piątek, 20 stycznia 2023

Prolog - Dzieciństwo się skończyło

 

Prolog

Dzieciństwo się skończyło

Ona

 

Salt Lake City

- Przepraszam wszystkich - odezwał się do mikrofonu mój tata, stając obok stanowiska DJ’a - Mam dwa słowa do przekazania i nie będę Wam dłużej przeszkadzał w zabawie.

Tego dnia, jak zwykle to robiliśmy w naszej rodzinie (czyli w dużym gronie przyjaciół i radośnie), obchodziliśmy moje dwudzieste urodziny i rodzice zorganizowali dla mnie przyjęcie w salonie, jadalni i na tarasie naszego domu.

Stałam w centrum uwagi w naszym salonie, byłam ubrana z piękną, nową sukienkę, która była dopasowana na mnie w talii i biuście przez krawcową, sięgała mi tuż za kolano, i była urocza, a przynajmniej ja tak myślałam.

Była w pięknym odcieniu błękitu, pokryta białymi, dużymi grochami, miała wąski biały kołnierzyk, białe mankieciki przy rękawkach i biały pasek, a od góry do pasa była zapinana na białe guziki.

Miałam rozpuszczone włosy, które sięgały mi do pupy, a które mama odsunęła mi od twarzy dwoma warkoczykami, które zaplotła mi na skroniach.

Byłam bardzo szczęśliwa.

Miałam dużą, kochającą się rodzinę i nasze życie było proste, poukładane, wręcz szczęśliwe, chociaż wtedy ja na czekałam na coś więcej.

Ot, takie głupie, romantyczne mrzonki od-tego-dnia-już-nie nastolatki, która nie znała życia.

Mieliśmy bardzo duży dom, w którym była duża kuchnia, jadalnia, salon i bawialnia, a każda z nas miała swój duży pokój, więc mogę spokojnie powiedzieć, że nie wiedziałyśmy, co to oszczędzanie i konieczność liczenia się z każdym groszem, zwłaszcza, że dom otaczał duży trawnik, na którym mogliśmy się bawić, grać i spotykać z naszymi przyjaciółmi na przyjęciach takich jak to.

Nasz tata utrzymywał nas wszystkich, moje trzy siostry i naszego małego braciszka i początkowo tylko on pracował zarobkowo, więc codziennie rano wychodził z naszego domu, podczas gdy mama zostawała w nim i zajmowała się nami, dziećmi, a także sprzątaniem, praniem i wszystkim, czym należało się zająć w domu, by powitać go, wracającego z pracy, czule i z miłością.

Mieliśmy licznych przyjaciół, naszą dużą, zżytą społeczność, nasze zasady.

Moja o dwa lata starsza siostra, Ewa, pracowała wtedy już od trzech lat jako kelnerka na pełen etat i po ukończeniu liceum nie chciała się dalej uczyć, bo jej największym marzeniem było małżeństwo, założenie własnej rodziny, miły dom z ogródkiem i dzieci.

Chciała być taką kobietą, jaką była nasza mama.

Dokładnie tak, jak zostałyśmy wychowane w tej społeczności, w której kobieta powinna słuchać mężczyzny - najpierw taty, a potem męża.

Ja też nie miałam nic przeciwko temu.

W byciu kelnerką Ewie nie chodziło o to, że lubiła pracować wśród ludzi, zwłaszcza wśród mężczyzn, chociaż naprawdę dobrze umiała rozmawiać ze wszystkimi i zawsze była uśmiechnięta i pogodna.

Często się śmiała, była śliczna, miła i wszyscy ją lubili.

Po prostu nasi rodzice dbali o to, byśmy wszystkie miały dobry start w dorosłe, prawdziwe życie, więc kazali nam odkładać jak najwięcej się dało pieniędzy na nasz posag.

Więc każda z nas pracowała w domu, od kiedy tylko mogła wykonywać jakieś obowiązki, poza domem, jak tyko było to możliwe i właściwe lub uczyła się, by w przyszłości zarobić więcej.

W naszej rodzinie to ja byłam ta skryta, nieśmiała i studiowałam w college’u, by zostać nauczycielką języka angielskiego młodszych dzieci, bo marzyłam o tym od zawsze, więc rodzice postarali się o częściową odpłatność mojej nauki, kiedy udało mi się uzyskać częściowe stypendium, bym mogła zrealizować moje marzenie.

Nawet jeśli niektórzy z naszych znajomych kręcili głowami i mówili naszym rodzicom, że to nie było właściwe.

Wiedziałam, że nasi rodzice przeznaczyli dla moich sióstr na ich posagi w formie gotówki tę samą kwotę, jaką wydali na moją edukację.

Miałam jeszcze dwie młodsze siostry, Abi i Lucy, oraz malutkiego braciszka, Abla, więc nasza mama miała co robić, żeby dom i rodzina funkcjonowały dobrze, sprawnie i żeby wszyscy byli szczęśliwi.

I tacy byliśmy.

Szczęśliwi.

- Chciałbym wznieść toast za zdrowie mojej drugiej córki, Hannah - powiedział tata i uniósł kieliszek, w którym wyjątkowo z tej okazji był alkohol, szampan lub raczej wino musujące, bo zwykle w naszym domu nie bywało żadnego alkoholu, nawet piwa.

- Hannah, podejdź tutaj - mówił tata, więc uśmiechnęłam się do koleżanek, z którymi rozmawiałam i odeszłam od nich, by dołączyć do taty na małym podwyższeniu - Jak wiecie, ta oto moja druga córka wkrótce ukończy college i zostanie nauczycielką - kontynuował tata, kiedy do niego dotarłam - Może to będzie nieskromne, ale to po prostu fakt - część osób się roześmiała, ale miałam dziwne wrażenie, że nie był to szczery śmiech - Mam cztery piękne córki, każda z nich jest dokonałbym materiałem na żonę, co możecie stwierdzić, bo to one gotowały i piekły te pyszności, które dzisiaj jecie… - to spotkało się z pomrukiem potwierdzającym jego słowa - wspaniałą żonę i syna. Więc teraz chciałbym również podziękować Bogu za wszystkie błogosławieństwa, jakimi mnie obsypał. Proszę, pomódlcie się za to ze mną.

Spojrzałam przelotnie na schylające się głowy, kiedy w pomieszczeniu zapadła krótka cisza, a potem również pochyliłam swoją, by podziękować Bogu za całe dobro, jakie nas otaczało.

Mieszkaliśmy naszą rodziną w tym samym mieście, co mieszkali od lat nasi przodkowie, chociaż nie mamy tu kuzynów, nikogo z naszej krwi.

Żyjemy w ten sam sposób, co przodkowie i według tych samych, znanych od wieków i bezpiecznych, zasad.

Podążamy utartym szlakiem.

Więc wiedziałam jedno.

Nie byłam piękna, mądra ani zdolna, nikim wyjątkowym, ale w naszym kręgu byłam wybrykiem natury, dziwadłem, które marzyło o czymś, czymś wielkim, nawet, jeśli nie wiedziałam, co to było i wiedziałam, że to było nierealne.

Moi rodzice wyposażyli mnie we wszystko, bym myślała inaczej, ale nie zostałam nawet wychowana tak, by poszukiwać czegoś specjalnego, bo od kiedy pamiętałam żyliśmy naszą rodziną w tej samej społeczności, w której wszelkie dobra były wspólne, a małżeństwa były aranżowane, żeby były jak najbardziej korzystne i właściwe.

Mówiono mi zawsze (w szkółce niedzielnej, w kręgu przyjaciółek), że dobro innych jest ważniejsze niż moje, a nade mną jest coś większego, lepszego i piękniejszego, czemu powinnam się podporządkować.

Ale, głupia ja, pomimo wszelkich znaków na ziemi i niebie, śniłam o kimś, o czymś co byłoby tylko moje, specjalne.

(…) jak trudno jest zaspokoić (…) błahostkami nienasycone pragnienia ludzkiego serca - powiedziałaby Lady Ashby.

Czytałam wtedy pasjami stare powieści romantyczne, więc jestem i zawsze byłam marzycielką, bujającą w obłokach, co zawsze doprowadzało do szału moją mamę, bo powodowało „awarie” w wykonywanych przeze mnie obowiązkach domowych.

Opóźniony obiad był z nich najmniej uciążliwy.

Z tego i nie tylko z tego powodu moi rodzice, duszpasterz i znajome mamy upominali mnie i sprowadzali „na ziemię”.

Ale ja nadal czytałam (z pasją godną wyższego celu) kolejne powieści romantyczne, chociaż nigdy nie sięgałam po te nowoczesne, więc wczuwałam się w rolę głównie dziewiętnastowiecznych bohaterek i śniłam na jawie ich wspaniałe przeżycia.

Byłam bardziej emocjonalna i romantyczna jak Marianna Dashwood niż rozważna i poważna jak Eleonora Dashwood, chociaż w pewnym momencie musiałam stać się rozsądna i odpowiedzialna jak Elizabeth Bennet, skoro miałam mieć męża i dzieci.

Chociaż nigdy nie chciałam być niezrozumianą sierotą, jak Jane Eyre, bo lubiłam to, że mieliśmy naszą rodzinę, że kochaliśmy się nawzajem i byliśmy w niej szczęśliwi.

Dlatego podczas mojego przyjęcia urodzinowego rozmawiałam z przyjaciółkami, ale nie byłam pewna, czy którakolwiek z nich mnie chociaż odrobinę rozumiała, bo ich marzenia były tak różne od moich.

Nadal myślałam wciąż, że to wszystko, co mieliśmy będzie trwało, bo byliśmy dobrymi ludźmi i po prostu nam się to należało.

Byłam w takim ogromnym błędzie.

Wkrótce potem dzieciństwo się dla mnie skończyło.

*****

Dwa lata później…

Odbyło się przyjęcie w moje następne urodziny, kiedy skończyłam dwadzieścia jeden lat, a zaraz potem wszystko się skończyło, albo może rozpoczął się koniec znanego mi świata.

Był to czas, kiedy wydawało się, że nic już nigdy nie będzie dobre, że nasza rodzina przestanie istnieć, że nie mogłam już oczekiwać w życiu niczego dobrego dla siebie.

Prawie rok temu bowiem, zaledwie kilka dni po przyjęciu z okazji moich urodzin moja piękna, pogodna, starsza siostra została mocno pobita i brutalnie zgwałcona przez kilku mężczyzn, kiedy wracała późnym wieczorem samotnie z pracy do domu.

Przez jakiś przypadek spóźniła się minutę na swój autobus, przez inny przypadek nie było w pracy koleżanki, z którą zwykle wychodziła, więc Ewa samotnie czekała na przystanku autobusowym.

Nie poznałam szczegółów, bo moi rodzice starali się chronić nas, dziewczęta, przed życiem, ale wiedziałam, że w nocy ktoś zadzwonił do taty z pogotowia, a potem wszystko potoczyło się szybko i to nie w dobrym kierunku.

Moja piękna Ewa otrzymała wszelką pomoc w szpitalu, a potem zaproponowano jej pomoc psychologiczną, ale w naszej społeczności i w naszej rodzinie załatwiało się takie sprawy we własnym gronie.

Ksiądz rozmawiał z nią, podobnie jak rodzice, rozmawiali z nią przyjaciele ze zgromadzenia, a potem okazało się, że rozmowy objęły również resztę rodziny, bo wszyscy tego potrzebowaliśmy.

Miesiąc później dowiedzieliśmy się, że sprawców ujęto, ale za naszą sprawą (lub może z naszej winy) nie zostali postawieni przed sądem, bo nasze społeczeństwo przychylało się do zasady „nadstaw drugi policzek”.

Najlepszym sposobem na zaznanie w życiu szczęścia jest niesienie innym dobra i całkowite odrzucenie nienawiści, jak powiedziałaby Agnes Grey.

Wtedy się z nią zgadzaliśmy, więc nikt nie złożył skargi.

Kolejne dwa tygodnie później okazało się, że moja siostra była w ciąży.

Nie pozwolono jej usunąć, bo „każde życie jest cenne”, a na dodatek została przez „przyjaciół”, „braci i siostry w wierze” napiętnowana, gdy w ogóle wspomniała o takiej możliwości.

Dwa miesiące później moja śliczna, dobra Ewa popełniła samobójstwo.

Nasz tata załamał się, ale zrobił to tak, jak robili to mężczyźni, którzy czuli się odpowiedzialni za swoje rodziny, więc postanowił wymierzyć sprawiedliwość i przypadkowo przy tym zabił jednego z gwałcicieli mojej siostry.

Więc jego też poniekąd straciliśmy.

Po krótkim procesie tata został osądzony i skazany za to, co zrobił, chociaż uznano to za zbrodnię w afekcie i nieumyślne spowodowanie śmierci, bo strzelił do tamtego, a nawet nie umiał trzymać pistoletu.

Tamten jednak zmarł.

Nadal, chociaż tata dostał łagodny wyrok tylko pięciu lat więzienia, stał się stale nieobecny w naszym życiu.

Po powrocie z sądu, kiedy usłyszeliśmy wyrok, weszliśmy do domu, udawaliśmy przed sobą, że zjedliśmy kolację, a potem poszłam do swojego pokoju i upadłam na kolana przy moim łóżku.

Wiedziałam, że tata z mamą ustalili, że sprzedadzą nasz dom, samochód, kupią mniejszy domek w innej dzielnicy i mama będzie z nami żyła z procentów tego, co odłożą na koncie.

Naszym męskim opiekunem został Olgierd, przyjaciel taty, jeden z niewielu, którzy nie odwrócili się od nas po stracie, która nas dotknęła.

Olgierd był silny, spokojny, stanowczy, opiekuńczy i dobrze zorganizowany, a do tego był kapitanem zespołu strażaków z FS 13, więc mogłam powiedzieć, że miał doświadczenie w radzeniu sobie w różnych sytuacjach i różnymi ludźmi.

Obserwując go, czasem obawiałam się, że nie miał cierpliwości do mojej mamy, ale, na szczęście, nie opuścił nas.

Mama narzekała przy każdej okazji i do każdego, kto chciał słuchać, a ja, próbując zachować równowagę w domu, starałam się uśmiechać.

To wszystko sprawiło, że nie miałam czasu dla moich książek, co było dobre, bo nie rozpraszałam się.

Ale to wszystko nie zmieniało faktu, że teraz to ja byłam tą najstarszą z naszego rodzeństwa, a nasza mama była jedynym obecnym na co dzień rodzicem, który się nami opiekował w domu.

- Proszę, Boże - modliłam się tamtego okropnego dnia - Daj mi siłę, by przetrwać te straty, którym raczyłeś w swojej mądrości mnie doświadczyć. Pomóż mi znaleźć sposób na uratowanie tego, co zostało z naszej rodziny i poprowadzenie mojego rodzeństwa ku dorosłości.

Nie byłam pewna, czy mi się to udało, ale starałam się.

Był wczesno marcowy wieczór, kilka miesięcy po tamtych wydarzeniach, a ja następnego dnia miałam wyjść do pracy, jak zwykle to robiłam w ciągu roku szkolnego i właśnie korzystałam z mojej małej chwili na odpoczynek.

Siedziałam na swoim łóżku pochylona nad grubym, w większości zapisanym, brulionem z czarnym długopisem w prawej dłoni.

Moja kochana Ewuniu - pisałam -

Właśnie skończyłam dwadzieścia dwa lata i nie obchodziliśmy hucznie ani radośnie moich urodzin, ale nikt nie miał do tego siły ani na to ochoty.

Jak wiesz, bo piszę te listy do Ciebie kilka razy w tygodniu, pracuję od roku w szkole podstawowej jako nauczycielka języka angielskiego, co kocham. A po pracy zwykle pomagam mamie, bo ma bardzo dużo zajęć przy Ablu. Więc tak, jestem trochę zmęczona, ale głównie smutna, bo nie ma Cię z nami.

Moje urodziny były kolejną okazją do wspominania tego, jak Cię zostawiłam z Twoim problemem. Jaka ja byłam egocentryczna i zamknięta w sobie, że nie zauważyłam tego, co się z Tobą działo.

Moja kochana, biedna Ewuniu, kiedy wspomnę, co musiałaś przeżywać, zostawiona sama sobie z tym ciężarem, kiedy wszyscy dookoła Ciebie myśleli, że wiedzą lepiej, co czułaś w głębi swojego złamanego serca.

Ale obiecałam sobie, że będę znajdowała dobro wokół mnie.

Więc myślę, że dobre jest to, że nauczyłam się wreszcie patrzeć na ludzi i słuchać ich. Widzę dzieci i ich problemy. Sądzę, że lubią ze mną rozmawiać. Bardzo dużo rozmawiam z Abi…

Podniosłam głowę znad listu, jaki pisałam.

Jednego z tych, których nie miałam zamiaru wysłać, bo nie dało się ich wysłać, skoro ich adresatką była moja nieżyjąca, starsza siostra.

Myślałam o tym, co zaczęłam pisać.

Moja młodsza o dwa lata siostra, Lucy, była drugą oprócz mnie zarabiającą w naszym domu (jako kelnerka na pół etatu w barze śniadaniowym, bo mama nie zgodziła się na jej pracę wieczorami), bo ona również nie chciała się uczyć po liceum, więc można powiedzieć, że naśladowała Ewę.

Lucy skończyła już dziewiętnaście lat, dochodziła do dwudziestu i miała narzeczonego.

Ich ślub był zaplanowany na wrzesień.

Najmłodsza z nas, siedemnastoletnia Abigail, pracowała tylko w weekendy i uczyła się w liceum, a mama prowadziła nasz dom, często przebywając w nim z naszym czteroletnim braciszkiem, który spędzał tylko kilka godzin dziennie trzy razy w tygodniu w przedszkolu.

Ale bardzo dobre było to, że mieszkaliśmy teraz w małym domku, więc było mało do sprzątania, z małym ogródkiem, więc nie było w nim wiele pracy i rachunki do zapłacenia też nie były wysokie.

Mnie ten ostatni rok nauczył jednego.

Nauczyłam się czerpać radość z małych rzeczy, bo duże mogły nigdy nie nadejść, więc nie należało ich oczekiwać.

Ale dla moich sióstr, brata i dla mamy starałam się być pomocna, silna i pogodna, więc zawsze wskazywałam dobrą stronę dnia.

Moje motto brzmiało:

„Codziennie chociaż jedna dobra myśl i nie martwić się na zapas”.

Jeśli problem jest do rozwiązania i możesz coś zrobić, nie ma potrzeby by się martwić. Jeśli nie jest możliwy do rozwiązania, martwienie się nie pomoże” - powiedział Dalajlama.

*****

On

Dzieciństwo Billy’ego było do dupy, ale, szczęśliwie, skończyło się.

Nie był to okres w jego pieprzonym życiu, który chciałby pamiętać, więc cholernie wymazał go ze swoich myśli tak dokładnie, by nie nawiedzały go żadne popieprzone sny na ten temat.

Jednak coś mu pozostało.

Najwcześniejszym jego wspomnieniem było to, jak siadywał na dachu nad gankiem, gdzie mógł wyjść przez okno ze swojego cholernie ciasnego, diabelnie gorącego pokoju na pieprzonym poddaszu, kiedy uciekał ze swojej pieprzonej brudnej chaty przed odgłosami kolejnej awantury, niekontrolowanej, szalonej imprezy lub dzikiego seksu (a może raczej pieprzenia się) i wsłuchiwał się w dźwięki dochodzące z sąsiedniego domu.

Melodyjne, ciche dźwięki zwykłej gitary akustycznej, które dawały mu uczucie spokoju, poruszały w nim coś, co zapamiętał na długo.

Jedna z cholernie niewielu dobrych rzeczy w jego gównianym życiu.

Billy mieszkał sam, odkąd skończył osiemnaście lat i mógł to robić oficjalnie, ale już wcześniej był samodzielny.

Całkowicie.

Zarabiał na swoje utrzymanie od piętnastego roku życia, robiąc rzeczy, z których nie był dumny, bo inaczej nie miałby co jeść ani w co się ubrać.

Wcześniej zdarzało mu się głodować, chodzić w łachmanach, nie mieć przyborów szkolnych, więc nauczył się tego, jak mógł przetrwać.

Były to drobne kradzieże, wymuszenia, fałszerstwa, a nawet płatny seks.

Nigdy nie robił tego w grupie.

Nigdy nie został przyłapany.

Jakoś przeżył, ale tamtego nie lubił.

Później, kiedy mieszkał sam, pracował już oficjalnie, więc było to dorabianie w McDonalds, przy odgarnianiu śniegu, przy rozładunku ciężarówek i przeładunku na ciężarówki towarów z pociągów w większych firmach transporotowych.

Bywało, że pracował w nocy, a w dzień szedł do szkoły jakby nigdy nic.

Harował, by przeżyć.

Odkąd ukończył liceum, a nawet już w ostatniej klasie, kiedy zaczęto rozmawiać z nim o jego przyszłości, marzył jednak o czymś, z czego mógłby być dumny, bo to, co robił do tej pory powodowało, że coraz bardziej czuł się jak zwykły, brudny śmieć, aż w końcu znalazł w końcu coś takiego.

Po prostu pewnego dnia obserwował strażaków podczas akcji gaszenia magazynu wypełnionego towarami, które właśnie rozładowali.

Godziny ich ciężkiej pracy szły z dymem.

Sprawność działania zgranej grupy tych mężczyzn, ich umiejętności i wdzięczność ludzi, których praca i pieprzony dobytek zostały uratowane, cholernie mu zaimponowały.

Billy od zawsze dbał o swoją sprawność fizyczną po części dlatego, że pomogło mu to przeżyć w szkole wśród bandy popieprzonych dzieciaków, które nie tolerowały pewnych niedociągnięć w jego ubiorze, wyposażeniu czy możliwościach wyjazdów na wycieczki.

Musiał jeszcze tylko trochę więcej poćwiczyć, by stać się tym, kim zapragnął się stać, by być z siebie chociaż trochę dumnym, bo nie miał czym się pochwalić, kiedy porównywał z innymi swój wygląd, inteligencję czy też osiągnięcia sportowe.

Wystarczyło mu zaciętości, by zawalczyć o swoją duszę, odrobinę godności jako rozgorączkowany marzyciel, pragnący zostać legendą.

Po przejściu badań, testu sprawności fizycznej, testu podstawowej wiedzy pożarniczej, po zbadaniu przez nich jego przeszłości kryminalnej (szczęśliwie bez kartoteki) i rozmowie kwalifikacyjnej dostał się do Akademii, w której uczył się przez pół roku.

Następnie dostał przydział do Fire Station 13 i przez rok pełnił tam służbę na okresie próbnym.

A potem został tam pełnoprawnym strażakiem.

Nie zmienił jednostki.

Jednocześnie bowiem został jednym z ekipy mężczyzn, których zaczął stopniowo podziwiać coraz bardziej, a niektórych, jak Jimmy’ego czy Olgierda, ich kapitana, wręcz uwielbiał.

Byli jego idolami, podobnie jak David, chociaż jego akurat początkowo trochę się bał, bo był ponurym mrukiem, któremu lepiej było schodzić z drogi.

Po  raz pierwszy w życiu Billy czuł przynależność do jakiejś grupy ludzi, a także miał wzorce dobrych mężczyzn.

W ciągu tych kilku lat Billy patrzył po kolei, jak Jimmy razem z Evą stworzył rodzinę dla Berta, Matta, a potem też dla Marii.

Kiedy Billy poznał historię Berta, a potem Alice, nie mógł się powstrzymać od nutki zazdrości, bo młody miał mamę, jakiej Billy nie miał, chociaż obie były striptizerkami.

Następnym w kolejce był David, ale on zaczął od bohaterskich wyczynów, które Billy znał tylko z plotek, więc razem z Samem, z którym znał się najbliżej, wymyślali niestworzone szczegóły, jak to gówno mogło się rozegrać.

Żartowali między sobą, chociaż mu zazdrościli.

Nie zmieniało to pieprzonego faktu, że David teraz miał rodzinę, którą stworzył razem z Maggie, a Billy razem z innymi oglądał to, jak David częściej się uśmiechał i łagodniał, kiedy okazało się, że jego żona była w pierwszej ciąży, a potem w następnej.

Kolejny był Alex, ale już wtedy Billy zaczął cholernie sądzić, że on sam na coś takiego nie zasłużył swoim pieprzonym życiem, że nie dla niego było tworzenie jakiejkolwiek rodziny z jakąś dobrą kobietą.

Żadnej dobrej kobiety on, William pieprzony Brown, po prostu nie był cholernie wart.

I tak było to warte wszystkiego, bo będąc w tej ekipie poznał siłę przyjaźni, oddanie i lojalność, na jaką nigdy nie mógłby liczyć w swojej rodzinie.

Jego pieprzona matka była tancerką egzotyczną, czy też raczej cholerną striptizerką, i była nią z zawodu, charakteru i powołania, ale to dotyczyło nie tylko jej publicznego rozbierania się za pieprzone pieniądze.

Robiła różne szalone gówna, czepiała się kolejnych facetów, ćpała, upijała się i balowała, całkowicie zapominając o swoim jedynym synu.

Zdzira.

A potem, kiedy Billy miał prawie piętnaście lat, cholernie uczepiła się jakiegoś pieprzonego fagasa na dłużej.

Wyszła nawet za niego za mąż, ale wciąż nie ustatkowała się, więc facet po zaledwie roku cholernie miał dość tego gówna i odszedł, zostawiając ją w zaawansowanej ciąży z drugim dzieckiem.

I tak Billy zyskał przyrodniego brata, o którego jego pieprzona matka nie dbała cholernie dokładnie tak samo, jak nie dbała o Billy’ego.

Jack był małym, rozkosznym gnojkiem, za którym Billy przepadał, więc, kiedy nadszedł taki czas, bronił go przed niektórymi kolegami w szkole, dokarmiał go, czasem odbierał ze szkoły i rozmawiał z nim.

Czego nie robiła ich matka.

Nic z tego.

Więc Billy miał swoje pieprzone mieszkanie, cholerny samochód i niewiele więcej, był sam, ale miał też kogoś małego ze swojej pieprzonej rodziny, o kogo mógł i chciał dbać.

 

2 komentarze: