Hannah
Kochana Ewuniu,
Tak bardzo
chciałabym, żebyś była teraz przy mnie tak, jak to sobie obiecywałyśmy w
dzieciństwie, kiedy rozmawiałyśmy o naszych ślubach, o wymarzonych przez nas
wybrankach na naszą przyszłość.
Jutro jest ten
dzień, dzień mojego ślubu. Wychodzę za mąż za tego wspaniałego mężczyznę, jakim
okazał się być Billy. Przez te kilka tygodni okazało się, że jego dusza jest
nawet bardziej złota niż kiedykolwiek mogłabym się tego spodziewać.
A mama go wprost
pokochała.
Billy zauroczył
nawet naszego tatę, a ty wiesz najlepiej, że to ja byłam zawsze ukochaną małą
córeczką tatusia. Po jednej rozmowie oddał mnie pod opiekę Billy’emu,
powierzając mu moje bezpieczeństwo fizyczne i finansowe, a tym bardziej
duchowe; całkowicie i kompletnie.
A na dodatek Billy
jest utalentowany.
Och, Ewuniu,
gdybyś mogła go usłyszeć, jak śpiewa na scenie w tym klubie Piwnica, a ludzie
słuchają go jak zauroczeni. Mógłby ich poprowadzić niczym Szczurołap z Hameln,
grając na gitarze i śpiewając, a oni poszliby za nim wszędzie. A on
śpiewał o pracy, walce i ideałach. Widać wtedy jego złotą duszę nawet jeszcze
lepiej niż zwykle.
Dla tych i dla
wielu innych powodów, które znasz już od dawna, jutro po ślubie dam mojemu
mężowi w prezencie całą siebie. Każdą moją myśl, całe uczucie, moje
ciało i duszę.
Zrobię to, oddając
mu ten pamiętnik, na który składają się moje listy do ciebie, bo zawsze
wiedziałam, że były to moje zapiski, a nie prawdziwe listy.
Przerwałam
pisanie do mojej nieżyjącej siostry, położyłam dłoń z długopisem na zeszycie,
leżącym na moich kolanach, kiedy siedziałam z wyciągniętymi nogami na swoim
łóżku, spojrzałam za okno swojego pokoju, za którym był wieczorny mrok i
zamyśliłam się, bo właśnie uświadomiłam sobie, że nie mogłam napisać
wszystkiego, co chciałam, nie swobodnie i bez wstydu, bo miał to przeczytać Billy.
Bo
moim największym marzeniem właśnie tego wieczoru, kiedy spaliśmy w jednym łóżku
w hotelu, stało się oddanie mu się również ciałem, chociaż Billy poprosił mnie o to dopiero niedawno i to
właśnie piosenką.
Kiedy
poszłam się tego wieczoru do łazienki, by przyszykować do spania, denerwowałam
się już samym faktem, że mieliśmy spędzić noc w jednym pokoju, a jeszcze
bardziej tym, że w jednym łóżku.
Chociaż
na pierwszy rzut oka mogłam ocenić i docenić to, że olbrzymie, podwójne łóżko,
które tam stało miało dwa prześcieradła
i dwie poduszki, więc przez całą noc mogliśmy się nawet nie dotykać.
Nadal,
kiedy wyszłam z hotelowej łazienki, ubrana w piżamę po umyciu zębów, opłukaniu
się po podróży i podniosłam wzrok z podłogi na mojego przyszłego męża, o mało
nie potknęłam się z wrażenia o własne nogi.
Billy
bowiem leżał na kołdrze w samych spodenkach od piżamy, a jego klatka piersiowa
była całkiem naga.
To
nie było tak, że nigdy nie widziałam nagiej klatki piersiowej chłopaka, bo w
liceum zadufani w sobie nastolatkowie pokazywali swoje nagie klatki prawie na
każdym meczu, a my bardzo często musiałyśmy to oglądać, nawet jeśli robili to
tylko dla swoich ulubionych cheerleaderek.
Ale
to byli chłopcy, a Billy był mężczyzną.
I
jego wyeksponowana właśnie tam, naga klatka piersiowa mówiła o tym doskonale, a
jego umięśniony brzuch jeszcze dobitniej.
Ale,
zanim dotarłam dwa kroki za próg drzwi łazienki, Billy podniósł się z łóżka jednym
zwinnym ruchem, nie podpierając się o materac i poszedł w kierunku swojej
torby, leżącej na szafce na bagaż, więc ja przesunęłam się w kierunku fotela,
który stał po przeciwnej stronie łóżka.
Ułożyłam
starannie tam swoje ubrania, wyłączyłam górne światło, sprawdziłam zamknięcie
drzwi i wsunęłam się pod kołdrę, podczas gdy Billy poszedł się naszykować do
snu, a potem czekałam na niego przy zapalonej lamce nocnej, która wisiała na
ścianie nad moją szafką nocną.
Kiedy
wreszcie dotarł do mnie, znowu ubrany w same spodenki do spania, rzucając po
drodze ręcznik byle gdzie na podłogę, po czym zauważyłam, że jego ubranie też
tak leżało, milcząco położył się do łóżka i zrozumiałam, że był tak zmęczony,
że nie mogłam oczekiwać z jego strony na żadną rozmowę ani tym bardziej nic innego.
Po
prostu położył się, przykrywając kołdrą, zgasił swoją lampkę nocną, powiedział mi
dobranoc i… zasnął.
Leżałam
tam na plecach bezsennie przez długie minuty, zanim dotarło do mnie, że to było
to.
Spał.
Byłam
egoistycznie poddenerwowana wyimaginowanymi możliwościami, jakie kryły się za
spaniem razem we wspólnym pokoju hotelowym, a poza tym wydawało mi się, że
wszyscy, którzy spędzali wspólnie noc w takim pokoju robili coś hmmm…
Kiedy
natomiast uświadomiłam sobie, że to wszystko, co słyszałam od koleżanek w
grupie kościelnej, a nawet w szkole i od byłych przyjaciółek mamy przez całe moje
dotychczasowe życie, to były tylko zwykłe, płaskie stereotypy i paskudne pomówienia,
rozluźniłam się i odwróciłam na bok.
Leżałam
przez kolejne minuty przodem do mojego przyszłego męża i patrzyłam na niego,
śpiącego obok mnie, przez półmrok pokoju hotelowego.
Chłonęłam
jego bliskość i możliwość oglądania go.
Widząc
z blisko te czarne rzęsy, rzucające cienie na górę policzków, nagle poczułam dosłownie
swędzenie czubków palców, bo strasznie
zechciałam ich dotknąć, okropnie chciałam
pogłaskać włosy, układające się w potargane loki z boku głowy, do bólu pragnęłam o przejechaniu
kciukiem po jego wargach.
Był
taki przystojny.
A
potem zaczęłam zauważać, więc dotarło do mnie, że jego piękna twarz, spokojna i
zrelaksowana w głębokim śnie, została pozbawiona tej dziwnej maski, którą Billy
nosił na co dzień.
Maski,
o której nawet nikt nie wiedział, że tam była.
We
śnie nie był żartownisiem, a stał się nieomalże bezbronny.
Przypomniało
mi się, jak w ukryciu grywaliśmy w remika (kryjąc się przed opiekunami, bo gry
karciane były tam zakazane), kiedy bywałam na półkoloniach w grupie kościelnej,
będąc dzieckiem i nastolatką.
Siadywaliśmy
po pięć, sześć osób i namiętnie wykładaliśmy karty na stół, a mnie najbardziej fascynowało
to, że jedna z kart, Joker, mogła przyjąć każdą wartość, zastąpić każdą z kart.
Właśnie
wtedy, kiedy leżałam tam obok niego w tamtym hotelowym pokoju w jednym łóżku,
przyszło mi do głowy, że Billy nie był po prostu Jokerem - Żartownisiem, ale
był Jokerem, który w każdej chwili mógł stać się tym, kim potrzebował się stać,
żeby się chronić przed ludźmi.
Ukryć
swoją prawdziwą twarz, by nie zostać zranionym.
Tak
samo za maską pokazał mi swoją twarz podczas naszego pierwszego spotkania,
kiedy przyszedł do szkoły w sprawie mojego wezwania ich mamy na rozmowę o
Jacku.
Ale
ja przez te kilkanaście dni poznałam jego prawdziwą twarz, bo mi na to pozwolił.
Zaufał
mi i pokazał mi swoją wrażliwość, swój talent.
I
powinnam to docenić.
Ta
myśli tak mnie odprężyła, że zasnęłam z uśmiechem na ustach.
I
tak samo się obudziłam.
Przekonałam
się, że spałam nieruchomo, na boku, odwrócona przodem do Billy’ego, z jedną ręką
przyciśniętą do piersi, a drugą wyciągniętą w jego stronę i uśmiechałam się, a
moja dłoń była przykryta jego, kiedy o świcie następnego dnia wypływałam z
objęć Morfeusza.
A
kiedy powoli i sennie otworzyłam oczy, zobaczyłam, że Billy już nie spał i, podobnie
jak ja, leżał na boku, odwrócony w moją stronę, patrzył na mnie, a na jego
ustach błąkał się uśmiech, który był inny niż ten, który tam zwykle gościł,
chociaż ja już taki widziałam.
Uśmiech
Billy’ego tego poranka był czuły i łagodny.
-
Hej, Anie - szepnął, kiedy spojrzałam na niego.
-
Hej - mruknęłam do niego wciąż zaspanym, chrapliwym głosem.
Billy
uśmiechnął się szerzej, a potem przesunął na poduszce głowę trochę bliżej mojej
twarzy i przeniósł pod nią zgiętą rękę, którą wcześniej miał przyciśniętą do
swojej piersi jak ja moją, więc kiedy później trochę się uniósł, oparł głowę na
dłoni i zawisł twarzą nade mną.
-
Słodko posapujesz przez sen - mruknął do mnie, prawie oddychając w moje usta, a
ja zamarłam, patrząc do góry, by widzieć jego oczy.
Skamieniałam
głównie dlatego, bo zastanawiałam się, czy to było dobre, że posapywałam przez
sen, ale trochę dlatego, że był tak blisko
mnie.
Czułam
prawie na policzku gorąco jego bicepsa.
W
nos drażnił mnie ostry zapach męskiego ciała, na który składał się męski pot i
jakiś dezodorant lub woda kolońska o świeżym, kwaskowym zapachu,
przypominającym mi cytryny.
Coś,
czego nigdy nie czułam.
-
Twoje rzęst są jakby wyraźniejsze - wymruczał Billy, nie zauważając mojego
znieruchomienia - …ciemniejsze?
-
Umm - wymamrotałam, kiedy bardzo
starałam się ocknąć - Taaa.
Wreszcie,
po kolejnych kilku sekundach, udało mi się wydobyć logiczną myśl, ułożyć zdanie
i przyznałam cicho - Kobiety wczoraj zaciągnęły mnie do jednego salonu
kosmetycznego i tam nałożyli mi na nie coś, co nazwali henna.
-
Och - westchnął Billy, jakby wiedział, co to było.
Ja
nie wiedziałam, bo mnie to nie interesowało, więc nie zapytałam ani nie
sprawdziłam po wyjściu od kosmetyczki.
Aż
do tej chwili nie zamierzałam tam wracać, ale teraz, kiedy Billy najwyraźniej
lubił to, jak wyglądały moje rzęsy, postanowiłam się dowiedzieć, co to było i
wrócić po tych trzech tygodniach, kiedy mi powiedzieli, że powinnam.
-
Powiesz mi… - zapytał niespodziewanie dla mnie Billy, wiec znowu skarciłam się
w myślach, bo nie uważałam - …co cię gnębiło przez te kilka godzin jak jechaliśmy
tu z domu?
Zagryzłam
wargę.
Nie
chciałam mu tego mówić.
Ale
miał być moim mężem, a ja już dawno temu, jeszcze jak w dzieciństwie
rozmawiałyśmy z Ewą o naszych przyszłych ślubach, wybrankach i takich innych
dziewczęcych mrzonkach, obiecałam sobie, że będę zawsze szczera i oddana mojemu
wybrankowi, chociaż właśnie nieco weryfikowałam swoje dawniejsze wyobrażenia co
do stopnia szczerości i otwartości moich wyznań.
-
Ja… jak wtedy… - zaczęłam niepewnie i cicho, nie patrząc mu w oczy, ale na nagą
pierś Billy’ego, co wcale mi nie pomagało, ale nadal nie miałam odwagi podnieść
oczu - Jak byłam z kobietami w tamtym butiku… - zerknęłam na jego twarz, by
potem znowu patrzeć na jego pierś - Wiesz, one rozmawiały o mojej sukience do
ślubu i bieliźnie - to ostatnie słowo
wyszeptałam ze wstydem, ale postarałam się przełamać, żeby dokończyć to, co
miałam do powiedzenia - Hmmm, oni
wszyscy przynosili mi nawet bieliznę do przymierzalni tak samo jak… koszule nocne.
To
ostatnie powiedziałam szeptem, chociaż z naciskiem.
Zamilkłam
z zażenowania, a Billy poczekał przez chwilę, a potem pochylił głowę bardziej
nad moją i wsunął swoją zwiniętą dłoń pod moją brodę, by podnieść moją twarz i
zobaczyć moje oczy.
Jego
były ciepłe i wspierające.
-
Anie! - mruknął łagodnie, ale trochę ponaglająco.
-
Bo, ja, wiesz… - zaczerpnęłam
powietrza i zaczęłam znowu mówić, żeby mnie zrozumiał - Z koleżankami w grupie
kościelnej nigdy nie rozmawiałyśmy o bieliźnie, a tych w szkole nie słuchałam,
nawet jak czasem coś mówiły.
Zobaczyłam,
że spojrzenie Billy’ego stało się nieostre, jakby myślał o moich słowach i o
tym, co one właściwie oznaczały.
-
A tamte kobiety przynosiły mi bieliznę, idąc z nią w ręku przez cały butik i, nawet jeśli były tam tylko one i Alek, i Sam -
brnęłam w to - więc to było krępujące. A potem zaczęły rozmawiać o nocy poślubnej…
Nie.
Nie
mogłam o tym mówić.
Nie
z Billy’m, którego ta rozmowa dotyczyła, a najlepiej z nikim.
Więc
przerwałam, zagryzłam dolną wargę i potem byłam bardzo zadowolona, że Billy nie
podjął tego tematu, a zamiast tego położył się na wznak i pociągnął mnie na
siebie.
-
Przytul się do mnie Anie - rozkazał mi cichym, łagodnym głosem.
Zrobiłam
to chętnie i szybko, kładąc na jego nagim bicepsie policzek, a dłoń na jego
piersi przykrytej cienkim prześcieradłem, kiedy druga moja ręka została
uwięziona przy jego żebrach, odgradzając moje piersi od jego ciała i
przyciskając kołdrę do mojego dekoltu.
To
było takie miłe.
Przytulanie.
-
Więc muszę porozmawiać z Evą - powiedział Billy.
Och,
nie!
- Nie! - zawołałam trochę przestraszona i
podniosłam trochę głowę, ale natychmiast zatęskniłam za ciepłem jego ciała, więc
położyłam ją z powrotem na ramieniu Billy’ego, a tylko ją odchyliłam, by
widzieć jego twarz.
Zobaczyłam,
że nie był zły, a jedynie rozmawiał ze mną i… żartował?
Odwrócił
głowę w moją stronę i schylił brodę, zginając kark, więc patrzył na mnie skosem,
kiedy jego oczy tańczyły od humoru, ale dłonią za moimi plecami przycisnął mnie
do siebie naciskając na moje ramiona, co było nawet bardziej miłe.
-
One były bardzo miłe, przyjazne i nie robiły tego złośliwie - wyjaśniłam mu cichszym głosem, spokojniej - To tylko ja tak czuję. Muszę się nauczyć o tym
rozmawiać - dokończyłam szeptem, kiedy opuściłam głowę i przycisnęłam policzek
do nagiej piersi Billy’ego, wreszcie zauważając, co ja wyrabiałam.
Billy
był nagi od pasa w górę, a ja przyciskałam do niego dłoń i twarz.
Lubiłam
to, ale to było jego, by mi dać.
Od
niego zależało, czy zrobilibyśmy ten pierwszy krok.
Być
może Billy wcale nie miał ochoty na zrobienie jakiegokolwiek kroku ze mną, więc nie powinnam mu się narzucać.
Leżeliśmy
tak przez chwilę w ciszy, kiedy Billy myśląc o czymś przeczesywał moje włosy, a
wtedy zauważyłam, że rozsypał mi się warkocz.
Nadal,
nie poruszyłam się, bo to było bardzo miłe.
Nie
rozmawialiśmy już dłużej, a po kilku minutach Billy stwierdził, ze powinniśmy
wstać, umyć się, ubrać i zejść na śniadanie.
Zgodziłam
się z tym werdyktem, więc z westchnieniem zaczęłam się podnosić z łóżka, a
wtedy Billy zawołał - Anie.
-
Tak? - odwróciłam się do niego szybko, bo znowu zakiełkowała we mnie nadzieja
na to, że jednak może coś zrobimy, albo chociaż mnie pocałuje.
-
Czy będziesz teraz myła włosy? - spytał Billy, a ja postarałam się powstrzymać
rozczarowanie.
-
Hmmm - zająknęłam się i dotknęłam swoich potarganych włosów.
Mycie
ich było dość skomplikowane i uciążliwe, bo były długie i gęste, więc robiłam
to raz w tygodniu z pomocą Abi lub mamy, a potem odwzajemniałam przysługę
jednej z nich, bo one również miały takie same gęste włosy, jak ja.
Tylko
Lucy chodziła do fryzjera.
-
Raczej nie - przyznałam i dodałam niechętnie, bo pomyślałam o wysiłku, jaki
będzie mnie to kosztowało - Tylko je uczeszę - a potem spytałam - Dlaczego?
-
Pomogę ci je rozczesać - stwierdził Billy, a ja się zdziwiłam, bo nigdy nie
słyszałam o tym, by jakiś mężczyzna zechciał zajmować się włosami kobiety.
Mimo
to zgodziłam się, bo byłaby to dla mnie duża ulga.
Więc
chwilę później, kiedy wydobyłam z torby podróżnej to, co potrzebowałam,
siedziałam na krześle, kiedy Billy stał za mną ze szczotką w ręku i delikatnie
rozczesywał mi włosy, jedną rękę podnosząc je od moich pleców, a drugą ręką
przeciągając po nich trzymaną w niej szczotką.
To
było jeszcze bardziej miłe.
Ale
potem okazało się, że musiałam szybko
zapleść warkocz, żeby pójść do łazienki, umyć się i ubrać, żebyśmy mogli
ruszyć, bo musieliśmy wyruszyć z tego hotelu do domu.
Kiedy
oddaliśmy klucz, recepcjonista obrzucił mnie badawczym spojrzeniem, które
przemieniło się w inne, zanim zaczął zagadywać mnie i uśmiechać się dziwnie, od
czego się zaczerwieniłam, a Billy się tym zdenerwował i nie wiedziałam, o co mu
chodziło.
Przynajmniej
do czasu, kiedy doszliśmy do samochodu i pakowaliśmy nasze torby na tylne
siedzenie.
Billy
robił to tak energicznie, że uznałam, że był zły, więc odważyłam się spytać o
to, co go tak zdenerwowało, bo mieliśmy przecież jechać kilka godzin, więc nie
chciałam, by w takim stanie prowadził.
Wolałam
to omówić.
-
Możesz mi powiedzieć, dlaczego ciągle boisz się, co pomyślą inni? - zapytał
mnie ze złością Billy, kiedy w końcu odważyłam się i zadałam mu pytanie Ale o co chodzi?
-
Co takiego? - zapytałam ze zdziwieniem, bo mnie to nie obchodziło.
-
Wczoraj ta recepcjonistka - Billy machnął ręką w stronę hotelu, z którego
wyszliśmy - W więzieniu strażnicy. Dzisiaj ten facet, któremu oddawałem klucz.
-
Ja… - zająknęłam się - To nie dlatego, że się boję, co sobie pomyślą nieznani
mi ludzie - wyjaśniłam cichym, ale zdecydowanym głosem, opuszczając brodę i
patrząc na niego od dołu - Strażnicy w więzieniu mają smutne życie, więc
chciałam, żeby mieli coś miłego, skoro czasem
ich tam widuję.
Billy
wyprostował się, odwrócił całkiem w moją stronę, a na jego twarzy pojawił się
wyraz zrozumienia i łagodność.
-
A recepcjonistka… - kontynuowałam - no cóż… Ja myślałam wtedy o tym, że
będziemy razem spali, a nie o niej - wyjaśniłam szeptem, ale nie mogłam dłużej
patrzeć mu w oczy, więc odwróciłam wzrok.
-
A dzisiaj - mruknął Billy i okazało się, że był tylko krok ode mnie.
Podniosłam
na niego wzrok i zobaczyłam, że jego oczy się błyszczały z… rozbawienia?
-
Cóż, on chyba… - zająknęłam się - chyba mnie podrywał - szepnęłam z naciskiem i oburzeniem to ostatnie słowo, bo
nagle pomyślałam, że Billy mógł być zazdrosny i stąd to zdenerwowanie, chociaż
nigdy wcześniej nie przyszło mi to do głowy.
Bo
niby o kogo.
O mnie?
Ale,
kiedy tylko wydobyłam z siebie to ostatnie słowo, Billy odrzucił głowę do tyłu
i zaczął się szczerze, głośno śmiać, kiedy złapał mnie ramionami w talii i
przyciągnął blisko siebie, więc oparłam dłonie o jego klatkę piersiowa.
Podniosłam
głowę i patrzyłam na to.
Uwielbiałam to, ale
jednocześnie poczułam drobne ukłucie w sercu, bo, cóż… miałam rację.
Nie
był zazdrosny.
Śmiał
się ze mnie.
Ale
właśnie teraz, przyjmując do wiadomości to, że Billy nie był o mnie zazdrosny,
patrzyłam na piękno, jakie mi pokazywał.
Jego
twarz była rozluźniona i swobodna, całkiem pozbawiona maski.
-
Nie sądziłem, że to spostrzegłaś - powiedział z uśmiechem na ustach i w głosie,
kiedy już przestał się śmiać.
-
Spostrzegłam - szepnęłam i zagryzłam wargę.
-
Rewanż - mruknął Billy, a ja zamrugałam gwałtownie i otworzyłam usta.
-
Skoro udało ci się mnie tak zaskoczyć - powiedział Billy i wyciągnął w moją
stronę kluczyk do samochodu - To ty prowadzisz kilkadziesiąt pierwszych mil. Tak
długo, jak będziesz miała siłę. Ja odpoczywam po wczorajszym. Wieczorem muszę
być w pracy.
Ojej!
Całkiem
zapomniałam.
Powinnam
była pomyśleć o tym wcześniej.
Skinęłam
głową energicznie i zabrałam kluczyk z jego palców, ale on go nie puścił, tylko
pochylił się w moją stronę, przyciągając mnie do siebie ręką za rękę, w której
trzymaliśmy go wspólnie.
A potem mnie pocałował publicznie na parkingu
przed hotelem.
To był rewanż!
Całkowicie mnie zaskoczył.
I
tak właśnie wróciliśmy do domu, że ja prowadziłam przez większość drogi, kiedy
Billy siedział obok rozluźniony i żartujący z Evy i innych kobiet, a także z
mojego zawstydzenia wybieraniem bielizny.
To
wtedy po raz pierwszy zaczęłam się poważnie zastanawiać, czy na pewno zawsze powinnam
mu mówić wszystko.
Następne
dni upłynęły nam na pracy nad urządzeniem naszego domu, nad odwiedzinami u
Jacka, nad wizytami w kościele, nad przymiarkami sukni (z mojej strony, bo
Billy nadal jej nie widział), a ze strony Billy’ego na, no cóż, pracy.
Pewnego
dnia zabraliśmy Jacka do sklepu, by wybrał dla siebie pościel i dodatki do
pokoju, jakie mu się podobały, co polubił tak bardzo, że zaczął krzyczeć i biegać
po sklepie, więc musieliśmy go upominać.
Ale
zrobiliśmy to delikatnie (i z uśmiechem).
Kiedy
pojechaliśmy po niego do domu tymczasowego pobytu, Billy zaparkował przy
krawężniku i kazał mi wysiąść, mówiąc, że opiekunowie Jacka powinni mnie
poznać.
Podeszliśmy
do drzwi i Billy zadzwonił, a wtedy otworzyła nam kobieta, którą znałam z
widzenia z Dnia Niepodległości, bo to ona odbierała Jacka po naszej wycieczce.
Billy
przedstawił mnie, a potem staliśmy w korytarzu i czekaliśmy na Jacka, po
którego poszła jedna z dziewczynek.
-
Młodsze dzieci kolorują obrazki w bawialni - usłyszałam cichy głos kobiety,
kiedy ciekawie rozglądałam się po domu - Ja z trójką dziewcząt przygotowywałam
ciasto do pieczenia - wskazała na swój fartuch, pobielony mąką - Powinnam tam
szybko wrócić, bo mi zrujnują kuchnię.
-
Może pójdziemy tam - zaproponowałam, ale obejrzałam się na Billy’ego.
-
Ja tu zaczekam na Jacka - powiedział i przyciągnął mnie do siebie, by szybko
cmoknąć mnie w skroń, zanim puścił mnie i mogłam pójść za kobietą do kuchni.
-
Dwóch starszych chłopców jest z moim mężem w garażu - mówiła po drodze - Bo
samochód wymaga drobnej konserwacji. Pomagają mu.
-
Jak to działa - zapytałam zaciekawiona - Taka opieka tymczasowa?
-
Cóż - westchnęła kobieta - Czasem jest trudno. Trafiają do nas różne dzieci.
Niektóre bardzo skrzywdzone. Żadne nie zostaje na długo. Nie możemy się
przywiązywać - dodała prawie szeptem.
Tak,
to musiało być trudne.
Nie
tylko ze względu na to, że dzieci mogły być nauczone kłamania, kradzieży, braku
szacunku, ale również na to, że niektóre dzieci mogły być słodkie, wywołujące
współczucie lub głębsze uczucie.
Patrzyłam
przez chwilę z uśmiechem, jak pokazywała dziewczętom, jak przygotować ciasto i
wspominałam nasze wspólne gotowanie w domu, kiedy mama uczyła mnie, Lucy i Abi
gotowania, kiedy Ewa pilnowała nas i patrzyła z pobłażaniem na nasze nieudane
próby.
A
potem nadszedł Jack, przywitał się ze mną bardzo spokojnie, chociaż zaskakująco
poufale i musieliśmy wyjść, by pojechać do sklepu.
Cóż,
nie powiedzieliśmy innym dzieciom, że jechaliśmy do sklepu z wyposażeniem do
pokoju dla Jacka, bo i tak mu zazdrościły tego, że miał kogoś, kto wkrótce miał
być jego rodziną.
Ale
cieszyłam się z tego dla Jacka.
Dom
tymczasowy był o wiele lepszym miejscem niż dom jego mamy, a to, że mógł oczekiwać
na zamieszkanie w naszym domu było jeszcze lepsze.
Tyle
dobra w jednym dniu.
A
w ostatnią sobotę mój niezwykły, fantastyczny narzeczony ponownie zaprosił mnie
na swój występ do Piwnicy.
Bardzo mnie tym ucieszył
z kilku powodów.
Najważniejszym
był, oczywiście, ten, że uwielbiałam
słuchać jego wspaniałego, wyjątkowego śpiewu i cudownej, natchnionej gry na
gitarze, ale też lubiłam oglądać to, jak inni to lubili, jak ich to porywało.
Drugim
powodem było to, że w moim zwykle cichym i spokojnym rodzinnym domu panował istny,
głośny nieopisany rozgardiasz, bo moja kochana mama uparła się, że sama upiecze (różne) mięsa i (różne) chleby, a mnie
kazała (chociaż nie broniłam się) upiec kilka różnych ciast i muffiny.
Abi
była całymi dniami zajęta przez Aleka (z pomocą Evy, która była jej szoferem i
opiekunką) przy dekoracji sali, co kochała.
Ponieważ
mama oprócz tego współpracowała z krawcową przy przeróbkach sukni, a Abel
domagał się naszej uwagi dla siebie, więc wszyscy byli zabiegani i zdenerwowani
zbyt szybkim upływem czasu i zbyt dużą ilością rzeczy do zrobienia.
Tylko
Lucy nie włączyła się do niczego i, chociaż już nigdy więcej nie usłyszałam od
niej żadnego przykrego zdania, patrzyła na mnie ze złością przez to, że
zajmowałam swoją osobą i tym wydarzeniem całą rodzinę.
Nie
mogłam zaprzeczyć przed sobą, że to dokładało kolejne do moich, i tak olbrzymich, wyrzutów sumienia.
Lucy
do swojego ślubu miała wynajętą specjalną firmę, która zajmowała się
cateringiem, inną, zajmującą się dekoracją, suknię szyła jej krawcowa bez zaangażowania
naszej mamy i tak dalej.
My
nie musiałyśmy się niczym zajmować
przy jej ślubie, który był przecież zaledwie miesiąc później.
Nigdy
nas o to nie poprosiła.
A
ja miałam wszystko zrobione przez moją mamę i siostrę, a na dodatek włączyły
się w to kobiety, których nie znałam.
To
przeze mnie były zajęte całymi dnami
już od tygodni.
Przez
wyrzuty sumienia byłam bardziej zdenerwowana i nie wiedziałam, co powinnam z
tym zrobić, bo chciałam poprosić obie
moje siostry o to, by były moimi druhnami, ale bałam się reakcji Lucy.
Kiedy
porozmawiałam o tym z mamą, westchnęła i popatrzyła na mnie tak, że od razu wiedziałam,
że ona też sądziła, że jakakolwiek by nie była moja decyzja, to każda wywołałaby awanturę.
Więc
kilka dni temu poprosiłam Lucy, by została moją druhną.
Niestety,
co mogłam przewidzieć, popatrzyła na mnie z pogardą i odmówiła, chociaż dobre było to, że zrobiła to tylko
jednym słowem: Nie.
Więc
ostatecznie miałam mieć tylko jedną druhnę, Abi, a ona, moja kochana młodsza
siostra, cudownie starała się mi
wynagrodzić brak innych sióstr obok mnie w tym dniu i wręcz tryskała
entuzjazmem i zarażała radością.
Kiedy
jednak powiedziałam mamie o zaproszeniu mnie przez Billy’ego na ten wieczór,
które wahałam się przyjąć ze względu na nawał pracy, to kazała mi iść, mówiąc, że narzeczonemu się nie odmawia.
Och,
z jaką wręcz szaloną radością tym
razem wypełniłam dawniej znienawidzone przeze mnie „nie odmawia się”, kiedy
musiałam pomóc pani Hamilgton zanieść ciasteczka do domu spokojnej starości,
kiedy pomagałam w opiece nad dziećmi pani Jonnas i w wielu, wielu innych przypadkach, kiedy byłam tą
grzeczną, potulną małą dziewczynką pomagającą innym.
Nie,
to nie było tak, że nie lubiłam pomagać innym, ale te wszystkie panie
natychmiast wykorzystywały moje towarzystwo, by wypytywać mnie o moje
rodzeństwo i rodziców, a także, by plotkować na temat innych wspólnych
znajomych, nawet jak ja nie słuchałam.
Więc
w sobotę wieczorem znowu wchodziłam z Billy’m do Piwnicy, a ten sam ochroniarz uśmiechnął się trochę szerzej na nasz
widok.
Billy
tym razem prowadził mnie, obejmując moją talię, więc byłam do niego
przyciśnięta, co czułam jako przytulność i bezpieczeństwo i nie byłam ani
trochę tym zawstydzona.
Przywitaliśmy
się z Tony’m, który na mój widok dziwnie, chociaż sympatycznie wyszczerzył
zęby, zajęliśmy ten sam stolik, co poprzednio, a potem Billy zamiast usiąść, odszedł,
przeprosiwszy mnie i pożegnawszy lekkim pocałunkiem, by porozmawiać z
mężczyznami, którzy poprzednio ustawili krzesło i gitarę.
Rozmawiali
tam w kącie, stojąc nachyleni do siebie niczym spiskowcy, a ja nie słyszałam o
czym, ale Billy w pewnej chwili wskazał na mnie brodą, więc uznałam, że mówił o
mnie.
Zagryzłam
dolną wargę ze zdenerwowania.
Wreszcie
Billy wrócił do mnie, po drodze odwracając się do baru, by zabrać stamtąd
naszykowane tam dla nas, ale nie zauważone przeze mnie, dwie wysokie szklanki z
napojami i potem stawiając je na blacie naszego stolika.
Nie
zapytałam go, o co chodziło z tą rozmową, a i on ani jednym słowem nie odezwał
się na ten temat, zamiast tego zagadując mnie o mój dzień i samopoczucie mojej
mamy.
Cóż,
chciałam dać mu całą siebie, więc
odpowiedziałam.
Mówiąc
również o zachowaniu Lucy.
Ale
po pierwsze nie wiedziałam, czy on w ogóle zechciał to wziąć, a po drugie nie
mogłam oczekiwać, że da mi siebie, a co dopiero, że dostanę go całego.
Ta
myśl lekko mnie przygnębiła, chociaż bardzo starałam się to ukryć, mówiąc mu o
wydarzeniach (nudnych) z mojego dnia.
Potem
Billy powiedział mi, że Oli dał mu dwa dni wolnego, poczynając od tego w
niedzielę, kiedy Billy powinien być ze wszystkimi na dyżurze.
Na
niedzielę Oli po prostu zamienił się na dyżury całej ich jednostki z inną
jednostką w FS 13, więc wszyscy przyjaciele Billy’ego mogli być na naszym
ślubie, a mieli to odrobić w poniedziałek (kiedy Billy miałby wolny dzień),
który zwykle był ich dniem wolnym od pracy.
Lubiłam
to, że mężczyźni z FS 13 będą tam z nami dla Billy’ego.
Kiedy
już upłynęło prawie pół godziny, które minęło nam na takich rozmowach o
codzienności, ponownie usłyszałam tę samą zapowiedź, którą słyszałam dwa
tygodnie wcześniej.
Zapraszam na
scenę, Gawędziarzu.
Billy
uśmiechnął się do mnie, podniósł z krzesełka, a potem pochylił w moją stronę i
złapał dłonią bok mojej szczęki, nacisnął ją kciukiem od dołu i uniósł ku górze,
by pocałować mnie prosto w usta, co zostało przywitane gwizdami naszej
publiczności.
Zaczerwieniłam
się, opuściłam głowę tak szybko, jak się dało i zastanowiłam, czy było możliwe,
że to było, kiedy byłam tam poprzednio, ale ja tego nie usłyszałam, bo mogło
się tak stać.
A
mężczyzna na scenie nie pozostawił tego bez komentarza.
-
Tak, tak, moi drodzy. Nasz Gawędziarz ma narzeczoną. Ich ślub jest już jutro,
więc powitajmy brawami jego przyszłą żonę,
Hannah! - powiedział do mikrofonu, a Billy pociągnął mnie za rękę, więc wstałam
i skinęłam głową w stronę sali.
Poczułam
się nagle tak, jakbym w klasie została wywołana do tablicy, by przeprowadzić
lekcję na temat, którego nie znałam.
Na
szczęście, Billy mi podpowiedział, co miałam robić.
-
Zaraz wracam - szepnął w moją stronę, puścił moją rękę, więc uznałam, że po
prostu miałam usiąść z powrotem i tak zrobiłam.
Billy
poszedł w stronę sceny, po drodze biorąc gitarę z rąk drugiego z mężczyzn, a
publiczność przyjęła to kolejną salwą braw.
Mój
narzeczony ponownie zaczął od swojego „hymnu”, czyli coveru piosenki „Legend” grypy Score, który już znałam i lubiłam, potem znowu usłyszałam „We Are Born For This!”, a potem Billy
zaśpiewał coś, czego ja jeszcze nie słyszałam (albo nie słuchałam), ale, sądząc
po reakcji publiczności, nie śpiewał tego w Piwnicy
po raz pierwszy.
Było
to „Hey Brother” grupy Avicii.
Hej
Bracie, czy nadal wierzysz w innych?
Hej
Siostro, zastanawiam się, czy wciąż wierzysz w miłość?
Och,
jeśli niebo zacznie spadać,
nie
ma na świecie nic,
czego bym dla
ciebie nie zrobił.
Była
to kolejna piosenka, śpiewana jego niskim, przejmującym głosem, niosąca
głębokie przesłanie o tym, co było dla niego ważne.
Potem
Billy śpiewał jeszcze kilka piosenek, z których większość nie była znana mi, chociaż była znana otaczającym nas
ludziom, którzy przywoływali tytuły niektórych z nich, ale Billy ponownie, jak
dwa tygodnie wcześniej, miał natchnioną, nieobecną minę i wiedziałam dokładnie,
że był w tym momencie w swoim świecie i ich nie słyszał.
Cóż,
częściowo się myliłam.
Może
ich nie słyszał, ale nie był całkiem
w swoim świecie.
Po
piosence Unstoppable, która była coverem Score Billy spojrzał w moją stronę
bardzo przytomnie, a potem powiedział do mikrofonu swoim mrucząco niskim,
cichym głosem, którego ton spowodował, że wszyscy tam obecni zamilkli w ułamku
sekundy:
-
Ten utwór dedykuję mojej narzeczonej, Hannah, która już jutro uczyni mnie
najszczęśliwszym mężczyzną na całej kuli ziemskiej.
Powietrze
opuściło moje płuca i zamarłam.
Co takiego?!!!
Czy
on… Czy on właśnie powiedział to, co
powiedział?
A
Billy, już nie patrząc na mnie, zapowiedział cover Forever Yours grupy Avicii,
a potem zaczął przebierać palcami po strunach gitary z taką sprawnością, że
patrzyłam jak urzeczona, by potem, po tej jego gitarowej introdukcji, słuchać każdego pojedynczego słowa, które
śpiewał wprost do mnie, jakby wtapiał
je bezpośrednio w moją duszę.
Patrzył
na mnie, pochylając się bokiem do mikrofonu, zerkając tylko czasami na struny i
śpiewał:
Za
każdym razem, gdy widzę twoją twarz
Nad
tobą wisi chmura
W
taki piękny sposób.
W
twojej samotności jest poezja.
Och,
powinnaś pozwolić mi cię pokochać
Przytul
mnie i nigdy nie puszczaj
Och,
myślałem o tobie
Powiedz,
że jestem twój na zawsze
Chcę
jedynie, byś wiedziała, co czuję
Byś
wiedziała, co czuję, gdy jesteś przy mnie, tak
Próbuję
tylko pokazać ci, że to jest prawdziwe
Pokazać
ci, że to, czym moglibyśmy być, jest prawdziwe
…
Melodia
płynęła, niski, seksowny głos Billy’ego docierał do każdego zakątka sali, ale
ludzie i tak tkwili w milczeniu i bezruchu, jakby i oni spijali jego słowa tak,
jak ja to robiłam.
A
kiedy po tych kilku minutach piosenka się skończyła, w mojej głowie wciąż i
wciąż brzmiały słowa:
Och,
powinnaś pozwolić mi cię pokochać
Przytul
mnie i nigdy nie puszczaj
Och,
myślałem o tobie
Powiedz, że jestem
twój na zawsze
I
kompletnie nie zauważyłam tego, że moje policzki i broda były całkiem
przemoczone od łez, które płynęły cicho z moich oczu.
Tak
właśnie Billy dał mi nadzieję na to, że mogliśmy mieć coś pięknego, że on mnie
chciał, że wziąłby ode mnie to, co chciałam mu dać.
I
z tą nadzieją spędziłam dwa dni, zanim mi ją odebrał.
Głupia
ja!
Zapomniałam,
że był Jokerem.
*****
Billy
Billy
wiedział, że ją kochał.
Nigdy
nikogo nie kochał, ale to, co teraz cholernie czuł do jego słodkiej, niewinnej,
pięknej Anie było wyjątkowe, więc wiedział.
Zaczęło
się to w dniu, kiedy poprosiła go, żeby ją pocałował na pieprzonym podjeździe
jej cholernego domu na oczach jej mamy i siostry, bo wcześniej tylko chciał jej
pomóc, skoro czuł się tak cholernie winny
tego, że była źle traktowana w swoim własnym rodzinnym pieprzonym domu przez jego dotykanie jej na jej
podjeździe za pierwszym razem, kiedy ją odwoził po tamtym cholernym grillu.
To
było takie słodkie i niewinne porównaniu z tym, co robił z cholernymi sukami,
jakie stanęły na jego drodze, a na dodatek każda z nich to lubiła robić tak
brudno, że aż go to pieprzyło.
Billy
wiedział, że Hannah była cholernie czysta i nieśmiała, ale wtedy, przy jego pieprzonym
pickupie, po tym jak powiedzieli jej mamie, że się pobierają, mimo tej
nieśmiałości i niewinności, nawet wbrew sobie, robiła co mogła, by jej kochana mama
i najmłodsza siostra czuły się dobrze, żeby cholernie wierzyły, że ona miała się dobrze, że będzie
szczęśliwa.
A
potem, po kilku sekundach, oddała mu ten
pocałunek.
Jezu!
Jego
kutas zareagował natychmiast i stał potem boleśnie do końca dnia.
Kurewsko
fantastycznie.
Później…
to było tak cholernie zaskakujące i zajebiście odświeżające, poznawać w ciągu
kolejnych pieprzonych dni coraz dokładniej tę młodą kobietę, która była tak niespotykanie
szczera, wyjątkowo niewinna i wciąż altruistycznie myśląca o innych, po tych
wszystkich pieprzonych egoistycznych dziwkach,
które chciały go w cholerę wykorzystać lub wypieprzyć po tym, jak je pieprzył.
A
później… później, kiedy leżał przy niej w tamtym pieprzonym dwuosobowym łóżku w
pieprzonym pokoju hotelowym po spędzonej razem z nią nocy, gdy Billy spał
głęboko, a ona mu nie przeszkadzała, starając się być cicho, chociaż wiedział,
że się wierciła, skoro, kiedy zasypiał, widział ją leżącą na plecach, wyczekującą
jego ruchu, a obudził się z nią twarzą w twarz, został zaskoczony jak cholera.
Cud.
Było
to istnym cudem.
Patrzył
na jej niepoprawiane makijażem ani innym gównem, czyste piękno, obnażone tuż
przed nim w jej twarzy rozluźnionej podczas spokojnego snu i nie mógł się
nadziwić swojemu szczęściu.
Ufała
mu.
Billy
nie miał oporów, by kłamać i oszukiwać, jeśli życie tego wymagało, ale zaufanie
Hannah sprawiło, że chciał jej dać prawdziwego siebie.
Miał
ją mieć, chociaż miało to być na niby.
Podniecała
go niesamowicie swoimi kształtami, ale bardziej czystością, niewinnością i
brakiem doświadczenia z mężczyznami, uległością, a często wręcz dziecinnością i
naiwnością.
Wtedy
jak pojebany skurwiel, którym był, postanowił, że zdobędzie ją naprawdę, cholernie
dając jej to, czego potrzebowała do szczęścia.
Zaczął
od małych rzeczy, jak pokazywanie wszystkim, że byli razem, żeby nie musiała
się tłumaczyć.
Był
delikatny, czuły, troskliwy.
Cóż,
może oprócz troskliwości, reszta była cholerną maską.
Billy
wiedział, że czułość i delikatność nie były jego mocną stroną.
Ale
umiał się z tym kryć.
Potem
były to meble, dywaniki, poduszki i wszelkie inne gówno do ich nowego domu,
które kupili prawie hurtem, pewnego prawie-wieczoru, podczas jedynej ich
wspólnej wizyty w dużym sklepie z meblami i wyposażeniem domu, w którym, co za pieprzony
zbieg okoliczności, pracowała jedna z cholernych przyjaciółek Evy, Sonija.
Kobieta
była jednak naprawdę cholernie bardzo pomocna i od razu umówiła ich na pieprzoną
dostawę całego gówna firmowym samochodem z pieprzonego sklepu wprost do ich domu
już na następny dzień wczesnym popołudniem, kiedy Billy miał wolne od pracy.
Anie
bardzo się tym przejęła, mówiąc obszernie Billy’emu w drodze powrotnej do jej
domu, że koniecznie musiała natychmiast
trochę sprzątnąć ich nowy dom przed dostarczeniem tego całego gówna, a Billy
nie miał pojęcia, o czym ona mówiła.
Przecież
ten dom/apartament nie był zamieszkany przez kilka cholernych miesięcy, więc
nie miał tam kto nabrudzić.
Ale
zgodził się ją tam odstawić parę godzin wcześniej niż mieli wstawiać tam meble,
podczas gdy on pojechał spakować kilka kartonów swojego gówna ze swojego
pieprzonego mieszkania, by przewieźć je do ich nowego domu.
Tuż
po ślubie mieli tam zamieszkać na stałe, więc Billy wymówił swoje stare
gówniane mieszkanie i musiał je opróżnić w cholerę.
Uwinął
się szybko, bo nie miał wiele gówna w ogóle, a poza tym część była spakowana
już wcześniej, bo do tej pory żył na pudłach, często przeprowadzając się i
nigdzie nie osiedlając.
Kiedy
miał wszystko w pickupie, zamknął drzwi, chociaż prawie nic nie zostało w
tamtej klitce, którą nazywał mieszkaniem, podjechał na parking przed oknem ich
nowego domu, a potem wszedł, otwierając drzwi własnym kluczem, więc Anie nawet
go nie usłyszała.
Błąd.
Kurewsko
pieprzony błąd!
Zaraz
po wejściu z korytarzyka wejściowego do pieprzonego salonu Billy zamarł w progu
i w ułamku sekundy zdecydował się na pieprzony odwrót na parking z twardym,
obolałym kutasem, rozrywającym mu spodnie.
Bowiem
pierwszym co zobaczył, była Anie na kolanach, z podwiniętą do pasa spódnicą, wypiętym
w jego stronę dużym, apetycznie zaokrąglonym tyłkiem, myjąca podłogę
zamaszystymi ruchami obu rąk, przez co jej cycki miarowo kołysały się pod nią.
Kurwa.
To
było bardziej kurewsko podniecające niż jakiekolwiek pierdolone porno, które
Billy oglądał jako gówniany nastolatek, podglądając to gówno przez okno
sąsiadów po drugiej stronie ulicy przez nie zasłonięte okno.
Billy
uwielbiał pieprzyć suki od tyłu, ale jego czysta, niewinna, nieświadoma niczego
Anie wypięta w jego stronę w ten
sposób była czymś innym, czymś o wiele cholernie lepszym.
Odczekał
potem kilka minut na parkingu przy swoim pickupie, starając się myśleć o czymś
neutralnym, cholernie nie seksownym,
a potem wrócił do domu, hałasując przy wejściu tak, żeby Anie podniosła się z
kolan i poprawiła spódnicę, zanim wszedł do salonu.
Udało
mu się zapanować nad własnym podnieceniem, przybrać odpowiednią maskę i
przywitać ją normalnym głosem, ale to dało mu do myślenia, a był to pierwszy z
serii wstrząsów, kiwnięć i zawirowań, jakie przeżył, zanim nadszedł dzień ich
ślubu.
Billy
bowiem już dawno temu rozpoznał swoje preferencje seksualne, realizował je z
różnymi dziwkami, w tym z groupies, które przyklejały się do niego po
niektórych występach w Piwnicy, i nie
sądził, żeby praktykowanie z nią tego popieprzenia spodobało się tak młodej,
niewinnej i niedoświadczonej kobiecie, jaką była Anie.
Zwykle
brał suki zniewolone, uległe przez związanie lub zmuszone do uległości na
różne, czasem finansowe, sposoby.
Bardzo
dużo z nich lubiło to tylko dlatego, że chciały coś z nim mieć.
Więc
wiedział, że powinien chronić Hannah przed sobą, powinien trzymać się na
dystans i nie dawać jej więcej, niż musiał.
Jednak,
będąc egoistycznym palantem, Billy brnął w to, co zaczął, postanawiając prawie
miesiąc wcześniej dać jej szczęście i tym samym zdobyć ją całą, chociaż
wiedział, że nie mógł jej się zrewanżować tym samym.
Po
prostu myślał, że nie mógł dać jej się poznać.
Znienawidziłaby
go, a tego by nie lubił.
Kiedy
pieprzeni faceci wreszcie przyjechali, by pomóc im rozstawić cholerne meble w
sypialni, pokoju Jacka i salonie, które ostatecznie dotarły do ich domu, Billy
był wręcz kurewsko szczęśliwy, że byli bardzo zajęci, więc nie miał czasu na
myślenie o tym gównie, które pieprzyło mu w głowie.
Chociaż
ponownie przeżył kilka poważnie popierzonych minut, kiedy wszedł do ich
cholernej sypialni, gdzie Anie układała pościel na ich świeżo rozstawionym
wielkim łóżku, pochylając się nad nim głęboko, a on kretyńsko pozwolił sobie wyobrazić,
że będą tam razem i to nie tylko spali.
Opanował
się, przypomniał sobie wszystkie powody, dla których powinien utrzymać swoją
maskę i to zrobił do ostatniej chwili, kiedy odstawił Hannah do domu jej mamy.
A
potem, kiedy znalazł się sam w swoim gównianym mieszkaniu, ponownie zaczął
bujać w obłokach i marzyć o cholernej rodzinie,
jaką mieli założyć, w której Anie byłaby cała jego, co dawało mu nawet więcej
popieprzenia w głowie.
Po
pierwsze, rodzina, bo mętnie, ale
pamiętał taką z domu jakiegoś swojego kolegi, chociaż nie był sobie w stanie
przypomnieć, jakiego, bo przez pieprzone lata starał się wymazać całe swoje
dzieciństwo z pamięci.
Ale
zawsze marzył o tym, by on, Billy Brown, mógł mieć pełną rodzinę.
Nie
tylko Jack.
Po
drugie, Hannah, o której Billy coraz częściej myślał moja słodka Anie, bo przypominała mu jej dbałością o dom i rodzinę Evę,
delikatnością Maggie, nieśmiałością Helenę, a czystością Albę, więc wyszukał
dla niej tę pieprzoną piosenkę Avicii
i wyobraził sobie, że jej ją zaśpiewa, żeby miała coś specjalnego od niego z
okazji ich ślubu.
By
mógł mieć dobrą kobietę dla siebie i
mógłby mieć ją całą.
Później,
cóż… nie zamierzał urzeczywistniać tego i faktycznie śpiewać Anie o tym,
że to, czym mogliby być, było prawdziwe, bo
już rano tego nie czuł.
Przypomniał
sobie wszystkie cholernie popieprzone powody, dla których na to kurewsko nie zasługiwał.
Ale
w Piwnicy tego wieczoru, którego
zabrał swoją słodką Anie z domu jej
mamy, by nie zaharowywała się na śmierć, żeby ich ślub wyglądał jak prawdziwy, kiedy
siedziała tam za pieprzonym stolikiem i patrzyła na niego tym wzrokiem, w
którym była wcale-nie-taka-mała nutka uwielbienia i zasłuchanie, nagle usłyszał
tego pierdolniętego dupka, samego
siebie, kretyńsko mówiącego ten utwór
dedykuję mojej narzeczonej i kolejne gówno, którego wcale nie chciał powiedzieć.
Nie
świadomie.
A
potem zaśpiewał i zrobił to, patrząc jej prosto w oczy.
Pierdolony
palant.
Całkiem
odleciał i kompletnie tego nie przemyślał.
Kiedy
Billy zobaczył na jej twarzy łzy, kiedy patrzyła tam na niego niczym na Pięknostopego
Zwiastuna Dobrej Nowiny, zaczął kopać się w tyłek.
Kurwa,
zrobił to!
A
ona mu uwierzyła, zaufała, że jej nie skrzywdzi.
Chciał
się wycofa za swoją pieprzoną maskę obojętności i dystansu, naprawdę cholernie
chciał tego, bo czuł, że jeszcze wtedy mógłby to obrócić w żart lub
nieporozumienie.
Ale
ludzie, którzy ich natychmiast otoczyli, zaczęli im gratulować i życzyć
szczęścia, więc przybrał cholerną maskę cholernie szczęśliwego narzeczonego i przytulił
Hannah, żeby pomóc jej przebrnąć przez pozostawanie w centrum uwagi, czego
nigdy nie lubiła.
Troskliwie.
Więc
ponownie wahadło wychyliło się w stronę bycia razem, rodziny i dawania siebie
sobie wzajemnie.
Zapomniał
się.
Skretyniały
idiota.
W
mieszkaniu ponownie starał się zdystansować, ale nie dał rady.
Ni
chuja.
Już
następnego dnia, był ich pieprzony ślub, w czasie którego Billy znowu całkiem cholernie
odleciał, bo jego popierdolony mózg wyprała wizja przepięknej kobiety, którą kochał.
Jego kobiety, kiedy
szła w jego stronę do ołtarza.
Billy
wytłumaczył Kate Sensible, dlaczego nie zamierzał zapraszać swojej mamy na swój
ślub, a na szczęście nie musiał tego robić nadmiernie szczegółowo.
Ich
przybranymi rodzicami, ich opiekunami, byli Olgierd i Helena.
Więc
właśnie tam, przy ołtarzu w kościele rodziny Sensible, Billy stał przy boku
swojego brata, Jacka, Sama i patrzył na ten cud.
Czystość.
Niewinność.
Jego
już-wkrótce-żona nieśmiało, ale płynnie i łagodnie szła tam przejściem między
ławkami wprost do niego, stojącego przy ołtarzu.
Hannah
miała na sobie białą, fanta-kurwa-styczną, wyjątkową sukienkę, która
wydawała się zrobiona w całości z dziwnie ślicznej, pieprzenie niepowtarzalnej koronki
i była długa prawie do kostek, ale odsłaniała białe, niewyszukane, proste sandałki
na niskim, szerokim i płaskim obcasie.
Sukienka
była dziewiczo prosta, nie rozszerzała się, ale obejmowała Hannah w pasie jakimiś
marszczeniami, które cholernie kusząco podkreślały w talii naturalne krągłości jego
przyszłej żony, delikatnie podnosząc jej cudne, do tej pory chowane pod luźnymi
strojami piersi i opinając górę apetycznie zaokrąglonych bioder.
Góra
sukienki była wykończona okrągłym, małym kołnierzykiem, również wykonanym z
koronki, od którego do dołu między piersi Hannah biegł rząd białych, perłowych
guziczków, a zamiast rękawów na obu ramionach były falbanki takiej samej
koronki.
Hannah
patrzyła pod nogi, kiedy szła do niego głównym przejściem między ławkami w ich
kościele wsparta na ramieniu Oli’ego, który zastępował jej tatę, ale Billy
widział, że miała znowu trochę ciemniejsze rzęsy, a jej złote włosy, przykryte
dopasowanym do sukni, krótkim welonem, przypiętym po bokach na jej skroniach i
przesłaniającym jej czoło koronką, były częściowo rozpuszczone gęstą, złotą
falą na jej plecach.
A
potem podniosła głowę i spojrzała wprost na niego tą całą jej niebieskością,
złapała jego zachwycony wzrok i uśmiechnęła się szczęśliwie, chociaż nieśmiało.
Najpiękniejsza
kobieta, jaką kiedykolwiek widział.
Dokładnie
taka, jakby wyszła z jego snów.
I
dlatego totalnie zjebał sprawę.
Znowu.
Kurwa!
Kiedy
ksiądz poprosił Billy’ego o jego obietnicę i ślubowanie, ten odezwał się
tekstem, którego nie szykował, nie przemyślał i pozwolił, żeby wypłynęło to z
głębi jego pieprzonej duszy.
-
Ja, William - powiedział - biorę sobie ciebie, Hannah, za swoją ślubną małżonkę
i obiecuję i przyrzekam ci wsparcie w każdym momencie naszego wspólnego życia
oraz, że postaram się, by twoje marzenia, cele, smutki i zmartwienia były
moimi. Chcę dawać ci radość, uśmiech i szczęście w rodzinie, którą stworzymy…
A
potem, kiedy dotarło do niego, co odpierdolił, musiał kurewsko trzymać fason,
przyjmować pieprzone życzenia i gratulacje, obejmować Hannah i przyciskać do
swojego boku, kiedy cholernie ufnie się o niego opierała.
Okazało
się że nawet mieli pieprzony tort do pokrojenia.
Konstrukcja
była stworzona przez jakąś dawną przyjaciółkę starszej siostry Hannah, Ewy,
która zgłosiła się z propozycją wykonania go do Abi, co było sprytnym posunięciem, bo ani on, ani Hannah nie
wiedzieli o tym aż do pieprzonej ostatniej chwili.
A
teraz oboje patrzyli na to z zachwytem, podobnie jak wszyscy ich goście weselni,
bo było to istne dzieło sztuki.
Tort
miał trzy piętra, wykonany był z biszkopta przełożonego bitą śmietaną,
czekoladą i owocami, a całość pokryta była cytrynowym i czekoladowym lukrem, który
wyglądał jak niedbałe maźnięcia pędzlem genialnego artysty-malarza.
A
smakował… fanta-kurwa-stycznie.
Był
taki, jak całe ich pieprzone dotychczasowe życie, słodko kwaśny (zamiast
gorzkiego), ale dominowała słodycz i połączenie tych dwóch smaków było idealne.
A
potem Billy zatańczył z Hannah, chociaż nie pamiętał później do jakiej piosenki
(chociaż wydawało mu się, że była to jakaś wersja Forever
Yours),
kolejne piosenki z mamą Hannah, z Heleną, z Abi i dziesiątką innych kobiet,
kiedy Hannah tańczyła z jakimiś mężczyznami, których on nie widział.
Miał
czas, by wszystko przemyśleć.
Wiedział,
że powinien trzymać się z dala od niej i zamierzał tego dokonać.
Więc
teraz było po przyjęciu i po tym, jak mama Hannah, Helena i Eva wygoniły ich do
domu, by Anie nie pomagała w sprzątaniu tony jedzenia, którego nie dali rady
zjeść, więc należało je schować do chłodziarek, by wykorzystać następnego dnia.
Milcząco
pojechali do domu, dokąd zawiozła ich taksówka, którą wynajął Oli, żeby nie
martwić się wypitym przez nich alkoholem, a Billy już w niej po drodze uświadomił
sobie, że powinien ją odsunąć od siebie, by ją ochronić przed swoim
popieprzeniem.
Musiał
utrzymać między nimi pieprzony dystans.
Obiecuję i
przyrzekam ci wsparcie…
Weszli,
stanęli w salonie, Billy zatrzymał się na środku i zdenerwował się.
Musiał
szybko wykombinować, w jaki sposób miałby ją utrzymać z dala od siebie, a
jednocześnie nie zranić jej.
Kurwa,
myśl, Billy.
Zanim
cokolwiek wymyślił, Hannah podeszła do komody, jednej z tych, które zgodnie wstawili
do salonu i z jej szuflady wyjęła jakiś pakunek, z którym podeszła do
Billy’ego, patrząc na niego nieśmiało, ale ufnie, z lekkim uśmiechem.
-
To dla ciebie - powiedziała cicho, podając mu to.
-
Co to? - mruknął mało przyjaźnie, postanawiając nagle udawać bardzo zmęczonego
i sennego.
-
To mój prezent dla ciebie z okazji naszego ślubu - odparła cichym, zdecydowanym
głosem, w którym brzmiała nutka determinacji.
Nie
rozumiał.
-
Ja nie mam nic dla ciebie - odmruknął Billy, biorąc paczkę, chociaż jej nie
chciał, bo na nic nie zasłużył.
Miała
kształt i ciężar, wskazujący na to, że były to książki.
Jezu.
Tylko
słodka Anie dałaby swojemu nowo
poślubionemu mężowi książki.
-
Już mi dałeś prezent - przypomniała Hannah. Opierając się lekko dłońmi o jego
brzuch i unosząc brodę do góry, by przysunąć swoją twarz do jego twarzy -
Zaśpiewałeś go.
Pomny
swojego postanowienia, cholernie nie
chcąc tego robić, cofnął się o pół kroku, by jej dłonie opadły z jego
brzucha.
Na
jej twarzy zaczęło ujawniać się to, czego się mógł cholernie spodziewać, skoro
postanowił zagrać jak kutas, szok i rozczarowanie.
-
Dziękuję - powiedział sucho Billy, opuszczając książki i patrząc na nią jak
najbardziej obojętnie - Idź spać, Hannah.
Zamrugała
gwałtownie.
A
później…
Później
na jej twarzy pojawił się ból.
Kurwa
pierdolona mać.
Obiecuję i
przyrzekam…
Tak,
nie zamierzał dotrzymać dalszej części swojej obietnicy.
Pieprzony
palant.
Dziękuję :-)
OdpowiedzUsuńDziękuję
OdpowiedzUsuń