poniedziałek, 30 stycznia 2023

10 - Nie mogło się tak skończyć

 

Rozdział 10

Nie mogło się tak skończyć

Billy

 

 

Cztery dni później

- Dobra - krzyknął Billy do Davida, który był w pokoju rekreacyjnym w ich remizie - Alba się już myje, ja wchodzę do pod prysznic w drugiej łazience, Sam zaraz do mnie dołączy w drugiej kabinie.

- Okej - krótko huknął David.

Billy nie wiedział, dlaczego David, Oli i Jimmy byli tacy spięci, ale od początku tygodnia, od kiedy Alex wyjechał z Sophie na wakacje do Europy, Alba zastępowała go w pracy we dnie, a Frank z innego zespołu w nocy i tamci trzej chodzili wkurwieni jak cholera.

Alba to było prawdziwe imię Ani, które znali przez prawie dwa lata, zanim przyznała im się do swojego prawdziwego imienia.

Było to Anna Madison Philision zamiast Alba Rodriguez.

No kto by pomyślał, że przez tyle czasu udało jej się wodzić za nos nie tylko Billy’ego i Sama, ale doświadczonych Oli’ego, Jimmy’ego i Davida.

Zwłaszcza Davida.

Nadal Billy nie sądził, żeby to był prawdziwy powód tego wkurwienia, bo Ania szczerze zaprzyjaźniła się z Evą, Maggie i innymi kobietami, więc ona i jej facet, Filip, który był od dawna kumplem Davida, spotykali się ze wszystkimi na wielu wspólnych imprezach.

David nawet poleciał z Filipem do Luizjany, żeby ją ratować, kiedy została porwana parę miesięcy temu, a potem, po wszystkim, faceci z Elity, jak ich nazywali żartobliwie Sam i Billy, ze swoimi kobietami i dziećmi polecieli całą grupą na kilka dni, żeby ich tam odwiedzić u siostry Ani.

Wszystko stopniowo wróciło do normy, Ania i Filip osiedlili się, a nawet mieli plany na przyszłość.

To zastępstwo zostało cholernie ustalone przez wszystkich, dogadane z pieprzonymi szczegółami kilka cholernych tygodni wcześniej.

Nawet ten popieprzony fakt, że mieli na Anię mówić w pracy Alba, bo faceci z wozu ratunkowego i z innych jednostek cholernie nie musieli wiedzieć o wcześniejszej mistyfikacji i jej pieprzonych powodach.

Ale teraz coś się działo, coś bardzo cholernie niedobrego, więc Billy instynktownie również rozglądał się i starał się być blisko Alby, kiedy gdzieś byli poza pieprzoną remizą, by  się nią zaopiekować w razie potrzeby.

Skoro tak robili David i Jimmy, on tez musiał.

Nawet jak nie wiedział o jaką potrzebę mogło chodzić.

A właśnie wrócili z akcji.

Billy wyjątkowo nie został przy radiu, bo Oli wypełniał jakieś pieprzone papiery, więc i tak musiał zostać w remizie i powiedział, że się tym zajmie.

Cóż, on był szefem.

Ale to oznaczało, że Billy pojechał.

To była rutyna, dogaszanie cholernego, upierdliwego, niby-małego pożaru roślinności wkoło domów jednorodzinnych niedaleko zboczy gór Wasatch, którą prowadziła inna jednostka, a oni tylko pomagali.

Nadal, było gorąco, a zadymienie było na tyle duże, że przeniknęło przez ubrania ochronne, sadza i smród dymu wsiąkły w nich, więc potrzebowali kąpieli.

David zadecydował, że Alba zajmie jako pierwsza jedną łazienkę, a Billy i Sam mieli wejść do drugiej (kiedyś jedna z łazienek była przerobiona specjalnie dla Alby na damską, ale teraz, jak byli w sześciu facetów nie była ona potrzebna, więc były tam dwie męskie kabiny), żeby potem, jak Alba będzie suszyła włosy, czy też robiła inne kobiece gówno, David, Jimmy skończyli brać szybki prysznic i byli w gotowości.

Nikt nie miał wątpliwości, że to David był tym, który w sytuacji jakiegoś realnego zagrożenia byłby najbardziej pożyteczny.

Wszyscy więc skupiali się na obserwowaniu, ale nie oczekiwali tego, że będą musieli w jakikolwiek sposób wkroczyć.

A tym razem jeszcze na dodatek nie mieli nigdzie wychodzić poza remizę.

Dlatego Billy nie był skoncentrowany na tym, co działo się w jego otoczeniu, a bujał myślami we wspomnieniach ostatnich dni.

A miał kilka nowych rzeczy do cholernego przemyślenia, bo dużo się zmieniło w jego pieprzonym życiu.

Głównie na lepsze.

Billy nie wiedział, co się zadziało w ostatnią niedzielę między jego bratem a Anie, ale ich więź się zacieśniła, lepiej się dogadywali, a Jack wręcz częściej chodził z jakimś problemem do niej niż do Billy’ego.

Co nie było złe.

W poniedziałek byli w domu we trójkę, ale Anie zapowiedziała, że nadchodzący rok szkolny przyniesie zmiany w ich rozkładzie tygodnia, rozkładzie dni, więc zaczęli się do tego przygotowywać.

Ustalali rozkłady ich dni w ciągu całego tygodnia, plany opieki nad Jackiem i wyposażali go w rzeczy niezbędne do szkoły, więc jeździli do sklepów.

Spędzali też więcej czasu ze znajomymi, którzy mieli im pomóc w opiece nad Jackiem, a Billy się przekonał, że wśród tych znajomych była Eva (i Jimmy), bo jego brat polubił Matta.

Jack poznał już więcej osób z ich otoczenia, z rodziny Anie, bo we wieczorem wtorek była u nich Abi i również szybko znaleźli wspólny język, chociaż dziewczyna była o siedem lat starsza od brata Billy’ego.

Billy nie wiedział, jak przebiegła wizyta Jacka w domu mamy Anie w niedzielę, bo był wtedy w pracy, ale żadne z nich, ani Anie, ani Jack, nie mówiło o tym, tylko Billy dowiedział się, że Jack poznał przy tej okazji Abla, o którym mówił później ze śmiechem, jako o „zabawnym dzieciaku”.

Taaa, dorosły się znalazł.

Więc Billy mógł powiedzieć, że przez te dwa tygodnie jego brat zyskał to, czego potrzebował, co Billy zawsze chciał mu dać, nie tylko bezpieczną przystań, dom, ale również wielu ludzi, którzy pokazywali mu, że życie mogło być dobre.

Dla Billy’ego życie było bardzo dobre.

Słodkie i spokojne.

Jego młoda żona gotowała kurewsko fantastycznie, dbała o czystość jak nikt mu znany na całym pieprzonym świecie, a ich seks był cholernie niesamowicie zajebisty.

Wszystko co najlepsze.

Billy mył się niespiesznie, a kiedy ujął w namydloną dłoń kutasa, wspomniał ostatnią noc, kiedy oglądali, on i jego Anie, jak mu się oddawała.

Nigdy w swoim pieprzonym życiu nie czuł potrzeby oglądania tego, jak kobieta, którą pieprzył osiągała swój szczyt, a nawet nie czuł potrzeby doprowadzania jakiejś do niego, ale Anie miał ochotę doprowadzać do szczytowania wyłącznie po to, by oglądać.

I poczuł, jak twardniał na samo wspomnienie.

Zamykał oczy i widział ich obraz w cholernym lustrze toaletki, obraz jego i jego Anie nagiej, wijącej się z rozkoszy na jego kutasie.

Kurwa!

Tak cholernie fantastycznie!

Jego żona pozwoliła mu na to, by ponownie wziął ją od tyłu, co Billy zawsze uwielbiał, bo widok jej tyłka go rozpalił, zanim jeszcze miał go przed sobą nagiego i dostępnego.

Chociaż Billy nie sądził, by Anie wiedziała, ile to dla niego znaczyło, bo sama była zbyt podniecona, by cokolwiek zauważać.

Ale, kiedy już tkwił w niej głęboko, a wszedł gładko, bez najlżejszego oporu, bez najmniejszego protestu z jej strony, bez jednego jęku, podniósł jej tułów do wyprostowania, przyciągnąwszy jej plecy do swojego brzucha, kiedy siedział na swoich piętach tak, by usiadła okrakiem na jego udach i zobaczył, że byli naprzeciwko lustra z jej pieprzonej toaletki.

Dzięki pieprzonemu Chrystusowi, że Anie wpadła na pomysł, żeby takie gówno kupić i postawić w ich sypialni przy ich łóżku.

Wygięła się, uniosła ręce, by jedną dłoń włożyć w jego włosy, a drugą trzymała jego łokieć, kiedy on swoimi rękoma obejmował ją, palcami jednej ręki pieszcząc jej łechtaczkę, a palcami drugiej otaczając jej szyję niczym obrożą.

Jej fantastyczne, duże i jędrne cycki podskakiwały, a jej rozpuszczone włosy otaczały ich niby chmura ze złota.

Podrzucał ją na swoich biodrach, pchając gwałtownie raz za razem, aż warknął jej do ucha - Popatrz w lustro.

Kiedy nie reagowała, bo była oszołomiona rozkoszą, jaką jej dawał, naciskając palcem wskazującym na bok jej szczęki, przechylił jej twarz do lustra i warknął jeszcze raz, rozkazując jej - Anie, spójrz na nas w lustrze.

Spojrzała.

I, pieprzyć go, nie wiedział, czy podnieciła się tym czy ruchem jego palca na jej łechtaczce, ale właśnie wtedy zaczęła dochodzić.

Zacisnęła się na nim, wygięła kręgosłup i cicho krzyknęła w ekstazie, zalewając go przy tym swoimi sokami.

Więc Billy również przyspieszył.

Popchnął ją by opadła i rzucił ją na czworaka, trzymał za oba biodra, by pieprzyć ją bardziej szybko, gwałtownie i dość brutalnie, kiedy szczytowała pod nim, wciąż krzycząc swoją rozkosz, brana przez niego od tyłu.

Po wszystkim Billy, kiedy wysunął się z niej naturalnie, jak ostatnio przywykł to robić, podniósł ją z łóżka znowu w swoich ramionach, jak najcenniejszy klejnot, jakim była, zaniósł do ich łazienki, postawił pod prysznicem i mył delikatnie ciepłą wodą i pachnącym wanilią żelem, kiedy słaniała się na nogach.

Cholernie pieprzyło mu w głowie to, co jej robił, ale nie mógł się, kurwa, powstrzymać.

Zerżnął ją brutalnie.

Jak cholerny pojeb zdominował ją.

Była taka krystalicznie czysta, delikatna, wrażliwa, słodka i niewinna, a on się na niej za to mścił, jakby chciał sprowadzić ją w to błoto, w którym sam tkwił, zamiast dać się jej wyciągnąć w stronę czystości, jaka ją otaczała.

A na dodatek, wiedział, że czuł ją nieskończenie o wiele lepiej, kiedy wsuwał się do jej gościnnej, gorącej, miękkiej cipki, kiedy widział przed sobą jej cycki i twarz wykrzywioną rozkoszą.

A to, że wolał ją brać ostro?

Cóż, nie wiedział czemu, ale zawsze go bardziej kręcił taki seks, w którym miał absolutną kontrolę i dominował.

Chociaż z Anie to też zaczęło się zmieniać.

Na razie w jego głowie i dotyczyło tego, że nie miał ochoty jej zmuszać do uległości lub poniewierać jej tak, jak to robił pieprzonym dziwkom.

Musiał to skończyć, ale nie wiedział jak, skoro samo jej wspomnienie tak go podniecało, że miał kutasa twardego i obolałego pod prysznicem w pracy.

Kurwa, pieprzone gówno.

Wyłączył wodę, którą pod koniec przekręcił tak, że leciała całkiem zimna, by go uspokoiła, złapał swój ręcznik i wytarł się szybko i pobieżnie, stwierdzając, że na wyjątkowo gorącym powietrzu drugiej połowy sierpnia nawet dobrze będzie po prostu wyschnąć po kąpieli.

Jego rodzina była tam gdzieś w upale miasta.

Anie miała tego dnia pojechać do szkoły na jakieś zebranie, bo od poniedziałku zaczynała się nauka.

Miała zawieźć Jacka do Evy nie tylko dlatego, że młody lubił towarzystwo Matta, który był od niego o rok starszy, ale też dlatego, że Eva była w domu z najmłodszym synkiem jej i Jimmy’ego, Davie’m, i z ich przybraną córką, Marią, a zdawało się, że Anie polubiła kobietę Jimmy’ego.

Zwykłe, codzienne życie rodzinne.

Billy ubrał się w łazience, wyszedł do pokoju wspólnego i stwierdził, że Alba też już się skończyła myć i wyszła z drugiej łazienki.

Miała mokre włosy, ale nie zamierzał ich suszyć, tylko wytarła je drugim ręcznikiem i właśnie rozczesywała.

Co przypomniało Billy’emu włosy jego żony.

Jego Anie miała najpiękniejsze włosy, jakie widział kiedykolwiek w całym swoim cholernym życiu.

Złoty płaszcz.

Nie umiałby znaleźć lepszego określenia i wiedział, że nawet jego dziesięcioletni brat był w tym lepszy.

Jack bez wątpienia umiałby wymienić mu jednym tchem dziesięć pieprzonych określeń, które oddawałyby cholernie lepiej niepowtarzalne piękno włosów Anie, chociaż Billy podejrzewał, że młody nie widział ich nigdy w pełnej krasie, rozpuszczonych, opadających swobodnie na ramiona jego kobiety.

Tak, jak rozpuszczała je dla Billy’ego.

Jack był oczywiście w tym najlepszy, a Anie utwierdziła go w tym, kiedy zaprosiła pewnego dnia do ich domu Abi, wyjaśniła, że chodziło o ulotkę reklamową ręcznie malowanych przez młodszą siostrę Anie płóciennych toreb i obrusów, więc później Billy patrzył z cichym zadowoleniem, jak siedzieli we dwójkę, Abi i Jack, przy stoliku do kawy w bawialni ich domu, chichotali jak dwójka wspólników w jakimś doskonałym żarcie, pracując nad projektem przy laptopie, który Billy kupił dla Anie.

A Anie dostarczała im smakołyki, uśmiechała się i patrzyła tym pełnym czułości i dumy wzrokiem, jaki każda mama powinna mieć zarezerwowany dla swojego ukochanego dziecka.

Jego Anie.

Billy był pewien, że to ona stała za tym, co napisał Jack w notatce, którą podobno stworzył na prośbę Tony’ego po ostatnim występie Billy’ego, chociaż nigdy nie podejrzewałby, że w jakikolwiek sposób by go oszukała (na przykład pisząc za Jacka lub poprawiając tekst i nie mówiąc mu o tym).

Kiedy Anie, nie pytając ani nie prosząc o pozwolenie, zawiozła Jacka swoim SUV’em do Piwnicy, by posłuchał jak Billy tam grał i śpiewał, Billy, kiedy mu o tym opowiadali, nie mógł się na nią z tego powodu złościć, bo zobaczył w oczach swojego brata uwielbienie.

Cholernie dobre pieprzone uczucie.

A Jack później napisał coś, co cholernie zapadło Billy’emu wprost w pieprzone serce:

Spójrzcie. Oto Billy Brown. Gawędziarz.

Siedzi tam, samotnie, na scenie, pochylony nad gitarą, skupiony, zapatrzony w to, co mu gra w duszy.

I nagle słuchać brzdęk strun. Jedno uderzenie, drugie, trzecie, a potem kolejne układają się w melodię, której wtóruje ten głos.

Jeśli usłyszycie ten głos chociaż jeden jedyny raz, to już nie zapomnicie go do końca swoich dni. Każde słowo wyśpiewane przez Gawędziarza zapada w pamięć, bo jego głos tak uczyni.

Jest chrapliwy, przejmujący, naglący, niski i szorstki, więc chcesz wstać, pobiec i coś zrobić, a jednocześnie gładki jak dotyk jedwabiu, więc czujesz, że chcesz słuchać jeszcze i jeszcze.

Myśląc o tym, Billy wszedł do pokoju rekreacyjnego, ubrał się w koszulkę z logo ich jednostki, spodenki i czekał, aż Alba zdecyduje, co chciała robić, bo sam wolałby poczekać na kumpli, zwłaszcza na Davida, ale wiedział, że ona nie mogła usiedzieć na miejscu.

Podobnie do jego Anie, Alba lubiła być zajęta.

David i Jimmy właśnie weszli pod prysznic, co było słychać, bo woda już tam leciała, Sam jeszcze nie wyszedł z drugiej łazienki, a Tom właśnie tam wchodził, kiedy Alba stwierdziła, że mogliby zejść z Billym do garażu, by uprzątnąć sprzęt używany w czasie akcji.

Oli siedział w swoim gabinecie, by zacząć spisywać raport po akcji.

Faceci z drugiego wozu, ratowniczego, wyjechali na jakieś ćwiczenia z inną jednostką, więc byli sami w remizie.

Kiedy Alba przyszła do niego i powiedziała, co chciałaby robić, Billy wiedział, że nie powinien jej posłuchać.

David przed wejściem do łazienki surowo powiedział im o poczekaniu na niego, ale Alba czuła się bezpieczna w ich remizie i namówiła Billy’ego na zejście na dół, a on zrobił to, co chciała, bo też czuł się bezpieczny.

Cholerny idiota.

Obiecali tylko Davidowi (krzycząc do niego) natychmiastowe zamknięcie wrót garażu, które jeszcze były otwarte po ich przyjeździe.

Nie wiedzieli, jakim cudem David to przeoczył.

Nigdy nie zapominał o takich szczegółach.

Ale może tamci faceci z wozu ratowniczego nie zamknęli pieprzonych wrót, kiedy wyjeżdżali na spotkanie?

Nieważne.

Zeszli po schodach, Alba została za wozem, a Billy od razu poszedł do przycisku zamykającego bramę i przełączył go, by zaczęły zjeżdżać, a potem pochylił się do osłony węża, porzuconej przez nich w pospiechu podczas wyjazdu z remizy na akcję.

To dlatego nie zauważył go w pierwszym momencie, ale zaalarmował go odgłos ciała ślizgającego się do betonowej, gładkiej posadzce garażu, więc szybko się odwrócił.

Wrota były zbudowane z segmentów, które zjeżdżały z góry, hucząc podczas zamykania, więc prawie zsunęły się na dół, kiedy obcy wjechał na plecach i ramieniu do wnętrza remizy, z głową zwróconą w stronę Billy’ego, a nogami w stronę ulicy.

Billy odwrócił się do niego przodem akurat w chwili, kiedy ciało tamtego pokonało większą część drogi pod dolną listwą wrót, będącą już tylko kilkadziesiąt centymetrów od posadzki i natychmiast poczuł przypływ adrenaliny.

Przestrzeń pod drzwiami miała mniej niż pół metra.

Co do kurwy nędzy?!

- Hej. A to co… - zaczął wołać Billy, by zapytać, co obcy robił na ich terenie, ale nie zdążył.

Wszystko wydarzyło się błyskawicznie.

Długi, ciemnowłosy, dobrze ostrzyżony i gładko ogolony, szczupły mężczyzna, który był ubrany w zwykłe dżinsy i czarną, bawełnianą koszulkę, chociaż leżały one na im tak, jakby były zrobione z pieprzonego jedwabiu, nawet nie poderwał się z podłogi.

Jeśli Billy nie spiął się nadmiernie samym faktem obecności obcego, tylko tym, że tamten najwidoczniej, wkraczał w ich przestrzeń we wrogim celu, stał się całkiem napięty w tej chwili, kiedy zobaczył, co facet zamierzał.

Kurwa.

Ale miał na to ułamki sekundy.

Pieprzony skurwiel wyciągnął bowiem w stronę Billy’ego ręce, a w jednej z nich trzymał jebany pistolet.

Billy zareagował odruchowo, bo dawniej, w gównianej fazie swojego pieprzonego życia widywał broń, ale było za późno.

Szarpnął ciałem w prawo, w między oba wozy, ich i drugiego zespołu, ale zanim się przesunął, wylot pistoletu błysnął, rozległ się huk i ciałem Billy’ego szarpnęło uderzenie.

Dziwne.

Nie poczuł bólu.

Nagle czas zwolnił.

Sekundy się rozciągnęły do minut.

Zanim cokolwiek się zmieniło, Billy zrozumiał, o czym mówili ci, którzy przekonywali, że w obliczu śmierci życie staje ci przed oczami.

Jego życie…

Większość była do dupy i niewarta wzmianki, ale ostatnio...

Miał coś dobrego.

Anie.

Billy usłyszał w głowie śmiech swojej słodkiej Anie, kiedy oglądali jakiś gówniany program w telewizji, ona na w pół leżała na kanapie obok niego, wtulona w jego bok, pod jego ramię przerzucone przez oparcie kanapy, a Jack siedział na pobliskim fotelu i również się śmiał.

Anie miała coś dobrego.

Zobaczył jej spokojną, łagodną twarz, niebieskie oczy, ten czuły, nieśmiały wzrok, skierowany na niego, kiedy podchodziła, by pocałować go na powitanie, kiedy wracał z pracy.

I Jack.

Jack miał coś dobrego.

Billy zobaczył, jakby oglądał pieprzony film nakręcony z cholernego drona, jak siedzieli we trójkę przy tym małym stoliku w ich kuchni i jedli jakieś kolejne pyszne gówno, przygotowane przez jego kobietę.

Mieli to.

A później Billy ze zdziwieniem stwierdził, że ogarniała go coraz większa pieprzona słabość, która spowodowała, że kolana się pod nim ugięły i zaczął się niekontrolowanie osuwać na ziemię, jakby kości zamieniły mu się w gumę lub mięśnie przestały go słuchać.

Ta pieprzona bezradność dotarła do niego mocniej, kiedy pojął, że Alba była tam gdzieś i była w niebezpieczeństwie.

Nie mógł jej ostrzec.

Obronić.

Był bezwartościowy.

Zanim uderzył w podłoże, poczuł, jakby wyrwał się ze swojego cholernie bezużytecznego pieprzonego ciała i zobaczył całą scenę z góry.

Alba była przyczajona za ich wozem.

Schowana.

Dzięki Chrystusowi.

Obcy popierdolec całkiem już lekceważył Billy’ego, który leżał nieruchomo na posadzce, nie mogąc wykonać żadnego pieprzonego ruchu, a nawet złapać normalnego oddechu.

Gówno.

Nie bał się, czuł tylko zdziwienie, ale potem…

Do Billy’ego dotarło z przerażającą pieprzoną jasnością, że nie będzie miał ani jednej cholernej okazji powiedzieć Anie, że ją kochał.

Nie da jej dobrego życia.

Nie będzie miał okazji szeptać jej jaka była piękna i dobra.

Kurwa mać.

Jakim był idiotą, że nie wykorzystał czasu, jaki mieli.

Nie, nie, nie!

To nie mogło się tak skończyć.

I Billy poczuł żal.

Żal, że nie wykorzystał czasu, jaki był im dany.

Był takim idiotą.

*****

Hannah

Wyszłam razem z Emily z budynku szkoły na parking, by pójść do mojego samochodu i pojechać do Evy po Jack, kiedy zadzwonił mój telefon.

Kiedy kończyło się zebranie, jakim nasz dyrektor rozpoczął nowy rok szkolny, poczułam się nieswojo.

Jakbym traciła coś lub kogoś, na kim mi bardzo zależało.

Ale odegnałam od siebie tę myśl, bo była głupia.

Dyrektor powiedział właśnie wszystkim, że wyszłam za mąż, więc przyjmowałam gratulacje i czułam się dziwnie, bo nie byłam ma to przygotowana.

Oczywiście, zrobił to głównie dlatego, że musiał im wyjaśnić moją zmianę nazwiska, a nie dlatego, bym miała przynosić ciasto czy cokolwiek.

Nadal czułam się z tym dziwnie.

A moje wyjście za mąż miało różnorakie konsekwencje, dla wielu osób, chociaż w większości przyjemne.

Nasze życie rodzinne, nasze małżeństwo, życie Jacka, to wszystko było dobre i mieliśmy powody do czucia się z tym dobrze.

Nie zawsze i, jak się okazało, nie wszyscy.

W ostatnią niedzielę, kiedy Billy był jak zwykle w pracy, byliśmy we dwójkę z Jackiem w naszym Kościele na sumie, czyli mszy w południe, która gromadziła najwięcej wiernych.

Chciałam się spotkać tylko z moją całą rodziną, a nie zależało mi na pokazaniu się wśród dawnych znajomych, ale, oczywiście, musiało się tak stać, więc ubrałam się starannie i wybrałam też odpowiedni strój dla Jacka.

A z mojej rodziny spotkaliśmy tam też Lucy.

Powinnam się cieszyć z tego, że spotkałam siostrę, ale nie mogłam.

Niestety, nie pozwoliła mi na to.

Swoim zachowaniem, podłymi słowami skierowanymi do kogoś innego, ale o Jacku, prawie zepsuła mi cały dzień.

Było to tak:

Przed mszą nie rozmawiałam z nikim, bo weszliśmy do kościoła równo z jej rozpoczęciem i od razu zajęłam miejsce obok mojej mamy, sadzając Jacka w ławce między nami, tuż przy sobie.

Przygotowaliśmy się na spotkanie wielu osób, więc Jack miał na sobie nowe spodenki do kolan, koszulkę z kołnierzykiem i zapinaną na guziki, chociaż z krótkim rękawkiem, a ja miałam nową sukienkę, jedną z tych, na kupno których namówili mnie Alek, Sam i kobiety w butiku.

Wcześniej powiedziałam Jackowi, czego mógł się spodziewać po tym spotkaniu, jak powinien się zachowywać, więc przyjął to raczej z ciekawością niż ze zdenerwowaniem, a ja byłam prawie całkowicie szczęśliwa, że mogłam mu to pokazać.

To, czyli wspólnotę albo przynajmniej jedną z jej form i rodzinę, a przynajmniej część, którą mogliśmy mieć w tym miejscu.

Wszystko było dobrze, kiedy uczestniczyliśmy w zgromadzeniu i adoracji, aż do momentu, kiedy msza się skończyła i zaczęliśmy wszyscy wychodzić przed kościół, a właściwie chwilę później.

Ksiądz Anton stał przed budynkiem, żegnał się ze wszystkimi, wierni dziękowali mu za kazanie, przeprowadzone nabożeństwo i rozmawiał z nimi o różnych sprawach, więc podeszłam do niego, mocno trzymając dłoń Jacka w swojej dłoni, by dodać mu odwagi.

- Witaj, Hannah - powiedział do mnie nasz kapłan, jak zwykle uśmiechając się przyjaźnie i wyciągając obie ręce.

- Witam księdza - powiedziałam, kiedy podeszliśmy i ujęłam jedną z jego rąk, by ją krótko uścisnąć, ale nie puściłam dłoni Jacka.

- A gdzie twój mąż? - zapytał ksiądz Anton - Znowu pracuje w niedzielę?

- Cóż - westchnęłam i wzruszyłam jednym ramieniem, ale lekko się uśmiechnęłam, przekrzywiając lekko głowę na bok, bo nadal byłam dumna z Billy’ego - Taką ma służbę. Ale chciałam kogoś księdzu przedstawić. To jest jego brat - przedstawiłam Jacka, przesuwając młodego trochę do swojego boku, a trochę do przodu, podnosząc jego dłoń w swojej i przykrywając ją drugą - Jack. Mieszka z nami.

- Och, tak - ksiądz Anton uśmiechnął się do młodego - Pamiętam, że coś wspominaliście o stworzeniu rodziny. Witaj Jack. Jak się masz?

W tej samej chwili, kiedy Jack nieśmiało opowiedział na powitanie dość oficjalnym Dzień dobry i stwierdzeniem, że „ma się okej” podeszła do nas moja mama z Ablem, który zaczął się witać ze mną i z Jackiem, którego trochę już znał i który mu imponował, jako że był jego „starszym kolegą”, który mieszkał z jego najstarszą, ukochaną siostrą.

Mama witała się z księdzem Antonem i wymieniali uprzejmości.

Zjawiła się również Abi, która właśnie opuściła swoje grono koleżanek, jakie zebrało się przy okazji niedzielnego zgromadzenia.

Niestety, nie porozmawialiśmy długo, bo do księdza Antona podchodzili następni wierni, by się przywitać, ale nawet się z tego ucieszyłam, bo uznałam to za okazję do uwolnienia się i porozmawiania tylko w naszym małym rodzinnym gronie, by Jack miał więcej rodziny.

To stało się, kiedy szliśmy całą grupką w stronę parkingu, wymieniając krótkie powitania ze znajomymi, których mijaliśmy po drodze.

- …no same zobaczcie - usłyszałam z boku syczący głos wyprzedzającej nas Lucy, która nawet nie podeszła wcześniej, żeby się przywitać, skoro siedziała w ławce ze swoim narzeczonym i przyszłą rodziną - chwali się tym brudasem, jakby nie miała wstydu.

Obejrzałam się w samą porę, żeby zobaczyć, że moja siostra szła tam, między swoimi przyjaciółkami, patrzyła przez ramię w moją stronę z pogardliwą miną i złapała jedną z koleżanek za ramię, by nachylić się do niej i dalej szeptać coś tak, żebyśmy tego nie słyszeli.

Odwróciłam głowę w stronę naszej mamy, więc mogłam zobaczyć, że, szczęśliwie, ona, zajęta Ablem, niczego nie zauważyła i nie usłyszała, ale Abi patrzyła na mnie z niepokojem ponad głową Jacka, który szedł między nami i zagryzała wargę.

Abi dzieliła sypialnię z Lucy przez kilkanaście miesięcy, wiedziała, co nasza siostra trzymała w pudełkach pod łóżkiem, więc, chociaż teraz każda z nich miała własny pokój, nie miała o niej dobrego zdania.

Nie chciałam, żeby skomentowała na głos to, czego byłyśmy świadkami.

Przestraszyłam się też, że Jack mógł to słyszeć i mogło go to zaboleć.

Dlatego zapytałam wszystkich ze sztuczną wesołością w głosie:

- Idziemy na lody?

Zadziałało.

Dzięki Bogu.

Więc poszliśmy w piątkę do pobliskiej budki z lodami na słodkie rożki, a potem odwiozłam moim SUV’em mamę, Abla i Abi do ich domu (chociaż nie miałam fotelika dla Abla), ale nie zostaliśmy tam z Jackiem, bo obawiałam się, że Lucy mogła wrócić na lunch do domu, a ja bardzo nie chciałam, żeby Jack przebywał w jej towarzystwie.

Mogła być dla niego niemiła, a bardzo chciałam go przed tym uchronić.

A godzinę później byliśmy z Jackiem u Evy, bo w poprzednim tygodniu zawiozłam jej moją sukienkę ślubną do wyprania (albo sama wiedziała jak to zrobić albo zawiozła ja do pralni chemicznej, ale nie miałam siły, by z nią o to walczyć), żebym mogła ją później zostawić w poniedziałek w butiku Aleka i Sama, do schowania do specjalnego pokrowca i miałam ją odebrać, chociaż nie umawiałyśmy się, kiedy miałam to zrobić.

Zadzwoniłam i była u siebie, więc nas zaprosiła.

Wizyta u Evy w domu dała mi bardzo dużo.

Po pierwsze obejrzałam jej dom.

Nie cały, tylko część dzienną, ale była ona olbrzymia.

I bardzo mi się podobała.

Wszystko tam wręcz krzyczało rodzina.

Może chodziło o obrazki rozwieszone na ścianach, może o zabawki na podłodze bawialni, a może po prostu o codzienne drobiazgi, zostawione i nie do końca uprzątnięte z różnych powierzchni.

A trochę tego było.

Cała przestrzeń nie była wysprzątana, ale nie była brudna.

Po prostu widać był, że była użytkowana.

Mieli tam oddzielny oficjalny salon dla gości, bawialnię z królującymi zabawkami dzieci i pokój rodzinny z kanapami i wielkim telewizorem, a to wszystko było otwarte i połączone z dużą jadalnią i kuchnią, którą oddzielała wyspa i kilka schodków.

Cała rodzina (i przyjaciele, jak sądziłam) mogła swobodnie przebywać razem przy różnych zajęciach i stale się widzieć, ale nie wchodzić sobie w drogę, jeśli potrzebowali na przykład miejsca na wykonanie jakiejś pracy.

Jak się przekonałam, Eva pracowała na laptopie, który przenosiła z miejsca na miejsce, w zależności od tego, co właśnie robiła i do czego go potrzebowała.

Kiedy tak stałyśmy pośrodku jej dziennej przestrzeni rodzinnej, powiedziała mi, że zajmowała się tłumaczeniami z angielskiego na język polski książek swojej przyjaciółki, która mieszkała w Denver i pracowała nad nimi właśnie na tym laptopie.

Więc powoli, zacinając się, z wahaniem, bo nie byłam przyzwyczajona do jakichkolwiek zwierzeń, opowiedziałam jej, ze Billy kupił mi laptop i właśnie uczyłam się go obsługiwać.

A wtedy Eva dała mi to drugie.

- To wspaniale, kochanie! - zawołała, chociaż cicho, bo jej najmłodszy synek, Davie, odbywał swoją krótką drzemkę na materacyku rozłożonym na podłodze w pokoju dziennym - Jeśli masz jakieś problemy z którymś programem, pamiętaj, że masz w rodzinie informatyków.

W rodzinie?

Nie miałam w mojej rodzinie żadnych informatyków.

Wtedy, głupia ja, dowiedziałam się tego, co powinnam wiedzieć ze wcześniejszych opowieści różnych kobiet, że Eva miała za całą rodzinę dorosłego syna, który miał żonę i dzieci, ale mieszkał w San Jose oraz te dzieci, które były z nami w domu i Jimmy’ego.

Natomiast rodziną nazywała grono przyjaciół, które powoli się rozrastało, zmieniało, ale wciąż było ze sobą tak zżyte, że nie miałam tego ze swoją siostrą, Lucy, a na pewno nie z „przyjaciółmi”, którzy byli w naszej wspólnocie religijnej.

Może niepotrzebnie zawiozłam Jacka na spotkanie z tamta wspólnotą, skoro miałam to grono kobiet, które były przyjaciółkami i stanowiły rodzinę dla siebie i mogły być jaką rodziną również dla nas.

I to mnie rozproszyło i oszołomiło, więc powiedziałam jej więcej, niż mówiłam zwykle innym ludziom.

- Abi robi za zachętą Aleka ulotkę reklamową dla tych pięknych, malowanych przez nią toreb i innych rzeczy - wyznałam Evie, trochę bełkocząc bez zastanowienia się, bo poczułam to do głębi - Jack jej pomaga, bo ma talent do ubierania wszystkiego w słowa - wiedziałam, że mój głos zabrzmiał wtedy dumą, ale nie przerywałam, nawet, jak oczy Evy rozbłysły - Ale nie umiemy opracować tego w Paint’cie, a co dopiero w GIMP’ie.

Zamilkłam, bo mogłam o tym opowiedzieć, ale bardzo trudno było mi poprosić o pomoc, nawet jeśli Eva sama ją zaoferowała.

Zresztą to nie Eva miałaby nam pomagać.

Zagryzłam wargi, ale Eva nie potrzebowała moich słów.

Domyśliła się, czego potrzebowałabym dla Abi i dla Jacka.

- Dobrze - odparła cicho, łagodnie Eva - Zapytam Filipa, czy znalazłby dla nich jakieś pół godziny. Albo może niech porozmawiają przez Skype’a z moją synową, Dorą, bo jest grafikiem komputerowym, więc może mieć dobre pomysły.

- Och - speszyłam się - Dziękuję, ale nie chciałabym…

- Nie ma sprawy - przerwała mi Eva, mówiąc nadal delikatnie - Najpierw zobaczymy, czy da się to zrobić, a potem podziękujesz.

 Zamknęłam buzię, bo to było miłe, a ja nie miałam w sobie wystarczająco dużo siły, by się przeciwstawiać, tym bardziej, że to miałaby być pomoc dla Abi i Jacka, a oni jej potrzebowali.

Nie mogłam ich nauczyć robienia ulotek w jakimkolwiek programie komputerowym, bo sama nigdy nie robiłam niczego w komputerze.

Więc skinęłam głową i rozluźniłam się, a potem patrzyłam, jak twarz Evy złagodniała i na jej usta wypłynął delikatny uśmiech.

Taki macierzyński uśmiech pełen ciepła i miłości.

- Zrobimy pancakesy na lunch… - powiedziała zdecydowanie i odwróciła się w stronę kuchni - bo, oczywiście, zostajecie.

To nie było pytanie.

To nie było również zaproszenie.

Po prostu stwierdziła fakt.

Ale i tak nie miałam argumentu przeciwko temu, bo nikt na nas w domu nie czekał i do nikogo się nie wybieraliśmy, a Jack właśnie rozbawił się budowaniem z klocków ma podłodze bawialni Evy razem z Mattem i Marią.

- Masz - Eva podała mi parę rękawiczek, kiedy wyjmowała z szafek produkty do upieczenia pancakes’ów, a ja otworzyłam lodówkę w poszukiwaniu śmietanki - Powinnaś chronić ręce.

- Och - odparłam jej, ale odsunęłam rękawiczki po blacie w jej stronę - Dziękuję, ale jestem uczulona na lateks.

Eva zamarła na sekundę, a potem nagle, zdecydowanie odwróciła się na pięcie i szybko poszła do drzwi, za którymi, jak się przekonałam, miała pomieszczenie gospodarcze.

Wróciła, zanim zdążyłam zareagować w jakikolwiek sposób.

- Masz - podała mi inną parę rękawiczek - Te są nitrylowe.

Wzięłam rękawice z wahaniem, ale, prawdę mówiąc, z wdzięcznością, bo ucieszyłam się, że Eva znalazła takie rozwiązanie.

Nigdy nie zastanawiałam nad tym, jak ochronić moje ręce, a przecież widziałam, że Billy nie lubił ich dotyku.

Postanowiłam wykorzystać widoczną mądrość Evy i jej doświadczenie, a także jej chęć uczenia mnie takich rzeczy, bo moja mama zwykle przyjmowała to, że miałam uczulenie na cokolwiek (a miałam kilka) jako dopust Boży.

- Dziękuję - powiedziałam cichym głosem, w którym pozwoliłam, żeby zabrzmiało to, co czułam, kiedy je włożyłam - Mam uczulenie na detergenty, a nie umiałam sobie poradzić z kontaktem z nimi, bo lubię porządek w domu i, cóż, muszę mieć z nimi kontakt.

Zakładałam rękawiczki, które pasowały na mnie jak ulał, a Eva podeszła w tym czasie do blatu, na którym już miała naszykowane większość produktów i zajmował się kilkoma rzeczami naraz.

- Więc po pierwsze rękawice nitrylowe - powiedziała Eva, jednocześnie uzupełniając składniki ciasta w misce pod robotem kuchennym, który był, co za zbieg okoliczności, podobny do mojego - Po drugie, kochanie, nie obraź się, że pytam, ale, jak ty myjesz podłogę?

Zdziwiłam się.

Jak to jak?

- No… - zawahałam się - normalnie - wzruszyłam ramionami.

- Bierzesz ścierkę, miskę lub wiadro i na kolanach - bardziej stwierdziła niż zapytała Eva, kiedy patrzyłam, jak sprawnie odmierzała kolejne składniki, jakby codziennie robiła to ciasto na taką ilość osób.

- Tak - zgodziłam się bez zastanowienia.

- Och, skarbie - westchnęła Eva, a potem skinęła ręką, żebym podeszła do robota - Wiesz jak to działa? - spytała, kiedy ustępowała mi miejsca, bym mogła przejąć stery przy urządzeniu.

- Tak - przytaknęłam, ale tym razem zrobiłam to z uśmiechem - Mam w naszej kuchni taki sam. Billy mi kupił - wiedziałam, że znowu w moim głosie zabrzmiała duma.

I znowu zobaczyłam ten ciepły wyraz twarzy Evy, jakby cieszyła się z tego, że tak mówiłam.

Ale nie parzyłam długo, bo zaraz potem Eva odeszła w stronę pomieszczenia gospodarczego, podczas gdy ja dolałam mleko, opuściłam mikser, uruchomiłam mieszadła i patrzyłam uważnie, czy miska obraca się, by ciasto było dobrze wymieszane.

A wtedy wróciła i dała mi to trzecie.

- Spójrz - usłyszałam za sobą głos Evy i odwróciłam się w jej stronę, ale wcześniej na wszelki wypadek wyłączyłam mikser, w którym i tak ciasto już było przygotowane - To jest mop obrotowy - wskazała mi na wiadro, z którego wystawał kij - Tak go namaczasz… - pokazała jak to robić w wodzie, której miała trochę w wiadrze, a potem zrobiła coś dziwnego, czego nie zrozumiałam - …tak nim myjesz… - umyła fragment podłogi w kuchni - …a tak wypłukujesz - i po kilkukrotnym zanurzeniu w wodzie, ponownie wsadziła kłębek na końcu kija do plastikowej, sztywnej siatki, która wisiała nad wiadrem i poruszyła dźwignią, która była z boku.

Patrzyłam z podziwem.

Zrobiła to wszystko prawie całkiem wyprostowana, a co ważniejsze, ani razu nie zamaczając rąk w wodzie.

- To możesz nawet prać w pralce - pokazała mi końcówkę palcem - bo to się odkręca. A jak dodasz do wody swojego ulubionego płynu do mycia podłóg, to będziesz miała dom pachnący tak, jak lubisz.

Stałam już wtedy przodem do niej i sama nie zauważyłam, jak podeszłam nawet o krok bliżej.

- Cudowne - szepnęłam z zachwytem, a potem dodałam głośniej - Nie miałabym już nigdy takiej czerwonej i pękającej skóry na dłoniach!

- Tak - powiedziała cicho Eva, jej twarz ponownie złagodniała, a potem wzięła głęboki wdech i podeszła do mnie bliżej - Pozwolisz? - zapytała jakby niepewnie, co mnie zdziwiło, bo Eva nie bywała niepewna - Chcę zobaczyć…

I wtedy dała mi czwarte.

Troskę.

Eva ujęła moją prawą dłoń w swoje ręce, podniosła ją do swoich oczu i patrzyła uważnie.

- Myślę , kochanie - powiedziała prawie stanowczo - że powinnaś z tym iść do lekarza. Ale może na razie kupiłybyśmy ci dobry krem, może maść regenerującą i zobaczymy, czy zadziała to, co wymyśliłyśmy.

Była bardzo uprzejma, bo to ona to wszystko wymyśliła.

Ja nie zrobiłam nic w kierunku wyleczenia moich dłoni przez lata.

Więc niedziela w towarzystwie Evy i jej dzieci była bardzo miła i owocna, bo przyniosła mi kilka rozwiązań, które miałam nadzieję, że mogły polepszyć nasze życie.

Skorzystałam z tego, co mi zaproponowała.

Ze wszystkiego.

Pewnego dnia w tym tygodniu byliśmy we trójkę z Abi i Jackiem u Filipa w jego mieszkaniu, które było jego miejscem pracy, a nie domem i miał tam mnóstwo komputerów.

Spędziliśmy tam pół godziny, a ja zajęłam się sprzątaniem (bo czym innym miałabym się tam zająć), kiedy oni siedzieli skupieni nad moim laptopem jakby rozstrzygali zagadkę celu istnienia ludzi na tym najlepszym ze światów.

Podziękowałam potem bardzo serdecznie Filipowi i zapytałam, czym mogłabym mu się odwdzięczyć, a on spojrzał na mnie dziwnie, ale najpierw powiódł wzrokiem po swojej małej przestrzeni, jakby chciał mi coś wskazać.

Nie wiedziałam co.

A potem powiedział z takim krzywym półuśmiechem - Nie ma za co.

Też dziwnie.

Bo było za co.

Przy okazji innych zakupów weszłam do pobliskiej drogerii, gdzie bardzo miła pani farmaceutka dobrała mi maść gojącą na noc, którą miałam smarować skórę rąk, a potem zakładać na nie specjalne bawełniane rękawiczki, by się wchłaniała podczas mojego snu.

Nie przyznałam się jej, że mogłam to robić tylko co trzy dni, kiedy mój mąż był w pracy, bo nie chciałam mu jeszcze bardziej obrzydzać swoich dłoni.

Ale dobrała mi jeszcze hipoalergiczny krem do smarowania dłoni po każdym zamoczeniu w wodzie i wytarciu ich, co było bardziej dla mnie do przyjęcia, bo wiedziałam, że kobiety tak robiły.

Smarowały ręce po każdym wytarciu ich z wody, a przynajmniej tak widziałam, że robiły Lucy i Emily.

Będąc z Billy’m w sklepie z wyposażeniem do domu kupiłam sobie mopa, chociaż trochę innego od tego, jakiego pokazał mi Eva, bo ekspedientka zachęciła mnie do kupna takiego płaskiego, który na końcu miał wymienną szmatkę, którą można było wyżymać zamontowaną na wiadrze wyżymaczką i prać w pralce, więc zawsze byłaby czysta.

Więc skorzystałam ze wszystkiego.

Ale na koniec rozmowy, kiedy się żegnałyśmy, Eva dała mi coś jeszcze, radę, z której nie mogłam skorzystać, kiedy szepnęła mi do ucha - I pamiętaj, kochanie, rozmawiaj z Billy’m. On tego potrzebuje.

Wtedy tylko zamrugałam, uścisnęłam ją i nic nie powiedziałam.

Bo tego właśnie nie umieliśmy robić.

Rozmawiać.

Dawałam Billy’emu wszystko, co zechciał ode mnie wziąć.

Całe moje ciało należało do niego, a ja czerpałam z tego tak dużo przyjemności, że nigdy nie podejrzewałam, że mogło to być tak dobre.

Kochałam go.

Całą sobą.

Ale nie umiałam mówić mu tego i wyjawiać mu, czego potrzebowałam, jeśli nie miałam możliwości napisania mu tego.

Chociaż, cóż, Billy też nie rozmawiał ze mną.

Nie słownie.

Tego wieczoru, kiedy byliśmy z Jackiem w Piwnicy, Billy później przywiózł do domu gitarę i zaniósł ją do pokoju gościnnego, a potem przez kilka dni słyszeliśmy z młodym, jak grał coś, ćwiczył, powtarzał fragmenty melodii, jakby coś sobie układał w głowie.

A potem, któregoś dnia zagrał na naszą prośbę w salonie tylko dla nas i nie były to całkiem te same piosenki, jakie słyszeliśmy w Piwnicy, ale powtórzyły się dwie z tych, które słyszałam w noc przed naszym ślubem.

Jedną było Hej Bracie cover Avicii, którą Jack uwielbiał i przyjmował, jakby była skierowana wprost do niego i tylko dla niego, co rozumiałam, skoro była w niej mowa o braterstwie krwi, które mogło być zrozumiane jak bliższe niż braterstwo przyjaźni.

Cieszyłam się, że czuł z Billy’m tę więź.

A drugą było coś, co Billy śpiewał do mnie i dla mnie.

Forever Yours również Avicii, piosenka, którą Billy uwiódł mnie przed naszym ślubem, by dwa dni później, w naszą noc poślubną, mi siebie odebrać.

Nie chciałam o tym myśleć, bo przecież następnej nocy dał mi wszystko, biorąc mnie tak, jak poprosiłam, żeby mnie wziął.

Więc wszystko było dobrze.

Ale Billy to śpiewał i miałam wrażenie, że dokładnie tak myślał:

…powinnaś pozwolić mi cię pokochać

Przytul mnie i nigdy nie puszczaj

Nigdy bym go nie puściła, jeśli naprawdę chciałby być ze mną i mnie kochał, bo wiedziałam i czułam to coraz bardziej i bardziej z każdym dniem spędzonym wspólnie z nim.

Kochałam go.

Kiedy, rozmyślając o tym, wychodziłam na parking ze szkoły po zebraniu, rozmawiałam z Emily, nieuważnie wyjęłam z torebki swój telefon, by włączyć w nim dźwięk, bo miałam go wyciszonego na czas spotkania.

I wtedy zobaczyłam, że miałam trzy nieodebrane połączenia od Oli’ego.

Ostatnie pięć minut temu.

Ojej!

Zatrzymałam się.

Skupiłam się wyłącznie na telefonie.

Uśmiechnęłam się z roztargnieniem do Emily, która właśnie o coś zapytała, bo, oczywiście, chciała usłyszeć więcej plotek o tym, jak się poznaliśmy z Billym, o naszym ślubie i o domu, przeprosiłam ją, przesunęłam palcem po ekranie, nacisnęłam zieloną słuchawkę i przyłożyłam telefon do ucha.

- Hej, Oli - powiedziałam ciepło na powitanie, a potem już nic nie mogłam mówić, bo Oli mówił.

- Hannah! - jego głos w słuchawce brzmiał tak strasznie dziwnie i nie było to dobre, więc się spięłam.

Oddech mi wyleciał z płuc i czekałam na ciąg dalszy tego, co miał mi do powiedzenia, ale nie nadeszło.

- Tak? - szepnęłam ze strachem w głosie, kiedy nie powiedział nic więcej i spojrzałam na ziemię pod swoimi nogami.

- Gdzie jesteś? - zapytał ten dobry mężczyzna, który tak długo i tak wspaniale opiekował się całą moją rodziną.

- Wychodzę właśnie ze szkoły po zebraniu - powiedziałam i podniosłam wzrok, a Emily dziwnie wyszczerzyła się obok mnie, chociaż wiedziała, że Oli był kimś, kto zastępował mi tatę.

- Może po ciebie przyjadę… - Oli zawahał się, więc spięłam się, ale wiedziałam, że nie miał czasu na jeżdżenie po mieście.

- Oli! - powiedziałam głośniej, bo poczułam ogarniająca mnie panikę - O co chodzi? Czy to mama? Czy z Ablem wszystko w porządku?

Emily obok mnie spoważniała, ale przestałam zwracać na nią uwagę, bo właśnie wtedy sobie uświadomiłam, że Oli był na dyżurze tak jak Billy.

Byli razem.

Billy.

O, nie!

- Billy! - szepnęłam z przerażeniem w głosie.

- Hannah, nie ruszaj się przyjadę po ciebie - powiedział Oli, jakby chciał przybiec i mnie wesprzeć, ale ja już wyprostowałam się i przełknęłam ślinę, bo wiedziałam.

Nie mogłam być słaba.

Nie mogłam omdlewać, czy histeryzować tak, jak robiła to moja mama.

To było złe.

To bardzo często wymagało od innych ludzi, żeby rzucali dosłownie wszystko, czym się zajmowali i zajmowali się tylko nią.

Widziałam to wielokrotnie.

Kochałam ją, była cudowną mamą, nauczyła mnie gotować i dbać o dom, ale tego nie zamierzałam naśladować, więc wciągnęłam oddech przez nos i zebrałam się do kupy, by ruszyć w stronę mojego SUV’a.

Czułam, że Emily dreptała za mną.

- Oli - powiedziałam stanowczo, do telefonu, a mój głos był silny i twardy, bo podjęłam decyzję - Jest ze mną koleżanka, Emily, więc jak się boisz, że sobie nie poradzę, poproszę ją o pomoc. Ale muszę wiedzieć, dokąd mam jechać.

Po jednym czy dwóch uderzeniach serca usłyszałam w słuchawce mojego telefonu lekkie westchnienie mężczyzny, który się o mnie martwił.

- Dobrze - powiedział w końcu - Billy jest ranny i zabiera go właśnie karetka. Przyjedź do szpitala.

- Do którego? - zapytałam starając się mówić nadal mocnym głosem, chociaż czułam żółć podchodzącą mi do gardła.

- Do VAMC - powiedział Oli, a potem, po sekundzie przerwy dodał głosem, w którym wyczułam troskę, ale też jakąś część dumy i, cóż, nie byłam pewna, ale wyglądało na to, że Oli był dumny ze mnie, jakbym zrobiła dobrze - Jedzie do VAMC. Ja muszę zostać w remizie. Jimmy tam będzie, żeby ci pomóc w razie potrzeby. Dobrze?

O, Boże!

- Dobrze, Oli - powiedziałam i możliwe, że zabrzmiało to trochę sucho, ale musiałam się skupić, żeby nie poddać się złym myślom - Dziękuję.

Przełknęłam ślinę i pomyślałam o Jacku.

Był u Evy, a ja nie chciałam go denerwować, ale powinien wiedzieć.

- Oli - powiedziałam więc do telefonu, ale już nie byłam tak zdecydowana - Jack jest u Evy. Czy, wiesz… czy mógłbyś potem…

- O to się nie martw, Słonko - powiedział łagodnie Oli - Jak już będziesz w szpitalu, będzie coś wiadomo, wtedy się zajmiemy tym, jak powiedzieć Jackowi.

- Dziękuję - szepnęłam z ulgą, bo mnie zrozumiał.

Nie mogłam o tym myśleć.

Miałam coś do zrobienia.

- Na razie Oli - szepnęłam.

- Na razie, Hannah - odszepnął - I.. będzie dobrze - dodał, ale tak jakoś bez wyrazu, jakby nie wydawał się być przekonany.

Rozłączyliśmy się, a ja przystanęłam i spojrzałam na wyświetlacz mojego telefonu, kiedy zmarszczyłam brwi.

To nie brzmiało, jakby miało być dobrze.

Billy został ranny, a to nie musiało być nic strasznego.

Nie znałam szpitala VAMC, chociaż wiedziałam, gdzie on był.

- Jedziemy? - zapytała Emily, podchodząc do mojego przodu.

Podniosłam głowę i popatrzyłam na nią, mrugając ze zdumienia.

Była naprawdę dobrą kobietą, zwykle gotową pomagać każdemu, kto tego potrzebował, ale trochę nazbyt wścibską i gadatliwą.

- Emily - zaczęłam ostrożnie - Dziękuję, ja sobie poradzę.

- Ale, powiedziałaś… - Emily patrzyła na mnie ze szczerym zdziwieniem.

- Nie, naprawdę - przerwałam jej, starając się mówić zdecydowanie, ale delikatnie, bo nie chciałam jej urazić, po prostu uważałam, że miała dosyć swoich kłopotów i nie potrzebowała moich - Masz plany na dzisiaj, nie mogę ci przeszkadzać. A ja mam tu samochód… - wskazałam kluczykiem, który zdążyłam właśnie wtedy wyjąć z torebki, kiedy chowałam do niej telefon, na mojego kanarkowo żółtego Jeepa, przy którym byłyśmy.

- Ojej - pisnęła Emily, jakby była małą, podnieconą dziewczynką - To twój?

- Emily - złapałam ją za przedramię, zanim zdążyła do niego pobiec, by go obejrzeć - Nie mam czasu. Porozmawiamy jutro, dobrze?

- Och, no dobrze - powiedziała Emily z westchnieniem, a potem udowodniła, że, pomimo jej gadulstwa i trzpiotowatości, była dobrą kobietą - Wszystko będzie dobrze, Hannah - szepnęła i popatrzyła mi w oczy ciepło, chociaż intensywnie, a jednocześnie wyciągnęła rękę i złapała mnie za przedramię, by lekko uścisnąć - Jakbyś czegoś potrzebowała, czegokolwiek, zadzwoń do mnie, dobrze?

- Dobrze, Słonko - powiedziałam cicho, zaskoczona, ale jedocześnie ucieszona, bo nie pomyliłam się i zamierzała mi pomóc - Dziękuję. Odezwę się, jak czegoś się dowiem.

Wymieniłyśmy pożegnania, umawiając się, że spotkamy się następnego dnia, bo powinnyśmy obie przygotować nasze pracownie do nowego roku szkolnego, a potem każda z nas poszła do swojego samochodu.

Emily w kierunku zielonego, małego Hyundaia, którego znałam już dobrze z widzenia, a ja do swojego Renegade, w którym miałam nawigację, więc wpisałam adres i miałam podpowiedzi dojazdu do szpitala VAMC.

Kiedy wpisywałam adres tego szpitala, przez sekundę zawahałam się w swoim dążeniu do wyszukiwania pozytywnych następstw tego, co usłyszałam, bo moja nawigacja podała mi pełną nazwę VAMC.

Centrum Medyczne dla Weteranów.

O, Boże!

Dlaczego Billy miał trafić do szpitala specjalizującego się w urazach, jakie mieli wojskowi i byli wojskowi, tego nie wiedziałam i nie byłam pewna, jak to interpretować.

Ale potem przyszło mi do głowy, że przecież Oli wiedział lepiej.

Tak.

Na pewno wybrał dla Billy’ego tak, by mój mąż miał jak najlepszą opiekę.

To nie musiało oznaczać ani bardzo skomplikowanego urazu, ani konieczności podejmowania specjalnych działań.

Trzymając się tej dobrej myśli, dojechałam swoim Jeepem do szpitala, do którego miałam dojechać, dość szybko i bez problemów.

Zaparkowałam na wielkim parkingu przyszpitalnym, wysiadłam, zabierając swoją torebkę, zamknęłam starannie samochód i udałam się do głównego wejścia.

Tam odnalazłam szybko informację, zapytałam o to, dokąd się miałam udać i poszłam labiryntem korytarzy na oddział ratunkowy, gdzie przywozili do szpitala nowo przyjętych pacjentów.

Aż do tej chwili nic nie wskazywało na to, że moje nadzieje były złudne.

A potem podeszłam do stanowiska pielęgniarek na SOR, gdzie, jak powiedział mi Oli, miał być Billy.

- Dzień dobry - powiedziałam do siedzącej tam przy komputerze młodej pielęgniarki, na której fartuchu była plakietka z imieniem Flora

- Dzień dobry - odpowiedziała ciepło i z uśmiechem.

- Przywieziono to niedawno mojego męża, Williama Browna - powiedziałam, ale było to też pytanie.

- Tak? - pielęgniarka postukała na klawiaturze, a potem, na to co tam przeczytała, jej wzrok stał się dziwnie czujny, a wręcz wydał mi się zmartwiony - Proszę o wypełnienie tych dokumentów - powiedziała raczej oschłym tonem, a jednocześnie podała mi podkładkę z papierami, jakie już znałam, bo wypełniałam takie dla Billy’ego, jak zachorował na wyrostek - Lekarz panią poinformuje o stanie pani męża.

Mój strach ponownie gromadził się mi pod skórą, by wybuchnąć przy braku mojej czujności i znowu musiałam skupić się, by przypominać sobie, że to nie musiało być nic bardzo groźnego.

- Dziękuję - powiedziałam, wzięłam podkładkę do ręki, a potem zawahałam się - Czy nie ma tu jego kolegów?

- Nie wiem - rzuciła krótko pielęgniarka i przy tym wzruszyła ramionami, jakby chciała uciąć naszą rozmowę - Może pani iść do poczekalni i tam wypisać dokumenty. Tamte drzwi. Może tam są - pokazała mi niedalekie drzwi w dół korytarza, które miały duże okno.

Był tam Jimmy.

Nie zauważyłam go wcześniej, bo skupiłam się na pielęgniarce.

Odwróciłam się od niej, skinąwszy tylko szybko głową i zabierając dokumenty do wypełnienia, przeszłam do poczekalni.

- Jimmy - rzuciłam na powitanie, kiedy tylko otworzyłam drzwi.

Mężczyzna natychmiast wstał z plastikowego krzesełka i, kiedy szłam w jego stronę, podszedł do mnie dwoma długimi krokami i patrzył na mnie tak intensywnie, że, głupia ja, „pękłam” przy nim i zaczęłam się bać.

Nie bać się, ale panikować.

Skóra mrowiła mnie, jakby ten strach, który się pod nią gromadził, wypełzał wszystkimi porami na wierzch.

Nagle wszystko, co sobie powtarzałam, że uraz Billy’ego nie musiał być groźny, że zaraz zobaczę go i będę mogła się nim zaopiekować, odeszło w niepamięć, a mina Jimmy’ego, mówiąca mi o tym, że było źle, przebiła się do mojej świadomości.

Ręce mi się zatrzęsły, oddech się urwał, a moje nogi nieświadomie cofnęły mnie o krok w kierunku drzwi.

- Nie, nie, nie - wymamrotałam, kiedy wzrok mi się zamazał i poczułam, że Jimmy złapał mnie za ręce.

- Hannah - rzucił - Billy został postrzelony.

- Co? - wypchnęłam.

Jak to postrzelony?

W straży pożarnej zdarzały się różne urazy, niektóre z nich były groźne, ale nie zdarzało się, by strażak ot tak zostawał postrzelony.

- Trwa operacja, bo kula utkwiła w jego klatce piersiowej - mówił dalej Jimmy - ale nie ma uszkodzonej aorty, więc będzie dobrze.

Nie wiedziałam, o czym on mówił.

Nie znałam się na tym, nie wiedziałam, co Jimmy do mnie mówił i cała moja uwaga wciąż pozostała skupiona na jego słowach trwa operacja.

Billy był właśnie operowany!

To nie mogło się tak skończyć!

Mój Billy nie mógł ode mnie odejść z powodu jakiegoś postrzału.

Powinien żyć, powinien dać światu więcej swojego talentu, powinien pokazać Jackowi, jak wygląda dobro, jakim był mój Billy, jak można żyć w rodzinie, jak mieć przyjaciół.

A potem sobie uświadomiłam, że nie powiedziałam mu…

- Ja go kocham - jęknęłam i zgięłam się w pół, więc Jimmy przysunął się blisko mnie, złapał mnie pod ramiona i przesunął w stronę krzesełek.

Posadził mnie tam, a ja się poddałam.


 

2 komentarze: