Rozdział 16
Hannah
Trzy tygodnie później
Wychodziłam z
kamienicy, w której byłam z wizytą, chowając do torebki małą, białą kopertę z
prezentem dla mojego męża i myśląc o tym, czy nie powinnam wyjąć telefonu, by
powiedzieć mu, że coś dla niego miałam.
Tak bardzo chciałam podzielić się tą radosną
informacją.
Nie wiedziałam, co
mnie powstrzymało.
W najbliższą
sobotę mieliśmy być na urodzinach Davie’go u Evy i Jimmy’ego, więc tam mogłabym
opowiedzieć o tym wszystkim naszym przyjaciołom, ale Billy był tym, który
powinien wiedzieć pierwszy.
Mogłam to zrobić
tego dnia wieczorem.
Przy okazji
zaproszenia na te urodziny, dowiedziałam się od innych kobiet, że Eva i Jimmy
urządzali najlepsze przyjęcia, tak zwane Imprezy u Sparków, ale wszystkie
przyjaciółki pomagały przy ich organizowaniu.
Zapytałam o
prezent dla chłopca, bo chciałabym mu dać coś, co naprawdę by lubił, a nie
tylko coś, co ja bym myślała, że powinno mu się podobać i wtedy usłyszałam o
tym przyjęciach.
I dowiedziałam
się, że mogłam mu dać drobiazg, nawet jakiś smakołyk, bo liczyła się pamięć i
nasza obecność.
Chodziło o to, że
cała ta rodzina bardzo lubiła po prostu być razem.
Rozumiałam to i
cieszyłam się z tego ze względu na Evę.
My też to
mieliśmy.
Tę bliskość w
kręgu naszej małej rodziny.
Billy tego
wieczoru był w pracy (na dzienną zmianę), do której wrócił już prawie tydzień
temu, chociaż Oli wciąż nie pozwalał mu brać udziału w akcjach, tylko kazał
siedzieć przy radiu.
Billy się nie
skarżył.
Kiedyś powiedział
mi, że nawet to lubił, a kumple z jednostki cenili sobie to, że umiał słuchać i
odpowiednio reagować na usłyszane problemy.
Więc nie
zadzwoniłam ani nie napisałam do niego.
Zamiast wyjąć
telefon, opatuliłam się szczelniej płaszczem, który miałam na sobie, bo był to
zimny wieczór drugiej pierwszej połowy października.
Wychodząc z domu
rano, wiedziałam, że po zebraniu w szkole będę miała wizytę u lekarza, więc
ubrałam się w ciepłą, ale luźną spódnicę i sweter, który miał szalowy golf, a
na nogi na rajstopy włożyłam krótkie botki na niskim obcasie.
W ten wieczór
jednego z pierwszych dni października ze względu na zimne podmuchy prawie-zimowego
wiatru od gór, wzięłam do samochodu białą, włóczkową czapkę, takie same
rękawiczki i teraz miałam to wszystko na sobie.
Płaszcz był
pikowany, ocieplony puchowym wypełnieniem niczym zimowa kołdra i miał wysoko pod
szyję kołnierz-stójkę na zatrzaski, które zapięłam, by przejść dwie przecznice
do swojego Jeepa.
Torebkę
przewiesiłam skosem przez pierś, wcisnęłam dłonie do kieszeni płaszcza i
ruszyłam chodnikiem, patrząc pod swoje nogi i uśmiechając się do swoich myśli.
Życie było dobre.
Miałam wszystko, o
czym kiedykolwiek marzyłam.
Dom, rodzinę,
męża, który rozumiał moje potrzeby i dbał o ich spełnienie.
Kochałam go i on
kochał mnie.
Nigdy tego sobie
nie powiedzieliśmy po tamtym razie, kiedy Billy był rekonwalescentem o jego
postrzale, ale czułam to i miałam nadzieję, że on to czuł.
Udowadniał to.
Jako prezent na
zakończenie pierwszego miesiąca naszego małżeństwa Billy kupił mi niezwykły
srebrny naszyjnik.
Były to cieniutkie
kółka o centymetrowej średnicy, splecione ze sobą tak pięknie, że układały się
w obróżkę na skórze mojej szyi.
Dowiedziałam się,
że nazywało się to choker.
Billy zapiął go kółkiem-zapięciem
na moim karku w naszej sypialni zaraz po naszym wejściu tam, kiedy
powiedzieliśmy Jackowi dobranoc i wyjaśnił mi, że to nie był zwykły naszyjnik,
ale coś specjalnego, coś tylko dla
nas.
Miałam go bowiem
zakładać w dni, kiedy miałabym ochotę na seks, w którym mój mąż byłby moim panem i rozkazami doprowadzałby mnie i
siebie do „niegrzecznej, ale najwyższej” rozkoszy.
- Zgadzasz się na
to, kochanie? - zapytał Billy, a ja przez chwilę nie wiedziałam, co
odpowiedzieć.
- Umówmy się, że
teraz to zdejmę, a ty się zastanowisz - powiedział mój ukochany, udowadniając
po raz kolejny, że nieustannie dbał o mój komfort - Jeśli uznasz, że to zbyt
wiele, nie wyjmiesz jej nigdy z szuflady, a ja nie pogniewam się o to na
ciebie. Chciałem tylko, żebyś wiedziała, że mamy taki wybór.
Skinęłam głową i
tym, co głównie czułam, była wdzięczność.
I tamtego dnia,
cóż, zdjęłam ten naszyjnik z szyi i faktycznie schowałam go do szuflady szafki
nocnej.
Nie rozmawialiśmy
o tym z Billy’m tego dnia, a ja obawiałam się wspominać uczucie, które mnie
dopadło, kiedy miałam na sobie ten łańcuszek, bo dominowało coś, co mnie
zawstydzało.
Podniecenie.
Ale, kiedy
leżeliśmy w łóżku i przytulałam się do mojego męża, poczułam się bezpiecznie i
postanowiłam go zapytać o to, co miało to oznaczać.
To, czyli „niegrzeczna, najwyższa rozkosz”.
- Wiem, Słonko, że
lubisz, jak ci rozkazuję - powiedział Billy, odpowiadając mi na moje niepewne,
wyjąkane pytanie - Ja lubię ci rozkazywać. Więc moglibyśmy zacząć badać nasze
granice. Nie tylko kochać się, ale eksperymentować
z seksem.
- Och -
westchnęłam.
Tak, to było coś,
co definitywnie musiałam przemyśleć.
Wtedy po prostu
poszliśmy spać, a następnego dnia rano wstałam jak zwykle po szóstej, by
przygotowywać się na swój dzień, a zaczęłam od prysznica, pod który poszłam
razem z moim mężem.
Nie był to
pierwszy raz, kiedy to robiliśmy, ale po raz pierwszy zaczęłam się zastanawiać,
czy mogłoby być inaczej, a może nawet lepiej, gdybym odważyła się być trochę
bardziej niegrzeczna.
Dlatego kilka dni
później powitałam mojego męża w naszej sypialni, mając jego prezent na szyi.
Pierwszą nagrodę
dostałam od chwili jego wejścia do sypialni, bo jego spojrzenie stało się gorące i jego cudowny, seksowny uśmiech
z dołeczkami w policzkach pokazał mi, jak bardzo mu się to podobało.
Byłam ubrana w
jedną z moich nowych koszulek nocnych i w majtki, więc nie byłam całkiem przygotowana na zabawę,
jakakolwiek miałaby być.
Billy jednak
początkowo po prostu obszedł mnie dookoła, więc pozwoliłam mu na to i stałam
tak bez ruchu.
Dyszałam jednak z
podniecenia.
Potem stanął
naprzeciwko mnie i patrzył mi prosto w oczy.
- Rozpuść włosy -
rozkazał, a ja natychmiast wykonałam to polecenie, biorąc swój warkocz w obie
ręce, ale nadal nie spuszczając wzroku z oczu mojego męża.
A on cofnął się,
opadł tyłem na łóżko, które było za nim i, siedząc tam, patrzył na mnie, kiedy
stałam z włosami opadającymi mi na plecy i przód tak, jak Billy lubił to
najbardziej, kiedy częściowo skrywały moje piersi.
- Będziesz dzisiaj
mówiła do mnie panie - powiedział.
Skinęłam głową.
- Słowami -
warknął.
- Tak, panie -
szepnęłam.
- Boisz się? -
zapytał.
- Nie, panie -
nadal szeptałam.
Zobaczyłam, że
jego oczy zrobiły się ciepłe i łagodne.
Wiedział, że mu
ufałam.
- Rozbierz mnie -
rozkazał.
Podeszłam do niego
do łóżka i zaczęłam zdejmować z niego kolejne części garderoby, kiedy dyrygował
mną, bo na początku robiłam to zbyt szybko.
Kiedy był w samych
bokserkach, kazał mi się odsunąć i wstał z łóżka.
Podszedł do szafki
nocnej, na której odłożył wcześniej telefon, przesuwał po nim przez chwilę
palcem, a potem usłyszałam jakąś cichą muzykę.
- Rozbierz się dla
mnie w rytm tej muzyki - rozkazał mi, a ja uznałam, że miało to być powolne,
seksowne rozbieranie.
Striptiz.
Więc przeciągnęłam
dłońmi po koszuli nocnej, zaczęłam się kołysać i zastanawiałam się, co miałam
zrobić.
Nigdy nie
widziałam striptizu, nigdy nie tańczyłam tak, by być seksowną, więc nie
wiedziałam, czy nie zrobię czegoś głupiego, ale obiecałam sobie spróbować być
„niegrzeczną”, więc postarałam się i po spojrzeniu, jakim obrzucił mnie Billy,
wiedziałam, że zrobiłam dobrze.
Kiedy byłam już
całkiem naga, a moje włosy były jedyną rzeczą, która skrywała moją skórę, Billy
wstał, podszedł do mnie i kazał mi wejść na łóżko, uklęknąć, a później usiąść
na piętach tak, bym widziała siebie w lustrze mojej toaletki.
Dokładnie tak, jak
mu opowiedziałam, że zrobiłam tego dnia, kiedy tęskniłam za nim, jak był w
szpitalu.
Usiadł w fotelu,
który przestawił tak, że był naprzeciwko mnie, ale nie zasłaniał lustra i kazał
mi się pieścić.
- Dotknij się, Anie - powiedział i jego głos
zdradzał to, jak bardzo był podniecony, ale nadal siedział tak strasznie daleko
ode mnie.
- Nie tak -
rzucił, kiedy zaczęłam gładzić dłońmi swoją skórę na brzuchu i biodrach - Dotknij
swojej cipki. Pieść ją.
Wciągnęłam nagły,
ostry wdech, kiedy zrozumiałam, że już samo to polecenie mnie pchnęło na sam
skraj rozkoszy i mogło wystarczyć cokolwiek,
żebym doszła.
Wstyd powstrzymywał
mnie jednak przed spełnieniem jeszcze dość długo.
Nie umiałabym
powiedzieć, co działo się później.
Nie pamiętałam
tego.
Byłam tak bardzo
podniecona i tak bardzo zdenerwowana, że mój mózg przestał prawidłowo pracować.
Wiedziałam tylko,
że oboje ostatecznie przeżyliśmy najwspanialsze szczyty, chociaż zaczęło się od
tego, że dochodziliśmy w pewnej odległości od siebie, bo mój mąż pieścił się,
patrząc na to, jak ja się pieściłam, a dopiero później Billy wziął moje ciało w
posiadanie tak, jak lubiłam najbardziej.
Miłość mojego męża
czułam nie tylko w czasie naszych zbliżeń, ale najbardziej po nich, bo Billy
mnie przytulał i lubił być przytulany.
Dotykał mnie
właściwie przez cały czas, kiedy byliśmy blisko siebie.
Było to spanie w
jego objęciach, ale też głaskanie po tym, jak się kochaliśmy, mycie się, dotyk,
kiedy tylko przechodził obok, stanie tak blisko, że czułam jego skórę na mojej,
kiedy robiliśmy coś razem na przykład w kuchni.
Zawsze.
Billy właściwie o
to nie prosił, ale od tamtego dnia stałam się na tyle odważniejsza, że zaczęłam
sypiać w moich koszulkach nocnych bez majtek, by mój mąż miał lepszy,
łatwiejszy dostęp do mojej kobiecości.
Lubił to, co
pokazywał mi, pieszcząc moje nagie pośladki, kiedy układałam się częściowo na nim do
snu.
Kolejną sprawą,
która dawała mi szczęście, było zwykłe życie rodzinne, jakie mieliśmy na co
dzień.
W tym wychowywanie
Jacka.
Obaj oni mieli
swoje męskie sprawy i lubiłam to, ale Jack bardzo często przychodził ze swoimi
problemami do mnie, co również lubiłam.
Wciąż starałam się
rozwijać jego zainteresowania, by mógł realizować swój talent w takiej
dziedzinie, jaką by sobie wybrał.
Na razie skłaniał
się do pisania reportaży.
Pewnego wieczoru
wracaliśmy do domu we dwójkę z Jackiem od Aleka i Sama, bo odprowadziliśmy tam
Abi, która była u nas z wizytą, a miała jeszcze z Alekiem coś do obgadania na
temat ich pracy, kiedy spotkaliśmy na galerii tamtego kompleksu mieszkaniowego
pewnego mężczyznę.
Był to dość
potężny blondyn, który miał bardzo surowy, nieprzyjazny, wręcz odpychający
wyraz twarzy, więc uśmiechnęłam się do niego niepewnie i chciałam go wyminąć,
by zejść schodami na dół.
Jack jednak
zatrzymał się jak wryty i szarpnął moją rękę, którą trzymałam jego dłoń, bym
również się zatrzymała, co zrobiłam.
- Ty… Pan to Benjamin Write - chłopiec wyszeptał z
zachwytem, wpatrując się w mężczyznę jak w obraz.
Mężczyzna przystanął,
spojrzał na młodego z pewnym zainteresowaniem, a potem dość ponuro na mnie,
więc pociągnęłam dłoń Jacka, by pójść dalej.
- Nagroda
Pulitzera 2018 - chłopiec nadal szeptał, a wtedy do mnie dotarło, że Jack
właśnie spotkał swojego idola.
- Dzień dobry -
powiedziałam do mężczyzny, a ten spojrzał na mnie przelotnie i wciąż
nieprzyjaźnie.
- Jack -
powiedziałam cicho do chłopca i pociągnęłam go delikatnie za rękę w stronę
schodów, w którą to stronę sama zrobiłam kolejny krok - Nie przeszkadzaj panu.
Widzisz, że się spieszy.
Jack puścił moją
rękę, został z tyłu, za mną i wiedziałam, że chciał jeszcze coś powiedzieć, ale
się wstydził.
Nie czułam się
dobrze z tym, że go odciągałam od tej rozmowy, ale też nie chciałam, żeby
rozczarował się, kiedy by stwierdził, że jego idol był tak niemiły, na jakiego
wyglądał ten mężczyzna.
W tym momencie
schodami na galerię wbiegła Sonija.
Sonija taka była.
Przeważnie nie
chodziła, ale biegała.
- Hej, kochanie! - krzyknęła zanim jeszcze
znalazła się na górze schodów, więc nas
nie widziała.
- Och! Hej Hannah! - zawołała chwilę
później, kiedy byliśmy w zasięgu jej wzroku - Hej, młody!
- Yo, mała -
mruknął ten mężczyzna, który właśnie nas mijał.
Spojrzałam na
niego z nowym zainteresowaniem, bo widywałam czasem Soniję na tej galerii,
znała też Jacka, ale nigdy nie rozmawialiśmy o jej mężczyźnie.
Najwidoczniej ten,
którego Jack rozpoznał jako swojego idola, laureata nagrody Pulitzera, był
właśnie jej mężczyzną.
Jeszcze jeden
talent w tej „rodzinie”, na którą składali się przyjaciele Evy, Aleka i innych,
a teraz też Abi, Jacka i moi.
- Poznaj moich
nowych przyjaciół - trajkotała Sonija, kompletnie nie przejmując się tym, ze
mężczyzna właśnie wziął ją w ramiona i wycisnął z jej ust jęk, kiedy ją mocno
pocałował - To Hannah, żona Billy’ego. Wiesz, opowiadałam ci. A to jego brat,
Jack.
Benji spojrzał na
nas jeszcze raz, ale tym razem nie było w jego oczach ani trochę wrogości.
A ja nagle byłam w
stanie go zrozumieć.
Po prostu zbyt
często miał w życiu sytuacje, kiedy musiał znosić nachalność obcych, a nie
chodziło o kolor skóry Jacka.
Sonija miała taki
sam.
- Hannah… - Sonija
zwróciła się do mnie - to mój facet, Benji - przechylił głowę w stronę
mężczyzny, w którego ramionach wciąż stała.
- Miło mi poznać -
odpadałam z lekkim uśmiechem i skinęłam głową w jego stronę, a on to
odwzajemnił, ale po tym patrzył już tylko na chłopca.
- Więc
interesujesz się reporterstwem? - zapytał go, a Jackowi zaświeciły się oczy z
czystej radości.
Nie słuchałam ich,
kiedy prowadzili swoją wymianę zdań.
Patrzyłam na cichą
radość i dumę Soniji, na bliskość tej dwójki, bo przytulali się prawie przez
cały czas i byłam szczęśliwa, że to mieli, ale nie zazdrościłam im, bo ja też
to miałam.
Prawdziwą miłość.
- Pamiętaj, młody…
- dotarły do mnie słowa Benji’ego, skierowane do Jacka - że to dar i
przekleństwo. Musisz bardzo uważać, by nikogo nie skrzywdzić. Tobie będzie się
wydawało, że opisujesz rzeczywistość samymi dobrymi słowami, w dobrej intencji
przedstawisz coś, co będzie prawdą, ale ludzie zawsze spróbują znaleźć w tym
coś złego, fałsz, mogą pozazdrościć czegoś, albo coś przeinaczą.
- Wiem - szepnął
Jack, a ja spojrzałam na niego uważniej.
Pomyślałam wtedy,
że może faktycznie miał już w swoim
życiu jakąś taką sytuację, w której ktoś źle zrozumiał jego słowa, słowa
napisane przez niego w dobrej wierze, a ja o tym nie wiedziałam, bo właśnie tak to zabrzmiało.
- Chciałbym raczej
się skupić na wydarzeniach kulturalnych - przyznał chłopiec i ponownie
zdziwiłam się jak dojrzale potrafił się wyrażać i jak dojrzale spostrzegał to,
co go otaczało - Może reportaże przyrodnicze.
Benji miał łagodny
wyraz twarzy, pokiwał głową i powiedział na koniec:
- Jakbyś miał
jakieś pytania, problemy - poczułam na sobie jego wzrok, więc spojrzałam w jego
oczy - Hannah ma numer do Soniji, to możecie zadzwonić. Albo po prostu zapukaj.
Mieszkamy tam - wskazał na drzwi do kolejnego mieszkania po przeciwnej stronie
galerii, niż było mieszkanie Aleka i Sama - Słyszałem, że mieszkacie niedaleko.
- Tak! - zawołał Jack, wracając do skóry
dziesięciolatka.
A twarz Benji’ego
w tym momencie była ciepła i wyrażała samą sympatię do entuzjazmu chłopca.
- Dziękuję -
powiedziałam o wiele spokojniej.
Benji przeniósł
wzrok na mnie, skinął głową i odwrócił się do Soniji.
Pożegnaliśmy się i
my poszliśmy schodami na dół, by przejść na drugą stronę ulicy do naszego domu,
kiedy, jak wiedziałam, oni poszli do swojego mieszkania.
Właśnie o tym
wszystkim myślałam, idąc chodnikiem w stronę swojego Renegade i przyciskając do
siebie ramiona, kiedy zimniejszy podmuch wiatru przeniknął przez mój płaszcz.
Uśmiechnęłam się
do siebie.
Tak.
Życie było bardzo dobre.
Spełnienie moich
marzeń.
Miałam pojechać do
przyjaciółki, odebrać chłopca, którego kochałam jak brata, wrócić do domu,
przygotować kolację i poczekać na mojego męża, kiedy wróciłby z pracy, by dać
mu mój prezent.
Prawie frunęłam z
radości w stronę mojego SUV’a, więc nie uważałam.
Powinnam była
uważać.
Kiedy minęłam
pierwszą przecznicę i przechodziłam obok ciemnego zaułka pomiędzy kamienicami,
poczułam nagłe szarpnięcie, ktoś złapał mnie za ramiona od tyłu, ktoś inny
naciągnął mi czapkę na oczy, zachodząc mnie od boku i zostałam odciągnięta od
ulicy.
Słyszałam coraz
cichszy ruch rzadko przejeżdżających tam samochodów.
Nie mogłam nawet
krzyknąć, bo mój głos został stłumiony przez szorstką, silną, męską dłoń,
zakrywającą mi usta.
Wszystko stało się
tak szybko, ze nawet nie umiałam powiedzieć, ilu napastników mnie otaczało.
Kolejna para rąk
pociągnęła mnie w bok, przewróciła mnie na ziemię na plecy, a potem na moich
ustach naklejono charakterystycznie śmierdzącą szarą taśmę, a moje ręce zostały
podciągnięte nad moją głowę i usłyszałam darcie taśmy, kiedy krępowano mi
nadgarstki rąk skrzyżowanych tam i podtrzymywanych dużą, twardą dłonią.
- Nie ruszaj się
dziwko - usłyszałam syczący, męski głos - Bo tak ci wpierdolimy, że rodzona
matka cię nie pozna.
Nagle przed oczami
wyobraźni stanęła mi twarz Ewy, kiedy odwiedziłam ją w szpitalu po jej gwałcie.
To wtedy
dowiedziałam się, że byłam uczulona na lateks.
Kazano mi założyć
rękawiczki, zanim weszłam do sali, w której leżała moja siostra, a potem, kiedy
przez chwilę staliśmy przed drzwiami do jej sali we trójkę z rodzicami, nagle
zaczęły mnie strasznie swędzić ręce, chociaż początkowo byłam zbyt przejęta
Ewą, weszliśmy do środka, poczułam, że rękawiczki stały się zbyt ciasne i pięć
minut później już niczego więcej nie pamiętałam, bo gardło mi się zacisnęło i
zaczęłam się dusić.
Zemdlałam wtedy,
ale byliśmy w szpitalu, więc uratowano mnie w ciągu kilku minut, chociaż
opuchlizna rąk pozostała mi jeszcze długo po tym.
Jednak to nie
spowodowało, że nie zauważyłam, jak wyglądała Ewa.
A teraz miałam o
kogo się bać, więc nie chciałam, żeby mnie pobili.
Stach mnie wręcz sparaliżował.
Dlatego właśnie nie
broniłam się.
Napastnicy
podciągnęli mój płaszcz i spódnicę nad moje biodra, rozchylili mi nogi i
poczułam chłód metalu na wewnętrznej stronie ud, a później trzask rozcinanego
materiału.
Zimne powietrze
owiało moją kobiecość.
Rozcięli mi
rajstopy i majtki.
Chcieli mnie
zgwałcić.
Usłyszałam nieprzyjemny
rechot i szyderczy komentarz - Jaka
wygolona - a potem palce dotknęły mnie tam, gdzie miał mnie dotykać tylko
mój mąż.
To, co stało się
później, działo się, jakby nie dotyczyło mnie.
Wyłączyłam się.
Czułam tak, jakbym
wyszła ze swojego ciała, stała gdzieś obok i nawet nie przyglądała się temu, co
robili.
Nie słyszałam
nawet ich głosów.
Ostatnim, co
poczułam było to, że jeden z napastników postanowił wziąć sobie na pamiątkę mój
warkocz, więc przeciągnął go do siebie, moja głowa odskoczyła w bok, a później
zimne ostrze dotknęło mojej szyi i nagle mój kark został odsłonięty.
Czułam tam pustkę,
jakiej nie czułam chyba nigdy w życiu, bo moja mama nie godziła się na to, bym
miała kiedykolwiek obcinane włosy.
Skupiłam się na
tym, więc nie czułam niczego więcej.
Billy kochał moje włosy.
Ale potem poczułam
jednak coś, a mianowicie to, że między moimi nogami znalazł się mężczyzna.
Kiedy pierwszy
skończył, na jego miejsce wszedł drugi.
Kiedy ten również
skończył leżałam przez chwilę nieruchomo, a moje ręce leżały nad moją głową,
nogi były rozrzucone, kiedy ponownie czułam niechcianą obecność nad swoim
ciałem.
Potem między moimi
nogami znalazł się trzeci mężczyzna, ale wtedy pozostali zaczęli się śmiać,
więc skupili moją uwagę.
Usłyszałam ich.
- Nie mam pieprzonego
zamiaru się zanurzać w tej brudnej kurwie bez gumki - trochę stękając,
chrząkając, powiedział ten, który był na mnie.
Och, nie!
Miał prezerwatywę.
Nagła panika
spowodowała, że wydusiłam z siebie stłumione Mmmm i pokręciłam głową, ale nie przestawał.
Wszedł we mnie i
zaczął się miarowo poruszać, co czułam tylko jako narastające pieczenie.
Na szczęście,
trwało to nie dłużej niż minutę.
Niestety,
wystarczyło to, żeby zaczęła się reakcja anafilaktyczna podobna do tej, jaką
przeżyłam ponad dwa lata wcześniej.
Kiedy mężczyzna
skończył, wstał, usłyszałam jak przez mgłę, że zapinał rozporek, a zanim
odszedł powiedział coś, co zapamiętałam, chociaż byłam skupiona na przetrwaniu,
by uratować coś ważniejszego niż ja sama.
- I zostań tu,
dziwko - powiedział głosem mojego szwagra, Lucasa - Miejsce śmieci jest na śmietniku.
Słyszałam, że odbiegli.
Zostałam sama.
Wiedziałam, że nie
miałam wiele czasu.
Śmierdziało, było
ciemno, a głosy ruchu ulicznego były oddalone.
Musiałam zdobyć
jakąś pomoc.
Jeśli nie dla
siebie, to dla tych, których kochałam.
Wysiliłam się i
poruszyłam.
Przekręciłam się
na bok, opuściłam ręce, złączyłam nogi, między którymi skupiło się bolesne
pulsowanie i rosnąca opuchlizna.
Z trudem
przesunęłam po mojej twarzy czapkę, przeciągając ją skrępowanymi rękoma tak, by
odsłonić sobie oczy.
Spadła całkiem do
tyłu i z mojej głowy.
Walcząc z
obezwładniającym mnie bólem dolnej części brzucha i z narastającym brakiem
oddechu, kiedy zaciskało mi się gardło, wyjęłam swój telefon z torebki, którą
wciąż miałam przy sobie.
Położyłam go obok
siebie na brudnym betonie i zerwałam taśmę ze swoich ust, by móc mówić.
Zabolało, ale
zlekceważyłam to.
Uaktywniłam
telefon, wybrałam z kontaktów numer i słuchałam sygnału połączenia, myśląc o
tym, że nie miałam szansy na ochronę tego, co miałam mieć.
Musiałam więc
zadbać, by to, co pozostało, miało odpowiednią opiekę.
- Hannah? -
zapytał przez słuchawkę mężczyzna, który od dawna tak dobrze się mną opiekował.
- Zaopiekuj się
Billy’m i Jackiem - szepnęłam z trudem bez powitania.
- Hannah?! - usłyszałam jego krzyk, ale
już traciłam świadomość.
- Powiedz im, że
ich kocham - starałam się wyszeptać, ale nie wiedziałam, nie byłam pewna, czy
mnie usłyszał.
Krzyczał coś do
mnie.
*****
Olgierd
To był prawie
koniec ich zmiany, więc porządkowali dokumentację i żartowali sobie,
przekomarzając się po koleżeńsku, kiedy telefon Oli’ego, który leżał obok niego
na biurku, zaczął dzwonić.
Kapitan strażaków
był w swoim biurze, ale właśnie wstał, żeby odnieść swój kubek po kawie do
zmywarki, więc zawrócił, wziął telefon do ręki, i zmarszczył brwi, kiedy
zobaczył imię na wyświetlaczu.
Prawie wyszedł za
drzwi biura do przestrzeni wspólnej, kiedy odebrał i powiedział do niego - Hannah? - robiąc to łagodnie, chociaż z ciekawością w głosie, bo
nie wiedział, dlaczego zadzwoniła do niego, a nie do swojego męża.
Na ten dźwięk
Billy, siedzący przy radiu z Samem i Tomem, z którymi grał w karty, poderwał
głowę i odwrócił się w jego stronę, więc Oli poczuł na sobie jego badawczy
wzrok.
Jeszcze był w nim
cień uśmiechu.
- Zaopiekuj się
Billy’m i Jackiem - usłyszał Oli, a wtedy zamarł ze strachu, bo głos Hannah był
słaby, wysilony, zbolały i pokonany.
Młodzi byli
szczęśliwi.
Wszyscy to
widzieli.
Ostatnio Billy
zachowywał się spokojnie, był taki rozluźniony i uśmiechnięty, jaki nie bywał
przez te kilka lat, odkąd Oli go znał.
Hannah rozkwitła.
Jeśli teraz
stałoby się coś, cokolwiek, co
zepsułoby ich szczęście, byłoby to diabelne zrządzenie losu, mówiącego, że nie
było sprawiedliwości na tym świecie, a Bóg miał porąbane poczucie miłosierdzia
i dobra.
Dlatego Oli się
przestraszył i, nie myśląc o tym, że go słyszano, krzyknął do telefonu - Hannah?!
Billy znalazł się
przy nim w ciągu ułamku sekundy, a jego krzesło wylądowało metr dalej na
podłodze.
Oli nie patrzył na
niego, tylko wbijał przerażony, niewidzący wzrok w podłogę przed sobą.
- Powiedz im, że
ich kocham - Oli nie był pewien, czy to właśnie usłyszał, bo w głowie mu
huczało od dudniącej krwi.
Był kapitanem
jednostki strażaków tak długo, że wiedział, co było priorytetem, więc nie poddał
się panice.
- Hannah! - powiedział rozkazująco do
telefonu - Rozłącz się i zadzwoń pod dziewięćset jedenaście.
Nie odpowiedziała.
Oli nie wiedział,
co się działo, ale wyglądało na to, że straciła świadomość.
Musieli ją
namierzyć.
Kątem oka zobaczył
ruch i przekonał się, że to David wyciągał z tylnej kieszeni dżinsów swój
telefon, kiedy Oli odwrócił tam wzrok.
- Yo - usłyszał
jego niski głos - Namierz telefon Hannah. Masz numer?
Tak, on też to
wiedział.
David rozłączył
się, więc Oli domyślił się, że to był Filip, bo to głównie z nim ten mężczyzna
tak rozumiał się w pół słowa i wiedział, że Filip miał numer Hannah, by namierzyć jej telefon.
Przyjaźnili się
już wystarczająco długo.
Spojrzał z
powrotem na Billy’ego, by przekonać się, że Jimmy go trzymał.
Oli nie zajmował
się facetem, bo musiał zrobić coś ważniejszego.
Billy musiał sobie
poradzić.
Oli podszedł do
radia, wywołał ratunkowy i usłyszał:
- Ratunkowy. Co
tam FS 13?
- Tu Olgierd -
przestawił się - Rick?
- Tak Oli -
potwierdził jeden ze znanych mu dyspozytorów, na co kapitan strażaków częściowo
odetchnął z ulgą, bo znał się z nim dobrze i wiedział, że mógł na niego liczyć.
- Rick… - wyjaśnił
Oli - mamy sytuację. Zadzwoniła do mnie moja podopieczna, żona jednego z moich
facetów. Wygląda na to, że coś jej się stało. Chyba straciła przytomność. Nie
zadzwoni do ciebie. Potrzebuję, żebyś wysłał do niej karetkę.
- Oli, nie wyślę
karetki, jak nie wiem dokąd - prychnął
zdenerwowany Frank, ale Oli wiedział, że dyspozytor był gotów pomóc, tylko nie
wiedział, jak to zrobić, więc był
sfrustrowany.
- Będę miał namiary - Oli stwierdził z
pewnością w głosie i kontynuował - Nazywa się Hannah Brown. Lat dwadzieścia
dwa.
- Uczulona na
lateks i detergenty - warknął Billy, więc Oli wiedział, że mężczyzna trochę się
pozbierał.
Dobre i to.
W tym samym momencie,
kiedy Oli przekazywał informacje dyspozytorowi, zadzwonił telefon Davida.
- Yo - odebrał.
- Czekaj, Oli -
jednocześnie przez radio powiedział Rich - Coś się dzieje.
Oli wiedział, że
dyspozytorzy siedzieli przed dużym ekranem, na którym wyświetlane były aktywne
zgłoszenia, żeby mogli je kontrolować i nie powielać wysyłania służb w te same
miejsca.
Widocznie Rick
właśnie coś tam zauważył.
- Daj to mnie -
rzucił Rich, a Oli czuł, że to było do drugiego dyspozytora, a nie do niego,
więc czekał.
- Dyspozytor Rick…
- mężczyzna w głośniku przedstawił się, kiedy zarówno Oli, jak i reszta facetów
z jednostki skupiła się przy ich radiu, by słuchać tego, co się działo -
Hannah, gdzie jesteś?
Tak! Hannah zadzwoniła pod dziewięćset jedenaście!
Dała radę i była
na tyle przytomna, że go posłuchała.
Słuchali, jak
kobieta podawała adres coraz słabszym głosem i Billy był już gotów wystartować,
kiedy usłyszeli w radiu słaby, rwący się głos Hannah:
Ratujcie… dziecko. Wstrząs… ana…fila…ktyczny. Duszę…
się.
- Kurwa mać! - krzyknął Billy i już go nie
było.
- David, jedź za
nim - rzucił Oli do drugiego ze strażaków ze swojej jednostki, a potem zwrócił
się do Jimmy’ego - Jack jest z Evą?
Jimmy skinął
głową.
Powiedz im, że ich kocham.
Hannah wiedziała,
że było źle, chociaż nadal Oli nie wiedział, dlaczego tak się stało, ale
kobieta zawsze myślała o swoim mężu i jego bracie.
Ratujcie dziecko.
Jakie dziecko?
Ich?
Czyżby Hannah była
w ciąży?
Oli nie sądził,
żeby Billy o tym wiedział, bo nie wspomniał o tym ani słowem, ale z drugiej
strony facet był równie skryty, co Hannah, więc mogli nie wspomnieć przyjaciołom.
Chociaż Oli
sądził, że wspomnieliby jemu i Helenie, a być może też Evie.
Zadzwonił telefon
Olgierda, więc wyjął go z tylnej kieszeni dżinsów, spojrzał na wyświetlacz i
zobaczył, że dzwonił David.
- Tak? - odebrał.
- Filip złapał
sygnał jej telefonu z zaułka jakieś sto, sto pięćdziesiąt metrów od adresu,
który podała Hannah - powiedział David bez wstępu, więc Oli odwrócił się do
radia, od którego zdążył przejść w stronę swojego biurka.
David podyktował
mu namiary.
- Przekażę - Oli
odpowiedział do telefonu i David się rozłączył.
Oli podszedł do
radia, wywołał ponownie Ricka i podał mu otrzymaną informację, żeby ratownicy
nie kluczyli, szukając kobiety pod wskazanym adresem.
Musieli poczekać
na koniec ich zmiany.
Dziękuję
OdpowiedzUsuń😔😔😔
OdpowiedzUsuńDziękuję
OdpowiedzUsuń