Rozdział 10
Billy
Cztery dni później
- Dobra - krzyknął
Billy do Davida, który był w pokoju rekreacyjnym w ich remizie - Alba się już
myje, ja wchodzę do pod prysznic w drugiej łazience, Sam zaraz do mnie dołączy
w drugiej kabinie.
- Okej - krótko huknął
David.
Billy nie wiedział,
dlaczego David, Oli i Jimmy byli tacy spięci, ale od początku tygodnia, od kiedy
Alex wyjechał z Sophie na wakacje do Europy, Alba zastępowała go w pracy we
dnie, a Frank z innego zespołu w nocy i tamci trzej chodzili wkurwieni jak
cholera.
Alba to było prawdziwe
imię Ani, które znali przez prawie dwa lata, zanim przyznała im się do swojego prawdziwego
imienia.
Było to Anna Madison
Philision zamiast Alba Rodriguez.
No kto by
pomyślał, że przez tyle czasu udało jej się wodzić za nos nie tylko Billy’ego i
Sama, ale doświadczonych Oli’ego, Jimmy’ego i Davida.
Zwłaszcza Davida.
Nadal Billy nie
sądził, żeby to był prawdziwy powód
tego wkurwienia, bo Ania szczerze zaprzyjaźniła się z Evą, Maggie i innymi
kobietami, więc ona i jej facet, Filip, który był od dawna kumplem Davida,
spotykali się ze wszystkimi na wielu wspólnych imprezach.
David nawet
poleciał z Filipem do Luizjany, żeby ją ratować, kiedy została porwana parę
miesięcy temu, a potem, po wszystkim, faceci z Elity, jak ich nazywali żartobliwie Sam i Billy, ze swoimi
kobietami i dziećmi polecieli całą grupą na kilka dni, żeby ich tam odwiedzić u
siostry Ani.
Wszystko stopniowo
wróciło do normy, Ania i Filip osiedlili się, a nawet mieli plany na
przyszłość.
To zastępstwo
zostało cholernie ustalone przez wszystkich, dogadane z pieprzonymi szczegółami
kilka cholernych tygodni wcześniej.
Nawet ten
popieprzony fakt, że mieli na Anię mówić w pracy Alba, bo faceci z wozu ratunkowego i z innych jednostek cholernie nie musieli wiedzieć o wcześniejszej
mistyfikacji i jej pieprzonych powodach.
Ale teraz coś się
działo, coś bardzo cholernie niedobrego,
więc Billy instynktownie również rozglądał się i starał się być blisko Alby,
kiedy gdzieś byli poza pieprzoną remizą, by
się nią zaopiekować w razie potrzeby.
Skoro tak robili
David i Jimmy, on tez musiał.
Nawet jak nie
wiedział o jaką potrzebę mogło
chodzić.
A właśnie wrócili
z akcji.
Billy wyjątkowo
nie został przy radiu, bo Oli wypełniał jakieś pieprzone papiery, więc i tak
musiał zostać w remizie i powiedział, że się tym zajmie.
Cóż, on był
szefem.
Ale to oznaczało,
że Billy pojechał.
To była rutyna,
dogaszanie cholernego, upierdliwego, niby-małego pożaru roślinności wkoło domów
jednorodzinnych niedaleko zboczy gór Wasatch, którą prowadziła inna jednostka,
a oni tylko pomagali.
Nadal, było
gorąco, a zadymienie było na tyle duże, że przeniknęło przez ubrania ochronne,
sadza i smród dymu wsiąkły w nich, więc potrzebowali
kąpieli.
David zadecydował,
że Alba zajmie jako pierwsza jedną łazienkę, a Billy i Sam mieli wejść do
drugiej (kiedyś jedna z łazienek była przerobiona specjalnie dla Alby na
damską, ale teraz, jak byli w sześciu facetów nie była ona potrzebna, więc były
tam dwie męskie kabiny), żeby potem,
jak Alba będzie suszyła włosy, czy też robiła inne kobiece gówno, David, Jimmy
skończyli brać szybki prysznic i byli w gotowości.
Nikt nie miał
wątpliwości, że to David był tym, który w sytuacji jakiegoś realnego zagrożenia
byłby najbardziej pożyteczny.
Wszyscy więc
skupiali się na obserwowaniu, ale nie oczekiwali tego, że będą musieli w
jakikolwiek sposób wkroczyć.
A tym razem
jeszcze na dodatek nie mieli nigdzie wychodzić poza remizę.
Dlatego Billy nie
był skoncentrowany na tym, co działo się w jego otoczeniu, a bujał myślami we
wspomnieniach ostatnich dni.
A miał kilka nowych
rzeczy do cholernego przemyślenia, bo dużo się zmieniło w jego pieprzonym
życiu.
Głównie na lepsze.
Billy nie
wiedział, co się zadziało w ostatnią niedzielę między jego bratem a Anie, ale
ich więź się zacieśniła, lepiej się dogadywali, a Jack wręcz częściej chodził z
jakimś problemem do niej niż do Billy’ego.
Co nie było złe.
W poniedziałek
byli w domu we trójkę, ale Anie zapowiedziała, że nadchodzący rok szkolny
przyniesie zmiany w ich rozkładzie tygodnia, rozkładzie dni, więc zaczęli się
do tego przygotowywać.
Ustalali rozkłady ich
dni w ciągu całego tygodnia, plany opieki nad Jackiem i wyposażali go w rzeczy
niezbędne do szkoły, więc jeździli do sklepów.
Spędzali też więcej
czasu ze znajomymi, którzy mieli im pomóc w opiece nad Jackiem, a Billy się
przekonał, że wśród tych znajomych była Eva (i Jimmy), bo jego brat polubił
Matta.
Jack poznał już
więcej osób z ich otoczenia, z rodziny Anie, bo we wieczorem wtorek była u nich
Abi i również szybko znaleźli wspólny język, chociaż dziewczyna była o siedem
lat starsza od brata Billy’ego.
Billy nie
wiedział, jak przebiegła wizyta Jacka w domu mamy Anie w niedzielę, bo był
wtedy w pracy, ale żadne z nich, ani Anie, ani Jack, nie mówiło o tym, tylko Billy
dowiedział się, że Jack poznał przy tej okazji Abla, o którym mówił później ze
śmiechem, jako o „zabawnym dzieciaku”.
Taaa, dorosły się
znalazł.
Więc Billy mógł
powiedzieć, że przez te dwa tygodnie jego brat zyskał to, czego potrzebował, co
Billy zawsze chciał mu dać, nie tylko bezpieczną przystań, dom, ale również wielu ludzi, którzy pokazywali mu, że życie mogło
być dobre.
Dla Billy’ego
życie było bardzo dobre.
Słodkie i
spokojne.
Jego młoda żona
gotowała kurewsko fantastycznie,
dbała o czystość jak nikt mu znany na całym pieprzonym świecie, a ich seks był
cholernie niesamowicie zajebisty.
Wszystko co
najlepsze.
Billy mył się
niespiesznie, a kiedy ujął w namydloną dłoń kutasa, wspomniał ostatnią noc,
kiedy oglądali, on i jego Anie, jak mu się oddawała.
Nigdy w swoim
pieprzonym życiu nie czuł potrzeby oglądania tego, jak kobieta, którą pieprzył
osiągała swój szczyt, a nawet nie czuł potrzeby doprowadzania jakiejś do niego,
ale Anie miał ochotę doprowadzać do szczytowania wyłącznie po to, by oglądać.
I poczuł, jak
twardniał na samo wspomnienie.
Zamykał oczy i
widział ich obraz w cholernym lustrze toaletki, obraz jego i jego Anie nagiej,
wijącej się z rozkoszy na jego kutasie.
Kurwa!
Tak cholernie
fantastycznie!
Jego żona pozwoliła
mu na to, by ponownie wziął ją od tyłu, co Billy zawsze uwielbiał, bo widok jej
tyłka go rozpalił, zanim jeszcze miał go przed sobą nagiego i dostępnego.
Chociaż Billy nie
sądził, by Anie wiedziała, ile to dla niego znaczyło, bo sama była zbyt
podniecona, by cokolwiek zauważać.
Ale, kiedy już tkwił
w niej głęboko, a wszedł gładko, bez najlżejszego oporu, bez najmniejszego
protestu z jej strony, bez jednego jęku, podniósł jej tułów do wyprostowania,
przyciągnąwszy jej plecy do swojego brzucha, kiedy siedział na swoich piętach
tak, by usiadła okrakiem na jego udach i zobaczył, że byli naprzeciwko lustra z
jej pieprzonej toaletki.
Dzięki pieprzonemu
Chrystusowi, że Anie wpadła na pomysł, żeby takie gówno kupić i postawić w ich
sypialni przy ich łóżku.
Wygięła się,
uniosła ręce, by jedną dłoń włożyć w jego włosy, a drugą trzymała jego łokieć,
kiedy on swoimi rękoma obejmował ją, palcami jednej ręki pieszcząc jej
łechtaczkę, a palcami drugiej otaczając jej szyję niczym obrożą.
Jej fantastyczne,
duże i jędrne cycki podskakiwały, a jej rozpuszczone włosy otaczały ich niby
chmura ze złota.
Podrzucał ją na
swoich biodrach, pchając gwałtownie raz za razem, aż warknął jej do ucha -
Popatrz w lustro.
Kiedy nie
reagowała, bo była oszołomiona rozkoszą, jaką jej dawał, naciskając palcem
wskazującym na bok jej szczęki, przechylił jej twarz do lustra i warknął
jeszcze raz, rozkazując jej - Anie,
spójrz na nas w lustrze.
Spojrzała.
I, pieprzyć go, nie
wiedział, czy podnieciła się tym czy ruchem jego palca na jej łechtaczce, ale
właśnie wtedy zaczęła dochodzić.
Zacisnęła się na
nim, wygięła kręgosłup i cicho krzyknęła w ekstazie, zalewając go przy tym
swoimi sokami.
Więc Billy również
przyspieszył.
Popchnął ją by
opadła i rzucił ją na czworaka, trzymał za oba biodra, by pieprzyć ją bardziej szybko,
gwałtownie i dość brutalnie, kiedy szczytowała pod nim, wciąż krzycząc swoją
rozkosz, brana przez niego od tyłu.
Po wszystkim Billy,
kiedy wysunął się z niej naturalnie, jak ostatnio przywykł to robić, podniósł
ją z łóżka znowu w swoich ramionach, jak najcenniejszy klejnot, jakim była,
zaniósł do ich łazienki, postawił pod prysznicem i mył delikatnie ciepłą wodą i
pachnącym wanilią żelem, kiedy słaniała się na nogach.
Cholernie pieprzyło
mu w głowie to, co jej robił, ale nie mógł się, kurwa, powstrzymać.
Zerżnął ją brutalnie.
Jak cholerny pojeb
zdominował ją.
Była taka krystalicznie
czysta, delikatna, wrażliwa, słodka i niewinna, a on się na niej za to mścił,
jakby chciał sprowadzić ją w to błoto, w którym sam tkwił, zamiast dać się jej
wyciągnąć w stronę czystości, jaka ją otaczała.
A na dodatek,
wiedział, że czuł ją nieskończenie o wiele
lepiej, kiedy wsuwał się do jej gościnnej, gorącej, miękkiej cipki, kiedy
widział przed sobą jej cycki i twarz wykrzywioną rozkoszą.
A to, że wolał ją
brać ostro?
Cóż, nie wiedział
czemu, ale zawsze go bardziej kręcił taki seks, w którym miał absolutną
kontrolę i dominował.
Chociaż z Anie to
też zaczęło się zmieniać.
Na razie w jego
głowie i dotyczyło tego, że nie miał ochoty jej zmuszać do uległości lub
poniewierać jej tak, jak to robił pieprzonym dziwkom.
Musiał to skończyć,
ale nie wiedział jak, skoro samo jej wspomnienie tak go podniecało, że miał
kutasa twardego i obolałego pod prysznicem w
pracy.
Kurwa, pieprzone gówno.
Wyłączył wodę, którą
pod koniec przekręcił tak, że leciała całkiem zimna, by go uspokoiła, złapał swój
ręcznik i wytarł się szybko i pobieżnie, stwierdzając, że na wyjątkowo gorącym
powietrzu drugiej połowy sierpnia nawet dobrze będzie po prostu wyschnąć po
kąpieli.
Jego rodzina była
tam gdzieś w upale miasta.
Anie miała tego
dnia pojechać do szkoły na jakieś zebranie, bo od poniedziałku zaczynała się
nauka.
Miała zawieźć
Jacka do Evy nie tylko dlatego, że młody lubił towarzystwo Matta, który był od niego
o rok starszy, ale też dlatego, że Eva była w domu z najmłodszym synkiem jej i
Jimmy’ego, Davie’m, i z ich przybraną córką, Marią, a zdawało się, że Anie
polubiła kobietę Jimmy’ego.
Zwykłe, codzienne
życie rodzinne.
Billy ubrał się w
łazience, wyszedł do pokoju wspólnego i stwierdził, że Alba też już się skończyła
myć i wyszła z drugiej łazienki.
Miała mokre włosy,
ale nie zamierzał ich suszyć, tylko wytarła je drugim ręcznikiem i właśnie
rozczesywała.
Co przypomniało
Billy’emu włosy jego żony.
Jego Anie miała
najpiękniejsze włosy, jakie widział kiedykolwiek
w całym swoim cholernym życiu.
Złoty płaszcz.
Nie umiałby
znaleźć lepszego określenia i wiedział, że nawet jego dziesięcioletni brat był
w tym lepszy.
Jack bez wątpienia
umiałby wymienić mu jednym tchem dziesięć pieprzonych określeń, które
oddawałyby cholernie lepiej niepowtarzalne piękno włosów Anie, chociaż Billy
podejrzewał, że młody nie widział ich nigdy w pełnej krasie, rozpuszczonych,
opadających swobodnie na ramiona jego kobiety.
Tak, jak rozpuszczała
je dla Billy’ego.
Jack był
oczywiście w tym najlepszy, a Anie utwierdziła go w tym, kiedy zaprosiła
pewnego dnia do ich domu Abi, wyjaśniła, że chodziło o ulotkę reklamową ręcznie
malowanych przez młodszą siostrę Anie płóciennych toreb i obrusów, więc później
Billy patrzył z cichym zadowoleniem, jak siedzieli we dwójkę, Abi i Jack, przy
stoliku do kawy w bawialni ich domu, chichotali jak dwójka wspólników w jakimś
doskonałym żarcie, pracując nad projektem przy laptopie, który Billy kupił dla
Anie.
A Anie dostarczała
im smakołyki, uśmiechała się i patrzyła tym pełnym czułości i dumy wzrokiem,
jaki każda mama powinna mieć zarezerwowany dla swojego ukochanego dziecka.
Jego Anie.
Billy był pewien,
że to ona stała za tym, co napisał Jack w notatce, którą podobno stworzył na prośbę
Tony’ego po ostatnim występie Billy’ego, chociaż nigdy nie podejrzewałby, że w
jakikolwiek sposób by go oszukała (na przykład pisząc za Jacka lub poprawiając
tekst i nie mówiąc mu o tym).
Kiedy Anie, nie
pytając ani nie prosząc o pozwolenie, zawiozła Jacka swoim SUV’em do Piwnicy, by posłuchał jak Billy tam grał
i śpiewał, Billy, kiedy mu o tym opowiadali, nie mógł się na nią z tego powodu
złościć, bo zobaczył w oczach swojego brata uwielbienie.
Cholernie dobre pieprzone uczucie.
A Jack później
napisał coś, co cholernie zapadło Billy’emu wprost w pieprzone serce:
Spójrzcie. Oto Billy Brown. Gawędziarz.
Siedzi tam, samotnie, na scenie, pochylony nad gitarą,
skupiony, zapatrzony w to, co mu gra w duszy.
I nagle słuchać brzdęk strun. Jedno uderzenie, drugie,
trzecie, a potem kolejne układają się w melodię, której wtóruje ten głos.
Jeśli usłyszycie ten głos chociaż jeden jedyny raz, to
już nie zapomnicie go do końca swoich dni. Każde słowo wyśpiewane przez
Gawędziarza zapada w pamięć, bo jego głos tak uczyni.
Jest chrapliwy, przejmujący, naglący, niski i
szorstki, więc chcesz wstać, pobiec i coś zrobić, a jednocześnie gładki jak
dotyk jedwabiu, więc czujesz, że chcesz słuchać jeszcze i jeszcze.
Myśląc o tym, Billy
wszedł do pokoju rekreacyjnego, ubrał się w koszulkę z logo ich jednostki,
spodenki i czekał, aż Alba zdecyduje, co chciała robić, bo sam wolałby poczekać
na kumpli, zwłaszcza na Davida, ale wiedział, że ona nie mogła usiedzieć na
miejscu.
Podobnie do jego
Anie, Alba lubiła być zajęta.
David i Jimmy
właśnie weszli pod prysznic, co było słychać, bo woda już tam leciała, Sam
jeszcze nie wyszedł z drugiej łazienki, a Tom właśnie tam wchodził, kiedy Alba
stwierdziła, że mogliby zejść z Billym do garażu, by uprzątnąć sprzęt używany w
czasie akcji.
Oli siedział w
swoim gabinecie, by zacząć spisywać raport po akcji.
Faceci z drugiego
wozu, ratowniczego, wyjechali na jakieś ćwiczenia z inną jednostką, więc byli
sami w remizie.
Kiedy Alba
przyszła do niego i powiedziała, co chciałaby robić, Billy wiedział, że nie
powinien jej posłuchać.
David przed
wejściem do łazienki surowo powiedział im o poczekaniu na niego, ale Alba czuła
się bezpieczna w ich remizie i namówiła Billy’ego na zejście na dół, a on zrobił
to, co chciała, bo też czuł się bezpieczny.
Cholerny idiota.
Obiecali tylko Davidowi
(krzycząc do niego) natychmiastowe zamknięcie wrót garażu, które jeszcze były
otwarte po ich przyjeździe.
Nie wiedzieli,
jakim cudem David to przeoczył.
Nigdy nie
zapominał o takich szczegółach.
Ale może tamci
faceci z wozu ratowniczego nie zamknęli pieprzonych wrót, kiedy wyjeżdżali na
spotkanie?
Nieważne.
Zeszli po
schodach, Alba została za wozem, a Billy od razu poszedł do przycisku
zamykającego bramę i przełączył go, by zaczęły zjeżdżać, a potem pochylił się
do osłony węża, porzuconej przez nich w pospiechu podczas wyjazdu z remizy na
akcję.
To dlatego nie
zauważył go w pierwszym momencie, ale zaalarmował go odgłos ciała ślizgającego
się do betonowej, gładkiej posadzce garażu, więc szybko się odwrócił.
Wrota były zbudowane
z segmentów, które zjeżdżały z góry, hucząc podczas zamykania, więc prawie
zsunęły się na dół, kiedy obcy wjechał na plecach i ramieniu do wnętrza remizy,
z głową zwróconą w stronę Billy’ego, a nogami w stronę ulicy.
Billy odwrócił się
do niego przodem akurat w chwili, kiedy ciało tamtego pokonało większą część
drogi pod dolną listwą wrót, będącą już tylko kilkadziesiąt centymetrów od
posadzki i natychmiast poczuł przypływ adrenaliny.
Przestrzeń pod
drzwiami miała mniej niż pół metra.
Co do kurwy nędzy?!
- Hej. A to co… -
zaczął wołać Billy, by zapytać, co obcy robił na ich terenie, ale nie zdążył.
Wszystko wydarzyło
się błyskawicznie.
Długi, ciemnowłosy,
dobrze ostrzyżony i gładko ogolony, szczupły mężczyzna, który był ubrany w
zwykłe dżinsy i czarną, bawełnianą koszulkę, chociaż leżały one na im tak,
jakby były zrobione z pieprzonego jedwabiu,
nawet nie poderwał się z podłogi.
Jeśli Billy nie
spiął się nadmiernie samym faktem obecności obcego, tylko tym, że tamten
najwidoczniej, wkraczał w ich przestrzeń we wrogim celu, stał się całkiem napięty
w tej chwili, kiedy zobaczył, co facet zamierzał.
Kurwa.
Ale miał na to
ułamki sekundy.
Pieprzony skurwiel
wyciągnął bowiem w stronę Billy’ego ręce, a w jednej z nich trzymał jebany pistolet.
Billy zareagował
odruchowo, bo dawniej, w gównianej fazie swojego pieprzonego życia widywał broń,
ale było za późno.
Szarpnął ciałem w prawo,
w między oba wozy, ich i drugiego zespołu, ale zanim się przesunął, wylot
pistoletu błysnął, rozległ się huk i ciałem Billy’ego szarpnęło uderzenie.
Dziwne.
Nie poczuł bólu.
Nagle czas
zwolnił.
Sekundy się
rozciągnęły do minut.
Zanim cokolwiek
się zmieniło, Billy zrozumiał, o czym mówili ci, którzy przekonywali, że w
obliczu śmierci życie staje ci przed oczami.
Jego życie…
Większość była do
dupy i niewarta wzmianki, ale ostatnio...
Miał coś dobrego.
Anie.
Billy usłyszał w
głowie śmiech swojej słodkiej Anie, kiedy oglądali jakiś gówniany program w
telewizji, ona na w pół leżała na kanapie obok niego, wtulona w jego bok, pod
jego ramię przerzucone przez oparcie kanapy, a Jack siedział na pobliskim
fotelu i również się śmiał.
Anie miała coś dobrego.
Zobaczył jej spokojną,
łagodną twarz, niebieskie oczy, ten czuły, nieśmiały wzrok, skierowany na niego, kiedy podchodziła, by
pocałować go na powitanie, kiedy wracał z pracy.
I Jack.
Jack miał coś dobrego.
Billy zobaczył,
jakby oglądał pieprzony film nakręcony z cholernego drona, jak siedzieli we
trójkę przy tym małym stoliku w ich kuchni i jedli jakieś kolejne pyszne gówno,
przygotowane przez jego kobietę.
Mieli to.
A później Billy ze
zdziwieniem stwierdził, że ogarniała go coraz większa pieprzona słabość, która spowodowała, że kolana
się pod nim ugięły i zaczął się niekontrolowanie osuwać na ziemię, jakby kości
zamieniły mu się w gumę lub mięśnie przestały go słuchać.
Ta pieprzona bezradność dotarła do niego mocniej,
kiedy pojął, że Alba była tam gdzieś i była w niebezpieczeństwie.
Nie mógł jej
ostrzec.
Obronić.
Był
bezwartościowy.
Zanim uderzył w
podłoże, poczuł, jakby wyrwał się ze swojego cholernie bezużytecznego pieprzonego ciała i zobaczył całą scenę z góry.
Alba była
przyczajona za ich wozem.
Schowana.
Dzięki
Chrystusowi.
Obcy popierdolec całkiem
już lekceważył Billy’ego, który leżał nieruchomo na posadzce, nie mogąc wykonać
żadnego pieprzonego ruchu, a nawet złapać normalnego oddechu.
Gówno.
Nie bał się, czuł
tylko zdziwienie, ale potem…
Do Billy’ego
dotarło z przerażającą pieprzoną jasnością, że nie będzie miał ani jednej
cholernej okazji powiedzieć Anie, że ją
kochał.
Nie da jej dobrego
życia.
Nie będzie miał
okazji szeptać jej jaka była piękna i dobra.
Kurwa mać.
Jakim był idiotą,
że nie wykorzystał czasu, jaki mieli.
Nie, nie, nie!
To nie mogło się
tak skończyć.
I Billy poczuł żal.
Żal, że nie
wykorzystał czasu, jaki był im dany.
Był takim idiotą.
*****
Hannah
Wyszłam razem z
Emily z budynku szkoły na parking, by pójść do mojego samochodu i pojechać do
Evy po Jack, kiedy zadzwonił mój telefon.
Kiedy kończyło się
zebranie, jakim nasz dyrektor rozpoczął nowy rok szkolny, poczułam się nieswojo.
Jakbym traciła coś
lub kogoś, na kim mi bardzo zależało.
Ale odegnałam od
siebie tę myśl, bo była głupia.
Dyrektor
powiedział właśnie wszystkim, że wyszłam za mąż, więc przyjmowałam gratulacje i
czułam się dziwnie, bo nie byłam ma to przygotowana.
Oczywiście, zrobił
to głównie dlatego, że musiał im wyjaśnić moją zmianę nazwiska, a nie dlatego,
bym miała przynosić ciasto czy cokolwiek.
Nadal czułam się z
tym dziwnie.
A moje wyjście za
mąż miało różnorakie konsekwencje, dla wielu osób, chociaż w większości
przyjemne.
Nasze życie
rodzinne, nasze małżeństwo, życie Jacka, to wszystko było dobre i mieliśmy
powody do czucia się z tym dobrze.
Nie zawsze i, jak
się okazało, nie wszyscy.
W ostatnią
niedzielę, kiedy Billy był jak zwykle w pracy, byliśmy we dwójkę z Jackiem w
naszym Kościele na sumie, czyli mszy w południe, która gromadziła najwięcej
wiernych.
Chciałam się spotkać
tylko z moją całą rodziną, a nie zależało mi na pokazaniu się wśród dawnych
znajomych, ale, oczywiście, musiało się tak stać, więc ubrałam się starannie i
wybrałam też odpowiedni strój dla Jacka.
A z mojej rodziny spotkaliśmy
tam też Lucy.
Powinnam się
cieszyć z tego, że spotkałam siostrę, ale nie mogłam.
Niestety, nie
pozwoliła mi na to.
Swoim zachowaniem,
podłymi słowami skierowanymi do kogoś
innego, ale o Jacku, prawie zepsuła
mi cały dzień.
Było to tak:
Przed mszą nie
rozmawiałam z nikim, bo weszliśmy do kościoła równo z jej rozpoczęciem i od
razu zajęłam miejsce obok mojej mamy, sadzając Jacka w ławce między nami, tuż
przy sobie.
Przygotowaliśmy
się na spotkanie wielu osób, więc Jack miał na sobie nowe spodenki do kolan,
koszulkę z kołnierzykiem i zapinaną na guziki, chociaż z krótkim rękawkiem, a
ja miałam nową sukienkę, jedną z tych, na kupno których namówili mnie Alek, Sam
i kobiety w butiku.
Wcześniej
powiedziałam Jackowi, czego mógł się spodziewać po tym spotkaniu, jak powinien
się zachowywać, więc przyjął to raczej z ciekawością niż ze zdenerwowaniem, a
ja byłam prawie całkowicie szczęśliwa, że mogłam mu to pokazać.
To, czyli wspólnotę
albo przynajmniej jedną z jej form i rodzinę, a przynajmniej część, którą
mogliśmy mieć w tym miejscu.
Wszystko było
dobrze, kiedy uczestniczyliśmy w zgromadzeniu i adoracji, aż do momentu, kiedy
msza się skończyła i zaczęliśmy wszyscy wychodzić przed kościół, a właściwie
chwilę później.
Ksiądz Anton stał
przed budynkiem, żegnał się ze wszystkimi, wierni dziękowali mu za kazanie,
przeprowadzone nabożeństwo i rozmawiał z nimi o różnych sprawach, więc
podeszłam do niego, mocno trzymając dłoń Jacka w swojej dłoni, by dodać mu
odwagi.
- Witaj, Hannah -
powiedział do mnie nasz kapłan, jak zwykle uśmiechając się przyjaźnie i
wyciągając obie ręce.
- Witam księdza -
powiedziałam, kiedy podeszliśmy i ujęłam jedną z jego rąk, by ją krótko
uścisnąć, ale nie puściłam dłoni Jacka.
- A gdzie twój
mąż? - zapytał ksiądz Anton - Znowu pracuje w niedzielę?
- Cóż -
westchnęłam i wzruszyłam jednym ramieniem, ale lekko się uśmiechnęłam,
przekrzywiając lekko głowę na bok, bo nadal byłam dumna z Billy’ego - Taką ma
służbę. Ale chciałam kogoś księdzu przedstawić. To jest jego brat -
przedstawiłam Jacka, przesuwając młodego trochę do swojego boku, a trochę do
przodu, podnosząc jego dłoń w swojej i przykrywając ją drugą - Jack. Mieszka z
nami.
- Och, tak -
ksiądz Anton uśmiechnął się do młodego - Pamiętam, że coś wspominaliście o
stworzeniu rodziny. Witaj Jack. Jak się masz?
W tej samej chwili,
kiedy Jack nieśmiało opowiedział na powitanie dość oficjalnym Dzień dobry i stwierdzeniem, że „ma się okej”
podeszła do nas moja mama z Ablem, który zaczął się witać ze mną i z Jackiem,
którego trochę już znał i który mu imponował, jako że był jego „starszym
kolegą”, który mieszkał z jego najstarszą, ukochaną siostrą.
Mama witała się z
księdzem Antonem i wymieniali uprzejmości.
Zjawiła się
również Abi, która właśnie opuściła swoje grono koleżanek, jakie zebrało się
przy okazji niedzielnego zgromadzenia.
Niestety, nie
porozmawialiśmy długo, bo do księdza Antona podchodzili następni wierni, by się
przywitać, ale nawet się z tego ucieszyłam, bo uznałam to za okazję do
uwolnienia się i porozmawiania tylko w naszym małym rodzinnym gronie, by Jack
miał więcej rodziny.
To stało się, kiedy szliśmy całą grupką w stronę
parkingu, wymieniając krótkie powitania ze znajomymi, których mijaliśmy po
drodze.
- …no same
zobaczcie - usłyszałam z boku syczący głos wyprzedzającej nas Lucy, która nawet
nie podeszła wcześniej, żeby się przywitać, skoro siedziała w ławce ze swoim
narzeczonym i przyszłą rodziną - chwali się tym brudasem, jakby nie miała wstydu.
Obejrzałam się w
samą porę, żeby zobaczyć, że moja siostra szła tam, między swoimi przyjaciółkami,
patrzyła przez ramię w moją stronę z pogardliwą miną i złapała jedną z
koleżanek za ramię, by nachylić się do niej i dalej szeptać coś tak, żebyśmy
tego nie słyszeli.
Odwróciłam głowę w
stronę naszej mamy, więc mogłam zobaczyć, że, szczęśliwie, ona, zajęta Ablem,
niczego nie zauważyła i nie usłyszała, ale Abi patrzyła na mnie z niepokojem
ponad głową Jacka, który szedł między nami i zagryzała wargę.
Abi dzieliła sypialnię
z Lucy przez kilkanaście miesięcy, wiedziała, co nasza siostra trzymała w pudełkach pod łóżkiem, więc, chociaż
teraz każda z nich miała własny pokój, nie miała o niej dobrego zdania.
Nie chciałam, żeby
skomentowała na głos to, czego byłyśmy świadkami.
Przestraszyłam się
też, że Jack mógł to słyszeć i mogło go to zaboleć.
Dlatego zapytałam wszystkich
ze sztuczną wesołością w głosie:
- Idziemy na lody?
Zadziałało.
Dzięki Bogu.
Więc poszliśmy w
piątkę do pobliskiej budki z lodami na słodkie rożki, a potem odwiozłam moim
SUV’em mamę, Abla i Abi do ich domu (chociaż nie miałam fotelika dla Abla), ale
nie zostaliśmy tam z Jackiem, bo obawiałam się, że Lucy mogła wrócić na lunch
do domu, a ja bardzo nie chciałam, żeby Jack przebywał w jej towarzystwie.
Mogła być dla
niego niemiła, a bardzo chciałam go przed tym uchronić.
A godzinę później
byliśmy z Jackiem u Evy, bo w poprzednim tygodniu zawiozłam jej moją sukienkę
ślubną do wyprania (albo sama wiedziała jak to zrobić albo zawiozła ja do
pralni chemicznej, ale nie miałam siły, by z nią o to walczyć), żebym mogła ją później
zostawić w poniedziałek w butiku Aleka i Sama, do schowania do specjalnego
pokrowca i miałam ją odebrać, chociaż nie umawiałyśmy się, kiedy miałam to
zrobić.
Zadzwoniłam i była
u siebie, więc nas zaprosiła.
Wizyta u Evy w
domu dała mi bardzo dużo.
Po pierwsze
obejrzałam jej dom.
Nie cały, tylko
część dzienną, ale była ona olbrzymia.
I bardzo mi się
podobała.
Wszystko tam wręcz
krzyczało rodzina.
Może chodziło o
obrazki rozwieszone na ścianach, może o zabawki na podłodze bawialni, a może po
prostu o codzienne drobiazgi, zostawione i nie do końca uprzątnięte z różnych
powierzchni.
A trochę tego
było.
Cała przestrzeń
nie była wysprzątana, ale nie była brudna.
Po prostu widać
był, że była użytkowana.
Mieli tam
oddzielny oficjalny salon dla gości, bawialnię z królującymi zabawkami dzieci i
pokój rodzinny z kanapami i wielkim telewizorem, a to wszystko było otwarte i
połączone z dużą jadalnią i kuchnią, którą oddzielała wyspa i kilka schodków.
Cała rodzina (i
przyjaciele, jak sądziłam) mogła swobodnie przebywać razem przy różnych zajęciach
i stale się widzieć, ale nie wchodzić sobie w drogę, jeśli potrzebowali na
przykład miejsca na wykonanie jakiejś pracy.
Jak się
przekonałam, Eva pracowała na laptopie, który przenosiła z miejsca na miejsce,
w zależności od tego, co właśnie robiła i do czego go potrzebowała.
Kiedy tak stałyśmy
pośrodku jej dziennej przestrzeni rodzinnej, powiedziała mi, że zajmowała się
tłumaczeniami z angielskiego na język polski książek swojej przyjaciółki, która
mieszkała w Denver i pracowała nad nimi właśnie na tym laptopie.
Więc powoli,
zacinając się, z wahaniem, bo nie byłam przyzwyczajona do jakichkolwiek zwierzeń, opowiedziałam jej, ze Billy kupił mi laptop
i właśnie uczyłam się go obsługiwać.
A wtedy Eva dała
mi to drugie.
- To wspaniale, kochanie! - zawołała,
chociaż cicho, bo jej najmłodszy synek, Davie, odbywał swoją krótką drzemkę na
materacyku rozłożonym na podłodze w pokoju dziennym - Jeśli masz jakieś
problemy z którymś programem, pamiętaj, że masz w rodzinie informatyków.
W rodzinie?
Nie miałam w mojej
rodzinie żadnych informatyków.
Wtedy, głupia ja,
dowiedziałam się tego, co powinnam
wiedzieć ze wcześniejszych opowieści różnych kobiet, że Eva miała za całą
rodzinę dorosłego syna, który miał żonę i dzieci, ale mieszkał w San Jose oraz
te dzieci, które były z nami w domu i Jimmy’ego.
Natomiast rodziną nazywała grono przyjaciół, które powoli
się rozrastało, zmieniało, ale wciąż było ze sobą tak zżyte, że nie miałam tego
ze swoją siostrą, Lucy, a na pewno nie
z „przyjaciółmi”, którzy byli w naszej wspólnocie religijnej.
Może niepotrzebnie
zawiozłam Jacka na spotkanie z tamta wspólnotą, skoro miałam to grono kobiet,
które były przyjaciółkami i stanowiły rodzinę dla siebie i mogły być jaką
rodziną również dla nas.
I to mnie
rozproszyło i oszołomiło, więc powiedziałam
jej więcej, niż mówiłam zwykle innym ludziom.
- Abi robi za
zachętą Aleka ulotkę reklamową dla tych pięknych, malowanych przez nią toreb i
innych rzeczy - wyznałam Evie, trochę bełkocząc bez zastanowienia się, bo
poczułam to do głębi - Jack jej pomaga, bo ma talent do ubierania wszystkiego w słowa - wiedziałam, że mój głos
zabrzmiał wtedy dumą, ale nie przerywałam, nawet, jak oczy Evy rozbłysły - Ale
nie umiemy opracować tego w Paint’cie, a co dopiero w GIMP’ie.
Zamilkłam, bo
mogłam o tym opowiedzieć, ale bardzo trudno było mi poprosić o pomoc, nawet
jeśli Eva sama ją zaoferowała.
Zresztą to nie Eva
miałaby nam pomagać.
Zagryzłam wargi,
ale Eva nie potrzebowała moich słów.
Domyśliła się,
czego potrzebowałabym dla Abi i dla Jacka.
- Dobrze - odparła
cicho, łagodnie Eva - Zapytam Filipa, czy znalazłby dla nich jakieś pół
godziny. Albo może niech porozmawiają przez Skype’a z moją synową, Dorą, bo
jest grafikiem komputerowym, więc może mieć dobre pomysły.
- Och - speszyłam
się - Dziękuję, ale nie chciałabym…
- Nie ma sprawy - przerwała mi Eva, mówiąc
nadal delikatnie - Najpierw zobaczymy, czy da się to zrobić, a potem podziękujesz.
Zamknęłam buzię, bo to było miłe, a ja nie
miałam w sobie wystarczająco dużo siły, by się przeciwstawiać, tym bardziej, że
to miałaby być pomoc dla Abi i Jacka, a oni jej potrzebowali.
Nie mogłam ich
nauczyć robienia ulotek w jakimkolwiek programie komputerowym, bo sama nigdy
nie robiłam niczego w komputerze.
Więc skinęłam
głową i rozluźniłam się, a potem patrzyłam, jak twarz Evy złagodniała i na jej
usta wypłynął delikatny uśmiech.
Taki macierzyński
uśmiech pełen ciepła i miłości.
- Zrobimy
pancakesy na lunch… - powiedziała zdecydowanie i odwróciła się w stronę kuchni
- bo, oczywiście, zostajecie.
To nie było
pytanie.
To nie było
również zaproszenie.
Po prostu
stwierdziła fakt.
Ale i tak nie
miałam argumentu przeciwko temu, bo nikt na nas w domu nie czekał i do nikogo
się nie wybieraliśmy, a Jack właśnie rozbawił się budowaniem z klocków ma
podłodze bawialni Evy razem z Mattem i Marią.
- Masz - Eva
podała mi parę rękawiczek, kiedy wyjmowała z szafek produkty do upieczenia
pancakes’ów, a ja otworzyłam lodówkę w poszukiwaniu śmietanki - Powinnaś
chronić ręce.
- Och - odparłam
jej, ale odsunęłam rękawiczki po blacie w jej stronę - Dziękuję, ale jestem
uczulona na lateks.
Eva zamarła na
sekundę, a potem nagle, zdecydowanie odwróciła się na pięcie i szybko poszła do
drzwi, za którymi, jak się przekonałam, miała pomieszczenie gospodarcze.
Wróciła, zanim
zdążyłam zareagować w jakikolwiek sposób.
- Masz - podała mi
inną parę rękawiczek - Te są nitrylowe.
Wzięłam rękawice z
wahaniem, ale, prawdę mówiąc, z wdzięcznością, bo ucieszyłam się, że Eva
znalazła takie rozwiązanie.
Nigdy nie
zastanawiałam nad tym, jak ochronić moje ręce, a przecież widziałam, że Billy
nie lubił ich dotyku.
Postanowiłam
wykorzystać widoczną mądrość Evy i jej doświadczenie, a także jej chęć uczenia
mnie takich rzeczy, bo moja mama zwykle przyjmowała to, że miałam uczulenie na
cokolwiek (a miałam kilka) jako dopust Boży.
- Dziękuję -
powiedziałam cichym głosem, w którym pozwoliłam, żeby zabrzmiało to, co czułam,
kiedy je włożyłam - Mam uczulenie na detergenty, a nie umiałam sobie poradzić z
kontaktem z nimi, bo lubię porządek w domu i, cóż, muszę mieć z nimi kontakt.
Zakładałam
rękawiczki, które pasowały na mnie jak ulał, a Eva podeszła w tym czasie do
blatu, na którym już miała naszykowane większość produktów i zajmował się
kilkoma rzeczami naraz.
- Więc po pierwsze
rękawice nitrylowe - powiedziała Eva, jednocześnie uzupełniając składniki
ciasta w misce pod robotem kuchennym, który był, co za zbieg okoliczności,
podobny do mojego - Po drugie, kochanie, nie obraź się, że pytam, ale, jak ty
myjesz podłogę?
Zdziwiłam się.
Jak to jak?
- No… - zawahałam
się - normalnie - wzruszyłam ramionami.
- Bierzesz
ścierkę, miskę lub wiadro i na kolanach - bardziej stwierdziła niż zapytała
Eva, kiedy patrzyłam, jak sprawnie odmierzała kolejne składniki, jakby codziennie
robiła to ciasto na taką ilość osób.
- Tak - zgodziłam
się bez zastanowienia.
- Och, skarbie -
westchnęła Eva, a potem skinęła ręką, żebym podeszła do robota - Wiesz jak to
działa? - spytała, kiedy ustępowała mi miejsca, bym mogła przejąć stery przy
urządzeniu.
- Tak -
przytaknęłam, ale tym razem zrobiłam to z uśmiechem - Mam w naszej kuchni taki
sam. Billy mi kupił - wiedziałam, że
znowu w moim głosie zabrzmiała duma.
I znowu zobaczyłam
ten ciepły wyraz twarzy Evy, jakby cieszyła się z tego, że tak mówiłam.
Ale nie parzyłam
długo, bo zaraz potem Eva odeszła w stronę pomieszczenia gospodarczego, podczas
gdy ja dolałam mleko, opuściłam mikser, uruchomiłam mieszadła i patrzyłam
uważnie, czy miska obraca się, by ciasto było dobrze wymieszane.
A wtedy wróciła i dała
mi to trzecie.
- Spójrz -
usłyszałam za sobą głos Evy i odwróciłam się w jej stronę, ale wcześniej na
wszelki wypadek wyłączyłam mikser, w którym i tak ciasto już było przygotowane -
To jest mop obrotowy - wskazała mi na wiadro, z którego wystawał kij - Tak go
namaczasz… - pokazała jak to robić w wodzie, której miała trochę w wiadrze, a
potem zrobiła coś dziwnego, czego nie zrozumiałam - …tak nim myjesz… - umyła
fragment podłogi w kuchni - …a tak wypłukujesz - i po kilkukrotnym zanurzeniu w
wodzie, ponownie wsadziła kłębek na końcu kija do plastikowej, sztywnej siatki,
która wisiała nad wiadrem i poruszyła dźwignią, która była z boku.
Patrzyłam z
podziwem.
Zrobiła to wszystko
prawie całkiem wyprostowana, a co ważniejsze, ani razu nie zamaczając rąk w wodzie.
- To możesz nawet
prać w pralce - pokazała mi końcówkę palcem - bo to się odkręca. A jak dodasz do
wody swojego ulubionego płynu do mycia podłóg, to będziesz miała dom pachnący
tak, jak lubisz.
Stałam już wtedy
przodem do niej i sama nie zauważyłam, jak podeszłam nawet o krok bliżej.
- Cudowne - szepnęłam z zachwytem, a potem
dodałam głośniej - Nie miałabym już nigdy takiej czerwonej i pękającej skóry na
dłoniach!
- Tak -
powiedziała cicho Eva, jej twarz ponownie złagodniała, a potem wzięła głęboki
wdech i podeszła do mnie bliżej - Pozwolisz? - zapytała jakby niepewnie, co
mnie zdziwiło, bo Eva nie bywała niepewna - Chcę zobaczyć…
I wtedy dała mi
czwarte.
Troskę.
Eva ujęła moją
prawą dłoń w swoje ręce, podniosła ją do swoich oczu i patrzyła uważnie.
- Myślę , kochanie
- powiedziała prawie stanowczo - że powinnaś z tym iść do lekarza. Ale może na
razie kupiłybyśmy ci dobry krem, może maść regenerującą i zobaczymy, czy
zadziała to, co wymyśliłyśmy.
Była bardzo
uprzejma, bo to ona to wszystko
wymyśliła.
Ja nie zrobiłam
nic w kierunku wyleczenia moich dłoni przez lata.
Więc niedziela w
towarzystwie Evy i jej dzieci była bardzo miła i owocna, bo przyniosła mi kilka
rozwiązań, które miałam nadzieję, że mogły polepszyć nasze życie.
Skorzystałam z
tego, co mi zaproponowała.
Ze wszystkiego.
Pewnego dnia w tym
tygodniu byliśmy we trójkę z Abi i Jackiem u Filipa w jego mieszkaniu, które
było jego miejscem pracy, a nie domem i miał tam mnóstwo komputerów.
Spędziliśmy tam
pół godziny, a ja zajęłam się sprzątaniem (bo czym innym miałabym się tam
zająć), kiedy oni siedzieli skupieni nad moim laptopem jakby rozstrzygali
zagadkę celu istnienia ludzi na tym najlepszym ze światów.
Podziękowałam
potem bardzo serdecznie Filipowi i zapytałam, czym mogłabym mu się odwdzięczyć,
a on spojrzał na mnie dziwnie, ale najpierw powiódł wzrokiem po swojej małej
przestrzeni, jakby chciał mi coś wskazać.
Nie wiedziałam co.
A potem powiedział
z takim krzywym półuśmiechem - Nie ma za co.
Też dziwnie.
Bo było za co.
Przy okazji innych
zakupów weszłam do pobliskiej drogerii, gdzie bardzo miła pani farmaceutka
dobrała mi maść gojącą na noc, którą miałam smarować skórę rąk, a potem
zakładać na nie specjalne bawełniane rękawiczki, by się wchłaniała podczas
mojego snu.
Nie przyznałam się
jej, że mogłam to robić tylko co trzy dni, kiedy mój mąż był w pracy, bo nie
chciałam mu jeszcze bardziej obrzydzać swoich dłoni.
Ale dobrała mi
jeszcze hipoalergiczny krem do smarowania dłoni po każdym zamoczeniu w wodzie i
wytarciu ich, co było bardziej dla mnie do przyjęcia, bo wiedziałam, że kobiety
tak robiły.
Smarowały ręce po
każdym wytarciu ich z wody, a przynajmniej tak widziałam, że robiły Lucy i
Emily.
Będąc z Billy’m w
sklepie z wyposażeniem do domu kupiłam sobie mopa, chociaż trochę innego od
tego, jakiego pokazał mi Eva, bo ekspedientka zachęciła mnie do kupna takiego
płaskiego, który na końcu miał wymienną szmatkę, którą można było wyżymać
zamontowaną na wiadrze wyżymaczką i prać w pralce, więc zawsze byłaby czysta.
Więc skorzystałam
ze wszystkiego.
Ale na koniec
rozmowy, kiedy się żegnałyśmy, Eva dała mi coś jeszcze, radę, z której nie mogłam skorzystać, kiedy szepnęła mi
do ucha - I pamiętaj, kochanie, rozmawiaj z Billy’m. On tego potrzebuje.
Wtedy tylko
zamrugałam, uścisnęłam ją i nic nie powiedziałam.
Bo tego właśnie
nie umieliśmy robić.
Rozmawiać.
Dawałam Billy’emu
wszystko, co zechciał ode mnie wziąć.
Całe moje ciało
należało do niego, a ja czerpałam z tego tak dużo przyjemności, że nigdy nie
podejrzewałam, że mogło to być tak dobre.
Kochałam go.
Całą sobą.
Ale nie umiałam
mówić mu tego i wyjawiać mu, czego potrzebowałam, jeśli nie miałam możliwości napisania mu tego.
Chociaż, cóż,
Billy też nie rozmawiał ze mną.
Nie słownie.
Tego wieczoru,
kiedy byliśmy z Jackiem w Piwnicy,
Billy później przywiózł do domu gitarę i zaniósł ją do pokoju gościnnego, a
potem przez kilka dni słyszeliśmy z młodym, jak grał coś, ćwiczył, powtarzał
fragmenty melodii, jakby coś sobie układał w głowie.
A potem, któregoś
dnia zagrał na naszą prośbę w salonie tylko dla nas i nie były to całkiem te
same piosenki, jakie słyszeliśmy w Piwnicy,
ale powtórzyły się dwie z tych, które słyszałam w noc przed naszym ślubem.
Jedną było Hej Bracie cover Avicii, którą Jack uwielbiał i przyjmował, jakby była skierowana wprost
do niego i tylko dla niego, co rozumiałam, skoro była w niej mowa o braterstwie
krwi, które mogło być zrozumiane jak bliższe niż braterstwo przyjaźni.
Cieszyłam się, że
czuł z Billy’m tę więź.
A drugą było coś,
co Billy śpiewał do mnie i dla mnie.
Forever Yours również Avicii, piosenka, którą Billy uwiódł mnie przed naszym ślubem, by
dwa dni później, w naszą noc poślubną, mi siebie odebrać.
Nie chciałam o tym
myśleć, bo przecież następnej nocy dał mi wszystko,
biorąc mnie tak, jak poprosiłam, żeby mnie wziął.
Więc wszystko było
dobrze.
Ale Billy to
śpiewał i miałam wrażenie, że dokładnie tak myślał:
…powinnaś
pozwolić mi cię pokochać
Przytul mnie i
nigdy nie puszczaj
Nigdy bym go nie puściła, jeśli naprawdę
chciałby być ze mną i mnie kochał, bo wiedziałam i czułam to coraz bardziej i bardziej z każdym dniem spędzonym
wspólnie z nim.
Kochałam go.
Kiedy, rozmyślając
o tym, wychodziłam na parking ze szkoły po zebraniu, rozmawiałam z Emily,
nieuważnie wyjęłam z torebki swój telefon, by włączyć w nim dźwięk, bo miałam
go wyciszonego na czas spotkania.
I wtedy
zobaczyłam, że miałam trzy nieodebrane połączenia od Oli’ego.
Ostatnie pięć
minut temu.
Ojej!
Zatrzymałam się.
Skupiłam się
wyłącznie na telefonie.
Uśmiechnęłam się z
roztargnieniem do Emily, która właśnie o coś zapytała, bo, oczywiście, chciała
usłyszeć więcej plotek o tym, jak się poznaliśmy z Billym, o naszym ślubie i o
domu, przeprosiłam ją, przesunęłam palcem po ekranie, nacisnęłam zieloną
słuchawkę i przyłożyłam telefon do ucha.
- Hej, Oli -
powiedziałam ciepło na powitanie, a potem już nic nie mogłam mówić, bo Oli mówił.
- Hannah! - jego głos w słuchawce brzmiał tak
strasznie dziwnie i nie było to dobre, więc się spięłam.
Oddech mi wyleciał
z płuc i czekałam na ciąg dalszy tego, co miał mi do powiedzenia, ale nie
nadeszło.
- Tak? - szepnęłam
ze strachem w głosie, kiedy nie powiedział nic więcej i spojrzałam na ziemię
pod swoimi nogami.
- Gdzie jesteś? -
zapytał ten dobry mężczyzna, który tak długo i tak wspaniale opiekował się całą moją rodziną.
- Wychodzę właśnie
ze szkoły po zebraniu - powiedziałam i podniosłam wzrok, a Emily dziwnie wyszczerzyła
się obok mnie, chociaż wiedziała, że Oli był kimś, kto zastępował mi tatę.
- Może po ciebie
przyjadę… - Oli zawahał się, więc spięłam się, ale wiedziałam, że nie miał
czasu na jeżdżenie po mieście.
- Oli! - powiedziałam głośniej, bo
poczułam ogarniająca mnie panikę - O co
chodzi? Czy to mama? Czy z Ablem wszystko w porządku?
Emily obok mnie
spoważniała, ale przestałam zwracać na nią uwagę, bo właśnie wtedy sobie
uświadomiłam, że Oli był na dyżurze tak jak Billy.
Byli razem.
Billy.
O, nie!
- Billy! - szepnęłam z przerażeniem w
głosie.
- Hannah, nie ruszaj się przyjadę po ciebie - powiedział
Oli, jakby chciał przybiec i mnie wesprzeć, ale ja już wyprostowałam się i
przełknęłam ślinę, bo wiedziałam.
Nie mogłam być
słaba.
Nie mogłam
omdlewać, czy histeryzować tak, jak robiła to moja mama.
To było złe.
To bardzo często
wymagało od innych ludzi, żeby rzucali dosłownie wszystko, czym się zajmowali i zajmowali się tylko nią.
Widziałam to
wielokrotnie.
Kochałam ją, była
cudowną mamą, nauczyła mnie gotować i dbać o dom, ale tego nie zamierzałam naśladować, więc wciągnęłam oddech przez nos i
zebrałam się do kupy, by ruszyć w stronę mojego SUV’a.
Czułam, że Emily
dreptała za mną.
- Oli -
powiedziałam stanowczo, do telefonu, a mój głos był silny i twardy, bo podjęłam
decyzję - Jest ze mną koleżanka, Emily, więc jak się boisz, że sobie nie
poradzę, poproszę ją o pomoc. Ale muszę
wiedzieć, dokąd mam jechać.
Po jednym czy
dwóch uderzeniach serca usłyszałam w słuchawce mojego telefonu lekkie
westchnienie mężczyzny, który się o mnie martwił.
- Dobrze -
powiedział w końcu - Billy jest ranny i zabiera go właśnie karetka. Przyjedź do
szpitala.
- Do którego? -
zapytałam starając się mówić nadal mocnym głosem, chociaż czułam żółć
podchodzącą mi do gardła.
- Do VAMC -
powiedział Oli, a potem, po sekundzie przerwy dodał głosem, w którym wyczułam
troskę, ale też jakąś część dumy i, cóż, nie byłam pewna, ale wyglądało na to,
że Oli był dumny ze mnie, jakbym
zrobiła dobrze - Jedzie do VAMC. Ja muszę zostać w remizie. Jimmy tam będzie,
żeby ci pomóc w razie potrzeby. Dobrze?
O, Boże!
- Dobrze, Oli -
powiedziałam i możliwe, że zabrzmiało to trochę sucho, ale musiałam się skupić,
żeby nie poddać się złym myślom - Dziękuję.
Przełknęłam ślinę
i pomyślałam o Jacku.
Był u Evy, a ja
nie chciałam go denerwować, ale powinien wiedzieć.
- Oli -
powiedziałam więc do telefonu, ale już nie byłam tak zdecydowana - Jack jest u
Evy. Czy, wiesz… czy mógłbyś potem…
- O to się nie
martw, Słonko - powiedział łagodnie Oli - Jak już będziesz w szpitalu, będzie
coś wiadomo, wtedy się zajmiemy tym, jak powiedzieć Jackowi.
- Dziękuję -
szepnęłam z ulgą, bo mnie zrozumiał.
Nie mogłam o tym
myśleć.
Miałam coś do
zrobienia.
- Na razie Oli -
szepnęłam.
- Na razie, Hannah
- odszepnął - I.. będzie dobrze - dodał, ale tak jakoś bez wyrazu, jakby nie
wydawał się być przekonany.
Rozłączyliśmy się,
a ja przystanęłam i spojrzałam na wyświetlacz mojego telefonu, kiedy zmarszczyłam
brwi.
To nie brzmiało,
jakby miało być dobrze.
Billy został
ranny, a to nie musiało być nic strasznego.
Nie znałam
szpitala VAMC, chociaż wiedziałam, gdzie on był.
- Jedziemy? -
zapytała Emily, podchodząc do mojego przodu.
Podniosłam głowę i
popatrzyłam na nią, mrugając ze zdumienia.
Była naprawdę dobrą
kobietą, zwykle gotową pomagać każdemu, kto tego potrzebował, ale trochę nazbyt
wścibską i gadatliwą.
- Emily - zaczęłam
ostrożnie - Dziękuję, ja sobie poradzę.
- Ale, powiedziałaś…
- Emily patrzyła na mnie ze szczerym zdziwieniem.
- Nie, naprawdę -
przerwałam jej, starając się mówić zdecydowanie, ale delikatnie, bo nie
chciałam jej urazić, po prostu uważałam, że miała dosyć swoich kłopotów i nie
potrzebowała moich - Masz plany na
dzisiaj, nie mogę ci przeszkadzać. A ja mam tu samochód… - wskazałam
kluczykiem, który zdążyłam właśnie wtedy wyjąć z torebki, kiedy chowałam do
niej telefon, na mojego kanarkowo żółtego Jeepa, przy którym byłyśmy.
- Ojej - pisnęła Emily, jakby była małą,
podnieconą dziewczynką - To twój?
- Emily - złapałam
ją za przedramię, zanim zdążyła do niego pobiec, by go obejrzeć - Nie mam czasu. Porozmawiamy jutro, dobrze?
- Och, no dobrze -
powiedziała Emily z westchnieniem, a potem udowodniła, że, pomimo jej gadulstwa
i trzpiotowatości, była dobrą kobietą
- Wszystko będzie dobrze, Hannah - szepnęła i popatrzyła mi w oczy ciepło,
chociaż intensywnie, a jednocześnie wyciągnęła rękę i złapała mnie za
przedramię, by lekko uścisnąć - Jakbyś czegoś potrzebowała, czegokolwiek, zadzwoń do mnie, dobrze?
- Dobrze, Słonko -
powiedziałam cicho, zaskoczona, ale jedocześnie ucieszona, bo nie pomyliłam się
i zamierzała mi pomóc - Dziękuję. Odezwę się, jak czegoś się dowiem.
Wymieniłyśmy
pożegnania, umawiając się, że spotkamy się następnego dnia, bo powinnyśmy obie
przygotować nasze pracownie do nowego roku szkolnego, a potem każda z nas
poszła do swojego samochodu.
Emily w kierunku
zielonego, małego Hyundaia, którego znałam już dobrze z widzenia, a ja do swojego
Renegade, w którym miałam nawigację, więc wpisałam adres i miałam podpowiedzi
dojazdu do szpitala VAMC.
Kiedy wpisywałam
adres tego szpitala, przez sekundę zawahałam się w swoim dążeniu do
wyszukiwania pozytywnych następstw tego, co usłyszałam, bo moja nawigacja
podała mi pełną nazwę VAMC.
Centrum Medyczne
dla Weteranów.
O, Boże!
Dlaczego Billy
miał trafić do szpitala specjalizującego się w urazach, jakie mieli wojskowi i
byli wojskowi, tego nie wiedziałam i nie byłam pewna, jak to interpretować.
Ale potem przyszło
mi do głowy, że przecież Oli wiedział lepiej.
Tak.
Na pewno wybrał
dla Billy’ego tak, by mój mąż miał jak najlepszą opiekę.
To nie musiało oznaczać ani bardzo
skomplikowanego urazu, ani konieczności podejmowania specjalnych działań.
Trzymając się tej
dobrej myśli, dojechałam swoim Jeepem do szpitala, do którego miałam dojechać,
dość szybko i bez problemów.
Zaparkowałam na
wielkim parkingu przyszpitalnym, wysiadłam, zabierając swoją torebkę, zamknęłam
starannie samochód i udałam się do głównego wejścia.
Tam odnalazłam
szybko informację, zapytałam o to, dokąd się miałam udać i poszłam labiryntem
korytarzy na oddział ratunkowy, gdzie przywozili do szpitala nowo przyjętych
pacjentów.
Aż do tej chwili
nic nie wskazywało na to, że moje nadzieje były złudne.
A potem podeszłam
do stanowiska pielęgniarek na SOR, gdzie, jak powiedział mi Oli, miał być Billy.
- Dzień dobry -
powiedziałam do siedzącej tam przy komputerze młodej pielęgniarki, na której
fartuchu była plakietka z imieniem Flora
- Dzień dobry -
odpowiedziała ciepło i z uśmiechem.
- Przywieziono to
niedawno mojego męża, Williama Browna - powiedziałam, ale było to też pytanie.
- Tak? -
pielęgniarka postukała na klawiaturze, a potem, na to co tam przeczytała, jej
wzrok stał się dziwnie czujny, a wręcz wydał mi się zmartwiony - Proszę o wypełnienie tych dokumentów - powiedziała
raczej oschłym tonem, a jednocześnie podała mi podkładkę z papierami, jakie już
znałam, bo wypełniałam takie dla Billy’ego, jak zachorował na wyrostek - Lekarz
panią poinformuje o stanie pani męża.
Mój strach
ponownie gromadził się mi pod skórą, by wybuchnąć przy braku mojej czujności i
znowu musiałam skupić się, by przypominać sobie, że to nie musiało być nic
bardzo groźnego.
- Dziękuję -
powiedziałam, wzięłam podkładkę do ręki, a potem zawahałam się - Czy nie ma tu jego
kolegów?
- Nie wiem - rzuciła
krótko pielęgniarka i przy tym wzruszyła ramionami, jakby chciała uciąć naszą
rozmowę - Może pani iść do poczekalni i tam wypisać dokumenty. Tamte drzwi.
Może tam są - pokazała mi niedalekie drzwi w dół korytarza, które miały duże
okno.
Był tam Jimmy.
Nie zauważyłam go
wcześniej, bo skupiłam się na pielęgniarce.
Odwróciłam się od
niej, skinąwszy tylko szybko głową i zabierając dokumenty do wypełnienia,
przeszłam do poczekalni.
- Jimmy - rzuciłam
na powitanie, kiedy tylko otworzyłam drzwi.
Mężczyzna
natychmiast wstał z plastikowego krzesełka i, kiedy szłam w jego stronę, podszedł
do mnie dwoma długimi krokami i patrzył na mnie tak intensywnie, że, głupia ja,
„pękłam” przy nim i zaczęłam się bać.
Nie bać się, ale panikować.
Skóra mrowiła
mnie, jakby ten strach, który się pod nią gromadził, wypełzał wszystkimi porami
na wierzch.
Nagle wszystko, co
sobie powtarzałam, że uraz Billy’ego nie musiał być groźny, że zaraz zobaczę go
i będę mogła się nim zaopiekować, odeszło w niepamięć, a mina Jimmy’ego,
mówiąca mi o tym, że było źle,
przebiła się do mojej świadomości.
Ręce mi się
zatrzęsły, oddech się urwał, a moje nogi nieświadomie cofnęły mnie o krok w
kierunku drzwi.
- Nie, nie, nie - wymamrotałam, kiedy wzrok mi się
zamazał i poczułam, że Jimmy złapał mnie za ręce.
- Hannah - rzucił
- Billy został postrzelony.
- Co? - wypchnęłam.
Jak to postrzelony?
W straży pożarnej
zdarzały się różne urazy, niektóre z nich były groźne, ale nie zdarzało się, by
strażak ot tak zostawał postrzelony.
- Trwa operacja,
bo kula utkwiła w jego klatce piersiowej - mówił dalej Jimmy - ale nie ma
uszkodzonej aorty, więc będzie dobrze.
Nie wiedziałam, o
czym on mówił.
Nie znałam się na
tym, nie wiedziałam, co Jimmy do mnie mówił i cała moja uwaga wciąż pozostała
skupiona na jego słowach trwa operacja.
Billy był właśnie operowany!
To nie mogło się
tak skończyć!
Mój Billy nie mógł
ode mnie odejść z powodu jakiegoś postrzału.
Powinien żyć, powinien dać światu więcej swojego
talentu, powinien pokazać Jackowi, jak wygląda dobro, jakim był mój Billy, jak można żyć w rodzinie, jak
mieć przyjaciół.
A potem sobie
uświadomiłam, że nie powiedziałam mu…
- Ja go kocham -
jęknęłam i zgięłam się w pół, więc Jimmy przysunął się blisko mnie, złapał mnie
pod ramiona i przesunął w stronę krzesełek.
Posadził mnie tam,
a ja się poddałam.
Dziękuję
OdpowiedzUsuńDziękuję
OdpowiedzUsuń