poniedziałek, 23 stycznia 2023

3 - Mam problem z bratem

 

 Rozdział 3

Mam problem z bratem

Olgierd

 

 

Następnego dnia wieczorem

Byli w pracy, mieli nocny dyżur i faceci już przejrzeli wóz, odbyli rundę ćwiczeń i przeczytali raport z ostatniego wyjazdu poprzedniej zmiany, żeby sprawdzić, co musieli uzupełnić w wyposażeniu, zanim Oli wreszcie znalazł czas, by poprosić Billy’ego do swojego gabinetu na rozmowę.

Kiedy wyjątkowo starannie zamknął za nimi drzwi, prawdopodobnie wszyscy wiedzieli, że stało się coś, co musieli omówić prywatnie, więc nikt, nawet Tom, który był w jednostce nowy, nie pozostał na piętrze.

Poszli do sali ćwiczeń lub garażu, żeby nie podsłuchiwać.

Nie musieli.

Oli nie zamierzał podnosić głosu, a Billy też nie należał do facetów denerwujących się z powodu byle gówna, nawet jeśli kapitan zamierzał wtrącić się w jego prywatne życie.

Nadal, młody mężczyzna szanował swojego kapitana, więc, milcząc, czekał, co ten miał mu do powiedzenia.

Oli musiał przedstawić Billy’emu zasady panujące w społeczności mormonów, reguły, jakim poddawała się rodzina Hannah, w tym to, że młody nie powinien był jej dotykać i, co ważniejsze, niezbyt miły charakter jej siostry, Lucy.

Zrobił to krótko, nie wnikając w widoczne, chociaż ciche, rozczarowanie Hannah tym, że Billy nie odezwał się do niej od czasu ich ostatniego spotkania, ale opisując to, co sam usłyszał w domu rodziny Sensible, kiedy odwoził młodą kobietę do domu po ich spotkaniu w remizie oraz to, jak należało rozumieć słowa Lucy, aczkolwiek bez wnikania w szczegóły.

Dodał jednak też to, co wiedzieli wszyscy w ich kręgu, więc młody też musiał wiedzieć, by zdać sobie sprawę z tego, z czym musiałby się zmierzyć, gdyby jego relacja z Hannah rozwinęła się w którąkolwiek stronę.

- Opiekuję się rodziną Sensible od pewnego czasu… - powiedział Oli Billy’emu - bo starsza siostra Hannah, Ewa, dwa lata temu została pobita i zgwałcona, a potem, kiedy okazało się, że w wyniku tego zaszła w ciążę, popełniła samobójstwo. Ich tata zemścił się na gwałcicielu, nieporadnie postrzelił go, a tamten, niestety, zmarł. Więc tata Hannah, Jonas Sensible, odsiaduje wyrok pięciu lat w więzieniu stanowym i nie może opiekować się swoją rodziną.

- Kurwa - szepnął Billy.

- Tak - mruknął Oli.

Milczeli przez krótką chwilę, zanim Oli podjął swoją przemowę.

- Jeśli okaże się, że po tym, jak się żegnaliście na jej podjeździe, Hannah będzie źle się czuła w swoim domu rodzinnym… - powiedział surowo, patrząc wprost na Billy’ego, który stał pośrodku pokoju, kiedy kapitan siedział biodrem oparty o swoje biurko, z ramionami splecionymi na klatce piersiowej - zajmiemy się nią z Heleną, znajdziemy jej jakieś lokum, żeby mogła się wyprowadzić, ale musisz wiedzieć, że Hannah jest bardzo związana z mamą, najmłodszą siostrą i małym bratem. Kocha ich. Nie będzie się dobrze czuła, jeśli coś by im zagrażało. Nawet tylko niesłuszne pomówienia.

Billy zacisnął usta, wyprostował się i spojrzał w oczy Oli’ego.

- Co mam zrobić, żeby było dobrze? - zapytał go wprost - Jak mam naprawić to, co zepsułem?

- Najlepiej byłoby, żebyście się pobrali - Oli wycedził cicho, jakby do siebie, ale opuścił głowę, bo nie podobał mu się ten pomysł - A na dodatek to w miarę szybko ogłosili.

Ta dwójka była sobie właściwie obca, bo spotkali się zaledwie kilka razy w życiu, a Oli nie był nadmiernym fanem aranżowanych małżeństw w ogóle, a co dopiero ślubu pod wpływem przymusu z jakiegokolwiek powodu.

- Okej - mruknął Billy.

Oli poderwał głowę zaskoczony i marszcząc brwi patrzył na młodego mężczyznę, bo nie spodziewał się takiej natychmiastowej zgody.

- Zrobię wszystko, żeby Hannah czuła się dobrze… - wyjaśniająco powiedział Billy - bezpiecznie. Jeśli taka jest potrzeba, ożenię się z nią, choćby formalnie. Pójdę do jej mamy i porozmawiam.

- Nie musisz się poświęcać - w głosie Oli’ego zabrzmiało szyderstwo, którego nie zamierzał ujawniać, bo nawet go nie czuł.

- To żadne poświęcenie - Billy udawał, że nie usłyszał tego - Ona jest cudowną kobietą, a ja jestem beznadziejny, mały i słaby. Nie zasługuję na nią i kiedy ona się zorientuje…

- Kretyn jesteś - syknął Oli, bo nie mógł, po prostu nie mógł, dłużej słuchać tego, jak Billy sam się oczerniał.

A potem, kiedy Billy milczał i jakby skulił się w sobie, Oli westchnął, patrząc w podłogę, bo uświadomił sobie, że powiedział kłamstwo.

Billy nie był głupi.

Był troskliwy, dobry i hojnie chciał zaopiekować się Hannah, a coś takiego nigdy nie było głupie.

- Przepraszam - powiedział Oli cicho do Billy’ego, a tamten spojrzał na niego zdumiony - Gadam bzdury. Musisz wiedzieć, że nie uważam cię za głupiego, słabego, złego, ani mało wartego. To, czego się podejmujesz, byłoby wspaniałomyślne. Hannah cię potrzebuje i tylko to się na razie liczy.

- Tak - mruknął Billy - Tylko to.

- Okej - mruknął znowu Oli - Musimy z nią porozmawiać. Ale teraz musisz mi powiedzieć, dlaczego do tej pory się z nią nie skontaktowałeś. Wygadało, jakbyście się dogadali, a potem... Nie byłeś nawet na tamtym spotkaniu w sprawie wycieczki po remizie.

- Mam mały… hmmm… problem z bratem - wyjawił Billy - A może raczej z naszą mamą.

Zawahał się, odwrócił głowę w bok i zacisnął zęby, aż zagrały mu mięśnie szczęki, więc Oli uznał, że coś go wkurzało, ale cierpliwie czekał.

- To mój przyrodni brat. Mamy różnych ojców, ale wspólną matkę i ona… - Billy zawahał się, a Oli mu nie przerywał.

Takich rzeczy się nie popycha, więc to Billy musiał zdecydować, ile chciał powiedzieć i kiedy.

- Trudno o tym mówić. Opisać to, co zobaczyłem dwa dni temu - Billy wykrztusił i przerwał na sekundę lub dwie - Czy mogę po niego pojechać? - zapytał w końcu bardziej zdecydowanym tonem - Przywiozę go tu, to sami zobaczycie. Wszyscy. Pozostali faceci też.

- Teraz? - spytał Oli.

- Dopiero dochodzi dziewiąta, więc on na pewno jeszcze nie śpi. Ale jeśli teraz nie, to rano, po dyżurze - Billy wskazał, że rozumiał to, że byli na służbie, więc nie nalegał na natychmiastowe zajęcie się jego sprawami, ale Oli już podjął decyzję.

Jeśli Billy zapytał, to znaczyło, że sprawa była poważna.

A oni w ich remizie już niejeden raz zajmowali się całą jednostką poważnymi prywatnymi sprawami różnych facetów.

Byli jednym zespołem.

Przyjaciółmi.

A przyjaciele pomagają sobie wzajemnie, chociaż Billy nigdy o to nie prosił, więc nawet nie wiedzieli, że miał problemy.

- Jedź - powiedział Oli zdecydowanie.

Billy wyprostował się, rozjaśnił, skinął głową i odwrócił na pięcie.

Zbiegł na dół, a potem na parking, nie odzywając się do nikogo po drodze, kiedy Oli zszedł za nim na parter do garażu, by znaleźć pozostałych z ich jednostki przy ich wozie.

Nie musiał im nic mówić.

Jak Billy wróci, to dowiedzą się wszystkiego.

Wszyscy.

*****

Billy

Dziesięć minut później Billy podjechał do krawężnika ulicy przy cholernym domu jego cholernej matki i wyskoczył ze swojego pickupa, by usłyszeć pieprzone głośne dźwięki kolejnej pijackiej balangi.

Pieprzona, głupia dziwka.

Matka miała nowego fagasa, który właśnie został wypieprzony ze swojego mieszkania od poprzedniej cholernej kobiety, która miała go dosyć, co oznaczało, że mieszkał z tą zdzirą i z Jackiem.

To ten fagas sprawiał cholerne problemy, a matka Billy’ego nie reagowała.

Była winna przez zaniedbanie.

Kurwa.

Tak bardzo chciała mieć jakiegokolwiek pieprzonego faceta, że nie reagowała, kiedy tamten przy niej krzywdził jej własne dziecko.

Po przejściu przez zaniedbany trawnik i nie sprzątnięty chodnik, Billy wszedł na mały, brudny ganek jej domu w tym samym momencie, w którym do krawężnika podjechał radiowóz z włączonym sygnałem świetlnym i stanął za jego pickupem.

Stanął więc na najwyższym stopniu, w wejściu na ganek i odwrócił się, by poczekać na policjantów.

Z radiowozu wysiadło ich dwóch, z których jeden, Frank, był tym, z którym Billy znał się z kilku wcześniej szych wspólnych akcji, więc poczekał, aż chodnikiem podeszli do niego na ganek domu.

- Yo, Billy - odezwał się Frank, kiedy podeszli bliżej - Dostaliśmy zgłoszenie. To twój dom?

- Nie - zaprzeczył Billy, nie ruszając się od schodków i tylko odwrócił się do drzwi, do których podszedł drugi policjant.

Kiedy tamten walnął pięścią w drzwi i zawołał Policja, otwierać, Billy uznał, że musiał uściślić Frankowi informacje.

- To dom mojej matki - powiedział do Franka, zobaczył, że tamci się zawahali, spojrzeli po sobie i dodał - Przyjechałem po młodszego brata. Przyrodniego brata. Ma dopiero dziesięć lat i zadzwonił do mnie, że się boi. Nie mieszkam tu. Zwolniłem się z pracy.

Billy wiedział, że obaj policjanci obejrzeli go sobie, a wybiegł z pracy w koszulce z logo ich jednostki, butach i spodniach służbowych, więc wiedzieli, że był na służbie.

Jak oni.

- Okej - mruknął Frank i podszedł do swojego partnera, zostawiając Billy’ego kilka kroków od drzwi.

Po powtórnym „pukaniu” drzwi się uchyliły, ale muzyka nie ucichła, a Billy podejrzewał, że jego matka i jej fagas byli za mało przytomni, żeby załapać, że powinni byli wcześniej uprzątnąć butelki i co tam za gówno jeszcze mieli na tej swojej prywatnej imprezie, odbywającej się w domu, w którym było dziecko.

Szczęśliwie, nie było widać nikogo więcej.

- Dobry wieczór… - posterunkowy przedstawił się stopniem i nazwiskiem - Sąsiedzi się skarżą na hałas. Dowiedzieliśmy się też, że jest tu wystraszony nieletni, a widzimy, że państwo jesteście nietrzeźwi.

- Billy! - zaskakująco radośnie zawołała nagle zza pleców rozchełstanego faceta suka, której nikt nie chciałby nazywać swoją matką.

Była uchlana w pizdu.

Miała dużo za mocny makijaż, słabo zawiązaną na pasek podomkę, spod której było widać krótką, podartą halkę, mnóstwo gołej skóry i rozczochrane włosy, które świadczyły o niedawno uprawianym seksie.

W kąciku jej ust, rozciągniętych w głupkowatym, pijackim uśmiechu i pociągniętych rozmazaną, jaskrawo czerwoną pomadką, wisiał tlący się papieros, a z oczu spływały resztki rozmazanego makijażu.

Nieporadnie i nadmiernie wymachiwała rękoma na boki, jakby nie mogła utrzymać równowagi.

- Gdzie jest Jack? - spytał wrogo Billy zamiast powitania.

- Ty nasłałeś na nas te pieprzone psy? - patrząc na Billy’ego, warcząco zapytał niechlujny facet, najwyraźniej nie posiadający ani krzyny instynktu samozachowawczego.

Billy zignorował go, bo to był tylko jeden z wielu kutasów nieustannie przewijających się przez życie jego pieprzonej matki, z którymi w większości Billy cholernie nie musiał mieć do czynienia.

Chciał po prostu wyciągnąć z tego popaprania swojego brata, żeby i on nie musiał znosić tego, jak ci faceci odnosili się do syna kobiety, którą pieprzyli.

Bo większość z nich wyżywała się na dzieciaku tylko dlatego, że był pod ręką, a Jack nie zasługiwał na to, żeby być workiem treningowym.

Nikt nie zasługiwał.

- Gdzie. Jest. Jack! - warcząco, wolno i wyraźnie powtórzył Billy do kobiety, która dotąd nie zareagowała na jego pytanie, a ta zatoczyła się, oparła o ścianę, spojrzała w stronę tylnego korytarza i czknęła.

- Wchodzimy - zadecydował Frank.

- Nie możecie! - zacietrzewił się facet i stanął w poprzek korytarza.

Tak, kompletny brak instynktu samozachowawczego.

- Podejrzenie zaniedbania lub innej krzywdy na nieletnim, zakłócanie porządku, czy chce pan dorzucić stawianie oporu? - zapytał od niechcenia partner Franka, który miał już chyba pełen obraz sytuacji, skoro Billy był nadal w granatowej koszulce z logo ich jednostki i było oczywiste, że znali się z Frankiem na stopie zawodowej.

- Mamo! - warknął Billy - Zawołaj Jacka. Muszę wracać do pracy. Zabieram go ze sobą, bo ty nie jesteś w stanie się nim zająć.

- Jack! - wrzasnęła nagle matka Billy’ego, chyba nawet zadowolona, że pozbędzie się problemu, odwracając się w stronę wnętrza domu, a na to natychmiast z tylnego korytarza wybiegł chłopak.

Czekał na wezwanie.

Billy’emu na jego widok zamarzły wszystkie mięśnie i ścisnęło się serce, bo zobaczył to, zanim jeszcze jego brat dotarł do środka salonu.

Policjanci natomiast dosłownie skostnieli w progu, ale potem, po zaledwie sekundzie zamrożenia, wkroczyli do środka, zgodnie rzucili oboje pijanych, słabo bełkotliwymi głosami protestujących przeciwko temu, twarzami do ściany i zakuli ich ręce kajdankami za plecami.

Dziesięciolatek obok starego siniaka pod okiem, którego Billy pamiętał sprzed trzech dni, a który przybierał już barwy tęczy, miał rozciętą wargę i świeżo spuchnięty, zaczerwieniony policzek.

Świadectwa tego, że właśnie oberwał.

- Billy - zawołał Jack - Przyjechałeś!

- Tak, Jack - delikatnie mruknął Billy i zrobił krok w stronę wnętrza domu, by objąć krótko brata, który wpadł frontem w jego brzuch.

Billy szybko go odsunął i skierował w stronę korytarza, ale nie zdążył się do niego odezwać.

- Billy - zawołał cicho Frank i skinął głową, więc obaj weszli do salonu, by razem podążyć do pokoju, z którego przybiegł Jack.

- Młody, pakuj się - rozkazał delikatnie Billy swojemu bratu, również popychając go w tamtą stronę.

- Są procedury - cicho wyjaśniał Billy’emu Frank w korytarzu, kiedy zostali we dwóch - Powinniśmy poczekać na Opiekę Społeczną. Ale ty jesteś jego bratem, możesz się nim zająć, pracujesz w służbach. Więc podaj nam numer telefonu, adres i zabierz go stąd.

- Dzięki, stary - mruknął Billy - Ale może róbmy to porządnie. Zadzwonię do Oli’ego, wytłumaczę, a ty wezwij odpowiednich ludzi, żeby Jack nie musiał już nigdy tutaj wracać.

Nie miał czasu na procedury, musiał wracać do remizy, bo Oli na niego liczył, bo był na służbie.

Ale chciał zrobić to dobrze dla Jacka.

- Nie musi to być natychmiast - mruknął Frank - Ten, ktokolwiek przyjechałby po dzieciaka, może podjechać do waszej remizy. Jedźcie.

Więc Billy podał gliniarzom swoje pieprzone dane kontaktowe do remizy i swoje prywatne, pomógł Jackowi spakować trochę niezbędnych rzeczy do cholernego worka na śmieci, bo w całym domu nie znaleźli żadnej pieprzonej torby, a potem musieli we dwóch wypierdalać do pickupa i jechać z powrotem do jego pracy.

*****

Godzinę później

Kiedy faceci zobaczyli w jakim stanie był dzieciak, fale ich emocji, totalnego wkurwienia, przepłynęły przez pokój niczym piorun kulisty i wytłumiły się błyskawicznie.

Wszyscy wiedzieli, że Jack potrzebował spokoju.

Więc jak jeden mąż zadbali o to, żeby miał co zjeść na kolację, podsuwając mu smakołyki z tego, co każdy dostał od swojej kobiety jako posiłek do pracy, wymościli mu łóżko i położyli go spać w pokoju rekreacyjnym.

Wszyscy przy tym pogodnie żartowali z chłopcem, rozmawiali swobodnie, ale nie lekceważąco, patrzyli na siebie i tylko mięśnie ich szczęk drgały niebezpiecznie.

A potem, kiedy młody już był zaopiekowany i w łóżku, Billy musiał im opowiedzieć, o co z tym całym gównem chodziło.

Nie opowiadał im o sobie.

Nigdy.

Teraz też powiedział o swojej popieprzonej matce, o opiece, jaką on sprawował czasem nad swoim przyrodnim bratem, bo jej opieka była gówniana, ale nie wspomniał ani słowem o swoim żałosnym dzieciństwie.

Jakoś miał cholernie dziwne uczucie, że przynajmniej niektórzy z nich dobrze wiedzieli, czego im nie powiedział.

Teraz Jack spał w najlepsze, wreszcie bezpieczny i najedzony, faceci ruszyli do swoich zajęć, a Oli postanowił kontynuować ich wcześniejszą rozmowę, jakby przerywnik był tylko uzupełnieniem pieprzonych informacji.

Billy w tym momencie byłby wdzięczny za jakieś wezwanie do akcji, bo nie miał ochoty na ponowne rozstrzyganie jego konieczności ślubu z Hannah.

Mógł jej pomóc, jeśli to byłaby pomoc.

Ale nadal sądził, że młoda kobieta szybko zauważy, jakim był cholernym nieudacznikiem i zabierze nogi za pas.

- Billy - mruknął Oli, kiedy zostali przez chwilę we dwóch w pieprzonej kuchni - Widzisz sam, że Hannah tobie też może pomóc.

Billy poderwał głowę i spojrzał na kapitana, marszcząc brwi, nie rozumiejąc, co ten chciał mu powiedzieć.

- Ty jej pomożesz z pomówieniami i jej rodziną - ciągnął swoje Oli i kiwnął głową w stronę drzwi do pokoju rekreacyjnego - …a ona tobie z Jackiem i prawną opieką nad bratem.

Gówno.

Billy tak tego nie widział.

Ale być może Oli miał rację.

Nie rozmawiali o tym dłużej, bo ani czas, ani miejsce temu nie sprzyjały.

Kilkanaście minut później dostali wezwanie do pożaru samochodu gdzieś w bocznej uliczce jednego z górskich zaułków SLC, a Billy został na dyżurze przy radiu, więc pilnował również spokojnego snu swojego brata.

Nie uchroniło go to przed gonitwą myśli, skoro siedział głównie w ciszy, w pustym pokoju i nie miał innego zajęcia.

Obrazy, które, jak sądził, zostały stamtąd usunięte na zawsze, całkowicie w cholerę wymazane, przesuwały się przez jego umysł:

Jego własna matka, schylająca się nad jego łóżeczkiem, kiedy był bardzo mały i miał spać, ale bolał go brzuch, powiedziała - „Nie mam czasu na to gówno” - i wyszła z jego pokoju, nakazując mu być cicho, bo miała faceta i Billy jej przeszkadzał.

Jeden z fagasów mamy pijany, stojący nad nim, kiedy miał jakieś dziewięć lat i kazali mu umyć wspólnie użytkowany, śmierdzący kibel, mówiący do niego pogardliwie - „Tylko do tego się nadajesz?”

Inny, kiedy Billy wrócił ze szkoły, a śmieci z kubła wysypywały się, chociaż oboje: fagas z matką Billy’ego byli cały dzień w domu - „Nie potrafisz nawet wynieść śmieci na czas” i jeszcze „Jak głupi jesteś, żeby o tym nie pamiętać?”

Kolejny z fagasów „opiekujący się” nim wieczorem, rozczarowany tym, że nauczycielka zorganizowała zebranie i wezwała matkę Billy’ego, strasząc ją Opieką Socjalną i odebraniem zapomogi - „Po cholerę w takiej gównianej sprawie twoja matka musiała iść do szkoły, kiedy ty nawet nie jesteś w stanie zapamiętać, że z dolara należało ci się jeszcze dziesięć centów reszty?”

Wspomnienia własnych przeżyć pieprzyły go, gnając przez mózg Billy’ego, kiedy przed oczami miał pobitą twarz Jacka.

Pana brat jest bardzo zdolny…

Nagle, niczym rozbłysk, Billy zobaczył zdecydowaną, ale łagodną twarz Hannah, kiedy to powiedziała.

Tu nie chodziło o niego, więc powinien zablokować własny strach przed zaangażowaniem i odrzuceniem, by Jack miał dobrą kobietę w swoim życiu.

Może faktycznie Billy powinien jej szczerze powiedzieć wszystko, co się działo z Jackiem, a nie unikać jej jak tchórz.

Przez kolejną godzinę Billy wykonywał swoje czynności automatycznie, nasłuchując, czy kumple nie potrzebowali wsparcia, czy nie trzeba było zawiadomić ratowników, a także pilnując cichego snu Jacka.

Oli wspomniał o pieprzonej potrzebie ochrony Hannah, ale jego brat też tego cholernie potrzebował.

A Billy miał wzorce mężczyzn chroniących swoje kobiety, ale też dzieci.

I od dawna wiedział, że był lub może chciałby być takim mężczyzną.

Protekcyjnym.

Billy lubił Hannah, więc bez wahania zgodził się jej pomóc, chociaż nie sądził, żeby lubiła wychodzić za mąż za niego, zwłaszcza pod taką presją.

Ale on był gotów to zrobić.

Chociażby dla formalności.

A potem mogłaby z nim się po prostu rozwieść, by odzyskać swoją wolność, natychmiast po tym, jak by zechciała.

Kiedy kumple godzinę później wracali z akcji, do remizy energicznie wkroczyła kobieta z Opieki Socjalnej.

Nie obudziła Jacka, bo, na szczęście, okazała się być empatyczną starszą panią, która rozumiała, że dziesięciolatek po przeżyciach musiał mieć chociaż kilka godzin spokoju, skoro znalazł się ktoś, kto mógł mu zapewnić poczucie bezpieczeństwa.

Niestety, rozmawiali w ich pokoju wspólnym, więc faceci stali ochronnie wokół i wspierali go, ale też słyszeli kolejne informacje na temat gównianego życia, jakie mieli obaj: Jack i Billy.

Ustalili, że Billy odwiezie Jacka do Opieki następnego dnia rano, by umówić się na wizytę kogoś z Opieki w mieszkaniu Billy’ego.

Billy nagle zrozumiał, że, stając się odpowiedzialnym za Jacka, musiał zadbać też o swoje miejsce do życia.

A jeśli w jego życiu byłaby również Hannah, gówniane mieszkanie, jakie zajmował przestało wchodzić w rachubę jako takie miejsce.

Potrzebowaliby domu.

*****

Hannah

Następnego dnia przed południem

Siedziałam z kilkorgiem dziećmi z półkolonii na trawniku boiska szkolnego i graliśmy w gry zespołowe, kiedy zobaczyłam nadchodzących od strony budynku szkoły Billy’ego i Jacka.

Na ich widok, jeszcze zanim do nas podeszli spięłam się, wzięłam głęboki wdech i go zatrzymałam, dopóki sobie nie przypomniałam, że dzieci dookoła mnie zawsze obserwowały i zauważały moje reakcje.

Nie chodziło o to, że był tam Billy, chociaż czułam się dziwnie, kiedy na niego patrzyłam, ale o to, jak wyglądał Jack.

Dzieci również musiały to zauważyć.

Więc wstałam, mruknęłam coś w rodzaju poczekajcie tutaj, podeszłam kilka metrów w stronę Billy’ego i Jacka, zaczęłam udawać, że trzymałam się i nie będę miała spazmów, chociaż okazywałam przejęcie, więc miałam poważną minę, wielkie oczy, stanęłam tam i patrzyłam na nich.

Za plecami słyszałam ciszę.

Wszyscy trwali w bezruchu.

Jack podszedł do mnie odważnie jako pierwszy, wyprzedzając Billy’ego, chociaż z niepewnie opuszczoną głową i zatrzymał się kilka kroków dalej.

Widziałam na jego policzku i wardze ślady ciosów, które otrzymał.

Biedne, biedne dziecko!

- Przepraszam, że nie przyszedłem na zajęcia przez ostatnie trzy dni - powiedział, a ja z całej siły walczyłam ze łzami.

O, rany!

- Nic nie szkodzi - powiedziałam do niego cicho, bardzo pilnie starając się, by w moim głosie nie było słychać tych wszystkich emocji, które mnie dusiły i dodałam niby żartobliwie - Ale ominęło cię wspólne pieczenie ciasteczek i jedzenie pysznej sałatki.

- Fuj! - mruknął Jack, a ja starałam się roześmiać, ale nie mogłam.

Nadal dławiło mnie w gardle, więc tylko nieporadnie wykrzywiłam wargi.

- Hannah - Billy cichym głosem zwrócił moją uwagę na siebie - Czy możemy porozmawiać na osobności?

Obejrzałam się, by zerknąć na koleżankę, która stała wśród cichych, skupionych dzieci i obserwowała nas, skinęłam głową do boku, pytająco unosząc brwi, a ona przytaknęła, że mogłam odejść.

- Jack… - łagodnie powiedziałam do chłopca - może dołączysz do wszystkich - na co skinął głową i niemrawo ruszył w stronę grupy, ale już się za nim nie oglądałam.

Przeszliśmy z Billy’m kilka metrów za ławki, otaczające boisko, żeby mieć pewność, że nikt nas nie by podsłuchał.

- Potrzebuję twojej pomocy - powiedział mi Billy, a ja natychmiast zapomniałam o nieprzyjemnościach, jakie znosiłam przez ostatnie kilka dni w swoim rodzinnym domu, o tym, że nie odezwał się do mnie od czasu naszego pożegnania na podjeździe naszego domu i skupiłam się na nim.

- Jack musi zostać zabrany od naszej matki - stwierdził Billy i zacisnęłam wargi, bo to zrozumiałam, o Boże, jak ja to rozumiałam - Ale może trafić do domu zastępczego, jeśli ja nie będę mógł zapewnić mu opieki. Chwilowo mieszka w domu tymczasowym.

Przytaknęłam powoli, kiedy przerwał na chwilę, nie spuszczając z niego wzroku, ale nadal nie wiedziałam, czego Billy oczekiwał ode mnie.

A on zmienił temat.

- Oli powiedział mi, że miałaś nieprzyjemności po tym, jak pochopnie dotknąłem i pocałowałem cię wtedy na podjeździe - wyjawił mi Billy.

Skrzywiłam się na tak obcesowe podejście do tej sprawy, chociaż wiedziałam, że Oli opiekował się nami, więc podejrzewałam, że oskarżył Billy’ego o to, że z jego winy miałam „nieprzyjemności”.

Cóż, nazwanie tego nieprzyjemnościami było oględne i łagodne.

Gdybym ich tak nie kochała, gdybym nie sądziła, że mama potrzebowała mnie przy Ablu, Abi przy jej nastolatkowych problemach, a wszyscy z powodów finansowych, gdyby nie to, że nie miałam dokąd się wyprowadzić, to, no cóż, wyprowadziłabym się.

Lucy warczała przy mnie przy każdej okazji.

Mama nie odzywała się i czułam, że czekała na okazję i sposobność, by, jak zwykle, dla świętego spokoju, ustąpić mojej siostrze, chociaż ona też nie wiedziała, co można by zrobić w tej sytuacji.

Abigail najchętniej nie wracałaby ze szkoły do domu, chociaż były wakacje i nie musiała w ogóle wychodzić do szkoły.

Zapisała się na jakiś, niepotrzebny jej, kurs letni i tam spędzała czas, by uniknąć atmosfery, która w domu zagęszczała się z dnia na dzień.

Ale tego ranka Lucy zrobiła coś, przez co aż do tej pory miałam ochotę płakać, bo to było podłe.

Wychodziłam do pracy na tyle późno, że mama dawała śniadanie Ablowi przy mnie, więc cieszyłam się ich towarzystwem.

Abel lubił grać ze mną w paluszki, przekomarzać się, siedzieć mi na kolanach lub też wyręczałam mamę w karmieniu go, jeśli miałam na to czas.

Tego ranka trzymałam Abla na kolanach, a mama dawała mu łyżką resztkę owsianki, kiedy weszła do kuchni Lucy.

Przyskoczyła do nas z wściekłością, wyrwała Abla z mojego uścisku, chociaż krzyknął z przestrachu, przekręciła się z nim tak, że osłoniła go przede mną swoim ciałem i zawołała do mnie:

- Nie dotykaj mojego brata ty jawnogrzesznico!

Zamarłam, ale nic nie powiedziałam.

Mama nie odezwała się nawet jednym słowem ani do mnie, ani do Lucy.

Lucy stała tak, z Ablem, który trochę się przestraszył, więc zamarł w jej ramionach i tylko patrzył dużymi oczkami, z drgającą bródką, dopóki nie wyszłam z kuchni, a zrobiłam to dość szybko i w ciszy, bo miałam ochotę płakać.

Nie zrobiłam przecież nic złego.

Nie chciałam jednak bardziej denerwować Abla.

Poszłam do pracy, nie żegnając się z nikim i później w szkole nikomu nie powiedziałam, co się stało, bo nie umiałabym tego wyrazić słowami.

Czułam się źle, ale też czułam się winna.

Powinnam była wtedy odsunąć się od Billy’ego.

Nie powinnam była pozwolić mu się dotykać.

To była wyłącznie moja wina.

On nie wiedział, że nawet takie niewinne dotykanie mnie było niewłaściwe, a przynajmniej tak to odebrała Tina Blackstone, która akurat była z wizytą u swojej przyjaciółki w naszym sąsiedztwie.

Ja czułam się z tym dobrze.

A na dodatek teraz widok Billy’ego sprawił mi przyjemność, chociaż była ona słodko-gorzka, bo połączona z przypomnieniem wszystkich nieprzyjemności, które mnie spotkały od tego czasu, kiedy widzieliśmy się po raz ostatni.

Utrata możliwości zabawy z moim małym bratem była tą małą kroplą, która właśnie tego ranka przelała kielich mojej goryczy.

Dlatego nie zaprzeczyłam i nie zmilczałam.

- Tak - powiedziałam cicho, ale szczerze, odwracając wzrok.

Jednak kiedy to pojedyncze słowo opuściło moje usta, zawstydziłam się.

Nie powinnam skarżyć się na postępowanie mojej rodziny, bo zasłużyłam na to swoim postępowaniem.

Lucy miała rację.

- Mam pewne rozwiązanie naszych problemów - odezwał się Billy.

Spojrzałam uważniej wprost na niego i słuchałam.

- Więc mam rozwiązanie, które być może nie jest idealne, ale jest jakieś. Po prostu wyjdziesz za mnie za mąż - powiedział Billy, a ja otworzyłam usta ze zdumienia - Za dwa dni jest Dzień Niepodległości. Jak przyjedziecie do FS 13 na waszą imprezę dla dzieciaków, porozmawiamy. Będziesz miała dość czasu żeby się zastanowić nad moją propozycją. Chodzi o to, żebyśmy się pobrali, ale to będzie tylko formalność. Jeśli nie zechcesz mnie jako męża, cóż, ja to zrozumiem. Ale pomyśl, bo po tym będziemy mieli związek, dzięki któremu ty zyskasz spokój, twoja mama lub siostra nie będą słyszały pomówień, a ja zyskam opiekę prawną nad Jackiem.

Słuchałam, rozumiałam to, ale kręciło mi się w głowie.

Nigdy w życiu nie spodziewałabym się takich „oświadczyn”, takiej propozycji małżeństwa jako układu.

Nie wiedząc właściwie, co robiłam, skinęłam głową.

Billy odetchnął z wyraźną ulgą, spojrzał na grupkę dzieciaków, popatrzył z powrotem na mnie i przechylił głowę, by patrzeć na mnie ze skosu.

- Hannah, wiem, że ci się to może nie podobać - powiedział łagodnym tonem - Żadna kobieta nie marzy nigdy o zaręczynach z powodu tego, co gadają inni, albo jakiejkolwiek innej konieczności. Ale podobno zdarzają się małżeństwa aranżowane. To mogłoby być nawet gorsze, prawda?

Tak.

Wiedziałam o tym i dlatego ponownie skinęłam głową.

Może miał rację i powinnam zgodzić się na taki układ.

- Proszę, nie mów nikomu - szepnęłam jednak - Najpierw porozmawiamy.

Nie chciałam, żeby moja mama lub Abi usłyszały kiedykolwiek, że wyszłam za mąż bez miłości, bo wiedziałam, że ona wiedziały, ile to dla mnie znaczyło.

- Okej - mruknął Billy - Ale przemyśl to. Dobrze?

Jeszcze raz skinęłam głową, popatrzyłam na niego i zobaczyłam, jak pomachał dłonią Jackowi, odwrócił się i zaczął iść w stronę parkingu.

Nie wiedziałam dlaczego, ale poczułam rozczarowanie tym, że mnie nie pocałował, albo przynajmniej nie pogłaskał.

Cóż, głupia ja, tęskniłam.

Tęskniłam za jego dotykiem.

*****

Wieczorem tego samego dnia

Kiedy wróciłam po pracy do domu, wszystko wydawało się być uspokojone i zaczęłam myśleć, że może pochopnie zdenerwowałam się, więc dałam Billy’emu nadzieję na rozwiązanie tej sytuacji tak, jak on to sobie wyobrażał.

Chciał mnie ochronić.

Wiedziałam to.

Czuł się winny, a jednocześnie chciał chronić Jacka przed złym wpływem ich matki, więc wymyślił rozwiązanie, które mu się nie podobało.

To też wiedziałam.

Nie mogło mu się podobać, bo było pułapką, w jaką mężczyźni nie lubią być wciągani w jakikolwiek sposób.

Słyszałam nawet, że były kobiety, które specjalnie wciągały mężczyznę w pułapkę małżeństwa przez to, że zachodziły w ciążę.

Billy nie mógł chcieć małżeństwa ze mną.

Więc dla niego była to ostateczność, na którą się godził, bo było to mniejsze zło, a może dlatego, że nie widział innego rozwiązania.

Nieważne.

W moim domu jednak panował spokój i cisza, moja mama tylko uważnie na mnie patrzyła, ale nie powiedziała ani słowa na temat wcześniejszych wydarzeń, więc uznałam, że poranna sytuacja została zażegnana.

Zjadłam samotnie późny lunch, naszykowałam pranie, na które mama nie miała wcześniej czasu i zabrałam się za porządki w naszym tylnym ogródku.

A potem wrócił Abel.

Widziałam przez otwarte tylne drzwi, jak wbiegł do domu radośnie, jak to on potrafił, wyprzedzając na swoich rozkosznych, krótkich nóżkach panią Peperson, która go przywiozła z dziennej opieki w letnim przedszkolu.

Ruszyłam, by się z nimi przywitać.

Kiedy weszłam do domu, pani Peperson właśnie wychodziła, nie poczekawszy na mnie, bo, jak zawołała, spieszyła się do swojej rodziny, więc tylko zawołałam do niej z daleka Hej, pani Peperson, a ona zawołała do mnie Hej Hannah bez wahania czy odrazy.

Pomyślałam, że to Lucy była przewrażliwiona lub coś wyolbrzymiła jej przyszła teściowa, która zawsze zwracała uwagę na to, co mówili inni.

Kiedy jednak z uśmiechem powitania skierowałam się do Abla, który już zaczął biec w moją stronę z okrzykiem, moja mama złapała go na ręce, a potem odwróciła się z nim w stronę ich pokoju, chociaż uderzył ją piąstkami z oburzeniem, i tylko wymamrotała w moją stronę Przykro mi Hannah.

Wtedy zrozumiałam, że Lucy wymogła na niej, żeby mnie całkiem odizolowała od mojego ukochanego brata.

Nagle moje ręce stały się takie puste.

Opuściłam je, kiedy w oczach wezbrały mi łzy.

Stałam przez chwilę bezradnie po środku korytarza, a potem poszłam do łazienki, by umyć twarz, dłonie, wytrzeć je w ręcznik i pójść do swojego pokoju.

Położyłam się na swoim łóżku i poddałam się cichemu płaczowi, który był słaby, beznadziejny i bezsensowny.

Nic nie wnosił, nie pomagał rozwiązywać żadnego problemu.

Więc nie powinien być.

Ale trwał przez dłuższą chwilę, zanim go opanowałam.

A kiedy już to zrobiłam i zaczęłam myśleć, wymyśliłam tylko jedno.

Nie mogłam czekać aż dwa dni, żeby porozmawiać z Billy’m.

Musiałam się z nim spotkać następnego dnia.

Im szybciej, tym lepiej.

Nie miałam jednak numeru telefonu do niego, więc jedyną osobą, z którą mogłam się skontaktować, pozostawał Oli.

Ale akurat to mi nie przeszkadzało, bo jemu mogłam zaufać.

Wzięłam więc do ręki swój telefon, otworzyłam kontakty, a tak się składało, że wśród ostatnio wybieranych był tylko jeden, jego, wybrałam numer do mężczyzny, który pomógł mi już tyle razy w ciągu ostatnich tygodni, a nawet miesięcy i słuchałam sygnału połączenia.

- Hej, Oli - powiedziałam, kiedy się odezwał swoim Tak? w mojej komórce.

- Hannah? - zapytał, a skupiony, surowy ton jego głosu dokładnie powiedział mi, jak brzmiałam.

- Przepraszam, że cię niepokoję - odparłam - Jesteś w domu?

- W pracy do szóstej wieczorem - powiedział Oli łagodnym tonem - Ale to nie jest ważne. Mów, Słonko.

- Tak, racja. Hmmm. Czy mógłbyś mi przesłać numer telefonu do Billy’ego? - poprosiłam.

- Oczywiście, że mogę - powiedział Oli zadecydowanie - Ale nie brzmisz dobrze, Słonko. Co się stało?

No, tak.

Oczywiście, że mógł, oczywiście, że usłyszał, jak brzmiałam i oczywiście, że natychmiast był gotów mi pomóc.

Był takim wspaniałym mężczyzną.

- To nic takiego - skłamałam - Tylko muszę porozmawiać z Billy’m.

Wtedy Oli udowodnił mi, co powinnam była wiedzieć od razu, że rozmawiał z Billy’m i wiedział wszystko, nawet o dziwnej propozycji tego dziwnego układu, jaki poprzedniego dnia zaproponował mi Billy.

Chociaż Oli nie powiedział tego wprost.

Powiedział mi tylko łagodnym, wyrozumiałym głosem - Wiem, że musisz. Jak tylko się rozłączymy, prześlę ci jego wizytówkę.

Odetchnęłam z ulgą.

- Ale, Słonko… - Oli nie skończył - pamiętaj, że zawsze masz nasze wsparcie. Cokolwiek postanowisz, zawsze pomożemy ci oboje z Heleną.

Tak, wiedziałam to.

Ale w tej sytuacji musieliśmy poradzić sobie z Billy’m we dwoje.

Więc dziesięć minut później trzymałam przy uchu telefon z wybranym numerem telefonu Billy’ego, który dostałam od Oli’ego, chociaż on też przecież był w pracy i słuchałam sygnału połączenia.

- Tak? - usłyszałam głos Billy’ego.

- Hej - powiedziałam cicho - Tu Hannah.

- Hej, Hannah - odpowiedział łagodnym tonem i, Boże mój, dlaczego nagle zrobiło mi się tak ciepło i poczułam się bezpieczna?

- Billy - zawołałam jego imię, a potem powiedziałam z naciskiem, żeby wiedział, o czym mówiłam - Zgadzam się. Musimy jednak najpierw porozmawiać. Czy możesz przyjechać jutro do mnie do szkoły?

- Może lepiej po zajęciach? - spytał Billy, udowadniając mi, że rozumiał potrzebę dłuższej rozmowy i dyskrecji, co w szkole byłoby utrudnione.

- Dobrze - szepnęłam, dziwnie ucieszona i zawstydzona na myśl o tym, że go zobaczę - Kończę o dwunastej trzydzieści.

- Okej, kochanie - mruknął do słuchawki, a ja poczułam się ponownie ciepło i przytulnie.

Kochanie.

- To do jutra - mruknęłam, opanowując się.

- Do jutra - odpowiedział Billy.

I rozłączyliśmy się.

Był już późny wieczór, nie jadłam kolacji, ale, doprawdy, nie miałam ochoty na wychodzenie ze swojego pokoju, nawet jak byłam bardzo głodna.

Kiedy byłam prawie pewna, że mama kładła Abla do snu, i już miałam wyślizgnąć się do kuchni po jakiekolwiek jedzenie, usłyszałam ciche, delikatne pukanie do moich drzwi.

Kiedy je uchyliłam, zobaczyłam za nimi Abi.

Moja kochana mała siostrzyczka trzymała w ręku duży talerz z zapiekanymi ziemniakami i kawałkiem parującej, pięknie pachnącej pieczeni, a w drugiej ręce kubek z parującą kawą zbożową, jaką zwykle pijałam przed snem.

Na ten zapach poleciała mi ślinka.

Otworzyłam drzwi trochę szerzej.

- Anie - powiedziała Abigail cichutko, ale nie oglądała się za siebie, więc wiedziałam, że mama była zajęta, a Lucy jeszcze nie było - Mogę tu z tobą posiedzieć przez chwilę?

- Abi, dziękuję - powiedziałam, zabierając jednak z jej rąk talerz i kubek - Ale nie powinnaś spędzać ze mną czasu. Będziesz miała nieprzyjemności.

- Mama nic nie wie - wymamrotała moja najmłodsza siostra.

Westchnęłam - Och, Abi.

Spojrzałam na nią z wyrzutem, ale odsunęłam się od drzwi i nie wygoniłam jej, bo wyglądała, jakby chciała coś jeszcze powiedzieć.

I powiedziała.

Dużo.

Tak dużo i takie rzeczy, że zwątpiłam, czy powinnam doszukiwać się dobra w mojej średniej siostrze.


 

2 komentarze: