czwartek, 2 lutego 2023

12 - Będzie dobrze

 

Rozdział 12

Będzie dobrze

Billy

 

 

Billy był zawieszony swobodnie w ciepłej, przyjaznej przestrzeni, w której niczego nie słyszał, nie czuł, nikt go nie dotykał.

Była bezpieczna.

Ale też było ciemno, a on nie mógł poruszyć rękoma, nogami, a tym bardziej całym ciałem, więc jej nie lubił.

Chciał odzyskać kontrolę.

Wtedy usłyszał jej łagodny, czuły szept Śpij dobrze, kochanie. Wypocznij, nabierz sił i wróć do nas. Jack powiedział, żebym ci powiedziała, że cię kocha. Ja też cię kocham. Kocham cię i będę tęskniła, więc wróć do nas szybko.

Jego Anie.

Anie kazała mu spać.

Anie nie kłamała, nigdy.

Ufał jej.

Więc zasnął.

*****

Ktoś go dotykał.

Nie chciał tego, nienawidził tego, ale nie mógł się odsunąć, ani dać żadnego znaku, żeby go nie… dotykali!

A potem poczuł jej zapach i uspokoił się.

Mleko, wanilia, oliwka, miód.

Pamiętał.

Jego Anie.

Była tam, więc był bezpieczny.

Ona go nie skrzywdzi, nie ubrudzi, sprawi, że wszystko dookoła będzie czyste i bezpieczne dla niego.

Mógł znowu zasnąć tak, jak mu kazała.

*****

Wypływał z tej przyjaznej, ciepłej ciemności, która wciąż go otaczała i słyszał głosy kilku ludzi, którzy mówili coś niedaleko niego.

Nadal nie mógł się poruszyć, nie miał władzy nad własnym ciałem.

Nadal pamiętał, że Anie powiedziała mu, żeby spał.

- Kiedy będzie gotowy, to się obudzi - powiedział mężczyzna.

Potem głosy się oddaliły i Billy był gotów wrócić do snu.

Nie wrócił.

Nie wiedział, jak długo to trwało, ale poczuł, że ktoś ujął jego palce, objął jego dłoń, przyłożył do niej usta, a potem poczuł jeszcze coś.

Ciepły, delikatny powiew czyjegoś oddechu.

To było nawet całkiem miłe.

Dziwne.

Dotyk nie bywał miły.

A potem ten ktoś przyłożył wnętrze jego dłoni do swojego policzka i Billy poczuł wilgoć na palcach.

- Kocham cię, Billy - powiedziała Anie.

Chciał ją pogłaskać, ale wciąż nie mógł się poruszyć.

- Proszę, obudź się - szeptała, jej oddech owiewał jego dłoń i Billy usłyszał ból i strach w jej głosie.

Anie!

- Daj mi znać, że możesz to zrobić, a potem możesz znowu spać. Tylko na chwilę, ukochany - błagała, więc się postarał.

Jego palce drgnęły przy jej policzku.

*****

Hannah

Stałam przy łóżku Billy’ego i bałam się coraz bardziej.

Przerażenie dosłownie mnie obezwładniało, zabierało każdą dobrą myśl tak daleko ode mnie, ze nie mogłam ich odnaleźć.

Kiedy przyjechałam do szpitala rano tuż po naszym śniadaniu, pielęgniarka akurat zabierała się do umycia mojego męża, bo lekarz był przy nim kilka minut wcześniej, obejrzał okolice opatrunku i ogólnie ocenił (jak to nazwała pielęgniarka, która mi o tym mówiła) jego parametry życiowe.

Byli to inny, obcy lekarz i inna, nieznana mi pielęgniarka, bo była już kolejna zmiana na dyżurze, ale Jeff miał przyjść później tego dnia.

Nie dopytywałam się o stan Billy’ego, bo miałam się wszystkiego najważniejszego dowiedzieć wtedy, kiedy Billy zostałby wybudzony ze śpiączki na kontrolę, chociaż pielęgniarka sama z siebie powiedziała mi, że rana goiła się dobrze.

Tej nocy ze zdenerwowania spałam bardzo mało, bo najpierw nie mogłam zasnąć, a potem łatwo się wybudzałam, więc, skoro i tak nie byłam senna, wstałam bardzo wcześnie rano, o świcie, ubrałam się i poszłam do kuchni, gdzie upiekłam muffiny waniliowe z czekoladą.

 Kiedy Jack wstał, przygotował się w swoim pokoju, a potem zszedł na dół, wszedł do kuchni, gdzie nadal byłam, niemrawo powitał się ze mną i usiadł na stołku przy naszym podręcznym stoliku, ze smutną miną patrząc w blat przed sobą.

- Myłeś zęby? - zapytałam go, jak pytałam codziennie, ale mi nie odpowiedział, tylko smętnie pokiwał głową.

Zmarszczyłam brwi i spróbowałam inaczej.

- Co chcesz na śniadanie? - zapytałam go delikatnie, podchodząc do lodówki, by wyjąć z niej jajka, bekon i inne ulubione przez niego rzeczy.

- Nie wiem - wymamrotał - Nic.

- Może tosty francuskie? - zaproponowałam mu, co wreszcie dało mi odrobinę zainteresowania, bo poderwał głowę do góry.

- Naprawdę? - zapytał w odpowiedzi i zabrzmiał trochę bardziej rześko.

 - Tak - skinęłam przy tym głową i odwróciłam się do niego z uśmiechem - Upiekłam muffiny do zabrania do szpitala - powiedziałam mu.

 - Suuuuper - Jack odezwał się całkiem głośno - Billy się ucieszy. Kiedy tam pojedziemy?

Westchnęłam w duchu, bo stwierdziłam, że musiałam mu wyjaśnić trochę więcej, niż te ogólniki, które powiedziałam mu poprzedniego dnia, kiedy moim samochodem wracaliśmy do domu.

- Och, kochanie - podeszłam do niego, zostawiając na blacie miskę z jajkiem, które zdążyłam rozbić i wycierając dłonie w ściereczkę, którą zawsze trzymałam blisko siebie - Billy miał poważną operację, a to oznacza, że prawdopodobnie nie będzie mógł jeść moich przysmaków jeszcze przez kilka dni - powiedziałam delikatnie, opierając dłoń na jego ramieniu.

Jack ponownie opuścił głowę i miałam wrażenie, że broda mu zadrżała.

- Ale to nie musi być nic złego - mówiłam cicho i delikatnie, palcami pod jego brodą podnosząc twarz Jacka tak, bym widziała jego oczy - Lekarze mają to pod kontrolą i sprawią, żeby Billy wrócił do nas zdrowy. Tak?

- Tak - mruknął Jack, ale nie brzmiał na przekonanego.

- Wiem, że za nim tęsknisz - kontynuowałam - Ja też tęsknię. Ale musimy być cierpliwi. Takie sprawy wymagają czasu, by wszystko dobrze się zagoiło.

- Tak - powtórzył Jack, westchnął, a potem niespodziewanie objął mnie ramionami w biodrach i wtulił twarz w mój brzuch - Kocham cię, Hannah - wymamrotał tam.

- Ja też cię kocham - powiedziałam cicho, ze wzruszeniem, głaszcząc go po głowie i plecach - To co? Tosty francuskie? Chcesz się nauczyć, jak je robić?

Nie poderwał się, nie uśmiechnął, ale trochę się ożywił, podeszliśmy razem do blatu i Jack pomagał mi w gotowaniu.

Więc razem zrobiliśmy tosty francuskie, razem je zjedliśmy, razem posprzątaliśmy kuchnię, a potem oddzielnie poszliśmy do naszych pokoi, by naszykować się na nasz dzień.

Jack bowiem pojechał ze mną najpierw do szpitala, gdzie grzecznie czekał w kąciku poczekalni oddziału ratunkowego, pisząc coś w zabranym przez siebie zeszycie, zajadając jedną z moich muffin i popijając ją napojem winogronowym, kiedy ja zaniosłam dwie muffiny do stanowiska pielęgniarek oddziału ratunkowego, gdzie przekonałam się, że mój Billy właśnie miał zostać umyty.

Poprosiłam więc pielęgniarkę, by mi pokazała jak to się robi.

Dzięki temu mogłam myć sama mojego męża myjką, osuszać go sterylnie czystym ręcznikiem i nacierać specjalnym kremem, mając pewność, że nie dotykała go obca osoba, skoro on nie lubił dotyku, chociaż nadal nie byłam pewna, czy to nie chodziło o mój dotyk.

W trakcie mycia go jednak miałam wrażenie, że moja obecność uspokoiła jego sen, bo kiedy tam wchodziłam wyglądał na spiętego, a potem chyba spał mocniej, odprężył się, wypoczywając tak, jak nakazał lekarz.

Co było dobre, bo zdrowiał.

 Nie odezwałam się do niego podczas tego wszystkiego, chociaż miałam straszną ochotę, ale obecność tej obcej pielęgniarki mnie zawstydziła tym bardziej, że kobieta była oschła i nieuprzejma.

Później, kiedy skończyłam, Billy leżał z powrotem pod tymi wszystkimi rurkami i kablami, wyszłam z oddziału, pojechaliśmy z Jackiem do szkoły, gdzie spotkałam się z Emily, która, oczywiście, zaczęła mnie wypytywać, a przy okazji dowiedziała się, że Jack był bratem mojego nowego męża, że mieliśmy zamiar go wychowywać razem i że już z nami mieszkał.

Co częściowo zaspokoiło jej nieposkromioną ciekawość.

Poczęstowałam ją jedną z muffin, ale tym razem zjedliśmy je wszyscy razem, we trójkę, pijąc przy tym kawę i sok, kiedy zrobiliśmy sobie przerwę w porządkowaniu pracowni.

Następnie pojechaliśmy z Jackiem do sklepu na zakupy spożywcze.

Chodziliśmy po sklepie, a Jack ponownie był przygaszony, ale pomagał mi, przynosząc róże rzeczy i przypominając, jeśli o czymś zapomniałam.

- Jeszcze ziemniaki - powiedział w pewnym momencie, a ja zmarszczyłam brwi, bo nie mówiłam mu o nich i nie widziałam, żeby je lubił - Żebyś mogła mi zrobić swoje hash browns. Takie, jakie lubi Billy.

Ponownie musiałam skupić się na opanowaniu emocji, zaciskających moje gardło, bo nie wiedziałam, że to zauważył.

Tak, Billy faktycznie lubił moje hash browns.

Nawet specjalnie prosił o nie czasami na śniadanie, chociaż zwykle po prostu zjadał to, co ugotowałam.

Byliśmy małżeństwem zaledwie od dziesięciu dni, więc nie próbował jeszcze wszystkiego, co mogłabym mu zrobić na śniadanie, ale hash browns lubił zdecydowanie.

- To potrzebujemy jeszcze ser szwajcarski i szynkę konserwową - powiedziałam, bo Jack nie znał sekretu mojego hash browns.

Młody uśmiechnął się szeroko, podskoczył i pobiegł do stoisk z ladami chłodniczymi, a ja podążyłam za nim z naszym wózkiem, myśląc o tym, że powinnam częściej mu to dawać.

Był dobrym, cichym dzieckiem i czasem zapominałam, że potrzebował takiego zapewnienia o tym, że był gdzieś blisko na tym świecie ktoś, komu na nim zależało.

Po zakupach wróciliśmy do domu, ugotowałam wczesną kolację, na którą przyjechała Abi (przywieźli ją Alek i Sam, za co byłam im bardzo wdzięczna, bo z tego powodu wrócili wcześniej do domu z butiku).

Zaprosiłam, oczywiście, wszystkich, by zostali z nami.

Więc Alek i Sam zjedli z nami zapiekany makaron z burgerami i serem, a potem oni we dwóch wrócili do swojego domu, a ja sama wyruszyłam z domu moim Renegade, zostawiając w nim Abi z Jackiem, by odwiedzić mojego męża w szpitalu i przekonać się, czy jego wyleczenie przebiegało pomyślnie.

Co doprowadziło mnie do teraz.

Kiedy weszłam na oddział ratunkowy, przekonałam się, że w poczekalni byli już Oli z Heleną i Jimmy z Evą i poczułam wzruszenie i wdzięczność od tych dwóch kobiet, które były dla mnie jak mama, chociaż były o wiele bardziej spokojne, zrównoważone niż ona, więc ich obecność dawała mi więcej wsparcia.

Natomiast obaj mężczyźni byli przyjaciółmi Billy’ego i obaj martwili się o nas, chociaż Oli również dbał o całą moja rodzinę, więc był kimś więcej.

- Jak się trzymasz, kochanie - zapytała Eva, kiedy po uścisku na powitanie odsunęła mnie wreszcie od siebie na długość ramion, by spojrzeć w moją twarz - Jack jest okej? Gdzie jest?

- Tak - potwierdziłam i skinęłam głową, chociaż wiedziałam, że nie do końca mówiłam prawdę i wiedziałam, że Eva też to wiedziała - Jack został w domu z Abi. Tęskni za bratem, ale jest okej.

Tak, okej było słowem, które mówiło wszystko, bo nie wskazywało na bardzo dobrze, ale też nie było jakoś specjalnie źle.

- Hannah - odezwał się Oli, zwracając moją uwagę na niego - Zadzwoń do Abi, skoro jest u was w domu i powiedz jej, że niedługo podjedzie tam David i podstawi na wasz parking Custom’a Billy’ego. Dam mu znać, żeby to jej zostawił kluczyki.

Przytaknęłam i natychmiast zaczęłam grzebać w swojej torebce, by wyjąć telefon i wykonać polecenie.

Kiedy przekazałam siostrze wiadomość i opisałam Davida, by się go nie przestraszyła (cóż, Davida można było się wystraszyć), rozłączyłam się i schowałam telefon z powrotem do torebki.

- Hannah - powiedział cicho Eva, dotykając mojego przedramienia, by zwrócić na siebie moją uwagę - Nie sądzisz, że Abi mogłaby jeździć twoim Jeepem, kiedy Billy tu jest, a ty byś jeździła pickupem Billy’ego.

Spojrzałam na nią i zagryzłam wargę, bo to nie był zły pomysł.

- Myślałam o tym… - przyznałam jej, a potem spojrzałam na Oli’ego, który był dla nas zastępcą taty - żeby ją namówić na kupno jakiegoś samochodu. Nie lubię, jak jeździ autobusami - wyjaśniłam.

- Dobrze - powiedział na to Oli i skinął głową z lekkim uśmiechem na ustach, więc wiedziałam, że spodobała mu się moja inicjatywa - Porozmawiamy o tym, kiedy Billy wyjdzie ze szpitala. Ale teraz naprawdę mogłaby jeździć twoim samochodem, bo przecież drugi będzie stał na parkingu.

To sprawiło, że poczułam się o wiele lepiej.

Chodziło mi o to małe kiedy wyjdzie, powiedziane przez Oli’ego zamiast mówionych czasem przez ludzi jeśli wyjdzie ktoś ze szpitala.

To pozwalało mi na przywoływanie dobrych myśli o tym, że Billy wyzdrowieje i szybko do nas wróci.

Przerwaliśmy na tym tę rozmowę, bo i tak najpierw powinnam o tym porozmawiać z Abi, a może z naszą mamą, chociaż podejrzewałam, że ona przychyliłby się do tego, co powiedziałby jej Oli, a może nasz tata, jeśli wcześniej ja zapytałabym go o to podczas najbliższej rozmowy z nim przez telefon.

Powiedziałam im swoje na razie i poszłam do Billy’ego.

Pielęgniarka pozwoliła mi się przygotować i umyłam ręce tym szczypiącym płynem, założyłam jednorazowy, cienki fartuch, kiedy dała mi rękawiczki, informując przy tym, że były neoprenowe, cokolwiek to znaczyło, a po założeniu ich przekonałam się, że leżały o wiele lepiej na moich dłoniach niż te z poprzedniego dnia.

Byłam w pełni przygotowana, kiedy przyszedł lekarz i był to ponownie Jeff, na co uśmiechnęłam się z ulgą.

Kiedy weszliśmy we trójkę do sali, w której leżał Billy, nie podeszłam do jego łóżka, bo pielęgniarka powiedziała mi, żebym stanęła nieco dalej, by Jeff mógł zbadać mojego męża.

Jeff, który ponownie był w okolicy, żeby wybudzić Billy’ego, wyjaśnił mi, że specjalnie zmniejszyli dawki leków, podawanych przez kroplówkę już jakiś czas temu, więc teraz tylko zbadał go i wszyscy czekali na reakcję Billy’ego, ale ta nie następowała.

Tak strasznie się bałam, że coś było nie tak i że Billy nie wybudziłby się, nie mógłby sam oddychać, a co za tym szło, nie wróciłby do nas tak szybko, jak ja i Jack mieliśmy nadzieję.

- Doktorze - usłyszeliśmy ciche wołanie, a kiedy obejrzałam się w stronę drzwi, zobaczyłam wsuwającą do sali przez drzwi głowę i ramiona pielęgniarki w innym fartuchu z maseczką luźno przytkniętą do twarzy i przytrzymywaną palcami jednej ręki.

- Przywieźli nam nagły przypadek - powiedziała do Jeffa z pośpiechem - potrzebujemy tam pana.

- Już idę - powiedział Jeff i zniknęła.

- Proszę tu zostać i obserwować go - powiedział lekarz do pielęgniarki, która była na dyżurze - To może chwilę potrwać - rzucił do mnie, uśmiechnął się lekko i wyszedł.

Nie znałam tej pielęgniarki i onieśmielała mnie, ale nie zwracała na mnie większej uwagi, więc miałam nadzieję, że po prostu pozwoli mi tam zostać.

A ona, nie tylko pozwoliła mi zostać, ale nawet wyszła do pomieszczenia przejściowego, więc, kiedy to trwało kolejną minutę, przysunęłam się bliżej do łóżka mojego męża, przysunęłam sobie krzesło i usiadłam na nim.

Wzięłam z wahaniem dłoń Billy’ego w swoją, przysunęłam do niego twarz, a później, kiedy nadal byłam z nim sama, a on się nie budził, zaczęłam czuć rozpacz oprócz strachu, chociaż przecież Jeff powiedział To może chwilę potrwać.

Podniosłam jego dłoń zawiniętą w obie moje dłonie do swojego czoła, oparłam obie ręce łokciami na materacu jego łóżka, zamknęłam oczy i zaczęłam prosić Boga o to, by Billy wrócił do mnie.

A potem strach i rozpacz zaczęły dominować i poczułam, że z moich oczu miały polecieć łzy, więc wtuliłam policzek w dłoń mojego kochanego męża i zaczęłam paplać, by im zapobiec.

- Wiesz, kochanie, Jack został w naszym domu z Abi - bełkotałam bez sensu, kiedy podniosłam głowę i trzymałam jego palce w swoich dłoniach przy swoich ustach - Oboje tęsknimy za tobą.

Wciągnęłam urywany wdech.

- Kocham cię, Billy - dodałam po chwili - Proszę, obudź się - szeptałam, czując, że w moim głosie brzmiało za dużo strachu i desperacji, a powinnam być silna - Daj mi znać, że możesz to zrobić, a potem możesz znowu spać -kontynuowałam błagalnie - Tylko na chwilę, mój ukochany, żebym wiedziała…

Przerwałam nagle, bo palce Billy’ego drgnęły w mojej ręce.

Spojrzałam na nie, a potem na oczy mojego męża, by zobaczyć, że jego powieki zadrżały, a później… uchyliły się!

Poderwałam się z krzesła, pochyliłam nad Billy’m, położyłam rękę na poduszce nad jego głową, kiedy drugą dłoń, wciąż ściskającą jego palce, opuściłam na jego klatkę piersiową.

- Billy? - szepnęłam w jego twarz - Słyszysz mnie?

Stęknął lekko w rurkę, którą miał w ustach.

W tym samym momencie wpadła do sali pielęgniarka, podeszła do łóżka z drugiej strony i nacisnęła przycisk na panelu, znajdującym się na boku łóżka.

- Proszę się odsunąć - powiedziała do mnie, chociaż nie patrzyła w moją stronę - Musimy wyjąć rurkę intubacyjną, bo będzie się dusił.

Odsunęłam się od łóżka ze strachem, bo nie chciałam niczym zagrozić Billy’emu, a nie znałam się na tym.

Spojrzałam niespokojnie, oczekując, że wróci Jeff i nie pomyliłam się.

Lekarz wpadł z pośpiechem w drzwi pomieszczenia, po drodze zmieniając fartuch i rękawiczki.

- Panie Brown - powiedział, nachylając się nad Billy’m - Billy. Proszę się uspokoić. Musimy wyjąć ci rurkę z gardła. Potem odpowiem na wszelkie pytania.

Zajął się tym, czym potrzebował się zająć, a ja stałam tam, czując się bezradna i bezużyteczna, kiedy nagłym ruchem wysuwał z gardła Billy’ego przerażająco długa rurę.

Potem wciąż tam stałam i słuchałam, jak Jeff zadawał Billy’emu pytania, na które Billy dawał tylko krótkie odpowiedzi, ale z miny lekarza wiedziałam, że wszystko było dobrze.

Miało być całkiem dobrze.

Więc stałam tam, ze splecionymi ze sobą palcami obu dłoni zaciśniętymi w pięści, uniesionymi do piersi i patrzyłam na mojego męża.

Był blady, słaby, mówił chrapliwie i z trudem, ale był tam.

Mogłam myśleć jedynie Dzięki Ci, Boże.

A potem, bardzo szybko potem, nie mówiąc niczego o następnym postępowaniu, lekarz musiał nas opuścić, bo miał innego pacjenta, więc wybiegł za drzwi, a pielęgniarka pozwoliła mi usiąść z powrotem na krześle obok łóżka i wyszła do pomieszczenia przechodniego.

Więc usiadłam, wzięłam dłoń Billy’ego w swoją lewą rękę, a prawą położyłam luźno na poduszce nad głową mojego rannego mężczyzny.

Teraz, jak był chociaż trochę przytomny, nie chciałam go denerwować dotykiem swoich chorych dłoni.

- Hej - szepnęłam przez maseczkę.

- Anie - odszepnął takim tonem, jakby się cieszył, że tam byłam.

- Tak - szepnęłam delikatnie - To ja.

- Moja Anie - szepnął znowu Billy.

- Jestem - szepnęłam - Nie męcz się. Masz odpoczywać i zdrowieć.

- Dotknij mnie - wyszeptał Billy, a ja zamarłam.

Nie spodziewałam się tej prośby, ale natychmiast zechciałam ją spełnić, więc przełożyłam jego dłoń do prawej ręki, a lewą podniosłam do jego skroni, starając się nie opierać przedramieniem o jego klatkę piersiową, na której był opatrunek i liczne czujniki.

Dotknęłam delikatnie jego włosów, a potem  ręką w tej niemiłej rękawiczce, co nie dawało mi ani odrobiny poczucia, że go dotykałam, a Billy dał mi znać, że on też chciał więcej, co ponownie mnie zaskoczyło.

- Nie tak - wysilił szept, wykrzywiając się nieprzyjemnie - Bez tego…

Zamarłam, kiedy dotarło do mnie to, że Billy chciał poczuć dotyk mojej dłoni bez rękawiczki, dotyk mojej skóry, tak samo, jak ja tego chciałam.

Obejrzałam się niepewnie na drzwi, a potem, już bez wahania, szybko zsunęłam rękawiczkę z lewej dłoni palcem wskazującym prawej dłoni zahaczając o jej brzeg i przesuwając po wnętrzu, bo tak było szybko i dyskretniej.

Bałam się, że ta nieprzyjemna dla mnie pielęgniarka, gdyby to zobaczyła, miałaby pretensje, że nie miałam jej na sobie, ale musiałam to zrobić dla mojego męża, skoro to było to, czego chciał.

Zrobiłabym dla niego wszystko.

Rzuciłam zwiniętą rękawiczkę na prześcieradło tuż obok siebie, ponownie wzięłam prawą ręką jego lewą dłoń, a lewą dłoń podniosłam do jego twarzy.

Byłam tak bardzo praworęczna, że czułam się niezdarna, ale starałam się delikatnie pogładzić czubkami palców jego skroń, potem bok jego twarzy, a potem ujęłam jego szczękę wnętrzem całej dłoni i kciukiem potarłam jego szorstki od dwudniowego zarostu policzek.

Billy westchnął lekko, przechylił głowę w tamtą stronę i wcisnął bardziej twarz w moją rękę, a mnie łzy zatkały nos, bo marzyłam o tym, czekałam na to i tęskniłam za nim jeszcze bardziej.

Podniosłam się z krzesełka, pochyliłam tułów nad moim mężem, a potem zdecydowałam się na więcej, więc szybko podniosłam prawą rękę i zsunęłam maseczkę z twarzy na brodę, bo dotknąć ustami do czoła Billy’ego.

- Hmmm - westchnął, a potem - Wanilia - wymamrotał sennie.

To wcale nie spowodowało, żebym mogła opanować łzy, ale już mnie nic nie obchodziło i pozwoliłam im płynąć swobodnie po swoich policzkach.

Przesunęłam się twarzą niżej i dotknęłam ustami do ust mojego ukochanego, który był już na progu krainy snów, więc mógł tego nie wiedzieć.

- Kocham cię, Billy - szepnęłam tam, a potem opadłam z powrotem na krzesło, po kolejnej sekundzie delikatnie cofnęłam rękę z jego twarzy, nie spiesząc się, poprawiłam maseczkę na twarzy, zwinęłam zdjętą rękawiczkę w lewą pięść i patrzyłam na mojego śpiącego męża.

Kiedy po kolejnej minucie nadeszła pielęgniarka, wyprostowałam się, spojrzałam na nią, skinęłam jej głową i powiedziałam cicho:

- Śpi. A ja muszę iść, bo w domu na mnie czekają.

- Dobrze - powiedziała równie cicho, chociaż sucho - Powinien spać.

Wszyscy to powtarzali, ale ja tak tęskniłam za zwykłą rozmową z Billy, za jego cichą obecnością w domu, za dźwiękami gitary, dochodzącymi z pokoju gościnnego.

A może najbardziej za jego ciepłym, silnym ciałem, za tym poczuciem bezpieczeństwa, jakie dawał mi nocą w łóżku i możliwością odprężenia się, kiedy wiedziałam, że to on decydował, przejmował kontrolę.

Więc nic nie powiedziałam na ten temat, tylko po prostu wstałam, przeszłam do pomieszczenia przejściowego, zdjęłam z siebie jednorazowy fartuch, czepek, foliowe osłony z butów, wyrzuciłam to wszystko razem ze zużytymi rękawiczkami do specjalnego pojemnika i wyszłam na korytarz.

Czując wciąż ten szczęśliwy szmerek po fakcie, że Billy obudził się przy mnie, powiedział moje spieszczone imię i poprosił mnie, żebym go dotknęła, przystanęłam niedaleko stanowiska pielęgniarek tego pokoju ratunkowego, otworzyłam swoją torebkę i wydobyłam z niej tubkę kremu do rąk, który tym razem zapobiegawczo zabrałam ze sobą.

Kiedy, wciąż lekko się uśmiechając do siebie,  już rozsmarowywałam krem na skórze dłoni po schowaniu tubki z powrotem do torebki, czując z ulgą, jak ustępowały suchość i pieczenie po płynie do dezynfekcji, którym je umyłam, usłyszałam swoje imię zza pleców, więc odwróciłam się.

Był tam Jeff, który najwyraźniej wyszedł z części zamkniętej oddziału ratunkowego i zmierzał w moim kierunku w takim czepku chirurga na głowie, rozwianym fartuchu jednorazowym i zdejmując po drodze cienkie rękawiczki.

- Miałem nadzieję, że cię jeszcze złapię - powiedział dziwnie, kiedy podszedł bliżej mnie.

- Tak? - zapytałam zaskoczona, odwracając się do niego przodem.

- Tak - odparł i zamilkł, a ja wpatrzyłam się uważnie w jego oczy, marszcząc brwi, bo czekałam na to, co miał mi do powiedzenia.

- Cóż - zaczął, nabierając głęboki wdech - Jutro przeniesiemy Billy’ego do zwykłej sali - powiedział, a ja uśmiechnęłam się tym razem szerzej, radośniej i wprost do niego - To wygląda naprawdę dobrze. Ale.. - zawahał się, a ja się natychmiast spięłam - Hmmm… wiesz, cóż, chciałem cię o coś zapytać.

To było takie niespodziewane, że popatrzyłam na niego bez słowa z szeroko otwartymi oczami, a potem skinęłam głową.

- Chciałem zapytać, co powiedziałaś swojemu mężowi - wyjaśnił mi Jeff, a ja się zawstydziłam i było to po mnie widać, bo to było dość intymne pytanie - Nie chcę, szczegółów ani nic - szybko zastrzegł natychmiast Jeff.

- Nie - ja z kolei zaczęłam się jąkać - ja nie…

- Chodzi mi o to, że tak się obudził, kiedy z nim byłaś - Jeff zaczął mi się tłumaczyć - A wcześniej jakby nie chciał się obudzić, chociaż mógł…

Nagle do mnie dotarło.

- Och, tak - szepnęłam.

Zagryzłam wargę, bo to rzeczywiście mogła być moja wina, że Billy nie obudził się wtedy, kiedy na to czekali.

- Tak, ja powiedziałam mu wczoraj… - wyjaśniłam, przepraszającym tonem - żeby spał i wypoczywał, bo dzięki temu ma szybciej wyzdrowieć - dodałam takim samym szeptem, bardzo skruszona.

Jeff wyprostował się i patrzył na mnie z takim dziwnym wyrazem twarzy, że pospieszyłam z wyjaśnieniami, przestraszona, że zrobiłam coś złego.

- Ale dzisiaj już poprosiłam go, żeby się obudził - wyrzuciłam z siebie prawie błagalnie i przepraszająco, więc wiedziałam, że to zabrzmiało dziecinnie i słabo.

- Tak? - powiedział Jeff i spojrzał na mnie jakby z podziwem, więc zamrugałam ze zdziwienia - Więc najpierw spał, bo mu kazałaś?

Przytaknęłam raz, niepewnie, wciąż patrząc mu w oczy.

- A potem się obudził, bo go poprosiłaś? - kontynuował, a ja znowu przytaknęłam, tym razem prawie płacząc ze strachu.

Lekarz patrzył przez kilka sekund bez słowa w moje oczy, a ja nie miałam siły bronić się przed złymi myślami.

A potem coś się zmieniło, lekarz wyprostował się, wyraz jego twarzy się rozjaśnił i złagodniał.

- Wiesz, Hannah - zaczął Jeff już pewniejszym głosem - Obserwowałem to przez mój cały staż i robię z tego badania, więc wiem, że jeśli para ma silny związek, kocha się, to wyzdrowienie po takiej ranie przychodzi szybciej - zamrugałam - To, jak Billy reaguje na to, co ty mu powiesz, niezależnie od działania leków, właśnie o tym świadczy. Myślę, że to fantastycznie, że macie taką więź i szkoda, że nie możesz być z nim to przez całą dobę. Wyzdrowiałby w mgnieniu oka.

Otworzyłam usta i patrzyłam na niego całkowicie zaskoczona.

Para ma silny związek, kocha się…

O Boże kochany!

Tak bardzo chciałam, żeby mówił to, co byłoby prawdą.

Ale i tak mi się to podobało, bo ja kochałam Billy’ego całym sercem.

- Jutro przeniesiemy Billy’ego do zwykłej sali - powiedział jeszcze Jeff - Więc może go odwiedzić brat i ktoś inny z rodziny. A jest sobota, więc może mogłabyś przyjechać do niego wcześniej.

- Przyjeżdżam rano go umyć - powiedziałam cicho, nadal niepewna, czy nie robiłam czegoś złego, ale już prawie zachwycona stwierdzeniem lekarza, jego potwierdzeniem moich spostrzeżeń, że Billy lubił moją obecność i zauważał ją, nawet jak spał.

- Dobrze - powiedział Jeff - Więc przyjedź rano, to Billy będzie jeszcze tutaj - kiwnął głową w stronę sali pooperacyjnej - A potem może przyjedziesz w porze lunchu? - przerwał pytaniem i spojrzał, jakby oczekując mojej reakcji, więc przytaknęłam - Możesz mu coś przywieźć, ale nie mogę obiecać, że będzie przytomny i zje. Tylko pamiętaj, że musi to być coś lekkostrawnego.

Lekarz przerwał, popatrzył na mnie z wahaniem, ale ja już wiedziałam, o czym mówił.

- Wiem, wiem - poinformowałam go szybko - Gotowałam mu tak, kiedy miał usuwany wyrostek robaczkowy.

Na twarz Jeffa ponownie wypłynął ten pełen zrozumienia, łagodny wyraz, przez który czułam się skrępowana, bo wyglądał, jakby był ze mnie dumny.

- To przywieź to - dodał - I koniecznie przywieź Jacka.

Skinęłam głową, chociaż wiedziałam, że chodziło tylko o Jacka, ale wiedziałam też, że  młody będzie szczęśliwy z tego powodu.

Jeff rozmawiał ze mną jeszcze przez kilka minut, ale, niestety, spieszył się do swoich zajęć i nie zatrzymywałam go, więc wkrótce pożegnaliśmy się i poszłam do poczekalni, by zobaczyć kto z przyjaciół moich lub Billy’ego nadal tam był i czekał na wieści.

Prawie pobiegłam korytarzem szpitalnym w stronę poczekalni oddziału ratunkowego.

Kiedy tam weszłam, ponownie zastałam Evę z Jimmy’m, Helenę z Oli’m, a dołączył do nich David.

Byłam w takiej euforii po słowach Jeffa, że nie zauważyłam, jakim cudem wręcz wpadłam z radością w ramiona najpierw Evy, a potem Heleny, tylko dlatego, że chciałam się z nimi ponownie przywitać.

- Obudził się - powiedziałam do nich, najpierw do jednej, a potem do drugiej, kiedy byłam w ich ramionach, bo miałam ochotę powtarzać to raz za razem, krzyczeć to do wszystkich.

- Powiedział moje imię - dodałam w końcu, kiedy objęłam ich wzrokiem, ale powstrzymałam się przed powiedzeniem im Pocałowałam go.

I tak oczy obu tych kobiet rozjaśniły się wręcz cudownie.

Ucieszyły się z tego, że Billy zdrowiał i nie wahały się tego pokazać.

Były takie miłe dla nas obojga.

Ojej, kochałam je obie.

*****

Olgierd

Oli stał obok swojej Lenki w poczekalni oddziału ratunkowego i myślał o tym, czy dobrze zrobił pozwalając te kilka tygodni temu Billy’emu na związanie się z Hannah i popychając do tego tę nieśmiałą dziewczynę.

Billy był nadal zamknięty w sobie, a Hannah się mocno zaangażowała i wszyscy to widzieli, chociaż może Eva zrobiła to pierwsza.

Ale, kiedy Hannah wróciła do poczekalni po tym, jak smutna i zdenerwowana poszła, by być przy swoim mężu, kiedy mieli go wybudzić ze śpiączki i jej twarz wyrażała wyłącznie szczęście, Oli wiedział, że zrobił dobrze.

Hannah się zakochała.

Eva miała rację.

Sprawy w remizie zostały uporządkowane dość szybko.

Dokumenty były wypełnione, a sprawa została przekazana policji i FBI.

Garaż był umyty, wysprzątany i zdatny do użytku, podobnie jak wozy, z których jeden został pochlapany rozbryzgiem krwi.

Oli załatwił już zastępstwo za Billy’ego na cały tydzień, a w już niedzielę do pracy miał wrócić Alex, więc za niego zastępstwo nie było potrzebne.

Jedynym, co było złe, było to, że mężczyźni nie mogli spędzać tyle czasu w szpitalu, ile by chcieli, bo każdy z nich miał swoje obowiązki, ale Oli wiedział, że prawie ustalili między sobą dyżury, by bywać tu i na bieżąco dowiadywać się o zdrowie ich kumpla i Ani, która też z nimi przecież pracowała.

Oli wiedział, że Hannah nie mogła być przy swoim mężu stale, jak mogłaby chcieć, ale zarówno Helena, jak i Eva postanowiły ją wspierać, przygarnęły ją pod swoje skrzydła, więc kobieta będzie miała pomoc przy Jacku i w domu.

Westchnął ciężko na trochę wkurzającą myśl o tym, że nie miała takiej pomocy od własnej matki.

Kate Sensible zajmował się głównie ślubem Lucy i tym, co tamta jej siostra i jej przyszła rodzina mogli powiedzieć o Hannah i jej nowej rodzinie.

Nie chodziło o to, że Kate miała co robić.

Nie miała.

Po prostu Lucy prawie obraziła się (a Oli nie chciał sobie wyobrażać jakich słów mogła użyć, jak nie było nikogo w okolicy, kto by mógł je ocenić) na to, że Hannah miała takie kłopoty, które mogły odciągnąć uwagę od Lucy.

Więc ich mama, jak zwykle, poddała się i udawała, że Hannah nie miała problemów, albo przynajmniej nie takie, które by się dla niej liczyły.

Tak, nadszedł czas, by Oli porozmawiał o tym wszystkim z Jonasem Sensible i zastanowił się wspólnie z nim, jak pomóc Hannah.

Oli stał tam i myślał z zadowoleniem, że Hannah nie tylko myślała o swojej najmłodszej siostrze, ale też zamierzała zastosować w praktyce rozwiązanie, które zapewniłoby jej większe bezpieczeństwo.

Kobiety we trzy rozmawiały po cichu, a Oli podszedł do Davida, czując, że za nim w tę samą stronę ruszył się Jimmy.

- David - mruknął Oli.

Mężczyzna szarpnął głową, zmarszczył brwi na jego poważny tan i skupił na swoim kapitanie całą uwagę.

- Billy wspominał, że to ty dałeś mu namiar na ten komis, gdzie kupili samochód dla Hannah - bardziej stwierdził, niż zapytał Oli.

David skinął głową.

- Może potrzebowałabym te namiary - powiedział Oli, a wzrok Davida przesunął się na Helenę - Nie - sprostował Oli jego przypuszczenia - Chodzi o samochód dla Abigail, siostry Hannah.

- Ale Hannah mówiła… - wtrącił się Jimmy - że na razie Abi będzie jeździła jej Jeepem. Dopiero kiedy Billy wyjdzie stąd, będą potrzebowały nowego.

Oli przytaknął, ale już nie spuszczał wzroku z Hannah.

-  Ona jest skryta - wyjaśnił im - Nie pokazuje tego. Ale potrzebuje poparcia myśli, ze Billy wyzdrowieje, więc potrzebuje czegoś, co da jej spojrzenie w przyszłość, w której jej mąż będzie już w domu.

Mężczyźni spojrzeli w stronę kobiet.

Oli wiedział, że Eva była tak naprawdę krucha i delikatna, łatwo się załamywała, więc Jimmy chronił ją przed złymi nowinami i wspierał na swoje sposoby.

Maggie natomiast była silna i to ona dawała wsparcie Davidowi, więc on mówił swojej żonie wszystko.

Obaj jednak wiedzieli i rozumieli to, że ta młoda kobieta przed nimi znajdowała swoją siłę na swoje sposoby i wystarczyło jej dać to, czego potrzebowała, żeby nie trzeba było o niż bez przerwy dbać, troszczyć się o nią na każdym kroku.

Więc David wyjął swój telefon komórkowy z tylnej kieszeni spodni, wybrał numer i po chwili uzyskał połączenie.

- Yo - mruknął do niego - Potrzebuję jeszcze jednego auta dla kobiety. Jeszcze nie wiem jakie, może podobne do ostatniego.

Słuchał przez chwilę, a potem mówił:

- To nie na dzisiaj. Może być za dwa, trzy dni - znowu słuchał - Okej. Odezwę się pojutrze, to mi powiesz, czy już masz - przerwał - Nara - rzucił i rozłączył się.

- Będzie - powiedział do Oli’ego.

Żaden z nich nie był zaskoczony, bo znajomości Davida takie były.

Gdyby powiedział, że potrzebował określonego samochodu na już, też pewnie by go zdobył.

- Dobra - mruknął Oli - Muszę z nią pogadać.

Odsunął się od kumpli i poszedł te kilka kroków, by dostać się do kobiet.

*****

Hannah

Godzinę później

- Abi, Słonko - mówiłam nadal cierpliwie, chociaż już nieco zmęczonym tonem - przecież ci powiedziałam, że Oli zadzwonił do mamy. Ona wszystko wie i nie będzie ci robiła wyrzutów.

Dałam Abi do ręki kluczyk od mojego Jeepa i kazałam jej nim pojechać do domu, ale ona nadal się wzbraniała.\.

- Anie! - jęknęła moja najmłodsza siostra, a wtedy do mnie dotarło, że nie chodziło jej o to, że bała się reakcji mamy lub wyrzutów ze strony taty.

Bała się czegoś innego, a ja nie wiedziałam czego, więc musiałam zapytać.

- Abi - powiedziałam sugestywnie - Dasz radę. Na kursie radziłaś sobie najlepiej z grupy. Jak chcesz, to przejadę się z tobą w kółko tu bocznymi ulicami, a potem mnie odwieziesz.

- Okej - mruknęła Abi, jakby ze wstydem - Ale jeszcze… no wiesz… Lucy.

Na imię naszej siostry spięłam się, bo Jack słuchał, chociaż udawał, że oglądał jakiś program w telewizji rodzinnej w części bawialni.

- Nie słuchaj tego, co ona mówi - szepnęłam do Abi - Pojedziemy, odwieziesz mnie, a potem pojedziesz sama do domu, a ja z Oli’m załatwimy to tak żeby mama nie miała do ciebie żadnych uwag. Dobrze?

- Dobrze - niechętnie mruknęła Abi, więc wiedziałam, że to nie było dla niej do końca dobrze, ale grunt, że się zgodziła.

Poszłam do Jacka, żeby mu powiedzieć, że za dziesięć minut wrócę.

Nie czułam się dobrze z tym, że go zostawiałam samego w nocy w domu, ale musiałam upewnić Abi, że dałaby sobie radę z moim samochodem.

Poszłyśmy we dwie do Renegade’a, usiadłam na miejscu pasażera, czując się dziwnie, bo robiłam to po raz pierwszy w moim SUV’ie, pokazywałam Abi, jak należało uruchomić samochód, gdzie były przełączniki i co oznaczały poszczególne czujniki, podłączyłam jej telefon do bluetooth’a, a potem Abi ruszyła, wycofując się z naszego parkingu tak ślamazarnie, że pomyślałam, że dotrze do domu koło północy.

Później na szczęście rozkręciła się i wróciłyśmy już normalnym tempem, po objechaniu kwartału czterech ulic.

Potem stałam na chodniku przed naszym domem, machałam mojej siostrze, odjeżdżającej moim samochodem do domu i myślałam, że mężczyźni mieli rację.

Czułam się o wiele pewniej, wiedząc, że moja mała siostrzyczka pojechała moim Jeepem, zamiast czekać gdzieś tam na przystanku na autobus.

Było mi z tym dobrze.

Wróciłam do domu, uśmiechnęłam się do Jacka, a potem wybrałam numer telefonu do mojej mamy i słuchałam sygnału połączenia.

- Halo? - zapytała niepewnie, ale zawsze tak odbierała telefon, więc nie przyjęłam tego do siebie.

- Dobry wieczór mamo - odpowiedziałam - Tu Hannah. Dzwonił dzisiaj do ciebie Oli?

- O, Hannah - odparła mama nieco głośniej, bardziej rześkim, radosnym głosem, więc wiedziałam, że była gdzieś, gdzie nie mogła usłyszeć jej Lucy, albo mojej drugiej siostry nie było w domu - Tak, dzwonił - a potem jej głos stał się zmartwiony - Co wyście wymyślili z tymi samochodami, Słonko?

- Mój samochód stał na parkingu, skoro jeżdżę teraz pickupem Billy’ego, mamo - wyjaśniłam, starając się mówić spokojnie i łagodnie - Billy będzie w szpitalu jeszcze przynajmniej przez tydzień. Jaki był sens w tym, żeby Abi jeździła autobusami, kiedy ma mojego SUV’a do dyspozycji, zrobione prawo jazdy i dobrze sobie radzi za kierownicą.

- Tego nie wiesz - szepnęła mama - Tak się boję…

- Mamo - przerwałam jej stanowczo, ale już trochę niecierpliwie - Odbyłam z Abi jazdę próbną. Naprawdę dobrze sobie radzi. Chyba nie chcesz, żeby tułała się sama autobusami, kiedy tam…

Przerwałam.

Jeszcze trochę, a powiedziałabym o jedno zdanie za dużo.

Obie doskonale wiedziałyśmy, co, a raczej kto czyhał tam na samotne kobiety wracające wieczorem do domu.

Potwory.

- Nie, oczywiście, że nie chcę - powiedziała moja mama zmienionym głosem, a ja poczułam się źle.

Zawsze wszyscy chroniliśmy ją przed złem, jakie czaiło się gdzieś tam w realnym życiu, a teraz, kiedy nie było taty, to ja byłam tą, która musiała to robić.

- Tak będzie lepiej - szepnęłam do niej - Bezpieczniej.

- Tak, masz rację - powiedziała moja mama i zamilkła.

- Abi już jedzie do domu - poinformowałam ją - Powinna tam być za jakieś dziesięć, piętnaście minut.

Byłam bardzo zmęczona i bardzo chciałam móc wstać następnego dnia wcześnie rano, by pojechać do szpitala i umyć mojego męża, zanim zrobiłaby to jakaś obca kobieta, pielęgniarka, której on nie znał i której dotyku by nie lubił.

Zwłaszcza po tym, jak okazało się, że mój dotyk lubił i o niego poprosił.

- Przyjadę do ciebie jutro w południe - dodałam jeszcze coś, na co byłyśmy umówione już od tygodnia - Tak, jak byłyśmy umówione, żebym porozmawiała z tatą, jak będzie do ciebie dzwonił.

- Tak, Słonko - wymamrotała mama, a potem dziwnie westchnęła, a w tle usłyszałam stuknięcie drzwi i głos Lucy.

- Dobranoc, mamo - rzuciłam, ale ona już się rozłączyła.

To bolało.

Powinnam się przyzwyczaić, ale nadal bolało.

Moja mama tak bardzo bała się reakcji Lucy, że nawet nie pożegnała się ze mną, kiedy rozłączałyśmy się na dobranoc.

 A na dodatek nawet nie zapytała mnie o stan mojego męża, a ja nie zdążyłam jej powiedzieć, podzielić się z nią tą radosną nowiną, że Billy się obudził i rozmawiałam z nim i że miało być dobrze.

Odłożyłam telefon na blat w kuchni, gdzie byłam, by zabrać go później, kiedy już pozamykam nasz dom i zabezpieczę go na noc.

Poszłam do bawialni, gdzie Jack wpatrywał się znudzonym wzrokiem w telewizor, na którym wciąż trwał jakiś serial sitcomowy.

- Hej, młody - powiedziałam pogodnym, chociaż nie nazbyt radosnym tonem, by nie brzmieć fałszywie - Może na dzisiaj wystarczy i pójdziemy się szykować do snu?

- Okej - niechętnie mruknął Jack i podniósł się z kanapy, ale dziwnie przy tym nie patrzył mi w oczy.

- Hej, hej, hej - zawołałam, zatrzymując go w przejściu, kiedy kierował się na schody i znalazł się bisko mnie - Co jest, Słonko?

- Niiic - wymamrotał, a ja westchnęłam i przyciągnęłam go do siebie, by objąć go ramionami i pogładzić po boku głowy, kiedy wcisnął bok głowy w mój brzuch, chociaż mnie nie objął, co było dziwne - Tylko ty mi nic nie mówisz - burkliwie oskarżył mnie i przy tym tryknął mnie w brzuch swoim czołem.

Kiedy tylko przyjechałam do domu, oboje z Abi rzucili się do mnie z powitaniem i pytaniami o zdrowie Billy’ego, a ja odpowiedziałam im.

Przywitałam się z nimi z radością i musieli oboje widzieć, że bardzo cieszyłam się z tego, że Billy się wybudził ze śpiączki, że sam oddychał i że z nim zamieniłam te kilka słów.

Nadal byłam w tym szczęśliwym szmerku, który utrzymywał się we mnie od rozmowy z Jeffem, więc na pewno zrobiłam to radośnie i szczerze.

Nie wiedziałam więc, o co chodziło młodemu.

- Jack - zaczęłam łagodnie i z perswazją w głosie - Mówiłam ci, że Billy się obudził…

- No, właśnie! - zawołał dzieciak z pasją w głosie - Obudził się - a do mnie dotarło z całą ostrością, że wcześniej powiedziałam mu, że Billy był ranny i potrzebował pobyć w szpitalu, ale nie wspomniałam mu ani słowem o tym, że mój mąż był w śpiączce.

Mój błąd.

Młody był taki bystry i taki przerażony, że pomyślał, że go okłamywałam.

- Jack - powiedziałam stanowczo, przykucając przed nim, bo patrzeć mu prosto w oczy - Ja nie kłamię. Billy naprawdę musi pobyć w szpitalu. Nie powiedziałam co wczoraj, że był w śpiączce, bo go w nią wprowadzili. Sztucznie. Nie zapadł w nią sam. Po prostu dostał takie leki.

- Dajesz słowo? - zapytał mnie Jack, ale w jego głosie nadal brzmiały zarówno żal, jak i niepewność.

- Tak! - powiedziałam stanowczo - A na dodatek lekarz powiedział, że jutro możesz wejść ze mną do Billy’ego, bo może będzie już przytomny i może będzie mógł zjeść z nami lunch.

Wtedy twarz Jacka rozjaśniła się szczęściem, więc natychmiast pożałowałam, że nie powiedziałam mu tego wcześniej.

- Rano co prawda muszę jeszcze raz wejść tam sama - powiedziałam, kiedy podniosłam się do wyprostu, by skierować nas w stronę schodów - Ale w porze lunchu mam cię tam zaprowadzić, żebyś mógł się przywitać z bratem. Lekarz na to nalegał.

Wchodziliśmy obok siebie na piętro.

- Okej - powiedział po drodze Jack i tym razem brzmiało to bardziej jak Bardzo dobrze, a nie Może być.

Było dobrze.

Dzięki Bogu!

Dotarliśmy na górę schodów, a ja pomyślałam, że zapomniałam o tym, że powinnam jeszcze raz przejrzeć wszystkie drzwi i okna, sprawdzić alarm i krany, zanim pójdę spać, więc powiedziałam jeszcze do Jacka - Idź naszykować się do snu. Zaraz do ciebie przyjdę - i zeszłam z powrotem na parter.


 

1 komentarz: