Rozdział 1
Hannah
Zjadłam
już swoje śniadanie przy blacie w kuchni, byłam w swojej sypialni, ubrałam się
w swoją zwykłą, luźną bluzkę i spódnicę, złapałam stamtąd swoją płócienną,
malowaną ręcznie torbę, w której nosiłam prace uczniów, moją torebkę i byłam
gotowa, by wyjść do pracy.
-
Mamo! - zawołałam w stronę kuchni,
wychodząc ze swojego pokoju do korytarza wyjściowego, kiedy Abi zakładała już
tam buty, by wybiec z domu przede mną, bo spieszyła się na autobus do liceum -
Pamiętaj, że wrócę dzisiaj późno. Mam spotkanie z rodzicami uczniów.
-
Dobrze - zawołała mama, która była tam zajęta bez wątpienia karmieniem naszego
braciszka, który musiał zjeść śniadanie przed tym, jak pani Peperson zabrałaby
go do przedszkola dziennego, kiedy będzie jechała tam ze swoją córką za pół
godziny, co robiła trzy razy w tygodniu.
To
był jego pierwszy rok w przedszkolu, ale bardzo lubił przebywać z innymi dziećmi,
a moja mama miała dzięki temu czas, by zarobić trochę szyciem dla naszych
znajomych i zająć się przeróbkami naszych ubrań.
Poprzedniego
dnia uprzedziłam mamę, że miałam w szkole konsultacje z rodzicami niektórych
uczniów, których wezwałam na popołudniowe godziny do szkoły, żeby już skończyli
swoją pracę, więc nie zdenerwowała się rano, ale nadal wiedziałam, że była
niespokojna.
Nie
lubiła tego, że musiałam wracać autobusem tak późnym popołudniem i nie winiłam
jej za to, bo ja też tego nie lubiłam.
Zaczęłam
już po raz kolejny rozważać zakup jakiegoś samochodu dla siebie i Abi, kiedy
pochylona nad butami siedziałam na ławeczce przy drzwiach, a moje torby leżały
obok mnie.
Po
zawiązaniu butów złapałam swoją torbę z pracami uczniów i lunchem, a potem
wybiegłam w ciepły, majowy poranek za swoją siostrą, wiedząc, że mama z bratem
wyjdą za nami niewiele później, bo nasza rodzina właśnie tak zaczynała każdy
dzień.
Moja
średnia siostra zostawała jeszcze w domu, bo pracowała na południową zmianę,
ale ona też wkrótce musiała wstać i zacząć się szykować na swój dzień.
Życie
nie było bardzo złe.
Mieliśmy
siebie.
Przetrwaliśmy
i mogłam zaufać Bogu, że będzie lepiej.
*****
Kilkanaście godzin
później
Za
oknami nadal było jasno, chociaż słońce schylało się już do linii horyzontu, bo
za niecałe trzy godziny miało się tam całkiem skryć.
Majowe
dni były już całkiem długie.
Rozmawiałam
z kilkorgiem z zaproszonych rodziców, więc moja praca na ten dzień również chyliła
się ku końcowi.
Nadchodziła
pora odpoczynku, chociaż czekałam na jeszcze jedną, możliwe, że dość trudną,
pogawędkę.
Pożegnałam
w drzwiach do swojej sali lekcyjnej ze szczerym uśmiechem na ustach również
uśmiechniętych i zadowolonych z naszej długiej rozmowy rodziców Nicka i mój
uśmiech zamarł, kiedy spojrzałam na zegarek z westchnieniem, bo na korytarzu
nie było nikogo.
Powinna
tam czekać mama Jacka, ale jej nie było.
Nie
martwiłabym się tym, że nie mogłam z nią porozmawiać, bo kobieta wydała mi się
być bardzo mało sympatyczna przez telefon, ale po pierwsze mogłam się mylić, a
po drugie nie chodziło o mnie.
Jack
był miłym, grzecznym dzieckiem, które nie wykorzystywało swoich możliwości,
więc chciałam porozmawiać z jego opiekunką, by je poszerzyć.
Lubiłam
go.
U
dziesięciolatków uzdolnienia bywały jeszcze nie ukierunkowane, albo mogły się
zmienić wraz z poznawaniem przez nich świata, ale ja widziałam już u Jacka
zdolność wyrażania jego myśli i zdolność rozumienia tekstów, jakie omawialiśmy,
która wybiegała znacznie poza zdolności innych dzieci w jego wieku.
Nie
musiało to znaczyć, że Jack będzie kiedyś w swoim życiu znanym, nagradzanym,
poczytnym pisarzem, docenianym poetą czy dobrze opłacanym reporterem z nagrodą
Pulitzera, ale mógł i powinien poznać swoje możliwości w tym kierunku, a ja
nadal trochę idealistycznie ufałam w to, że każda mama chciała dobrego życia
dla swojego dziecka w przyszłości.
Wróciłam do biurka, wyjęłam prace uczniów,
które przyniosłam ze sobą, by wykorzystać czas, jaki wiedziałam, że musiałam
poświęcić na oczekiwanie na spotkanie i zajęłam się ich sprawdzaniem.
Zaczytałam
się.
-
Już wszyscy wyszli, panno Sensible - jakieś dwadzieścia minut później usłyszałam
od drzwi głos, który rozpoznałam jako głos naszego woźnego, Elijah, który był
jednocześnie kimś w rodzaju strażnika, ochroniarza, więc podniosłam głowę znad
prac i spojrzałam w jego stronę.
Starszy,
szpakowaty, wysoki mężczyzna stał tam z łagodnym, uważnym wyrazem twarzy, więc
wiedziałam, że się martwił tym, że tam jeszcze byłam, ale nie był na mnie zły.
-
Och, tak, przepraszam - westchnęłam głośno - Już się zbieram.
Woźny
się wycofał i zamknął drzwi.
Spojrzałam
na zegarek, by zobaczyć, że minęła właśnie szósta trzydzieści wieczorem, więc mama
Jacka albo była bardzo spóźniona,
albo nie przyszła.
Jeśli
chciałam zdążyć na autobus, który odjeżdżał za dwadzieścia minut z pobliskiego
przystanku, powinnam się trochę pospieszyć, bo następny był dopiero za godzinę,
ale nadal miałam czas.
Do
przystanku autobusu miejskiego nie było daleko od wejścia do szkoły.
Wstałam
z krzesła, zaczęłam pakować swoją płócienną torbę i robiłam to szybko,
rozglądając się jednak, by niczego nie przegapić.
Zajęło
mi to z pięć minut.
Byłam
tyłem do drzwi.
-
Dzień dobry - usłyszałam dochodzący od nich obcy, męski głos - Przepraszam za
spóźnienie, ale dopiero wyszedłem z pracy.
Odwróciłam
się w tamtą stronę, by zobaczyć podchodzącego od już zamkniętych drzwi do mojego
biurka młodego człowieka.
Nie
na niego czekałam.
Mężczyzna
był młody, za młody na
dziesięcioletniego syna, szczupły, chociaż nie chudy i dość wysoki, a na pewno
wyższy ode mnie.
Cóż,
ja nie byłam jakoś wyraźnie wysoka, a zwykle chodziłam w butach na całkiem
płaskim obcasie.
A
do tego ten mężczyzna wydawał się być gibki i wysportowany.
Brązowe,
lekko kręcone, niesforne włosy i brązowe, lśniące humorem oczy w połączeniu z
dołeczkami w policzkach i goszczącym na ustach lekkim uśmiechem, nadawały mu
wygląd żartownisia.
Zamarłam
z zaskoczenia.
A
on pewnym krokiem poszedł w moją stronę z wyciągniętą ręką, więc,
przestraszona, automatycznie i bezmyślnie cofnęłam się o krok, wpadając boleśnie
biodrem na biurko, które było blisko mnie.
Zatrzymał
się kilka kroków ode mnie, opuścił rękę, spojrzał na miejsce uderzenia,
spoważniał i zmarszczył brwi.
-
Jestem William Brown - przedstawił się niskim, miłym w brzmieniu głosem, ale suchym
tonem - Jestem bratem Jacka. Ma pani moje nazwisko wpisane do listy odbierających
Jacka z młodszych klas - wyjaśnił mi, a ja poczułam się głupio.
Nie
mógł wiedzieć dlaczego nie lubiłam bliskiego kontaktu z obcymi mężczyznami,
więc nie zasługiwał na moją reakcję.
-
Tak, tak. Oczywiście - opanowałam się i wyciągnęłam do niego dłoń, robiąc krok
w jego stronę - Hannah Sensible. Jestem nauczycielką angielskiego i od początku
tego roku szkolnego opiekuję się klasą Jacka, więc chciałam o nim porozmawiać.
Ujął
moją dłoń, uścisnął ją delikatnie, chociaż zdecydowanie, a mnie przeszedł dreszcz,
którego nie rozumiałam.
Zawstydzona
moim niecodziennym odczuciem, opuściłam głowę i wymruczałam - Ummm.
A
potem pozbierałam się.
Odwróciłam
się w stronę stolików, by wskazać na stojące tam krzesło i wyjęłam zza drugiej
ławki inne dla siebie.
-
Proszę spocząć - powiedziałam przy tym.
-
Co mój braciszek narozrabiał? - usłyszałam pytanie, zanim nawet jeszcze dobrze
się usadziliśmy, ale nie zdziwiło mnie to, bo zwykle opiekunowie wzywani do
szkoły na rozmowę z nauczycielem, uznawali, że ich dziecko zostanie za coś
skarcone.
Nie
zaśmiałam się, ale poczułam się pewniej będąc na własnym gruncie, więc
wyprostowałam plecy i podniosłam głowę.
Spojrzałam
na mężczyznę z łagodnym uśmiechem, żeby zobaczyć, że mi się przyglądał bardzo
uważnie, co mnie ponownie speszyło.
Dotarło
do mnie, że był bardzo przystojny i młody, które to połączenie stanowiło
niebezpieczną mieszankę.
I
tym również się zdenerwowałam, a przez to byłam rozproszona i nie pomyślałam
nad tym, co miałam powiedzieć.
-
Pana brat jest bardzo grzecznym dzieckiem, umie samodzielnie myśleć, a do tego jest
bardzo uzdolniony w kierunku językowym - wypaliłam bez wstępu czy przygotowania
i nie zauważyłam, że zamarł - Mam tutaj jedną z jego prac - odchyliłam się w
bok, by wyjąć przygotowaną wcześniej pracę z torby, którą zdążyłam spakować - …proszę
na to spojrzeć.
Podałam
mu kartki z rozprawką, którą Jack napisał dla mnie nadobowiązkowo na temat
przyjaźni i relacji tego typu w rodzinie, co było trudne do opisania dla
dorosłego, a co dopiero dla dziesięciolatka, tym bardziej, że należało odnieść
się do przykładów z literatury.
Nie
dla Jacka.
-
Proszę przeczytać to, co mu napisałam - powiedziałam mu - Ta praca jest
naprawdę dobra. Przemyślana, napisana płynnym, lekkim językiem, bez błędów
stylistycznych, gramatycznych czy rzeczowych. Kiedy ją czytałam, żałowałam, że
nie mam jej więcej. Wykracza daleko
ponad to, czego spodziewałabym się po dziesięciolatku.
Nie
dodałam tego, co było oczywiste dla mnie, jako anglistki, że powinno wystąpić to
w tej pracy, ale wystąpiło, więc nie dowiedziałam się z niej niczego o relacjach międzyludzkich
występujących w tej konkretnej rodzinie, ich rodzinie, bo Jack napisał tę pracę
bardzo sprytnie omijając rzeczywistość, a skupiając się na literaturze.
Dokładnie
odwrotnie niż reszta dzieci z jego klasy, które podjęły się opisania tego
tematu i napisały o swoich
przeżyciach.
Napisałam
na pracy Jacka obszerną recenzję, odnosząc się w niej do samej stylistyki pracy
i do znajomości przez Jacka literatury i to na
nią zwróciłam teraz uwagę brata Jacka, bo to ona mówiła jemu i Jackowi
wszystko, co chciałam przekazać.
Sądziłam,
że powinna to również przeczytać mama Jacka, ale najwyraźniej, nie było to jej pisane.
Nie
rozmawialiśmy długo z panem Brownem, bo co prawda nie pospieszyłam, ale również
nie rozgadywałam się, przez cały czas pamiętając o uciekającym mi autobusie.
Nadal
opowiedziałam mu wszystkie moje przemyślenia dotyczące możliwości rozwoju
Jacka.
Jego
brat był bardzo milczący i wyglądał na zaskoczonego tym, że ktokolwiek chwalił
Jacka, co mnie zasmuciło, bo potwierdziło to, co wywnioskowałam z rozmowy
telefonicznej z ich mamą.
Nie
dostrzegała, jakiego ma wspaniałego
syna.
Kiedy
po kolejnych kilku minutach rozmowy pożegnaliśmy się, zebrałam swoje torby,
poszłam do pokoju nauczycielskiego, bo chciałam tam zostawić tę część prac,
które już sprawdziłam, by nie wozić ich w tę i z powrotem, pogasiłam wszystkie
światła i wyszłam ze szkoły, żegnana nerwową miną pana Elijah.
-
Jest całkiem pusto, panno Sensible - powiedział mi coś, co zauważyłam - Może
panią odprowadzę? Proszę poczekać minutę, pójdę po klucze.
Poczułam
się miło i ciepło na myśl, że się o mnie prawdziwie troszczył, ale nie musiał,
a jego zadaniem było pilnowanie szkoły i mógł mieć nieprzyjemności, jeśli
opuściłby posterunek.
-
Dziękuję panu, naprawdę, bardzo
serdecznie - powiedziałam do niego - Nie trzeba. Poradzę sobie. Jest jeszcze
dość jasno. To niedaleko i nikogo tam nie ma. Może mój autobus jeszcze nie
przejechał.
-
Okej - mruknął i zacisnął usta, ale już dłużej nie nalegał.
Skinęłam
mu głową, wymieniliśmy ostatnie pożegnania i poszłam na pobliski przystanek
autobusowy, którego nie było widać od drzwi wejściowych szkoły, bo zasłaniał go
murek, otaczający podwórko szkolne, a także ozdobne krzaki, które tam rosły.
Powinnam
była uważać.
Nie
zrobiłam tego.
Było
dość jasno, ale bardzo pusto, a ja siedziałam
sama na ławce na zadaszonym przystanku, czekając na kolejny autobus, bo mój już,
niestety, odjechał i nawet nie wyjęłam książki do czytania, bo się rozmarzyłam.
Zdarzało
mi się to dosyć często, wciąż za
często.
Po
zmianach, jakie zaszły w naszym życiu, w życiu naszej rodziny, moje marzenia
też się zmieniły, ale wciąż dominowało w nich jedno.
Rodzina,
dom, dzieci, mężczyzna, który by się nami opiekował.
Nie
było w nich jednak już porywów serca, czy też romantycznych scen, ale
stabilizacja i bezpieczeństwo.
Zwykle
nie myślałam o nikim konkretnym, ale jakoś dziwnie, kiedy tym razem marzyłam,
jak robiłam to czasami, o mojej przyszłej rodzinie, o mężczyźnie, którego
witałabym w progu naszego domu, kiedy wracałby z pracy, tym razem mój wybranek
miał twarz brata Jacka.
Potrząsnęłam
głową z niedowierzaniem i uśmiechnęłam się sama do siebie z politowaniem na
moją głupotę, kiedy to sobie uświadomiłam, bo ten mężczyzna tak bardzo nie nadawał się z wyglądu na bohatera
romantycznego.
Nie
był super przystojny, ani nie czułam przy nim trzaskających piorunów czy tych
niby „motyli w brzuchu”, cokolwiek miało to znaczyć.
I,
głupia ja, byłam, niestety, tak bardzo pogrążona we własnych myślach, że absolutnie
nie usłyszałam podchodzącej do
przystanku niewielkiej grupki mężczyzn, czy też może starszych chłopców.
Dowiedziałam
się o ich obecności o wiele za późno na ucieczkę, bo dopiero wtedy, kiedy
usłyszałam ich głosy.
-
Yo, laleczko - zawołał nagle jeden, na co podskoczyłam lekko na ławce i
szarpnęłam głową w ich stronę - Może dotrzymamy ci towarzystwa.
-
He, he, he - prawie jednocześnie nieprzyjemnie zarechotał drugi - Myślę, że ta dziecinka
może nam dać dużo więcej niż samo pieprzone towarzystwo.
Spięłam
się, zacisnęłam wargi i zaczęłam się podnosić, trzymając kurczowo w garściach torebkę
i torbę, żeby pójść jednak w stronę szkoły i tam poczekać na autobus, ale
otoczyli mnie i nie pozwolili się ruszyć.
Zablokowali
mnie.
Jeden
z nich, pachnący niezbyt miło, nawet usiadł tuż obok mnie na ławce, na którą z
powrotem opadłam i zaczął mnie dotykać po ramieniu i po plecach.
Poczułam
się bardzo niekomfortowo i postarałam się odsunąć od jego ręki.
-
No, nie bądź taka - powiedział sugestywnym tonem trzeci - Będzie ci równie przyjemnie
co nam, jak się zgodzisz.
-
Jak się nie zgodzisz… - dodał inny, a
jego ton był co najmniej niemiły - to
będzie przyjemnie tylko nam.
O, nie!
Krew
odpłynęła mi z głowy, bo pomyślałam o Ewie.
Widziałam,
jak ona, biedactwo moje kochane, wyglądała, kiedy wróciła do domu po jej pobycie
w szpitalu, ale też potem widziałam, jak wyglądała i jak to przeżywała moja
mama, jak zareagował mój, załamany tym wszystkim, tata.
Zaczęłam
więc dosłownie dyszeć i dygotać ze
strachu nie tylko lub może nie tyle o
siebie, co o moich bliskich, oczy otworzyłam szeroko, ale tak naprawdę nic nie
widziałam.
Byłam
śmiertelnie przerażona.
Czułam
wielką, gorącą, obcą dłoń, sunącą po
moich włosach, potem grube, szorstkie palce wsuwające się w nie od boku do tyłu
i rozplątujące mi warkocz.
Przycisnęłam
do swojego przodu oburącz torbę razem z moją torebką i skuliłam się w kącie drewnianej
ławki przystanku autobusowego, ale nie potrafiłam nawet logicznie pomyśleć.
W
tym momencie usłyszałam od strony jezdni dźwięk klaksonu samochodu, dźwięk
otwieranych drzwi, a potem trochę znajomy, chociaż nie pamiętałam skąd, męski głos.
-
Hannah! - ktoś zawołał moje imię - Wsiadaj!
Co?
Nie
negowałam tego rozkazu, tylko zaczęłam się drżąco podnosić z ławki, która była
nieco odsunięta od krawężnika, bo stała za chodnikiem, ale tamci zagrodzili mi
drogę, tworząc mur ze swoich ciał, kiedy stali tyłem do mnie.
Stałam,
ale nadal obiema rękoma przyciskałam swoją torbę i torebkę do swojego brzucha.
-
Spierdalaj! - usłyszałam agresywne zawołanie
jednego z nich, a inni warczeli, chrząkali i wyczuwałam, że szykowali się do
bójki.
-
Sam spierdalaj - nie podnosząc głosu, rzucił swobodnie tamten, którego głos
trochę rozpoznawałam, chociaż nadal nie wiedziałam, kto to był - To moja
dziewczyna i jedzie ze mną.
Słucham?
-
Ty jesteś ten z piwnicy? - nagle dziwnie zapytał ze zdumieniem w głosie jeden z
tych obcych i wyczułam ogólną zmianę nastroju.
Mężczyźni
otaczający mnie jakby się rozluźnili.
-
A jak tak, to co? - odparł tamten, którego jakby znałam.
Tylko
nie mogłam sobie przypomnieć skąd.
-
No to sorki, brachu - nagle ugodowo
mruknął inny z tej grupy, która mnie napastowała - Taki talent się szanuje. Jak to twoja dziunia, to ją bierz.
Mężczyźni
wokół mnie w końcu rozstąpili się, więc, nie wahając się ani sekundy, wyrwałam
się spomiędzy nich i pobiegłam w stronę samochodu, wciąż oburącz przyciskając
torbę do frontu mojego ciała.
Patrzyłam
pod swoje nogi.
Będąc
przy samochodzie, wyciągnęłam prawą rękę, złapałam za klamkę i szarpnęłam za drzwi,
które od razu ustąpiły.
Bogu niech będą
dzięki.
Wskoczyłam
na siedzenie pasażera, zatrzasnęłam drzwi auta za sobą i dopiero wtedy
usłyszałam, że ten, który mnie uratował, wsiadł za kierownicę, zamknął swoje
drzwi i zapiął pasy.
Zamrugałam
gwałtownie, chociaż nadal nic nie widziałam.
-
Okej? - usłyszałam i dopiero wtedy spojrzałam na niego.
Siedział
na miejscu kierowcy, zwrócony do mnie całym tułowiem, lewą ręką opierając się
na kierownicy, a prawą na oparciu mojego fotela.
Znałam go!
To
był ten sam młody mężczyzna, który przed chwilą był ze mną w mojej sali, by porozmawiać
o Jacku Smithie.
William
Brown.
Skinęłam
głową w jego stronę, chociaż nadal lekko dyszałam z emocji.
-
Zapnij pasy - mruknął i patrzył, jak to robiłam nieco niezdarnie, bo ręce mi
nadal dygotały, a lewą ręką wciąż przyciskałam torbę do swojego brzucha.
Kiedy
usłyszałam kliknięcie zapięcia pasa, przez które trochę podskoczyłam na
siedzeniu, mężczyzna na fotelu kierowcy odwrócił się do przedniej szyby,
uruchomił silnik i ostrożnie wyjechał na drogę, oglądając się przez lewe ramię
i patrząc czujnie w lusterka.
Dzięki
Bogu.
*****
Billy
Kiedy
kilka godzin temu Jack zadzwonił do Billy’ego do pracy z pieprzoną informacją,
że ich mama wkurwiła się, jak to zwykle robiła, bo nauczycielka wezwała ją do
szkoły, Billy nie zawahał się ani trochę, by się tym zająć.
Jack
zwykle się nie skarżył.
Jego
pieprzona matka nie lubiła, by jej przypominano, że miała synów, którymi czasem
musiała się cholernie opiekować, a Billy miał tylko nadzieję, że Jack nie
oberwał za bardzo za zmuszanie jej do tego.
Chociaż
matka ich nigdy nie biła.
Billy
nie musiał się zwalniać u Oli’ego ani mówić ni chuja żadnemu z facetów, z
którymi pracował, bo Jack powiedział mu, że nauczycielka będzie w szkole do wpół
do siódmej wieczorem.
Billy
uznał, że to była cholernie dziwnie późna pora, ale nauczyciele bywali popierdoleni i dziwni, więc nie
wnikał w to.
Sam
nigdy nie napotkał ani jednego pierdolonego nauczyciela, któremu by na nim cholernie
zależało.
No,
może kiedyś jeden wuefista w pieprzonym liceum był zainteresowany jego cholerną
sprawnością fizyczną, ale Billy nie chciał uczestniczyć w żadnych pojebanych rozgrywkach
drużynowych, nie dbał o przyszłe stypendium, więc tamten mu odpuścił.
Kiedy
wszedł do szkoły, a potem zajrzał przez drzwi do sali lekcyjnej, którą mu wskazał
woźny, Billy przeżył niezłe zaskoczenie.
Kurwa,
to była nauczycielka?
Przy
pieprzonym biurku na niewysokim podeście pieprzonej sali lekcyjnej stała bardzo
młoda kobieta, prawie dziewczyna, której jasnoblond włosy były spięte ciasno z
tyłu głowy w gruby, długi warkocz.
Od
tyłu Billy nie mógł rozpoznać jej figury, bo była ubrana w cholernie luźną
bluzkę i pieprzoną workowatą spódnicę, które nie robiły nic dobrego dla jej
podkreślenia jej kształtów.
Jednak,
kiedy się do niego odwróciła przodem, Billy’emu cholernie spodobało się to, co zobaczył.
Jej
szaro-błękitnych oczu nie miała podkreślonych ani odrobiną makijażu, co Billy
umiał rozpoznać i docenić, bo, kiedy podszedł bliżej, zauważył jej niezwykle
długie, chociaż jasne rzęsy.
Miała
okrągłą twarz z delikatną, świeżą cerą bez śladu pudru czy różu i piękne,
miękkie, duże usta, których nie pociągnęła nawet pomadką, co Billy również
docenił, bo lubił naturalne kobiety.
Kiedy
przestraszona bez powodu cofnęła się przed nim, uznał, że musiał być w stosunku
do niej bardziej delikatny, postępować ostrożnie, by powoli dowiadywać się
wszystkiego, czego potrzebował.
Tak
zawsze robił z ludźmi na swojej drodze.
Kryjąc
się za pogodną maską żartownisia, dowiadywał się o nich, jak najwięcej mógł,
żeby móc się przed nimi bronić, wypierdalać od nich lub ich, w razie
konieczności, zaatakować.
Nie
tym razem.
Zaskoczyła
go jak gówno i chyba to okazał.
Pana brat jest
bardzo zdolny.
Wezwała
ich pieprzoną matkę, by powiedzieć jej, że jej cholerny młodszy syn był zdolny
i nie zawahała się to powiedzieć na głos bratu ucznia, mężczyźnie, którego
właśnie poznała.
Billy
cholernie chciałby, żeby Jack to
miał.
Kogoś,
kto pochwaliłby go bez wahania, bez owijania w bawełnę.
Kto
dawałby gówno na tyle, by zrobić cokolwiek.
Więc
zamierzał przekazać wszystkie pochwały swojemu młodszemu, przyrodniemu bratu,
by nie martwił się dłużej rozmową Billy’ego z nauczycielką.
Jednak,
kiedy Billy wypierdzielił, wyszedł z tamtej sali, wyszedł przed szkołę i wsiadł
do swojego pickupa, poczuł to, co wzbierało w nim przez cały pieprzony dzień,
chociaż cholernie starał się to ignorować i nie okazywać pieprzonej słabości w
pracy.
Przez
cały dzień nic nie jadł z tego powodu.
Wrócił
ból brzucha, zawroty głowy, w ustach poczuł nadmiar śliny.
W
głowie mu zadudniło, żołądek się skurczył i wezbrały w nim mdłości.
Gówno.
Jeździł
czarnym, starym, piętnastoletnim pickupem Forda F-150 Custom, o którego dbał,
więc mógł posiedzieć w nim kilka minut i uspokoić swoje sensacje, zanim
pojechałby do swojego mieszkania.
Wiedział,
że odpocznie i będzie dobrze.
I
to zrobił.
Rozluźnił
się i było dobrze.
Potem
wziął jeszcze jeden, a potem drugi głęboki wdech, by uspokoić żołądek i uruchomił
silnik, a później wyjechał od krawężnika na drogę.
Parę
metrów dalej zobaczył grupkę facetów, gnojków-skurwieli, otaczających samotną kobietę
siedzącą na ławce przystanku autobusowego i zadziałał jego cholerny kompleks
pieprzonego bohatera.
Żyjąc
i pracując wśród takich jak Jimmy, David, Alex i inni, Billy częściowo
podświadomie marzył o tym, by wykazać się jako obrońca jakiejś kobiety lub
kogokolwiek innego.
Więc
zatrzymał się przy krawężniku i wysiadł z pickupa.
Wtedy
ją rozpoznał.
Kurwa!
To
była ta młoda kobieta, nauczycielka Jacka, a na dodatek wyglądała na jeszcze
bardziej przestraszoną niż wtedy, kiedy Billy do niej podszedł z wyciągniętą
ręką.
I
kiedy sama uderzyła się o biurko, bo
bała się bliskości Billy’ego, więc cofnęła się przed nim na oślep.
Hannah.
Nie
wiedział, co to było za dziwne imię.
Nieważne.
Wrócił
tyłkiem do samochodu i, nie zamykając drzwi, nacisnął klakson dwa razy, a potem
wychylił głowę nad dach swojego pickupa, wciąż nie zamykając drzwi i zawołał
jej imię.
Nie
był zaskoczony tym, że pierdoleni faceci chcieli z nim o nią walczyć, bo to był
właśnie ten typ gnojków, którzy lubili się zabawić kosztem innych.
Zaskoczony
jak gówno był tym, że jeden z gówniarzy go poznał z klubu.
Najważniejsze
było to, że ją wypuścili w cholerę, a ona posłuchała go i podbiegła, by wsiąść
do jego Custom’a.
Kiedy
Billy miał ją już w swoim samochodzie, przyjrzał się jej uważniej.
Była
przerażona o wiele bardziej, niż wynikałoby to z takiej sytuacji.
Kurwa.
Nic
o niej nie wiedział.
Może
już kiedyś przeżyła coś takiego lub nawet coś gorszego.
Jej
postawa, ubiór, jej cały sposób bycia również świadczyły o przeżytej przez nią
traumie, czego Billy nie mógł zrozumieć bez pytań, ale co mógł postarać się
opanować, jakoś złagodzić.
Dlatego
uruchomił silnik i powoli wyjechał na ulicę.
-
Gdzie mieszkasz? - zapytał.
Zerknął
na nią, a ona spojrzała na niego półprzytomnie, jakby odezwał się w obcym
języku lub zapytał o coś niespotykanego.
-
Odwiozę cię do domu - wyjaśnił łagodnie - Powiedz mi tylko dokąd.
-
Ja… - przełknęła ciężko, wyprostowała się i położyła wreszcie torby na
kolanach, by pogładzić dłonią włosy - Proszę mnie wysadzić na przystanku.
Poradzę sobie.
Tak,
na pewno, już to widział.
-
Nie zostawię cię samej w takim stanie - kontynuował tym samym łagodnym głosem -
Powiedz gdzie mieszkasz, a podrzucę cię tak blisko, jak będziesz chciała.
-
Ja… - zawahała się - Dziękuję.
Pomilczała
przez kilka sekund i dodała szeptem, jakby mówiła do siebie:
-
Nie mogę tak się pokazać mamie.
No,
tak, była potargana i nerwowo rozedrgana.
Martwiła
się, że jej mama się tym zdenerwuje i Billy to rozumiał.
Miała mamę, która się o
nią martwiła.
Więc
Billy zdecydował się na jedyne logiczne rozwiązanie, bo wiedział, że nie mógł
jej zostawić samej na ulicy, nawet bliżej ludzi na jakimś przystanku.
Nie
w jej stanie.
Skierował
samochód w stronę swojego mieszkania.
Przez
prawie dziesięć minut jechali w milczeniu.
Billy
zaparkował na parkingu pod swoim blokiem, a Hannah siedziała unieruchomiona i
nie drgnęła, kiedy wyłączył silnik i odpiął swoje pasy.
-
Wejdziesz do mnie, do mojego mieszkania - powiedział jej szorstkim tonem -
Uczeszesz się, odświeżysz, a potem odwiozę cię do domu. Wysiadaj - rozkazał w
końcu.
Otworzył
drzwi, wysiadł, zatrzasnął je i obszedł pickupa wokół maski.
Hannah
nie poruszyła się, więc otworzył jej drzwi i spojrzał prosto w te błękitne,
przestraszone oczy.
-
Nie mogę… - zaczęła, ale Billy znowu poczuł się naprawdę źle, więc przerwał jej
o wiele bardziej szorstko, niż zamierzał.
-
Nie komplikuj - wyszło to prawie jak warknięcie.
Odsunął
się, stanął bokiem i wskazał jej ręką, żeby wysiadła.
Wreszcie
go posłuchała, odpięła pasy i niepewnie odwróciła kolana w jego stronę, a potem
zsunęła tyłek z siedzenia.
Wysiadła,
stanęła koło samochodu, przyciskając do brzucha cholerną torebkę i płócienną
torbę, popatrzyła, jak zamykał drzwi, zamykał samochód na kluczyk i ruszył w
stronę budynku, a wtedy poszła za nim.
Początkowo
jeszcze słyszał, jak szurała nogami, a potem już nic.
Billy
bowiem z każdym pieprzonym krokiem czuł się coraz słabszy i ponownie ogarniały
go mdłości, ale skupił się na odganianiu tego.
Jednak
przez to nie zauważał otoczenia.
Wszedł
przed nią schodami na swoje pierwsze piętro, przeszedł, jak zwykle zasyfiałym,
brudnym, cholernie śmierdzącym wymiocinami i fekaliami, wewnętrznym korytarzem
pośród odgłosów telewizji, kłótni i seksu dochodzących zza kolejnych mijanych
drzwi, a potem otworzył drzwi do swojego mieszkania z klucza, który wyjął z
tylnej kieszeni swoich spodni.
Wsunął
się, zapalił górne światło włącznikiem, ale nie dał rady ogarnąć wzrokiem
pokoju, bo ponowna fala bólu i mdłości osłabiła go, więc musiał się skupić na
utrzymaniu równowagi, trzymając się kurczowo jedną ręką rogu ściany.
Rzucił
klucze od mieszkania na pieprzoną szafkę przy drzwiach razem z kluczykiem od
samochodu, komórką i portfelem, ale zrobił to cholernie automatycznie,
odruchowo.
Westchnął
ciężko, wskazał machnięciem ręki kierunek i, nie patrząc w jej stronę, rzucił do
kobiety niskim głosem - Tam jest łazienka.
Ruszyła
w tamtą stronę.
Potem
Billy wciąż na nią nie patrzył, kiedy poszedł do blatu w aneksie kuchennym,
nalał sobie wody z kranu do szklanki, która tam stała od kilku dni, więc
prawdopodobnie była brudna i wypił kilka łyków.
Nie
pomogło.
Ból
zaczął go oszałamiać.
Tym
razem był zbyt silny.
Więc
Billy odwrócił się do pokoju, mętnym wzrokiem odnalazł kanapę, by dotrzeć do
niej resztką sił i upaść na nią bokiem, bo tyłkiem nie dał rady, więc jego nogi
zwieszały się na podłogę.
Stracił
świadomość.
*****
Hannah
Stałam
przed lustrem, próbowałam się trochę ogarnąć i myślałam sobie, że to było
bardzo miłe z jego strony.
William
zabrał mnie do swojego mieszkania, żebym mogła poprawić włosy i w ogóle doprowadzić
się do jako takiego stanu przed powrotem do mojego
domu, do mamy, co uznałam za przejaw prawdziwej rycerskości.
Kiedy
jeszcze jechaliśmy jego samochodem, powróciłam do stanu względnej równowagi,
więc zaczęłam obmyślać plan działania i słowa, jakie powinnam powiedzieć mamie,
żeby ją uspokoić po powrocie do domu w takim stanie i o tej porze.
Tym,
co głównie czułam, była wdzięczność.
Potem
weszliśmy do tego budynku, a ja ledwo opanowałam obrzydzenie i chęć ucieczki z
krzykiem.
Panujący
tam brud, słyszalne odgłosy awantur, zapach, to było dla mnie zbyt wiele,
chociaż nie ze względu na mnie.
Po
prostu wiedziałam, że On, ten wspaniały
młody mężczyzna, który mnie uratował, mieszkał tam na co dzień.
Był
moim Wybawcą, Bohaterem.
Weszliśmy
do jego mieszkanka, jeśli można tak było nazwać tą klitkę, składającą się z
jednego pomieszczenia, które było salonem i kuchnią, a przez niedomknięte drzwi
zobaczyłam coś, co musiało być mini-sypialnią.
Potem
bez protestów poszłam do łazienki, którą wskazał mi William.
Był
tam tylko prysznic i sedes oraz mała umywalka, nad którą wisiało lustro, więc
wzięłam to, co było.
Stałam
przed brudnym lustrem w tej małej, brudnej łazience i rozczesywałam włosy
palcami, bo nie miałam przy sobie szczotki, by związać je z powrotem w warkocz,
kiedy uświadomiłam sobie, że nie będę musiała nic mówić mojej mamie.
Dzięki
Williamowi mogłam wrócić do domu, przeprosić mamę za spóźnienie i nie
denerwować jej wieścią, że jacyś mężczyźni napastowali mnie w środku miasta,
jeszcze w biały dzień.
Był
moim Rycerzem w Srebrnej Zbroi.
Tak.
Prawdziwi
Bohaterowie nie noszą peleryn.
Pochyliłam
się nad umywalką, chlapałam twarz wodą, wyprostowałam się, sięgnęłam po ręcznik
i zamarłam.
Wszystko,
włącznie z ręcznikiem było tak strasznie brudne.
William
nie miał nikogo, kto nim się
zajmował.
Opiekował
się swoim młodszym, przyrodnim bratem, co wywnioskowałam z tego, że nosili
różne nazwiska (nie wspominając o tym, że Jack był Mulatem), a ich mama
najwyraźniej nie zajmowała się ani jednym, ani drugim.
William
był dobry, uważny i odważny, przynajmniej na tyle, by zauważyć, że
potrzebowałam ratunku, a także by zatrzymać się i stawić czoła tym kilku mężczyznom
z przystanku.
A
na dodatek jeden z nich na koniec odezwał się do niego z szacunkiem, kiedy
najwyraźniej go rozpoznał.
Taki talent się
szanuje.
Więc
William miał talent.
Mogłam
mu się odwdzięczyć za ratunek, opiekując się nim.
Mogłabym
mu przynajmniej zrobić pranie.
Chociaż
nigdy bym mu tego nie narzuciła, więc ta początkowa myśli została stłumiona we
mnie przez moją wrodzoną nieśmiałość.
Jednak,
kiedy wyszłam z łazienki i spojrzałam nieco przytomniej na pokój, który był
pomieszczeniem wspólnym w postaci salonu, połączonego z jadalnią, z korytarzem
wejściowym i aneksem kuchennym, dostrzegłam panujący tam bałagan rzeczy
porozrzucanych przez tygodnie użytkowania.
Męski bałagan.
Nie
było bardzo brudno w sensie brudno,
ale był zauważalny brak dopilnowania, brak „kobiecego oka”, bo mężczyzna nie
spostrzega kurzu, plamy na podłodze lub tapicerce krzesła, nie widzi potrzeby zbierania
ubrań w jedno miejsce i prania ich, dopóki ma w czym chodzić.
Takie
„drobiazgi”.
Większą
rzeczą, którą zauważyłam, a która mnie przeraziła, było to, że William leżał
dziwnie wygięty na kanapie i nie wyglądał na przytomnego.
Podbiegłam
do niego, wołając - William, a potem
przysiadłam bokiem przy jego biodrze i przyłożyłam dłoń do jego czoła.
Jego
skóra była pokryta potem, gorąca na skroniach, co znałam z tego, że, opiekując
się moim rodzeństwem i mamą przez ostatnie kilkanaście miesięcy, kilka razy
widziałam, jak moja najmłodsza siostra miała bardzo bolesne miesiączki.
To
ból spowodował pokrycie potem skóry, a ciepłe skronie świadczyły o podniesionej
temperaturze ciała Williama.
Jak
kiedyś u Abla.
Miał
gorączkę.
-
William… - cicho spytałam nagląco, pochylając się bliżej jego twarzy - co cię
boli?
Nie
reagował, ale nagle przekręcił się, wydał dziwny odgłos i przechylił się w
stronę podłogi, więc ledwo zdążyłam odsunąć nogi, kiedy na nią zwrócił.
Podtrzymałam
go za ramię, żeby nie spadł z kanapy i zmarszczyłam brwi.
Wymiotował
właściwie tylko wodą, śluzem i żółcią, więc wiedziałam, że jego żołądek był pusty.
Więc
raczej nie zatruł się, bo nic nie jadł.
Ale
po opiece nad moim malutkim braciszkiem wiedziałam, że podczas takich wymiotów
człowiek łatwo może się odwodnić.
Położyłam
go na boku na kanapie, wstałam i poszłam do blatu kuchennego, by złapać ręcznik
papierowy i szklankę wody z kranu.
Z
pierwszym nie było problemu, ale drugie… no cóż, nie było czystych szklanek w kuchni Williama, więc musiałam jedną
umyć, przy czym odkryłam, że nie miał płynu do zmywania.
Wróciłam
do kanapy.
Podałam
Williamowi szklankę, ale nie dał rady podnieść ręki, więc nie dałby rady jej
utrzymać ani przechylić.
Nie
chciał również pić, a jedynie wykrzywił się z obrzydzeniem i lekko odwrócił
twarz od szklanki.
Wytarłam
szybko podłogę ręcznikami, odkładając na później to, że musiałam umyć ją
porządniej i myślałam.
Wstałam,
wyrzuciłam ręcznik do przepełnionego kosza na śmieci, odstawiłam szklankę na
blat i podeszłam z powrotem do kanapy.
Musiałam dostarczyć
Williama do lekarza.
Nie
wiedziałam o nim nic, co mogłoby mi podpowiedzieć, jaki był stan jego finansów,
ale powiedział mi, że wrócił tego dnia późno z pracy.
Powinien
mieć choćby podstawowe ubezpieczenie.
Pochyliłam
się nad Williamem.
-
William, jesteś chory - postarałam się mówić wyraźnie - Czy mam kogoś zawiadomić.
Może wezwać lekarza. Może zawiozę cię do szpitala.
Spojrzał
na mnie, jakby usiłował się skupić, dowiedzieć się kim byłam i skąd się tam
wzięłam.
-
Szpital - stęknął, więc zaczęłam działać.
Szybko.
Po
pierwsze z półki przy drzwiach zgarnęłam jego telefon, sprawdziłam, że w
portfelu miał kartę ubezpieczalni, po drugie zniosłam do samochodu swoją torbę,
żeby móc pojechać do swojego domu, kiedy już dostarczyłabym Williama do
szpitala.
Po
drodze wzięłam z szafki przy drzwiach jego klucze, ten od samochodu i ten od
mieszkania, więc zamykałam za sobą drzwi.
Potem
biegiem wróciłam do jego mieszkania i tu zaczęły się problemy.
William
był półprzytomny i dosyć ciężki.
Nie
współpracował, a nie było nikogo, kto mógłby mi pomóc, bo bałam się zapukać do
sąsiadów, skoro wcześniej słyszałam tam awantury.
Podniosłam
go z wysiłkiem, prosząc, aby wstał, kiedy wsunęłam się pod jego ramię, więc
opierał się całym ciałem na moich plecach.
Szczęśliwie
William zmobilizował się na tyle, że mogłam go, zgiętego w pół, najpierw oprzeć
o ścianę w korytarzu, kiedy zamykałam jego drzwi, a potem poprowadzić wlekącego
nogami, wciąż zgiętego, ciężko opartego na mnie jednym ramieniem przewieszonym przez
moje ramiona i słaniającego się, w stronę parkingu.
Zanim
udało mi się go wsadzić na siedzenie pasażera jego pickupa, byłam całkiem
przepocona z emocji i wysiłku.
Prowadziłam
kiedyś samochód mojego taty.
Był
on trochę podobny do tego, chociaż był to SUV z licznymi siedzeniami dla
licznej rodziny.
Na
szczęście oba były automatami.
Nigdy
tego jednak nie robiłam pod taką presją, obcym samochodem, z nieprzytomnym
mężczyzną, siedzącym na fotelu pasażera.
Ale,
kiedy już udało mi się uruchomić silnik, dostosowałam lusterka i fotel do
swojej wysokości i zabrałam się za wyjeżdżanie z parkingu, William ocknął się i
zaczął niezgrabnie grzebać w swoim telefonie, który położyłam we wgłębieniu półki
przy dźwigni ustawień, a który połączył się przez bluetooth z samochodem, co
dał znać sygnałem dźwiękowym.
Dzięki Bogu!
Uznałam,
że zaraz dowiem się, kogo należało powiadomić o jego chorobie i kto był dla
niego ważny.
Kiedy
już wyjeżdżałam na drogę, wciąż bardziej martwiąc się o Williama niż o moje
umiejętności prowadzenia samochodu, usłyszałam w głośniku samochodowym sygnał
połączenia, a potem znany mi głos Olgierda!
Oli
był naszym starym znajomym, który obecnie bardzo pomagał całej mojej rodzinie, a szczególnie mojej mamie.
-
Billy - mój znajomy najwyraźniej powitał mojego towarzysza jak swojego
bliskiego znajomego.
-
Oli? - spytałam głośno ze zdziwieniem w głosie, zanim William zdążył się
odezwać, a on w tym samym momencie jakby zrezygnował z wysiłku reagowania i
tylko słuchał naszej wymiany zdań.
-
Hannah? - usłyszałam zaskoczenie w głosie człowieka, który razem ze swoją żoną,
Heleną, bardzo pomagał mi, moim trzem siostrom i mamie w czasie, kiedy odczułyśmy
boleśnie odrzucenie i plotki ze strony naszej społeczności po tym, co zrobił
mój tata.
Nie
wiedziałam, jak przetrwalibyśmy to wszystko z roztrzęsioną mamą, malutkim
bratem bez ich wsparcia i pomocy.
Oli
i Helena pomogli nam znaleźć mniejszy, tańszy dom, przeprowadzić się, sprzedać
samochód i w wielu innych sprawach.
-
Tak! - skupiłam się, żeby wyjaśnić, skąd się wzięłam po tej stronie tego
konkretnego telefonu - William bardzo źle się czuje. Zawożę go do szpitala.
Resztę
mogłam mu powiedzieć później, ale i tak Oli wyczuł lub domyślił się, co mogłam
czuć.
-
Billy prowadzi? - spytał, żeby uściślić informacje.
-
Ja prowadzę - wyjaśniłam - Billy nie jest zbyt przytomny.
Głupia
ja!
Dlaczego
nie przyszło mi wcześniej do głowy, że raczej mówili na Williama Billy, a nie William?
-
Patrzysz przed siebie na drogę? - surowo zapytał Oli.
Nie
obraziłam się, bo po prostu martwił się o nas, o mnie.
-
Tak - odparłam - Jesteś na głośnomówiącym.
-
Dobrze - mruknął Oli.
-
Postaram się szybko dotrzeć do najbliższego szpitala - powiedziałam Oli’emu -
Później dam ci znać do którego.
-
Billy pracuje ze mną w FS 13 - dodał Oli, jakby domyślił się, że tego nie
wiedziałam, a ja byłam mu wdzięczna, bo nie chciałam wścibsko dopytywać, a
powinnam chyba to wiedzieć - Jest strażakiem. Ma niezłe ubezpieczenie.
-
Dobrze - szepnęłam z ulgą - Mam jego kartę z ubezpieczalni. Miał ją w portfelu.
-
Dobrze. Radzisz sobie? - spytał mnie mężczyzna, który opiekował się naszą
rodziną, więc znał mnie i wiedział, że nie prowadziłam samochodu zbyt często od
czasu, kiedy zdałam egzamin na prawo jazdy w liceum.
-
Radzę sobie - zapewniłam Oli’ego i to była prawda - Billy chciał, żeby cię
powiadomić, co się dzieje.
-
Jasne - mruknął Oli, a ja ponownie pomyślałam, że w ogóle nie znałam Billy’ego,
nic o nim nie wiedziałam.
Z
drugiej strony, trochę wiedziałam.
Wiedziałam,
że jego mama nie zajmowała się jego bratem, więc tym bardziej nim, który był
dorosły.
Wiedziałam,
że mieszkał sam i nie było kobiety, a może nikogo,
kto by się nim zajął w takiej czy innej sytuacji.
Wiedziałam,
że był odważny i dobry i że przejmował się obcą kobietą, więc był wart tego,
żebym ja się nim zajęła w potrzebie.
Wiedziałam
również, że ja nigdy nie wybaczyłabym sobie, jeśli bym go teraz opuściła,
chociaż podejrzewałam, że nie spodoba się mojej mamie to, że tak późno będę w
domu po pracy.
Westchnęłam
i zerknęłam na mężczyznę, który siedział na fotelu pasażera i wyglądał, jakby
stracił świadomość tego, co się działo.
Jakby
trzymał się resztką woli, a właśnie stwierdził, że mógł odpuścić, bo był w
dobrych rękach.
Zaufał
mi.
Nie
mogłam go zawieść.
Po
krótkiej wymianie informacji i pożegnaniu rozłączyłam się z Oli’m, a pięć minut
później byłam przy wjeździe dla karetek szpitala, gdzie zabrali Billy’ego na
wózek, a ja odprowadziłam jego pickupa na szpitalny parking.
A
potem zamknęłam go i poszłam do szpitala, by dowiedzieć się wszystkiego, co
powinnam później przekazać Oli’emu.
*****
Olgierd
Kiedy
Hannah odezwała się przez telefon Billy’ego, chociaż to młody dzwonił do niego,
Oli się zdenerwował.
Nie
wiedział skąd się znali i jak długo.
Ta
młoda kobieta miała dość przeżyć w swoim życiu i nie potrzebowała kogoś z takim
bałaganem w życiu, jaki miał Billy.
Ale
później Oli pomyślał, że, z drugiej strony, być może ta dwójka potrzebowała
właśnie siebie nawzajem, by wydobyć z siebie to, co było najlepsze.
Olgierd
znał ich oboje, chociaż Hannah nieco dłużej, bo od dziecka, i wiedział
doskonale, że żadne z nich nie myślało o sobie dobrze.
Kiedy
tylko się rozłączył, Oli powiedział swojej Lenie, co się działo, a ona od razu
zadzwoniła do mamy Hannah, by poinformować ją, że jej córka dzielnie zajmowała
się chorym znajomym, a nie miała żadnych kłopotów, bo oboje byli przekonani, że
Hannah nie miała ani czasu, ani głowy do tego, by powiadomić swoją mamę.
Mieli
rację.
Olgierd
przez prawie dwa lata bliższej znajomości nieźle poznał Kate Sensible, więc
wiedział, że zarówno ona, jak i jej starsze córki potrafiły nieźle sobie radzić
z nieprzyjemnymi nowinami i w otaczającej je rzeczywistości, chociaż Kate wolała,
żeby wszyscy dookoła uznawali ją za słabą.
Radziły
sobie również z okrutnymi aspektami rzeczywistości.
Więc
mama Hannah mogła sobie wyobrażać wiele złego.
Po
akcie desperackiej zemsty męża Kate, który nie miał ochoty i siły nadstawiać
drugiego policzka po tym, jak jego najstarsza córka była zmuszona przez
społeczność mormońską do donoszenia ciąży, w którą zaszła w wyniku gwałtu i
odebrała sobie życie, cała rodzina została odrzucona przez ich Kościół.
Okazało
się, że wsparcie w ich dramacie było pozorne, a przyjaźń udawana.
Olgierd
mógł im to powiedzieć wcześniej, bo dokładnie w ten sam sposób została
odrzucona przez tę społeczność jego obecna żona, Helena, kiedy sprzeciwiła się
życiu w posłuszeństwie z brutalnym pierwszym mężem, jakiego wybrała jej rodzina
i wystąpiła o rozwód.
Oli
poznał ją już po tym, pokochali się i przeżyli razem kilkanaście lat.
To,
że nie mieli dzieci nie wynikało z „boskiej kary” za rozwód Heleny, co
sugerowali członkowie ich dawnej społeczności, ale z tego, że były mąż uderzył
Helenę, kiedy ta była w piątym miesiącu ciąży i poroniła, a potem nie udało jej
się zajść w kolejną ciążę.
W
dalszym ciągu była to ich największa bolączka.
Olgierd
pomagał rodzinie Sensible nie tylko dlatego, że przeżywali podobne odrzucenie,
ale też dlatego, że lubił i szanował męża Kate, Jonasa, a on nie mógł się zająć
swoją żoną i dziećmi.
A
później Oli dowiedział się, że Kate nie tyle była nerwowa i delikatna, co była nastawiona
na pokazywanie wszystkim swojego cierpienia, zwracanie na siebie uwagi i
egoistyczne czerpanie korzyści ze wszystkiego, co się działo.
Na
szczęście chodziło jej głównie o dzieci, a nie o nią osobiście.
Najlepszą
z dorosłych kobiet Sensible okazała się być Hannah.
Była
bezinteresowna, pracowita, dobra i czuła wobec wszystkich, ale najbardziej
wobec swojej mamy, swoich sióstr i brata.
To
dla niej Oli i Helena nie odstąpili od pomagania tej rodzinie, kiedy przekonali
się, jak uciążliwa mogła być Kate, jak egoistyczna i niemiła była Lucy.
Urodzona
jako trzecia, Lucy nie była faworytką mamy, jak Ewa, ani taty jak Hannah, więc
próbowała zazdrośnie zwrócić na siebie uwagę wszystkich, nawet jeśli ich mały
braciszek, Abel, bardziej tego potrzebował.
Hannah
natomiast pomagała rodzinie finansowo i pracując w domu, przy wykonywaniu
obowiązków, których powinni jej oszczędzić, skoro jako jedyna pracowała na
pełen etat.
Nigdy
się nie skarżyła, nie narzekała.
Zawsze
opowiadała o drobnych lub nieco większych sprawach, które powodowały jej
zadowolenie, zawsze potrafiła znaleźć jasną stronę każdego wydarzenia.
Oli
wiedział również, że Billy był bardzo skryty, ale był też silnym, samodzielnym
młodym człowiekiem, który nie miał w życiu szczęścia, nie miał rodziny ani nie
znał miłości, więc Hannah mogła mu pokazać, jak taka mogła wyglądać.
Kiedy
po ponad godzinie dojechał do szpitala, bo Hannah zadzwoniła do niego z
potrzebną informacją i odnalazł odpowiedni oddział, zobaczył siedzącą w
poczekalni młodą kobietę i przekonał się, że martwiła się o chorego mężczyznę,
a nie o siebie.
-
Hej, kochanie - przywitał się.
-
Hej, Oli - odpowiedziała - Nie musiałeś przyjeżdżać. Doktor powiedział, że to
wyrostek i zabrali go na zabieg. Posiedzę tu, aż go przewiozą na salę, a potem
pojadę do domu.
-
Hannah - sprzeciwił jej się delikatnie Oli - Pracujesz jutro od rana. Już po
dziewiątej wieczorem, a twoja mama się martwi.
-
Och - westchnęła Hannah i natychmiast złapała za torebkę, więc Oli wiedział, że
nie pomyślała wcześniej o zadzwonieniu do domu.
-
Helena do niej zadzwoniła - uspokoił ją Oli.
-
Dziękuję - szepnęła Hannah i przestała szukać telefonu.
-
Ale sądzę, że powinnaś już pojechać do domu i że powinnaś jej coś wyjaśnić -
kontynuował - Chociaż ja ci ufam i sądzę, że twoja mama też.
-
Billy jest bratem jednego z moich uczniów - powiedziała Hannah, a to było tak
proste i oczywiste, że Oli skinął głową z lekkim uśmiechem, chociaż wcześniej
nie słyszał nic o tym, żeby Billy miał brata.
-
Cóż… - zawahała się Hannah - przyrodnim
bratem. Ale najwyraźniej ich mama nie zajmuje się swoimi dziećmi.
Oli
zacisnął wargi, ale to go nie zaskoczyło.
Przez
lata obserwował życie Billy’ego, więc wiedział,
że nie miał on rodziny, która by o siebie dbała.
-
Kiedy wychodziłam ze szkoły - powiedziała Hannah - Billy zaproponował, że mnie odwiezie do domu.
Na
twarzy Hannah pojawił się dziwny wyraz, który nie spodobał się Oli’emu, bo
nigdy by tego nie podejrzewał, ale teraz sądził, że młoda kobieta chciała przed
nim coś ukryć.
Zagryzła
wargę, spojrzała w bok, a potem wciągnęła powietrze i wypchnęła je z wyznaniem,
które zrobiła przyciszonym głosem.
-
Oli, nie możesz tego powiedzieć mojej
mamie - Hannah spojrzała na niego z mocą i wzięła głęboki, powolny,
uspokajający wdech - Na przystanku autobusowym pod szkołą zaczepili mnie jacyś
mężczyźni. Billy mnie od nich uratował.
Potem pojechaliśmy do niego do domu, żebym mogła się uczesać i uspokoić. On tam
dostał ataku bólu i gorączki, więc postanowiłam go przywieźć do szpitala. W
samochodzie ocknął się i zadzwonił do ciebie.
Tak się dowiedziałam, że się znacie.
Oli
słuchał w milczeniu i nie zadawał pytań, nawet kiedy Hannah skończyła, bo nie
chciał jej denerwować, ale też nie było co dodawać, ani o co pytać.
Billy
ją uratował, a ona uratowała jego.
-
Oli! - szepnęła nagle, pochylając się
w jego stronę i wyciągając rękę, jakby chciała dotknąć jego przedramienia, ale
tego nie zrobiła - Nie wiem, co powiedzieć mamie.
Tak,
Oli to rozumiał.
Kate
wpadłaby w atak paniki i biegałaby (może nie dosłownie) po okolicy, opowiadając
o dramatycznych przejściach swojej córki, nawet jeśli Hannah nie chciałaby o
niczym nikomu mówić.
-
Nie chcę kłamać, ale… - Hannah przerwała, zagryzła wargę, spojrzała w bok i zamilkła.
-
Przyjechałaś tu jego pickupem? - spytał Oli zamiast odpowiedzieć.
-
Tak - powiedziała krótko, nadal cichy głosem i zmarszczyła brwi, patrząc na
niego ze skupieniem, a potem sięgnęła do torebki i wyjęła z niej klucze.
Jeden
samochodowy, a drugi wyglądający na klucz od mieszkania.
-
Jego samochód nie powinien tu zostać na noc - poinformował ją Oli i patrzył,
jak opuściła rękę z kluczami - I ty
nie powinnaś wracać autobusem, a ja
jeszcze muszę porozmawiać z lekarzem. Więc cię nie odwiozę do domu.
Hannah
wyprostowała się, spojrzała w kierunku windy, a potem z powrotem na Oli’ego.
-
Więc pojedź do domu jego Fordem, a jutro wieczorem tu nim przyjedziesz i wtedy porozmawiamy - kontynuował Oli -
Ale to oznacza, że musisz coś
powiedzieć mamie.
Zobaczył,
jak Hannah odprężyła się, prawie uśmiechnęła, schowała klucze do torebki i
skinęła głową.
Odczuła
ulgę, bo nie chciała martwić mamy, ale też nie chciała kłamać.
W
tej rodzinie, jak w wielu im podobnych, kobiety nie były zachęcane do
samodzielności ani nie były zapewniane, że ich decyzje były słuszne, więc
Hannah potrzebowała zapewnienia, że dobrze myślała.
Bo
teraz Oli był pewien, że to właśnie Hannah sama wymyśliła.
Oli
tylko pomógł jej podjąć decyzję.
Była
jedną z nielicznych znanych mu osób, którym Oli mógłby całkowicie zaufać we
wszystkim.
Miał
nadzieję, że Billy to kiedyś zauważy i doceni.
Miał
również nadzieję, że Hannah wiedziała już, że mogłaby zaufać Billy’emu, chociaż
należała do osób, które łatwo darzyły zaufaniem.
Zbyt
łatwo.
Nawet
czasem niewłaściwe osoby.
Dziękuję
OdpowiedzUsuńjuż mi się podoba i nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału <3
OdpowiedzUsuńDziękuję
OdpowiedzUsuń