chevrolet Sonic w ładnym kolorze chabrowym z czarnymi
wykończeniami.
Abi była zachwycona.
Ja byłam zadowolona.
Pomyślałam, że
moja mała siostrzyczka (już-nie-taka-mała, ale jeszcze nie dorosła) będzie
dzięki temu bezpieczniejsza.
Ale to też
sprawiło, że miałam kolejne kilka decyzji do podjęcia, bo musiałam porozmawiać
z mamą i Abi o dokumentach dotyczących samochodu, o ubezpieczeniu i o miejscu
parkowania go na noc.
Dom mojej mamy
miał garaż.
Był on mały, nigdy
przez nas nie używany, ale był.
Podjęłam decyzje,
że musiałam uświadomić mamie i Abi, że powinny go uprzątnąć, by samochód mojej
siostry dłużej był sprawny i bezpieczny, bo same o tym nie pomyślały.
A w czwartek przeżyłam
chwilę szoku, bo przypadkiem dowiedziałam się jak bardzo źle myślał o sobie
Billy.
Chociaż już to kiedyś
słyszałam, nadal nie potrafiłam się z tym pogodzić i nie docierał do mnie ogrom
tego zniszczenia, którego w jego samoocenie dokonała jego matka i jej
partnerzy.
Było to w chwili,
kiedy dotarłam do szpitala już swoim Renegade’m (którego odstawiła Abi, bo
jeździła już swoim autkiem) i, po przywitaniu się z pielęgniarką siedzącą na
stanowisku recepcyjnym, weszłam w drzwi sali, w której leżał Billy.
Byłam sama, bo
Jack miał próbne spotkanie z zespołem gazetki szkolnej, w której miał
zadebiutować jako redaktor, więc miała go odebrać stamtąd Eva, bo odbierała też
swojego starszego syna, skoro Matt kończył wtedy trening soccer’a, którego
kochał i w którego grał już od paru lat.
Liczyłam się z
tym, że Eva przywiozłaby Jacka do szpitala około siódmej wieczorem, kiedy my
już bylibyśmy po kolacji, a Jimmy byłby już w domu po pracy, więc nie musiałaby
zabierać ze sobą Davie’go i Marii.
Wchodząc w drzwi
sali Billy’ego, usłyszałam głosy, świadczące o tym, że mój mąż miał gościa,
więc postarałam się być cicho i na chwilę zatrzymałam się w niewielkim
korytarzyku przy drzwiach do jego łazienki, by im nie przeszkadzać, ktokolwiek
to był.
- I jak się
czujesz, jako członek Elity? - zapytała,
jak poznałam po głosie, Ania i z jej tonu wiedziałam, że żartowała, ale nie
wiedziałam, o co jej chodziło.
- Wiesz co? -
powiedział Billy, również żartobliwym tonem, chociaż, jak go znałam, trochę
poważnie - Weź wypchaj się taką Elitą.
Zamilkli na chwilę
i chyba wydawało mi się, że słyszałam chrobot ołówka na papierze, ale to byłoby dziwne.
- Mogłam ci to
powiedzieć dawno temu - stwierdziła cicho Ania.
Billy milczał.
- Chyba byśmy ci z
Samem nie uwierzyli - stwierdził w końcu cicho, a potem znowu jakby ołówek
zaszeleścił na papierze.
Ania westchnęła.
Nie mogłam tak
dłużej stać i podsłuchiwać, więc weszłam głębiej do sali, a wtedy Billy
spojrzał na mnie i się uśmiechnął z wyraźną radością na powitanie.
Ania siedziała na
krześle przy jego łóżku tyłem do drzwi i dziwne było to, że odwróciła się w
moją stronę dopiero wtedy, kiedy zauważyła jego uśmiech.
- Hej, Ania -
powiedziałam, a ona uśmiechnęła się do mnie niepewnie.
Nadal szłam w ich
stronę.
- Kochanie, Ania
nie słyszy - powiedział mi Billy.
- Och - szepnęłam,
a moja mina musiała wyrażać moje zaskoczenie, bo Ania uśmiechnęła się pewniej,
wyprostowała się i wyciągnęła w moją stronę rękę, w której trzymała notesik i
ołówek.
- Wiele się
domyślam, więc Hej, Hannah -
powiedziała przy tym do mnie - Ale gdybyś chciała powiedzieć coś więcej, to
pisz.
- Okej -
mruknęłam, opuszczając głowę, kiedy dotarłam do niej i wzięłam do ręki to, co
mi podawała.
- Mam nadzieję, że
szybko wyzdrowiejesz - powiedziałam, starając się nie ukrywać ust, jak tego
uczyliśmy się do pracy z uczniami niedosłyszącymi, a potem napisałam to na
kartce jej notesu, zauważając jednocześnie zdania, które wcześniej napisał jej
Billy.
Te same, które
usłyszałam.
- Och, dziękuję -
powiedziała Ania, kiedy przeczytała to, co napisałam - Ja też. Ale to dzięki
twojemu mężowi mogę mieć taką nadzieję, a nie leżę tu z postrzałem - dodała,
kiwając głową w stronę łóżka Billy’ego, a ja poczułam jednocześnie ciepło w
piersi, że tak o nim mówiła i łagodność, wypływającą mi na twarz.
Kochałam to, że Billy mógł to usłyszeć.
Nie rozmawiałyśmy
wtedy zbyt długo, bo przyszedł Filip i zabrał Anię do jej sali, mówiąc nam, że
miała dostać jeszcze jedną kroplówkę tego dnia.
Ale, kiedy
pielęgniarka przyniosła już kolację i wyjęłam z torby to, co ja przyniosłam, usiadłam
obok mojego męża, który już chciał koniecznie jeść samodzielnie, więc pomagałam
mu tylko troszeczkę i zapytałam Billy’ego o coś, co mnie dręczyło po tamtej
rozmowie.
- Billy? -
zawołałam go, wkładając do ust widelec z ramen, które sobie (i Billy’emu, bo
już miał złagodzona dietę i urozmaicałam mu posiłki) przygotowałam - Co to jest
Elita? - zadałam pytanie, kiedy
podniósł brodę (i brwi) w niemym pytaniu Co?
Wtedy wydawało mi
się, że Billy się zawstydził, chociaż nadal był dobry w ukrywaniu swoich myśli.
Ja jednak zdążyłam
już poznać jego maski i zauważałam te sekundowe przebłyski jego prawdziwej
twarzy.
- Kiedyś z Samem
nazywaliśmy tak Oli’ego, Jimmy’ego i Alexa - wymamrotał pod nosem, a potem
westchnął - Zazdrościliśmy im. Wydawało nam się, że ich życie było pełniejsze,
bo przeżywali przygody, dramaty, a na ich drodze stawały różne
niebezpieczeństwa.
- Nie ma czego
zazdrościć - powiedziałam do siebie, opuszczając głowę i grzebiąc bezmyślnie w
swoim jedzeniu, by je w końcu z westchnieniem odstawić na stolik.
- Tak - powiedział
Billy dziwnym tonem, więc spojrzałam na niego, by zobaczyć, że tez nie jadł - Teraz to wiem.
Nie patrzył na
mnie, tylko gdzieś daleko w okno i miałam wrażenie, że niczego nie widział, bo
skupił się na tym, co mu brzmiało w duszy.
- Kiedyś myślałem,
że to nie dla mnie - powiedział takim szalenie pustym głosem, który mnie dotknął wprost do wnętrzności - Myślałem,
że nie zasługuję na dobrą kobietę w moim życiu.
- Billy! - szepnęłam i sama usłyszałam ból
w moim głosie.
Mój mąż spojrzał
na mnie, wyciągnął rękę w moją stronę, dziwnie napiął skórę wokół oczu i
zmarszczył czoło, kiedy pochylił głowę, by patrzeć na mnie w skupieniu.
- Zanim cię
poznałem… - mówił niskim, napiętym tonem - nikt nie powiedział o mnie nic dobrego, nie na głos. Teraz wiem, że
Oli i inni faceci w pracy myśleli o
mnie dobrze, ale ja o sobie myślałem
wyłącznie źle.
- Kochanie… -
zaczęłam sugestywnie, ale mi przerwał.
- Nie, Anie - powiedział stanowczo,
chociaż delikatnie, więc zamknęłam buzię - To przeszłość. Ale wtedy… Nawet na
początku naszego narzeczeństwa myślałem, że nie
zasługuję na ciebie.
Poczułam pieczenie
w tyle oczu i ściskanie w gardle, więc nic mu nie odpowiedziałam.
- A potem ty powiedziałaś, że na mnie nie
zasługujesz… - przerwał, ale uśmiechnął się, chociaż ten uśmiech nie dosięgnął jego
oczu - Pamiętasz?
- Tak - szepnęłam,
kiedy skinęłam głową.
To było wtedy,
kiedy po raz pierwszy nie zapanował nad sobą i warknął na mnie z agresją w
głosie, tą agresją, którą, jak teraz wiedziałam, chował za maską pogody i
opanowania.
To był jego temperament.
- A to dzisiaj… - mówił niespodziewanie pospiesznie,
gwałtownie - tamto, co wtedy usłyszałem
z korytarza… i wtedy wcześniej, kiedy
mówiłaś do Lucy…
Tylko na niego
patrzyłam, bo nagle dotarło do mnie, że zrozumiał, co chciałam powiedzieć jemu
lub może raczej o nim i ucieszyłam
się, że to zrobiłam, chociaż zrobiłam to w taki brzydki sposób.
Natychmiast
podjęłam decyzję, by dawać mu to częściej.
- Kocham cię Billy
- wybełkotałam bez sensu w tym szczęśliwym szmerku, który mnie ogarnął na myśl,
że mu to dałam te kilka razy.
Mój mąż wyprostował
się i patrzył na mnie bez słowa, zamrożony przez długą chwilę, tak długą, że zaczęłam myśleć, że niepotrzebnie to
powiedziałam.
Kiedykolwiek.
Nigdy mi na to nie
odpowiedział.
Ale Billy nagle
szarpnął mnie za rękę, którą trzymałam przy jego dłoni, więc poleciałam swoim
przodem w jego stronę i wyciągnęłam tą rękę, by oprzeć się na poduszce za jego
plecami i nie zrobić mu krzywdy.
- Ja też cię
kocham - wymamrotał, kiedy moje usta były tuż przy jego ustach i mnie pocałował, delikatnie przyciągając moją
głowę do siebie ręką, którą otoczył mój kark (nie opierałam się, by się nie
wysilał).
To był łagodny
pocałunek, który rozpalał się powoli, więc dopiero po dłuższej chwili, kiedy go
nie przerywaliśmy, stał się głęboki i namiętny, a palce Billy’ego znalazły
brzeg mojej koszulki, by się pod nią wślizgnąć na gołą skórę, kiedy moja dłoń
uczepiła się włosów na jego karku.
Odskoczyliśmy od
siebie, kiedy niespodziewanie zastukano do drzwi.
Natychmiast potem
do sali Billy’ego wbiegł Jack, a za nim znacznie wolniej podążali Eva i Matt.
Spojrzałam na
mojego męża i tym razem uśmiech, który zobaczyłam na jego ustach, był pełen i
szczery, sięgający jego oczu.
Natomiast w piątek
Jeff przyszedł późno, przed kolacją, kiedy byłam u Billy’ego, by dopiero wtedy,
przy mnie, zdjąć mu szwy, bo chciał mi pokazać jak pielęgnować zabliźniającą
się ranę.
Pomogłam wtedy Billy’emu
zdjąć koszulkę i siedziałam przodem do mojego męża na jego łóżku, bo tak mi
kazał zrobić lekarz.
Billy był
odwrócony bokiem do mnie, a przodem do Jaffa, który stał tuż obok moich kolan,
a lewa ręka Billy’ego leżała na materacu opok niego.
Kiedy lekarz wyjął
szwy, odłożył wszystko na tacę, która leżała na szafce obok łóżka i
pielęgniarka to zabrała, a podała mu tubkę z maścią.
Jeff uniósł lewą
rękę mojego męża i położył ją na moim prawym ramieniu.
Lekarz dał mi do
rąk tubkę, kazał wycisnąć odrobinę i rozsmarować delikatnie, a jednocześnie
tłumaczył, jak miałam masować okolice powstającej blizny, żeby była jak
najmniejsza po wygojeniu.
Kiedy przesuwałam
palce po skórze Billy’ego, patrzyliśmy sobie w oczy i uśmiechnęliśmy się tak,
jak poprzedniego dnia.
A ja nie czułam
się skrępowana intymnością tego uśmiechu i tą całą sytuacją, chociaż był z nami
obcy mężczyzna, bo to było to, co chciałam czuć zawsze.
- O to chodzi -
mruknął Jeff, a wtedy ze zdziwieniem spojrzałam na niego - O tym właśnie ci mówiłem - powiedział,
kiwając głową z delikatnym uśmiechem aprobaty na ustach.
Zobaczyłam, że miał
minę wskazującą, że zauważył naszą niewerbalną wymianę myśli.
- Co? - mruknął Billy i zmarszczył brwi, a
jednocześnie poczułam, że jego ciało zesztywniało pod moimi dłońmi i zacisnął
palce na moim biodrze, gdzie trzymał prawą rękę, ale ja wiedziałam.
- Kiedy spałeś… -
wyjaśniłam mu cicho, opuszczając głowę, by podnieść ją z powrotem i spojrzeć z
uśmiechem w oczy mojego męża - Jeff powiedział mi, że, jeśli para kocha się, to wyzdrowienie przychodzi
szybciej - powiedziałam mu prawie szeptem.
- Więc dlatego powiedziałaś mi, że mnie
kochasz? - zapytał Billy, a jego głos był dziwny, ale, skoro już zaczęłam
mówić, to nie zamierzałam się wycofywać.
- Nie - odparłam i
przysunęłam twarz do jego twarzy - To
powiedziałam wcześniej - przyznałam cicho, ponownie odsuwając się i opuszczając
wzrok na jego ramię - Jeff po prostu powiedział mi, że to dlatego się obudziłeś.
Billy wyprostował
się lekko, więc spojrzałam w jego oczy i zobaczyłam, że zapatrzył się gdzieś
poza moim ramieniem.
- Co? - szepnęłam, lekko przestraszona.
- Słyszałem cię! -
przyznał cicho mój mąż, kiedy jego wzrok wrócił do moich oczu.
- Wie-działem! - Jeff triumfalnie prawie-krzyknął
obok nas, więc oboje podskoczyliśmy.
Całkiem
zapomnieliśmy o tym, że był blisko.
Cóż, to było
trochę zawstydzające, że słuchał naszych wyznań, ale on nie wiedział, że
powiedzieliśmy to sobie po raz pierwszy w życiu.
Byliśmy
małżeństwem, ale nigdy nie rozmawialiśmy o naszych uczuciach.
Szczęśliwie, Jeff
wtedy odpuścił.
Również
szczęśliwie, Billy wtedy do tego nie
wrócił.
Sobotę i niedzielę
spędziliśmy właściwie we trójkę z Jackiem, chociaż byli z nami trochę nasi
przyjaciele, na godzinę lub dwie przyjechała Abi i tylko trochę było mi smutno,
że moja mama nie zainteresowała się stanem mojego męża, którego zdążyła nazwać
swoim synem.
Podejrzewałam
jednak, że miało to coś wspólnego z tym, że w następną sobotę miał być ślub
Lucy.
Nie chciałam o tym
myśleć.
Więc nie myślałam.
Miałam tyle dobra
w moim życiu, że tamto mogłam odpuścić.
A w sobotę stało
się coś innego, w co nie wnikałam, bo nie chciałam o tym myśleć, ale nie było
to złe, tylko trochę dziwne.
Ale jakoś to
przeżyłam (chociaż nerwowo).
Byli z nami u Billy’ego
akurat wtedy Maggie z Davidem i Eva z Jimmy’m, którzy przyjechali bez dzieci,
ale miała dojechać do nas Alice, by przywieźć całą gromadę, bo opiekowała się
nimi przez parę godzin.
Rozmawialiśmy o
planie na następny tydzień i Jimmy zażartował, że musimy kupić porządny ekspres
do kawy, bo Eva i David nam nie darują, jeśli będą musieli u nas pić kawę rozpuszczalną.
Byłam gotowa to
zrobić, bo chciałam, żeby nasi goście czuli się u nas dobrze.
Zamierzałam
pojechać do sklepu po wyjściu od Billy’ego lub w poniedziałek, wracając ze
szkoły, co im powiedziałam.
- A wiesz jaki
ekspres kupić? - zapytał mnie David.
Popatrzyłam na
niego bez słowa, bo, cóż, nadal się go trochę bałam.
- Anie - zawołał
mnie cicho ze swojego łóżka Billy, więc spojrzałam na niego, a później
westchnęłam i zwróciłam się z powrotem do Davida.
- Nie - przyznałam
- Nie znam się na tym. Nie piję kawy.
- To może teraz wybralibyśmy
się tam razem? - David zapytał mnie swoim niskim, przerażającym głosem, chociaż musiałam się przyznać, że słyszałam,
że się starał go złagodzić.
Zagryzłam wargę i
spojrzałam na swojego męża błagalnie, ale wtedy wkroczyła Maggie.
Złapała mnie za
rękę i pociągnęła do okna, gdzie stała Eva.
Obie osłoniły mnie
od pozostałych, będących w sali, więc tylko trochę widziałam Billy’ego, a ich mężczyzn
w ogóle nie.
Billy zerkał na
mnie z niepokojem, więc zebrałam się w sobie i postanowiłam nie okazywać
swojego strachu.
Był
unieruchomiony, martwił się o mnie, więc musiałam mu dać zapewnienie, że miałam
wsparcie przyjaciółek, które mi wystarczało, bym sobie dała ze wszystkim radę.
- Hannah! - cichym
wołaniem Maggie zwróciła moją uwagę na siebie - Davidowi bardzo na tym zależy.
Pojadę z wami. Nie bój się.
- Ja nie mogę z
wami pojechać - powiedziała Eva z żalem - Ale zostaniemy tu dopóki nie
nadjedzie Alice. Billy nie będzie sam.
- Dobrze -
powiedziała jej Maggie - Później Alice poczeka tutaj, aż wrócimy, a wtedy
zabiorę naszych urwisów.
Wiedziałam, o co
jej chodziło.
Ich syn, Jim, był
istnym wulkanem energii.
Był tak ruchliwy,
że zastanawiałam się już nad jego przyszłością, bo wydawało się, że nie
zamierzał z tego wyrosnąć, co mogło oznaczać w przyszłości problem z
wysiedzeniem w ławce na czas lekcji.
Wiedziałam
również, że Alice chętnie zajmowała się wszystkimi dziećmi i świetnie sobie z nimi
wszystkimi radziła.
Byłam też
wdzięczna za to, że pomyślała o tym, żeby Billy nie był sam, chociaż on nie
lubił towarzystwa innych kobiet zbyt długo, nawet jeśli o tym nie mówił.
Po prostu to
czułam.
Skupiłam się na
temacie naszej rozmowy.
- Ja… - zacięłam
się i spojrzałam nieśmiało na Maggie, bo nie wiedziałam, jak miałam jej
przyznać, że bałam się jej męża.
Nie musiałam się
obawiać.
Wiedziała.
- Słonko -
mruknęła do mnie - David tylko wygląda
na takiego strasznego - przyznała - Dla przyjaciół jest do rany przyłóż. A do
tego jest niepoprawnym romantykiem.
Co?
Byłam pewna, że
moja twarz w tym momencie wyrażała moje zaskoczenie, a wiedziałam to po tym, co
usłyszałam następne.
- On uważa… -
odpowiedziała na moją minę Maggie - że prawdziwie wspólne życie pary zaczyna
się, kiedy urządzają dom. A do tego potrzebny jest im dobry ekspres do kawy.
Eva zachichotała,
więc spojrzałam na nią szeroko otwartymi oczami.
- Przepraszam -
bąknęła - Nigdy w życiu nie
spodziewałabym się, że usłyszę coś takiego o Davidzie.
- Jak komuś to
powtórzysz - zagroziła żartobliwie Maggie - To może następnym razem pomylę się
w twoim rachunku maklerskim.
Eva zaśmiała się
głośno, a ja patrzyłam na to zszokowana.
Po pierwsze, Eva
lubiła płakać, a na ogół była cichą, ciepłą, matczyną kobietą, która opiekowała się wszystkimi, więc nie
spodziewałabym się, że śmiała się z
Maggie.
A po drugie, jeśli
nie śmiała się z niej, to się przekomarzały, a nie wiedziałam, że ona i Maggie lubiły
się tak przekomarzać.
- Maggie - w końcu
powiedziała Eva przez swój cichnący śmiech - Przecież ty byś chyba padła
zemdlona, jeślibyś miała wpisać złą cyferkę w czyimkolwiek rachunku. Nawet celowo.
Maggie na to
przewróciła oczami do sufitu, co też było zaskakujące, bo była bardzo
zrównoważoną, spokojną i cichą kobietą, więc nie sądziłam, że kiedykolwiek
mogłabym zobaczyć, jak to robiła.
Ale zrobiła.
Przy tej rozmowie
przesunęły się, a wtedy zobaczyłam, że David i Jimmy patrzyli na swoje kobiety
i zaparło mi dech na to, jak na nie patrzyli.
Może nawet
pozazdrościłabym im, że miały tak zakochanych mężczyzn, ale wtedy zobaczyłam
spojrzenie mojego męża.
Skierowane na
mnie.
I było takie samo.
Pojechaliśmy wtedy
do tego sklepu, kupiliśmy (ja kupiłam, ale David wybierał) ten ekspres do kawy,
a potem jeszcze kawę ziarnistą, zabrałam to wszystko do swojego Renegade i
zawiozłam do naszego domu.
Tam Jack bardzo
aktywnie pomógł mi go rozstawić, żebym mogła wypróbować go, kiedy tylko
będziemy mieli gości.
Bo mieliśmy mieć codziennie gości w naszym
domu.
Więc był właśnie
następny poniedziałek, wróciliśmy z Jackiem ze szkoły do domu, zadzwoniłam do
Oli’ego i pozostało nam czekać, aż mój mąż wreszcie wróci do naszego domu ze
szpitala przywieziony przez swojego kapitana.
A piętnaście minut
później usłyszałam podjeżdżający samochód i pobiegłam do drzwi, jak podniecona szczęściem
nastolatka.
Mój mąż był tam.
*****
Billy
Trzy godziny później
Wrócił do domu.
Nareszcie.
Kiedy Billy
wysiadł z SUV’a Oli’ego z pomocą swojego kapitana i przyjaciela (który patrzył
na niego, jakby Billy miał się przewrócić), zamknął swoje drzwi, a Oli podszedł
do tylnych, by zabrać jego torbę i razem cholernie wolno poszli w stronę
wejścia do domu.
Billy spojrzał tam
i pomyślał, że kwiaty jego Anie wyglądały niesamowicie na rabacie pod oknem do
ich salonu.
Przed ich domem.
Weszli, a Anie
otworzyła im, zanim dotarli do drzwi i szczęście na jej twarzy było wszystkim,
czego Billy w tym momencie potrzebował.
Oli pomógł
Billy’emu wejść do salonu i usiąść na kanapie, podczas gdy Jack wziął z jego
rąk torbę, którą Billy miał w szpitalu i poszedł z nią do pomieszczenia
gospodarczego.
A potem byli
razem.
Spędzili czas na
parterze, bo Jack i Anie gotowali, a potem wszyscy jedli kolację, chociaż bez
Oli’ego, bo kapitan musiał jechać do domu, do swojej żony.
Podziękowali mu pół
godziny po przywiezieniu Billy’ego, jak posiedział i porozmawiali, ale nie
zatrzymywali, kiedy powiedział, że musiał jechać, bo rozumieli, że chciał
spędzić trochę czasu w swoim domu ze swoją kobietą.
I tak on i
pozostali dużo dla nich zrobili w ciągu tych ośmiu dni i zamierzali zrobić w
ciągu następnych pięciu.
Po kolacji wszyscy
we trójkę byli w bawialni, gdzie Billy leżał na kanapie, z poduszką pod głową,
którą Anie przyniosła mu dwie godziny temu razem z kocem, którym go przykryła.
Jack siedział w
jednym fotelu z zeszytem, długopisem i książką, prawdopodobnie odrabiając jakąś
pracę domową.
Anie siedziała w
drugim fotelu z laptopem i książką, pracując w skupieniu i tylko co chwilę
spoglądając w stronę swojego męża lub jego brata.
Telewizor był
włączony, ale ściszony i nikt go nie oglądał.
Billy przysnął i
dopiero teraz, kiedy się obudził, ze zdumieniem stwierdził, że przespał dwie
godziny.
Szpitalne
osłabienie dawało mu się we znaki.
- Hej, Słonko -
odezwała się do niego Anie - Chcesz coś zjeść, wypić?
- Nie, dzięki -
mruknął i usłyszał, że jego głos też był zaspany.
- Idę do kuchni -
Anie powiedziała to wstając z fotela i odkładając laptop i książkę na stolik do
kawy - Muszę się trochę przygotować na jutro.
- Mogę zjeść
kawałek ciasta? - Jack zapytał z nadzieją w głosie, więc Billy dowiedział się,
że Anie miała gdzieś zachomikowane jakieś ciasto, o którym wcześniej nie
wspomniała.
Powinien to
wiedzieć, bo zawsze miała coś schowanego od poczęstowania ich lub gości,
których mieli.
- Możesz -
powiedziała łagodnie Anie, a potem zwróciła się do Billy’ego - A może ty też
chcesz. Zrobiłabym ci kawę z naszego nowego ekspresu.
Billy zachichotał,
chociaż było to krótkie, bo nadal go trochę bolało.
Anie spoważniała,
więc wiedział, że to zauważyła.
Tak, jego żona
znała go lepiej niż ktokolwiek inny na całym świecie i martwiła się o niego.
Skinął głową i
uśmiechnął się do niej.
Podeszła bliżej,
pochyliła się i pocałowała go krótko, kiedy jej warkocz musnął bok jego
ramienia.
A potem poszła do
kuchni.
*****
Trzy godziny później
- Miałaś męczący
tydzień - stwierdził Billy, mówiąc do swojej żony, kiedy już wreszcie leżeli we
własnym łóżku w swojej sypialni, a robili to razem od cholernych dwunastu dni - A nawet dłużej.
- Tak - westchnęła
Anie z zadumą w głosie.
Billy leżał na
plecach, na dwóch poduszkach, bo Anie uparła się, że powinien mieć podniesioną
górną część ciała, by swobodniej oddychać.
Poddał się temu,
bo wcześniej stoczyli batalię, którą on
wygrał, chociaż Anie broniła się tak słabo, że pomyślał, że jej pragnienie było
zgodne z jego.
Za nic w życiu nie chciał, by spała sama na
dole, w pokoju gościnnym, kiedy on spałby w ich łóżku albo on tam spał, ale sam.
Za nic w życiu nie zgodziłby się spać jeszcze jedną
pieprzoną noc bez niej, bez swojej cholernej żony.
Anie leżała więc
obok niego w ich łóżku, ale to nie trwało długo.
Kilka minut temu
przysunęła się do niego z westchnieniem ulgi, kiedy Billy kazał jej się położyć z nim pod jego kołdrą, z jego ramieniem pod
jej głową, z jej udem przerzuconym przez jej biodra, z jej dłonią na jego
nagiej klatce piersiowej.
Nie odgrodził jej od
siebie nawet prześcieradłem.
Było lepiej, niż
to pamiętał.
Czuł jej lekką,
ciepłą dłoń na swojej skórze lepiej, niżby się spodziewał.
Billy odwrócił
lekko głowę i zgiął kark, by musnąć ustami jej włosy.
- Czego
potrzebujesz, Anie? - zapytał tam z nadzieją.
- Wytchnienia -
odparła szeptem bez chwili zawahania, ale nie podniosła głowy ani nie
przekręciła jej, więc nie widział jej oczu.
Mógł tylko mieć
nadzieję, że mówiła to, co chciał usłyszeć.
Poszedł po to.
- Odpoczynku, snu?
- potrzebował uściślenia i potwierdzenia.
Billy czuł już od
pewnego czasu, że jego żona była uległa, ale nigdy o tym nie rozmawiali.
Nie mieli jak,
skoro Anie była niedoświadczoną dziewicą, która nigdy nie rozmawiała z nikim o
seksie i nie miała jak ustalić swoich preferencji, nie miała kogo się poradzić.
- Nie. Wytchnienia
- szepnęła i, pieprzyć go, poczuł to w głębi, chociaż nadal nie był pewien, czy
ona to rozumiała tak samo jak on.
- Jakiego wytchnienia? - dopytywał się
więc, by ją do tego doprowadzić.
Milczała.
- Może
potrzebujesz odprężenia… - wymruczał - orgazmu?
- muskał ją ustami po czole i skroni, nie wytężając swojego ramienia, bo nie
czuł się go jeszcze pewien.
- Nie wiem! - wyjęczała z rozpaczą i
schowała twarz w jego boku.
- Od czego wytchnienia, Anie? - domagał
się odpowiedzi, starając się naciskiem dłoni zmusić ją do podniesienia brody,
by patrzyła mu w oczy.
- Od podejmowania
decyzji - przyznała w końcu i spojrzała na niego.
- Jak ci mogę je
dać? - szepnął, patrząc w jej piękne, niebieskie oczy.
- Nie wiem… -
szepnęła zrezygnowana.
Billy zastanawiał
się, czy to miało mu wystarczyć, czy powinien to jeszcze pchnąć, by się
przyznała, więc milczał.
Anie, szczęśliwie,
nie milczała.
Patrząc mu w oczy,
zaczerwieniona tak słodko, że miał ochotę ją całować do utraty tchu, wyznała mu
swoją fantazję.
- Jak byłam tu
sama - szepnęła i zagryzła wargę, ale potem kontynuowała - Uklękłam kiedyś na
naszym łóżku tak, jak wtedy, no wiesz, jak brałeś mnie, a ja siedziałam na
twoich kolanach z tobą w środku…
Mówiła, a Billy
czuł podziw dla jej odwagi.
Ufała mu, ale i
tak to było kurewsko fantastyczne, że
mówiła mu to wszystko.
Była niesamowita.
Słodka i seksowna.
- Dotknęłam dłonią
do swojej szyi i chciałam poczuć tam znowu twoją rękę - mówiła, a jego kutas
pęczniał w spodniach od piżamy na samo wyobrażenie
tego - Zsunęłam palce między moje nogi i tak bardzo chciałam żeby to były twoje
palce. Żebyś mi kazał…
Zamilkła, a Billy
nie wytrzymał.
- Lubisz, kiedy to
ja decyduję? Kiedy ci każę? - zapytał
ze słyszalnym w jego głosie zdziwieniem, ale i z zachwytem.
- Tak - szepnęła
Anie - Lubię to.
To było to.
Billy czuł to
wcześniej, ale właśnie zaczął zyskiwać pewność, że miał jej kazać rozebrać się do naga, zrelaksować
się, nie myśleć, pieścić się, dojść…
Więc to zrobił.
- Odrzuć kołdrę -
rozkazał łagodnie i nie poruszył się, pozwalając, by to ona wykonała całą
pracę, skoro on był osłabiony i obolały.
Anie wykonała to
polecenie, ale nie zrobiła nic więcej, więc potem nie wahał się, nie czekał i
kolejne polecenia padały jedno po drugim.
- Rozbierz się -
ten rozkaz wykonała błyskawicznie, ale na jej twarzy było widoczne bardziej
zaciekawienie niż podniecenie.
- Uklęknij obok
mnie - padło natychmiast i tym razem jej wargi rozchyliły się w oczekiwaniu na
więcej.
- Zdejmij mi
spodnie - głos Billy’ego zaczął zdradzać podniecenie, jakie czuł na widok jej
nagiego ciała.
- Rozpuść włosy -
tym razem Billy musiał hamować się, by nie zerwać się i nie pomóc jej w
rozsypaniu i układaniu jej włosów na ramionach i piersiach.
Ale pamiętała.
Zrobiła to dokładnie tak, jak wtedy, kiedy stała
przed nim, siedzącym na ich łóżku i oglądającym ją w tamtej seksownej koszulce.
Billy właśnie
postanowił, że następnego wieczoru Anie ubierze się dla niego w tamtą koszulkę
lub jakąś podobną, jeśli miała.
- Usiądź na mnie -
ten rozkaz rzucił głosem tak napiętym i schrypniętym, że sam go nie poznawał -
Okrakiem na moich biodrach - uściślił.
Zrobiła to, ale
tym razem w jej ruchach Billy wyczuł niepewność, więc prowadził ją prawą dłonią
na jej biodrze i poleceniami.
- Oprzyj się cipką
o niego, ale go nie wkładaj - zawarczał, kiedy już był na nim i opadała,
patrząc na kutasa z góry, zagryzając wargę tak mocno, że Billy przestraszył
się, że ją przegryzie do krwi.
Opadła,
wyprostowała się i zamarła.
Billy miał ją tam,
gdzie chciał, by porozmawiać.
Wiedział już
wystarczająco dużo, ale musiał ją nauczyć.
- Nie ruszaj się -
rozkazał i położył obie dłonie na jej udach, na jej dłoniach leżących tam
płasko i zaciskających się kurczowo na jej skórze.
Anie zamarła w
oczekiwaniu.
- Wiem, że nigdy nikt z tobą o tym nie
rozmawiał, więc nie wiesz nic o tym życiu - powiedział i patrzył, jak przez jej
twarz przepłynęło zawstydzenie i rumieniec - Wiem, że nie znasz swojego ciała, więc musisz je najpierw poznać,
bo dzisiaj nawet nie umiałabyś mi powiedzieć, co lubisz, a czego się boisz. Nie
znasz swoich granic. Ja znam swoje
preferencje seksualne i granice. Mam doświadczenie, chociaż wolałbym o tym nie
mówić. Nie dzisiaj. Mogę natomiast cię poprowadzić. Ufasz mi?
- Tak - jej
odpowiedź była cicha, ale natychmiastowa.
Kurwa, tak!
Billy uśmiechnął
się lekko z ulgą, skinął głową i kontynuował.
- Lubię kontrolę,
więc będę ci rozkazywał, a może właściwie kazał
- stwierdził - Tylko w czasie seksu - zastrzegł, kiedy zobaczył jej wahanie,
ale zaraz potem jej twarz się rozluźniła, więc nie miała nic przeciwko temu, po
prostu była to dla niej nowość.
- Zadbam o ciebie,
o twój komfort. Postaram się, żeby cię nie bolało. Nigdy cię nie uderzę, nie
zwiążę, nie zaknebluję - powiedział jej, chociaż mogła o tym do tej pory nie pomyśleć - Nie będę cię poniżał ani
upokarzał. Nie zrobię niczego, czego
sama nie będziesz chciała. Po prostu będę cię prowadził. Czy to jest okej?
Skinęła głową, a
na jej twarzy była znowu ta łagodność i zaufanie.
Pieprzyć go, Billy
czuł, że nie był tego godny, ale lubił
to.
Nigdy wcześniej
nie wprowadzał żadnej kobiety w tajniki seksu w ten sposób, bo miał do czynienia
z sukami, które tego nie chciały i nie potrzebowały.
Ale Billy lubił mieć
absolutną kontrolę nad swoim ciałem i nad partnerką podczas seksu, uzyskiwał ją
wielokrotnie w dużo mniej delikatne sposoby i dobrze o tym wiedział.
Właśnie teraz
dowiedział się, że mógł to połączyć z opieką nad kobietą, którą miał w łóżku i
mógł ją prowadzić, by dać jej rozkosz i samemu sobie też trochę wziąć.
- Jeśli
kiedykolwiek będziesz chciała czegoś więcej, powiesz mi - powiedział, a ona natychmiast skinęła głową - Jeśli
będę robił coś, na co nie będziesz miała ochoty, powiesz mi - to dało mu ponowne skinienie głowy - Dam ci tyle
rozkoszy, ile zdołasz przyjąć - jej wargi rozchyliły się, a ciało zadrżało - I
nauczę cię, jak ty możesz dawać rozkosz mi.
Patrzył jak jej
sutki nabrzmiały, jej oczy się przymknęły i, pieprzyć go, jej widoczne
podniecenie sprawiło, że sam też czuł, jakby zaraz miał dojść pod delikatnym
dotykiem jej nawet jeszcze bardziej niż przedtem wilgotnej, gorącej, pulsującej
cipki.
Nawet w nią jeszcze
nie wszedł.
- Anie - zawołał
cicho, więc skupiła wzrok na jego twarzy - teraz ruszaj się.
Patrzyła na niego
przez chwilę zdezorientowana tak słodko, że z trudem opanował się, by nie
przywrócić jej na plecy i po prostu nie wypieprzyć.
Podniosła się
lekko, więc przytrzymał ją naciskiem palców na jej udach.
- Nie tak -
powiedział, wciąż patrząc jej prosto w oczy - Głaszcz się cipką o kutasa. Pieść
mnie nią.
Opadła,
przyciągnęła po kutasie swoją wilgocią, po czym otworzyła szerzej oczy, zgięła
plecy, pochylając się w jego stronę i jęknęła z rozkoszy i zaskoczenia jednocześnie.
Pieprzyć go, jego kobieta nawet nigdy się nie
masturbowała.
Billy wiedział to
właśnie w tej sekundzie, w której ona odkryła, jak przyjemne mogło być to, że
tylko głaskała się po wierzchu, po łechtaczce, jego sztywnym kutasem.
Złapał jej dłoń,
położył ją sobie na brzuchu, czując, jak pod wpływem tego delikatnego, miłego
dotyku napięły się jego mięśnie i patrząc, jak Anie wciągnęła powietrze i
przymrużyła oczy, a jej twarz stała się miękka i rozmarzona.
Poruszyła biodrami
jeden raz, a potem drugi, a potem złapała rytm, który ją całkowicie pochłonął,
więc kołysała się z zamkniętymi oczami, rozchylonymi ustami i powtarzalnym
skomleniem, który Billy czuł w jądrach.
Billy wiedział, że
nie przetrwałby tego zbyt długo, więc postanowił to ulepszyć, dla niej.
- Anie! - cicho zawołał i skupił jej uwagę
na swoich oczach, chociaż była półprzytomna - Przerzuć swoje włosy na plecy i
pochyl się tu do mnie.
Kiedy to zrobiła,
najpierw ujął jedną z jej piersi, pogłaskał, zrolował sutek między kciukiem a
palcem wskazującym, przez cały ten czas patrząc jej głęboko w oczy, więc widząc
narastanie jej podniecenia, a potem wyciągnął brodę, dając jej znak, więc
pochyliła się głębiej.
Opierała jedną
rękę na poduszce obok jego głowy, a drugą gładziła jego pierś i ramię, kiedy
zaczęła go całować, a jej włosy spadły złotym namiotem z jej jednego ramienia.
Kurwa, Billy był
pewien, ze Anie nigdy wcześniej z nikim
się nie całowała, a jednak była pieprzoną mistrzynią.
Nie wiedział, jak
to się stało, ale jej pocałunki były idealne.
Nie wbijała mu
języka do gardła zbyt nachalnie, nie dotykała go zbyt lekko wargami, a pieściła
go nimi i smakowała jego język, kiedy dawał jej go, a ona dawała mu swój na
zmianę.
Głaskała w tym
czasie kutasa nieprzerwanie cipką, więc Billy przestraszył się, że zaraz
skończy, a ona nie wyglądała na gotową do dojścia.
Pomylił się.
Nie zdążył niczego zrobić.
Anie nagle
przycisnęła głębiej usta do jego ust, zajęczała, poczuł na kutasie i jądrach
powódź jej soków, pulsowanie cipki i dłoń na jego piersi zacisnęła się,
wbijając paznokcie w jego skórę.
Doszła.
I było to mocne,
gwałtowne i trwające na tyle długo, że Billy poczuł skurcz w jądrach, jego
kutas zadrgał, a potem sam doszedł na swój brzuch, jednocześnie brudząc ją,
skoro była przyciśnięta do niego.
Przez kilka minut
opierała się częściowo na nim, dysząc ciężko, przytomniejąc powoli, a potem
podniosła się z powrotem do siadu, wciąż pochylona w stronę jego twarzy i
spojrzała mu w oczy z radością, ale niepewnie.
- Zejdź ze mnie -
powiedział, ale jego głos nie brzmiał właściwie i zobaczył, że Anie to
odczytała, bo zamrugała gwałtownie, kiedy przekładała nogę nad jego udami,
wciąż opierając się o jego klatkę piersiową.
Spojrzała na jego
brzuch, przyłożyła dłoń do swojego, a potem obejrzała na swoją rękę ze
zdziwieniem.
O, kurwa, nie to,
tylko nie pieprzone to.
- Och - szepnęła -
Pojdę po ręcznik - powiedziała, zeskoczyła z łóżka i, zanim Billy zdołał
cokolwiek zrobić, zawołać ją, była już w łazience.
- Poczekaj, wytrę
cię - powiedziała, kiedy wróciła i położyła czysty ręcznik na jego brzuchu.
Ale Billy nie
drgnął.
Nie był w stanie
jakkolwiek zareagować.
Bo właśnie wtedy
przypomniał sobie.
Kurwa mać.
Jak mógł
zapomnieć, tego nie wiedział.
Ale dokładnie to go popieprzyło.
*****
Hannah
Straciłam go.
Widziałam
dokładnie ten moment, kiedy się przede mną zamykał.
Billy w jednej
chwili był mój, całkowicie i bez zastrzeżeń, a w następnej wszystkim, co widziałam,
była ta przeklęta maska.
Jakbym była dla
niego kimś obcym, kogo należało się strzec.
Nie, nie, nie.
Nie mogłam na to pozwolić.
Nie mógł się
przede mną zamknąć teraz, kiedy go odzyskałam, kiedy wrócił do domu i pokazał
mi, jak cudownie rozumiał to, czego potrzebowałam.
Dał mi moją chwilę
wytchnienia.
Zrobił to dla
mnie.
Poprowadził mnie
tam, wziął trochę dla siebie, a potem pozwolił mi się sobą zająć, ale coś się stało, a ja nie wiedziałam co.
Po wytarciu jego
brzucha do czysta, zabrałam ręcznik do prania i poszłam do łazienki, by umyć
siebie, nakremować dłonie i wróciłam do naszego łóżka, gdzie mój mąż leżał niby
bez zmian, na wznak, na poduszkach, które mu podłożyłam pod głowę, ale zamknięty w sobie.
Ułożyłam się obok
niego bokiem, by widzieć jego oczy i nie zgasiłam lampki, kiedy oparłam się na
łokciu i patrzyłam na niego.
- Billy - zaczęłam
- powiedz mi…
- Śpij, Hannah - powiedział ponuro i zimno, więc wciągnęłam gwałtownie
powietrze do płuc.
Hannah.
Nie, Anie!
Nagle zaszczypały
mnie oczy i musiałam walczyć z płaczem, więc postanowiłam odpuścić na tę noc.
Porozmawiałabym z
nim później, kiedy się uspokoję, a on to wszystko sobie przemyśli.
Odwróciłam się do
niego plecami, wyciągnęłam rękę, by zgasić światło, ale głupie łzy już popłynęły.
Skuliłam ręce
przed sobą i przycisnęłam je do piersi, zwinęłam się pod moją kołdrą, owinięta
moim prześcieradłem tak, jak sypiałam dawniej, zanim (jak mi się najwyraźniej
tylko wydawało) dogadaliśmy się z moim mężem.
Przez chwilę łzy
płynęły mi bezgłośnie, ale potem musiałam wziąć oddech i wtedy nie dałam rady
tego powstrzymać.
Mój oddech urwał
się i było to słyszalne.
Zamarłam z
nadzieją, że Billy nie usłyszał, ale przeliczyłam się.
- Anie! - wyszeptał Billy do moich pleców,
a, kiedy nie zareagowałam, poczułam, że przekręcał się z trudem na swoich
poduszkach.
Nie mogłam mu na
to pozwolić.
- Nie! - warknęłam, niechcący niemiło - Nie ruszaj się, bo zrobisz
sobie krzywdę - dodałam już łagodniej.
Jednak przy tym
odwróciłam się do niego przodem, więc mógł w półmroku naszej sypialni dostrzec
moją twarz.
Więc zobaczył to.
Moje oczy:
zaczerwienione i mokre od łez.
- Anie -
powiedział ponownie łagodnie mój mąż, kiedy opadłam na poduszkę, tym razem na
wznak, już nie udając, że nic się nie stało - Proszę, nie gniewaj się.
- Nie gniewam się
- wymamrotałam do sufitu.
- Zabolało cię -
Billy powiedział do siebie i było to słychać, że nie chciał mojej odpowiedzi.
Po prostu
stwierdził fakt.
Wcale nie poczułam
się lepiej z tym, że to zauważył.
- To nie chodzi o ciebie - powiedział (również mówiąc do
sufitu) nagle pełnym głosem, ale z takim
smutkiem, że odwróciłam głowę w jego stronę i wstrzymałam oddech.
- To ja -
powiedział - Moje popieprzone życie -
dodał z goryczą, a ja poczułam się jeszcze gorzej.
Nie używał przy
mnie takich słów, więc wiedziałam, że bardzo to przeżywał i chciałam mu ulżyć, zabrać to od niego.
- Billy - szepnęłam, ale nic więcej nie
dodał.
Musiałam wiedzieć.
Nie pomogłabym mu,
gdyby mi nie powiedział.
Przekręciłam
tułów, wyciągnęłam rękę i zapaliłam lamkę na stoliku nocnym, by natychmiast
wrócić do poprzedniej pozycji, wisząc nad nim, kiedy opierałam się na zgiętym
łokciu z oczami utkwionymi w jego twarzy.
Drżącą ręką
dotknęłam jego twarzy, bojąc się, że się ode mnie odsunie.
Nie zrobił tego.
- Kochanie… -
poprosiłam - powiedz mi.
Billy nie patrzył
mi w oczy.
Tak naprawdę w
ogóle nie patrzył na mnie, a potem
zamknął oczy.
- Po prostu
przypomniałem sobie, dlaczego nie lubię dotyku - powiedział Billy takim
przejmująco pustym głosem, że znowu
chciałam płakać, ale tym razem z jego powodu, z powodu tego, co musiał przejść,
że taki się stał.
A mój mąż wciągnął
wdech, zatrzymał go, a potem wypuścił z westchnieniem, by zacząć mówić tym
samym pustym głosem, pozbawionym wszelkich emocji.
I od tego, co mi
powiedział, serce zabolało mnie jeszcze bardziej.
Dla niego.
- Nie pamiętam,
ile miałem wtedy lat. Jak byłem dzieckiem często chorowałem na brzuch. Może to
przez złą dietę, może coś innego. Nie wiem - wzruszył jednym, zdrowym ramieniem
- Bolało mnie, wymiotowałem, miałem rozwolnienie. Różnie.
Zrobił przerwę,
ale już go nie ponaglałam.
Musiał to mi dać sam, w swoim tempie.
- Kiedyś w nocy
wstałem z łóżeczka, bo bolało mnie tak bardzo, że nie mogłem spać. Poszedłem do
salonu, bo słyszałem tam jakieś głosy. Nie pamiętam jak to wszystko było, co
tam się działo, ale pamiętam nagą skórę mojej mamy i nagiego mężczyznę, przed
którym klęczała. On siedział rozwalony na kanapie. Ona była między jego nogami.
Spojrzał na mnie,
a w jego oczach czaiło się coś niedobrego.
- Kiedy tam
wszedłem, facet akurat spuścił się na swój brzuch - wyznał mi twardym tonem - Okropnie
jęczał i pomyślałem, że go coś bolało. A moja mama wciąż lizała go i rozcierała
to rękoma po nim i po sobie, mrucząc z zadowoleniem.
Och, Billy - pomyślałam z żalem, ale nie miałam
odwagi się odezwać.
- Kiedy mnie
zobaczyła, wtedy tego nie wiedziałem, ale musiała być w fazie po orgazmie, może
trochę pijana, bo zwykle bywała pijana, więc nie wygoniła mnie. Zrobiła coś
gorszego. Wzięła mnie za rękę i, ciągle goła, zaprowadziła mnie do łóżeczka.
Położyła mnie, przykryła kołderką, ale nie poszła. Kurwa - syknął - nie… poszła… tylko położyła się przy mnie i
zaczęła głaskać po twarzy. Jej ręce tak strasznie śmierdziały. Nie wiem czym, może spermą, ale chyba gównem, wódą i
czymś jeszcze.
Billy przerwał,
zacisnął oczy, a potem przełknął ślinę i mówił dalej, a jego ton ponownie był
pusty.
- Zwymiotowałem
wtedy, chociaż nie pamiętam jak i gdzie. Pamiętam tylko ten niesmak, ból, smród
i potrzebę wyrwania się z jej rąk. Ucieczki. Żeby mnie nie dotykała.
Kiedy mój mąż
zamilkł, połączyłam wreszcie wszystkie puzzle i zaczęłam się bać o to, czego mi
jeszcze nie powiedział: że brzydziły go moje
dłonie, bo przypominały mu dłonie jego mamy.
Dosłownie
skostniałam u jego boku i nawet nie zabrałam ręki od jego twarzy, bo nie mogłam
się ruszyć.
- Ale ty jesteś czysta - nagle powiedział mi Billy i
jego ton był inny, lżejszy, a wtedy otworzyłam oczy, które zamknęłam, nie wiedząc
kiedy - Kocham twój dotyk. Twoje
dłonie są miękkie i delikatne. Zawsze pachniesz wanilią, mlekiem i miodem.
Więc dlaczego…?
Nie zapytałam, ale
widocznie to pytanie było widoczne na
mojej twarzy, bo Billy mi na nie odpowiedział.
- Ja tylko… -
zawahał się - Po prostu przypomniałem
sobie. Wyrzuciłem to z pamięci i przez lata mi to nie przeszkadzało. Ale ty…
Ten moment, kiedy zobaczyłem ciebie tu, taką niewinną i czystą, ubrudzoną
przeze mnie. To mnie cholernie popieprzyło. Nie chcę cię wciągać w ten chujowy syf.
Billy patrzył w
moje oczy, widziałam w jego oczach skruchę, prośbę o wybaczenie, żal i miłość.
Miałam znowu
płakać.
Nie mogłam płakać.
Musiałam się
opanować.
Więc skupiłam się
na czymś innym.
- Williamie Brown - w zamian się
zdenerwowałam - Uważaj na swój język!
Billy popatrzył na
mnie, jakby był w lekkim szoku, a potem zaśmiał się krótko, jak to robił
ostatnio, więc wiedziałam, że jeszcze go bolało, kiedy brał gwałtowniejszy
wdech.
- Kocham cię, Hannah Brown - powiedział
wreszcie, a potem wyciągnął do mnie rękę, więc dałam mu to, co bez wątpienia
chciał wziąć, bo nie chciałam, żeby się wysilał.
Pochyliłam się nad
nim i go pocałowałam.
Dziękuję
OdpowiedzUsuńDziękuję
OdpowiedzUsuń