piątek, 27 stycznia 2023

7 - Obiecuję i przyrzekam

 

 Rozdział 7

Obiecuję i przyrzekam

Hannah

 

 

Kochana Ewuniu,

Tak bardzo chciałabym, żebyś była teraz przy mnie tak, jak to sobie obiecywałyśmy w dzieciństwie, kiedy rozmawiałyśmy o naszych ślubach, o wymarzonych przez nas wybrankach na naszą przyszłość.

Jutro jest ten dzień, dzień mojego ślubu. Wychodzę za mąż za tego wspaniałego mężczyznę, jakim okazał się być Billy. Przez te kilka tygodni okazało się, że jego dusza jest nawet bardziej złota niż kiedykolwiek mogłabym się tego spodziewać.

A mama go wprost pokochała.

Billy zauroczył nawet naszego tatę, a ty wiesz najlepiej, że to ja byłam zawsze ukochaną małą córeczką tatusia. Po jednej rozmowie oddał mnie pod opiekę Billy’emu, powierzając mu moje bezpieczeństwo fizyczne i finansowe, a tym bardziej duchowe; całkowicie i kompletnie.

A na dodatek Billy jest utalentowany.

Och, Ewuniu, gdybyś mogła go usłyszeć, jak śpiewa na scenie w tym klubie Piwnica, a ludzie słuchają go jak zauroczeni. Mógłby ich poprowadzić niczym Szczurołap z Hameln, grając na gitarze i śpiewając, a oni poszliby za nim wszędzie. A on śpiewał o pracy, walce i ideałach. Widać wtedy jego złotą duszę nawet jeszcze lepiej niż zwykle.

Dla tych i dla wielu innych powodów, które znasz już od dawna, jutro po ślubie dam mojemu mężowi w prezencie całą siebie. Każdą moją myśl, całe uczucie, moje ciało i duszę.

Zrobię to, oddając mu ten pamiętnik, na który składają się moje listy do ciebie, bo zawsze wiedziałam, że były to moje zapiski, a nie prawdziwe listy.

Przerwałam pisanie do mojej nieżyjącej siostry, położyłam dłoń z długopisem na zeszycie, leżącym na moich kolanach, kiedy siedziałam z wyciągniętymi nogami na swoim łóżku, spojrzałam za okno swojego pokoju, za którym był wieczorny mrok i zamyśliłam się, bo właśnie uświadomiłam sobie, że nie mogłam napisać wszystkiego, co chciałam, nie swobodnie i bez wstydu, bo miał to przeczytać Billy.

Bo moim największym marzeniem właśnie tego wieczoru, kiedy spaliśmy w jednym łóżku w hotelu, stało się oddanie mu się również ciałem, chociaż Billy poprosił mnie o to dopiero niedawno i to właśnie piosenką.

Kiedy poszłam się tego wieczoru do łazienki, by przyszykować do spania, denerwowałam się już samym faktem, że mieliśmy spędzić noc w jednym pokoju, a jeszcze bardziej tym, że w jednym łóżku.

Chociaż na pierwszy rzut oka mogłam ocenić i docenić to, że olbrzymie, podwójne łóżko, które tam stało miało dwa prześcieradła i dwie poduszki, więc przez całą noc mogliśmy się nawet nie dotykać.

Nadal, kiedy wyszłam z hotelowej łazienki, ubrana w piżamę po umyciu zębów, opłukaniu się po podróży i podniosłam wzrok z podłogi na mojego przyszłego męża, o mało nie potknęłam się z wrażenia o własne nogi.

Billy bowiem leżał na kołdrze w samych spodenkach od piżamy, a jego klatka piersiowa była całkiem naga.

To nie było tak, że nigdy nie widziałam nagiej klatki piersiowej chłopaka, bo w liceum zadufani w sobie nastolatkowie pokazywali swoje nagie klatki prawie na każdym meczu, a my bardzo często musiałyśmy to oglądać, nawet jeśli robili to tylko dla swoich ulubionych cheerleaderek.

Ale to byli chłopcy, a Billy był mężczyzną.

I jego wyeksponowana właśnie tam, naga klatka piersiowa mówiła o tym doskonale, a jego umięśniony brzuch jeszcze dobitniej.

Ale, zanim dotarłam dwa kroki za próg drzwi łazienki, Billy podniósł się z łóżka jednym zwinnym ruchem, nie podpierając się o materac i poszedł w kierunku swojej torby, leżącej na szafce na bagaż, więc ja przesunęłam się w kierunku fotela, który stał po przeciwnej stronie łóżka.

Ułożyłam starannie tam swoje ubrania, wyłączyłam górne światło, sprawdziłam zamknięcie drzwi i wsunęłam się pod kołdrę, podczas gdy Billy poszedł się naszykować do snu, a potem czekałam na niego przy zapalonej lamce nocnej, która wisiała na ścianie nad moją szafką nocną.

Kiedy wreszcie dotarł do mnie, znowu ubrany w same spodenki do spania, rzucając po drodze ręcznik byle gdzie na podłogę, po czym zauważyłam, że jego ubranie też tak leżało, milcząco położył się do łóżka i zrozumiałam, że był tak zmęczony, że nie mogłam oczekiwać z jego strony na żadną rozmowę ani tym bardziej nic innego.

Po prostu położył się, przykrywając kołdrą, zgasił swoją lampkę nocną, powiedział mi dobranoc i… zasnął.

Leżałam tam na plecach bezsennie przez długie minuty, zanim dotarło do mnie, że to było to.

Spał.

Byłam egoistycznie poddenerwowana wyimaginowanymi możliwościami, jakie kryły się za spaniem razem we wspólnym pokoju hotelowym, a poza tym wydawało mi się, że wszyscy, którzy spędzali wspólnie noc w takim pokoju robili coś hmmm

Kiedy natomiast uświadomiłam sobie, że to wszystko, co słyszałam od koleżanek w grupie kościelnej, a nawet w szkole i od byłych przyjaciółek mamy przez całe moje dotychczasowe życie, to były tylko zwykłe, płaskie stereotypy i paskudne pomówienia, rozluźniłam się i odwróciłam na bok.

Leżałam przez kolejne minuty przodem do mojego przyszłego męża i patrzyłam na niego, śpiącego obok mnie, przez półmrok pokoju hotelowego.

Chłonęłam jego bliskość i możliwość oglądania go.

Widząc z blisko te czarne rzęsy, rzucające cienie na górę policzków, nagle poczułam dosłownie swędzenie czubków palców, bo strasznie zechciałam ich dotknąć, okropnie chciałam pogłaskać włosy, układające się w potargane loki z boku głowy, do bólu pragnęłam o przejechaniu kciukiem po jego wargach.

Był taki przystojny.

A potem zaczęłam zauważać, więc dotarło do mnie, że jego piękna twarz, spokojna i zrelaksowana w głębokim śnie, została pozbawiona tej dziwnej maski, którą Billy nosił na co dzień.

Maski, o której nawet nikt nie wiedział, że tam była.

We śnie nie był żartownisiem, a stał się nieomalże bezbronny.

Przypomniało mi się, jak w ukryciu grywaliśmy w remika (kryjąc się przed opiekunami, bo gry karciane były tam zakazane), kiedy bywałam na półkoloniach w grupie kościelnej, będąc dzieckiem i nastolatką.

Siadywaliśmy po pięć, sześć osób i namiętnie wykładaliśmy karty na stół, a mnie najbardziej fascynowało to, że jedna z kart, Joker, mogła przyjąć każdą wartość, zastąpić każdą z kart.

Właśnie wtedy, kiedy leżałam tam obok niego w tamtym hotelowym pokoju w jednym łóżku, przyszło mi do głowy, że Billy nie był po prostu Jokerem - Żartownisiem, ale był Jokerem, który w każdej chwili mógł stać się tym, kim potrzebował się stać, żeby się chronić przed ludźmi.

Ukryć swoją prawdziwą twarz, by nie zostać zranionym.

Tak samo za maską pokazał mi swoją twarz podczas naszego pierwszego spotkania, kiedy przyszedł do szkoły w sprawie mojego wezwania ich mamy na rozmowę o Jacku.

Ale ja przez te kilkanaście dni poznałam jego prawdziwą twarz, bo mi na to pozwolił.

Zaufał mi i pokazał mi swoją wrażliwość, swój talent.

I powinnam to docenić.

Ta myśli tak mnie odprężyła, że zasnęłam z uśmiechem na ustach.

I tak samo się obudziłam.

Przekonałam się, że spałam nieruchomo, na boku, odwrócona przodem do Billy’ego, z jedną ręką przyciśniętą do piersi, a drugą wyciągniętą w jego stronę i uśmiechałam się, a moja dłoń była przykryta jego, kiedy o świcie następnego dnia wypływałam z objęć Morfeusza.

A kiedy powoli i sennie otworzyłam oczy, zobaczyłam, że Billy już nie spał i, podobnie jak ja, leżał na boku, odwrócony w moją stronę, patrzył na mnie, a na jego ustach błąkał się uśmiech, który był inny niż ten, który tam zwykle gościł, chociaż ja już taki widziałam.

Uśmiech Billy’ego tego poranka był czuły i łagodny.

- Hej, Anie - szepnął, kiedy spojrzałam na niego.

- Hej - mruknęłam do niego wciąż zaspanym, chrapliwym głosem.

Billy uśmiechnął się szerzej, a potem przesunął na poduszce głowę trochę bliżej mojej twarzy i przeniósł pod nią zgiętą rękę, którą wcześniej miał przyciśniętą do swojej piersi jak ja moją, więc kiedy później trochę się uniósł, oparł głowę na dłoni i zawisł twarzą nade mną.

- Słodko posapujesz przez sen - mruknął do mnie, prawie oddychając w moje usta, a ja zamarłam, patrząc do góry, by widzieć jego oczy.

Skamieniałam głównie dlatego, bo zastanawiałam się, czy to było dobre, że posapywałam przez sen, ale trochę dlatego, że był tak blisko mnie.

Czułam prawie na policzku gorąco jego bicepsa.

W nos drażnił mnie ostry zapach męskiego ciała, na który składał się męski pot i jakiś dezodorant lub woda kolońska o świeżym, kwaskowym zapachu, przypominającym mi cytryny.

Coś, czego nigdy nie czułam.

- Twoje rzęst są jakby wyraźniejsze - wymruczał Billy, nie zauważając mojego znieruchomienia - …ciemniejsze?

- Umm - wymamrotałam, kiedy bardzo starałam się ocknąć - Taaa.

Wreszcie, po kolejnych kilku sekundach, udało mi się wydobyć logiczną myśl, ułożyć zdanie i przyznałam cicho - Kobiety wczoraj zaciągnęły mnie do jednego salonu kosmetycznego i tam nałożyli mi na nie coś, co nazwali henna.

- Och - westchnął Billy, jakby wiedział, co to było.

Ja nie wiedziałam, bo mnie to nie interesowało, więc nie zapytałam ani nie sprawdziłam po wyjściu od kosmetyczki.

Aż do tej chwili nie zamierzałam tam wracać, ale teraz, kiedy Billy najwyraźniej lubił to, jak wyglądały moje rzęsy, postanowiłam się dowiedzieć, co to było i wrócić po tych trzech tygodniach, kiedy mi powiedzieli, że powinnam.

- Powiesz mi… - zapytał niespodziewanie dla mnie Billy, wiec znowu skarciłam się w myślach, bo nie uważałam - …co cię gnębiło przez te kilka godzin jak jechaliśmy tu z domu?

Zagryzłam wargę.

Nie chciałam mu tego mówić.

Ale miał być moim mężem, a ja już dawno temu, jeszcze jak w dzieciństwie rozmawiałyśmy z Ewą o naszych przyszłych ślubach, wybrankach i takich innych dziewczęcych mrzonkach, obiecałam sobie, że będę zawsze szczera i oddana mojemu wybrankowi, chociaż właśnie nieco weryfikowałam swoje dawniejsze wyobrażenia co do stopnia szczerości i otwartości moich wyznań.

- Ja… jak wtedy… - zaczęłam niepewnie i cicho, nie patrząc mu w oczy, ale na nagą pierś Billy’ego, co wcale mi nie pomagało, ale nadal nie miałam odwagi podnieść oczu - Jak byłam z kobietami w tamtym butiku… - zerknęłam na jego twarz, by potem znowu patrzeć na jego pierś - Wiesz, one rozmawiały o mojej sukience do ślubu i bieliźnie - to ostatnie słowo wyszeptałam ze wstydem, ale postarałam się przełamać, żeby dokończyć to, co miałam do powiedzenia - Hmmm, oni wszyscy przynosili mi nawet bieliznę do przymierzalni tak samo jak… koszule nocne.

To ostatnie powiedziałam szeptem, chociaż z naciskiem.

Zamilkłam z zażenowania, a Billy poczekał przez chwilę, a potem pochylił głowę bardziej nad moją i wsunął swoją zwiniętą dłoń pod moją brodę, by podnieść moją twarz i zobaczyć moje oczy.

Jego były ciepłe i wspierające.

- Anie! - mruknął łagodnie, ale trochę ponaglająco.

- Bo, ja, wiesz… - zaczerpnęłam powietrza i zaczęłam znowu mówić, żeby mnie zrozumiał - Z koleżankami w grupie kościelnej nigdy nie rozmawiałyśmy o bieliźnie, a tych w szkole nie słuchałam, nawet jak czasem coś mówiły.

Zobaczyłam, że spojrzenie Billy’ego stało się nieostre, jakby myślał o moich słowach i o tym, co one właściwie oznaczały.

- A tamte kobiety przynosiły mi bieliznę, idąc z nią w ręku przez cały butik i, nawet jeśli były tam tylko one i Alek, i Sam - brnęłam w to - więc to było krępujące. A potem zaczęły rozmawiać o nocy poślubnej

Nie.

Nie mogłam o tym mówić.

Nie z Billy’m, którego ta rozmowa dotyczyła, a najlepiej z nikim.

Więc przerwałam, zagryzłam dolną wargę i potem byłam bardzo zadowolona, że Billy nie podjął tego tematu, a zamiast tego położył się na wznak i pociągnął mnie na siebie.

- Przytul się do mnie Anie - rozkazał mi cichym, łagodnym głosem.

Zrobiłam to chętnie i szybko, kładąc na jego nagim bicepsie policzek, a dłoń na jego piersi przykrytej cienkim prześcieradłem, kiedy druga moja ręka została uwięziona przy jego żebrach, odgradzając moje piersi od jego ciała i przyciskając kołdrę do mojego dekoltu.

To było takie miłe.

Przytulanie.

- Więc muszę porozmawiać z Evą - powiedział Billy.

Och, nie!

- Nie! - zawołałam trochę przestraszona i podniosłam trochę głowę, ale natychmiast zatęskniłam za ciepłem jego ciała, więc położyłam ją z powrotem na ramieniu Billy’ego, a tylko ją odchyliłam, by widzieć jego twarz.

Zobaczyłam, że nie był zły, a jedynie rozmawiał ze mną i… żartował?

Odwrócił głowę w moją stronę i schylił brodę, zginając kark, więc patrzył na mnie skosem, kiedy jego oczy tańczyły od humoru, ale dłonią za moimi plecami przycisnął mnie do siebie naciskając na moje ramiona, co było nawet bardziej miłe.

- One były bardzo miłe, przyjazne i nie robiły tego złośliwie - wyjaśniłam mu cichszym głosem, spokojniej - To tylko ja tak czuję. Muszę się nauczyć o tym rozmawiać - dokończyłam szeptem, kiedy opuściłam głowę i przycisnęłam policzek do nagiej piersi Billy’ego, wreszcie zauważając, co ja wyrabiałam.

Billy był nagi od pasa w górę, a ja przyciskałam do niego dłoń i twarz.

Lubiłam to, ale to było jego, by mi dać.

Od niego zależało, czy zrobilibyśmy ten pierwszy krok.

Być może Billy wcale nie miał ochoty na zrobienie jakiegokolwiek kroku ze mną, więc nie powinnam mu się narzucać.

Leżeliśmy tak przez chwilę w ciszy, kiedy Billy myśląc o czymś przeczesywał moje włosy, a wtedy zauważyłam, że rozsypał mi się warkocz.

Nadal, nie poruszyłam się, bo to było bardzo miłe.

Nie rozmawialiśmy już dłużej, a po kilku minutach Billy stwierdził, ze powinniśmy wstać, umyć się, ubrać i zejść na śniadanie.

Zgodziłam się z tym werdyktem, więc z westchnieniem zaczęłam się podnosić z łóżka, a wtedy Billy zawołał - Anie.

- Tak? - odwróciłam się do niego szybko, bo znowu zakiełkowała we mnie nadzieja na to, że jednak może coś zrobimy, albo chociaż mnie pocałuje.

- Czy będziesz teraz myła włosy? - spytał Billy, a ja postarałam się powstrzymać rozczarowanie.

- Hmmm - zająknęłam się i dotknęłam swoich potarganych włosów.

Mycie ich było dość skomplikowane i uciążliwe, bo były długie i gęste, więc robiłam to raz w tygodniu z pomocą Abi lub mamy, a potem odwzajemniałam przysługę jednej z nich, bo one również miały takie same gęste włosy, jak ja.

Tylko Lucy chodziła do fryzjera.

- Raczej nie - przyznałam i dodałam niechętnie, bo pomyślałam o wysiłku, jaki będzie mnie to kosztowało - Tylko je uczeszę - a potem spytałam - Dlaczego?

- Pomogę ci je rozczesać - stwierdził Billy, a ja się zdziwiłam, bo nigdy nie słyszałam o tym, by jakiś mężczyzna zechciał zajmować się włosami kobiety.

Mimo to zgodziłam się, bo byłaby to dla mnie duża ulga.

Więc chwilę później, kiedy wydobyłam z torby podróżnej to, co potrzebowałam, siedziałam na krześle, kiedy Billy stał za mną ze szczotką w ręku i delikatnie rozczesywał mi włosy, jedną rękę podnosząc je od moich pleców, a drugą ręką przeciągając po nich trzymaną w niej szczotką.

To było jeszcze bardziej miłe.

Ale potem okazało się, że musiałam szybko zapleść warkocz, żeby pójść do łazienki, umyć się i ubrać, żebyśmy mogli ruszyć, bo musieliśmy wyruszyć z tego hotelu do domu.

Kiedy oddaliśmy klucz, recepcjonista obrzucił mnie badawczym spojrzeniem, które przemieniło się w inne, zanim zaczął zagadywać mnie i uśmiechać się dziwnie, od czego się zaczerwieniłam, a Billy się tym zdenerwował i nie wiedziałam, o co mu chodziło.

Przynajmniej do czasu, kiedy doszliśmy do samochodu i pakowaliśmy nasze torby na tylne siedzenie.

Billy robił to tak energicznie, że uznałam, że był zły, więc odważyłam się spytać o to, co go tak zdenerwowało, bo mieliśmy przecież jechać kilka godzin, więc nie chciałam, by w takim stanie prowadził.

Wolałam to omówić.

- Możesz mi powiedzieć, dlaczego ciągle boisz się, co pomyślą inni? - zapytał mnie ze złością Billy, kiedy w końcu odważyłam się i zadałam mu pytanie Ale o co chodzi?

- Co takiego? - zapytałam ze zdziwieniem, bo mnie to nie obchodziło.

- Wczoraj ta recepcjonistka - Billy machnął ręką w stronę hotelu, z którego wyszliśmy - W więzieniu strażnicy. Dzisiaj ten facet, któremu oddawałem klucz.

- Ja… - zająknęłam się - To nie dlatego, że się boję, co sobie pomyślą nieznani mi ludzie - wyjaśniłam cichym, ale zdecydowanym głosem, opuszczając brodę i patrząc na niego od dołu - Strażnicy w więzieniu mają smutne życie, więc chciałam, żeby mieli coś miłego, skoro czasem ich tam widuję.

Billy wyprostował się, odwrócił całkiem w moją stronę, a na jego twarzy pojawił się wyraz zrozumienia i łagodność.

- A recepcjonistka… - kontynuowałam - no cóż… Ja myślałam wtedy o tym, że będziemy razem spali, a nie o niej - wyjaśniłam szeptem, ale nie mogłam dłużej patrzeć mu w oczy, więc odwróciłam wzrok.

- A dzisiaj - mruknął Billy i okazało się, że był tylko krok ode mnie.

Podniosłam na niego wzrok i zobaczyłam, że jego oczy się błyszczały z… rozbawienia?

- Cóż, on chyba… - zająknęłam się - chyba mnie podrywał - szepnęłam z naciskiem i oburzeniem to ostatnie słowo, bo nagle pomyślałam, że Billy mógł być zazdrosny i stąd to zdenerwowanie, chociaż nigdy wcześniej nie przyszło mi to do głowy.

Bo niby o kogo.

O mnie?

Ale, kiedy tylko wydobyłam z siebie to ostatnie słowo, Billy odrzucił głowę do tyłu i zaczął się szczerze, głośno śmiać, kiedy złapał mnie ramionami w talii i przyciągnął blisko siebie, więc oparłam dłonie o jego klatkę piersiowa.

Podniosłam głowę i patrzyłam na to.

Uwielbiałam to, ale jednocześnie poczułam drobne ukłucie w sercu, bo, cóż… miałam rację.

Nie był zazdrosny.

Śmiał się ze mnie.

Ale właśnie teraz, przyjmując do wiadomości to, że Billy nie był o mnie zazdrosny, patrzyłam na piękno, jakie mi pokazywał.

Jego twarz była rozluźniona i swobodna, całkiem pozbawiona maski.

- Nie sądziłem, że to spostrzegłaś - powiedział z uśmiechem na ustach i w głosie, kiedy już przestał się śmiać.

- Spostrzegłam - szepnęłam i zagryzłam wargę.

- Rewanż - mruknął Billy, a ja zamrugałam gwałtownie i otworzyłam usta.

- Skoro udało ci się mnie tak zaskoczyć - powiedział Billy i wyciągnął w moją stronę kluczyk do samochodu - To ty prowadzisz kilkadziesiąt pierwszych mil. Tak długo, jak będziesz miała siłę. Ja odpoczywam po wczorajszym. Wieczorem muszę być w pracy.

Ojej!

Całkiem zapomniałam.

Powinnam była pomyśleć o tym wcześniej.

Skinęłam głową energicznie i zabrałam kluczyk z jego palców, ale on go nie puścił, tylko pochylił się w moją stronę, przyciągając mnie do siebie ręką za rękę, w której trzymaliśmy go wspólnie.

A  potem mnie pocałował publicznie na parkingu przed hotelem.

To był rewanż!

Całkowicie mnie zaskoczył.

I tak właśnie wróciliśmy do domu, że ja prowadziłam przez większość drogi, kiedy Billy siedział obok rozluźniony i żartujący z Evy i innych kobiet, a także z mojego zawstydzenia wybieraniem bielizny.

To wtedy po raz pierwszy zaczęłam się poważnie zastanawiać, czy na pewno zawsze powinnam mu mówić wszystko.

Następne dni upłynęły nam na pracy nad urządzeniem naszego domu, nad odwiedzinami u Jacka, nad wizytami w kościele, nad przymiarkami sukni (z mojej strony, bo Billy nadal jej nie widział), a ze strony Billy’ego na, no cóż, pracy.

Pewnego dnia zabraliśmy Jacka do sklepu, by wybrał dla siebie pościel i dodatki do pokoju, jakie mu się podobały, co polubił tak bardzo, że zaczął krzyczeć i biegać po sklepie, więc musieliśmy go upominać.

Ale zrobiliśmy to delikatnie (i z uśmiechem).

Kiedy pojechaliśmy po niego do domu tymczasowego pobytu, Billy zaparkował przy krawężniku i kazał mi wysiąść, mówiąc, że opiekunowie Jacka powinni mnie poznać.

Podeszliśmy do drzwi i Billy zadzwonił, a wtedy otworzyła nam kobieta, którą znałam z widzenia z Dnia Niepodległości, bo to ona odbierała Jacka po naszej wycieczce.

Billy przedstawił mnie, a potem staliśmy w korytarzu i czekaliśmy na Jacka, po którego poszła jedna z dziewczynek.

- Młodsze dzieci kolorują obrazki w bawialni - usłyszałam cichy głos kobiety, kiedy ciekawie rozglądałam się po domu - Ja z trójką dziewcząt przygotowywałam ciasto do pieczenia - wskazała na swój fartuch, pobielony mąką - Powinnam tam szybko wrócić, bo mi zrujnują kuchnię.

- Może pójdziemy tam - zaproponowałam, ale obejrzałam się na Billy’ego.

- Ja tu zaczekam na Jacka - powiedział i przyciągnął mnie do siebie, by szybko cmoknąć mnie w skroń, zanim puścił mnie i mogłam pójść za kobietą do kuchni.

- Dwóch starszych chłopców jest z moim mężem w garażu - mówiła po drodze - Bo samochód wymaga drobnej konserwacji. Pomagają mu.

- Jak to działa - zapytałam zaciekawiona - Taka opieka tymczasowa?

- Cóż - westchnęła kobieta - Czasem jest trudno. Trafiają do nas różne dzieci. Niektóre bardzo skrzywdzone. Żadne nie zostaje na długo. Nie możemy się przywiązywać - dodała prawie szeptem.

Tak, to musiało być trudne.

Nie tylko ze względu na to, że dzieci mogły być nauczone kłamania, kradzieży, braku szacunku, ale również na to, że niektóre dzieci mogły być słodkie, wywołujące współczucie lub głębsze uczucie.

Patrzyłam przez chwilę z uśmiechem, jak pokazywała dziewczętom, jak przygotować ciasto i wspominałam nasze wspólne gotowanie w domu, kiedy mama uczyła mnie, Lucy i Abi gotowania, kiedy Ewa pilnowała nas i patrzyła z pobłażaniem na nasze nieudane próby.

A potem nadszedł Jack, przywitał się ze mną bardzo spokojnie, chociaż zaskakująco poufale i musieliśmy wyjść, by pojechać do sklepu.

Cóż, nie powiedzieliśmy innym dzieciom, że jechaliśmy do sklepu z wyposażeniem do pokoju dla Jacka, bo i tak mu zazdrościły tego, że miał kogoś, kto wkrótce miał być jego rodziną.

Ale cieszyłam się z tego dla Jacka.

Dom tymczasowy był o wiele lepszym miejscem niż dom jego mamy, a to, że mógł oczekiwać na zamieszkanie w naszym domu było jeszcze lepsze.

Tyle dobra w jednym dniu.

A w ostatnią sobotę mój niezwykły, fantastyczny narzeczony ponownie zaprosił mnie na swój występ do Piwnicy.

Bardzo mnie tym ucieszył z kilku powodów.

Najważniejszym był, oczywiście, ten, że uwielbiałam słuchać jego wspaniałego, wyjątkowego śpiewu i cudownej, natchnionej gry na gitarze, ale też lubiłam oglądać to, jak inni to lubili, jak ich to porywało.

Drugim powodem było to, że w moim zwykle cichym i spokojnym rodzinnym domu panował istny, głośny nieopisany rozgardiasz, bo moja kochana mama uparła się, że sama upiecze (różne) mięsa i (różne) chleby, a mnie kazała (chociaż nie broniłam się) upiec kilka różnych ciast i muffiny.

Abi była całymi dniami zajęta przez Aleka (z pomocą Evy, która była jej szoferem i opiekunką) przy dekoracji sali, co kochała.

Ponieważ mama oprócz tego współpracowała z krawcową przy przeróbkach sukni, a Abel domagał się naszej uwagi dla siebie, więc wszyscy byli zabiegani i zdenerwowani zbyt szybkim upływem czasu i zbyt dużą ilością rzeczy do zrobienia.

Tylko Lucy nie włączyła się do niczego i, chociaż już nigdy więcej nie usłyszałam od niej żadnego przykrego zdania, patrzyła na mnie ze złością przez to, że zajmowałam swoją osobą i tym wydarzeniem całą rodzinę.

Nie mogłam zaprzeczyć przed sobą, że to dokładało kolejne do moich, i tak olbrzymich, wyrzutów sumienia.

Lucy do swojego ślubu miała wynajętą specjalną firmę, która zajmowała się cateringiem, inną, zajmującą się dekoracją, suknię szyła jej krawcowa bez zaangażowania naszej mamy i tak dalej.

My nie musiałyśmy się niczym zajmować przy jej ślubie, który był przecież zaledwie miesiąc później.

Nigdy nas o to nie poprosiła.

A ja miałam wszystko zrobione przez moją mamę i siostrę, a na dodatek włączyły się w to kobiety, których nie znałam.

To przeze mnie były zajęte całymi dnami już od tygodni.

Przez wyrzuty sumienia byłam bardziej zdenerwowana i nie wiedziałam, co powinnam z tym zrobić, bo chciałam poprosić obie moje siostry o to, by były moimi druhnami, ale bałam się reakcji Lucy.

Kiedy porozmawiałam o tym z mamą, westchnęła i popatrzyła na mnie tak, że od razu wiedziałam, że ona też sądziła, że jakakolwiek by nie była moja decyzja, to każda wywołałaby awanturę.

Więc kilka dni temu poprosiłam Lucy, by została moją druhną.

Niestety, co mogłam przewidzieć, popatrzyła na mnie z pogardą i odmówiła, chociaż dobre było to, że zrobiła to tylko jednym słowem: Nie.

Więc ostatecznie miałam mieć tylko jedną druhnę, Abi, a ona, moja kochana młodsza siostra, cudownie starała się mi wynagrodzić brak innych sióstr obok mnie w tym dniu i wręcz tryskała entuzjazmem i zarażała radością.

Kiedy jednak powiedziałam mamie o zaproszeniu mnie przez Billy’ego na ten wieczór, które wahałam się przyjąć ze względu na nawał pracy, to kazała mi iść, mówiąc, że narzeczonemu się nie odmawia.

Och, z jaką wręcz szaloną radością tym razem wypełniłam dawniej znienawidzone przeze mnie „nie odmawia się”, kiedy musiałam pomóc pani Hamilgton zanieść ciasteczka do domu spokojnej starości, kiedy pomagałam w opiece nad dziećmi pani Jonnas i w wielu, wielu innych przypadkach, kiedy byłam tą grzeczną, potulną małą dziewczynką pomagającą innym.

Nie, to nie było tak, że nie lubiłam pomagać innym, ale te wszystkie panie natychmiast wykorzystywały moje towarzystwo, by wypytywać mnie o moje rodzeństwo i rodziców, a także, by plotkować na temat innych wspólnych znajomych, nawet jak ja nie słuchałam.

Więc w sobotę wieczorem znowu wchodziłam z Billy’m do Piwnicy, a ten sam ochroniarz uśmiechnął się trochę szerzej na nasz widok.

Billy tym razem prowadził mnie, obejmując moją talię, więc byłam do niego przyciśnięta, co czułam jako przytulność i bezpieczeństwo i nie byłam ani trochę tym zawstydzona.

Przywitaliśmy się z Tony’m, który na mój widok dziwnie, chociaż sympatycznie wyszczerzył zęby, zajęliśmy ten sam stolik, co poprzednio, a potem Billy zamiast usiąść, odszedł, przeprosiwszy mnie i pożegnawszy lekkim pocałunkiem, by porozmawiać z mężczyznami, którzy poprzednio ustawili krzesło i gitarę.

Rozmawiali tam w kącie, stojąc nachyleni do siebie niczym spiskowcy, a ja nie słyszałam o czym, ale Billy w pewnej chwili wskazał na mnie brodą, więc uznałam, że mówił o mnie.

Zagryzłam dolną wargę ze zdenerwowania.

Wreszcie Billy wrócił do mnie, po drodze odwracając się do baru, by zabrać stamtąd naszykowane tam dla nas, ale nie zauważone przeze mnie, dwie wysokie szklanki z napojami i potem stawiając je na blacie naszego stolika.

Nie zapytałam go, o co chodziło z tą rozmową, a i on ani jednym słowem nie odezwał się na ten temat, zamiast tego zagadując mnie o mój dzień i samopoczucie mojej mamy.

Cóż, chciałam dać mu całą siebie, więc odpowiedziałam.

Mówiąc również o zachowaniu Lucy.

Ale po pierwsze nie wiedziałam, czy on w ogóle zechciał to wziąć, a po drugie nie mogłam oczekiwać, że da mi siebie, a co dopiero, że dostanę go całego.

Ta myśl lekko mnie przygnębiła, chociaż bardzo starałam się to ukryć, mówiąc mu o wydarzeniach (nudnych) z mojego dnia.

Potem Billy powiedział mi, że Oli dał mu dwa dni wolnego, poczynając od tego w niedzielę, kiedy Billy powinien być ze wszystkimi na dyżurze.

Na niedzielę Oli po prostu zamienił się na dyżury całej ich jednostki z inną jednostką w FS 13, więc wszyscy przyjaciele Billy’ego mogli być na naszym ślubie, a mieli to odrobić w poniedziałek (kiedy Billy miałby wolny dzień), który zwykle był ich dniem wolnym od pracy.

Lubiłam to, że mężczyźni z FS 13 będą tam z nami dla Billy’ego.

Kiedy już upłynęło prawie pół godziny, które minęło nam na takich rozmowach o codzienności, ponownie usłyszałam tę samą zapowiedź, którą słyszałam dwa tygodnie wcześniej.

Zapraszam na scenę, Gawędziarzu.

Billy uśmiechnął się do mnie, podniósł z krzesełka, a potem pochylił w moją stronę i złapał dłonią bok mojej szczęki, nacisnął ją kciukiem od dołu i uniósł ku górze, by pocałować mnie prosto w usta, co zostało przywitane gwizdami naszej publiczności.

Zaczerwieniłam się, opuściłam głowę tak szybko, jak się dało i zastanowiłam, czy było możliwe, że to było, kiedy byłam tam poprzednio, ale ja tego nie usłyszałam, bo mogło się tak stać.

A mężczyzna na scenie nie pozostawił tego bez komentarza.

- Tak, tak, moi drodzy. Nasz Gawędziarz ma narzeczoną. Ich ślub jest już jutro, więc powitajmy brawami jego przyszłą żonę, Hannah! - powiedział do mikrofonu, a Billy pociągnął mnie za rękę, więc wstałam i skinęłam głową w stronę sali.

Poczułam się nagle tak, jakbym w klasie została wywołana do tablicy, by przeprowadzić lekcję na temat, którego nie znałam.

Na szczęście, Billy mi podpowiedział, co miałam robić.

- Zaraz wracam - szepnął w moją stronę, puścił moją rękę, więc uznałam, że po prostu miałam usiąść z powrotem i tak zrobiłam.

Billy poszedł w stronę sceny, po drodze biorąc gitarę z rąk drugiego z mężczyzn, a publiczność przyjęła to kolejną salwą braw.

Mój narzeczony ponownie zaczął od swojego „hymnu”, czyli coveru piosenki „Legend” grypy Score, który już znałam i lubiłam, potem znowu usłyszałam „We Are Born For This!”, a potem Billy zaśpiewał coś, czego ja jeszcze nie słyszałam (albo nie słuchałam), ale, sądząc po reakcji publiczności, nie śpiewał tego w Piwnicy po raz pierwszy.

Było toHey Brothergrupy Avicii.

Hej Bracie, czy nadal wierzysz w innych?

Hej Siostro, zastanawiam się, czy wciąż wierzysz w miłość?

Och, jeśli niebo zacznie spadać,

nie ma na świecie nic,

czego bym dla ciebie nie zrobił.

Była to kolejna piosenka, śpiewana jego niskim, przejmującym głosem, niosąca głębokie przesłanie o tym, co było dla niego ważne.

Potem Billy śpiewał jeszcze kilka piosenek, z których większość nie była znana mi, chociaż była znana otaczającym nas ludziom, którzy przywoływali tytuły niektórych z nich, ale Billy ponownie, jak dwa tygodnie wcześniej, miał natchnioną, nieobecną minę i wiedziałam dokładnie, że był w tym momencie w swoim świecie i ich nie słyszał.

Cóż, częściowo się myliłam.

Może ich nie słyszał, ale nie był całkiem w swoim świecie.

Po piosence Unstoppable, która była coverem Score Billy spojrzał w moją stronę bardzo przytomnie, a potem powiedział do mikrofonu swoim mrucząco niskim, cichym głosem, którego ton spowodował, że wszyscy tam obecni zamilkli w ułamku sekundy:

- Ten utwór dedykuję mojej narzeczonej, Hannah, która już jutro uczyni mnie najszczęśliwszym mężczyzną na całej kuli ziemskiej.

Powietrze opuściło moje płuca i zamarłam.

Co takiego?!!!

Czy on… Czy on właśnie powiedział to, co powiedział?

A Billy, już nie patrząc na mnie, zapowiedział cover Forever Yours grupy Avicii, a potem zaczął przebierać palcami po strunach gitary z taką sprawnością, że patrzyłam jak urzeczona, by potem, po tej jego gitarowej introdukcji, słuchać każdego pojedynczego słowa, które śpiewał wprost do mnie, jakby wtapiał je bezpośrednio w moją duszę.

Patrzył na mnie, pochylając się bokiem do mikrofonu, zerkając tylko czasami na struny i śpiewał:

Za każdym razem, gdy widzę twoją twarz

Nad tobą wisi chmura

W taki piękny sposób.

W twojej samotności jest poezja.

Och, powinnaś pozwolić mi cię pokochać

Przytul mnie i nigdy nie puszczaj

Och, myślałem o tobie

Powiedz, że jestem twój na zawsze

Chcę jedynie, byś wiedziała, co czuję

Byś wiedziała, co czuję, gdy jesteś przy mnie, tak

Próbuję tylko pokazać ci, że to jest prawdziwe

Pokazać ci, że to, czym moglibyśmy być, jest prawdziwe

Melodia płynęła, niski, seksowny głos Billy’ego docierał do każdego zakątka sali, ale ludzie i tak tkwili w milczeniu i bezruchu, jakby i oni spijali jego słowa tak, jak ja to robiłam.

A kiedy po tych kilku minutach piosenka się skończyła, w mojej głowie wciąż i wciąż brzmiały słowa:

Och, powinnaś pozwolić mi cię pokochać

Przytul mnie i nigdy nie puszczaj

Och, myślałem o tobie

Powiedz, że jestem twój na zawsze

I kompletnie nie zauważyłam tego, że moje policzki i broda były całkiem przemoczone od łez, które płynęły cicho z moich oczu.

Tak właśnie Billy dał mi nadzieję na to, że mogliśmy mieć coś pięknego, że on mnie chciał, że wziąłby ode mnie to, co chciałam mu dać.

I z tą nadzieją spędziłam dwa dni, zanim mi ją odebrał.

Głupia ja!

Zapomniałam, że był Jokerem.

*****

Billy

Billy wiedział, że ją kochał.

Nigdy nikogo nie kochał, ale to, co teraz cholernie czuł do jego słodkiej, niewinnej, pięknej Anie było wyjątkowe, więc wiedział.

Zaczęło się to w dniu, kiedy poprosiła go, żeby ją pocałował na pieprzonym podjeździe jej cholernego domu na oczach jej mamy i siostry, bo wcześniej tylko chciał jej pomóc, skoro czuł się tak cholernie winny tego, że była źle traktowana w swoim własnym rodzinnym pieprzonym domu przez jego dotykanie jej na jej podjeździe za pierwszym razem, kiedy ją odwoził po tamtym cholernym grillu.

To było takie słodkie i niewinne porównaniu z tym, co robił z cholernymi sukami, jakie stanęły na jego drodze, a na dodatek każda z nich to lubiła robić tak brudno, że aż go to pieprzyło.

Billy wiedział, że Hannah była cholernie czysta i nieśmiała, ale wtedy, przy jego pieprzonym pickupie, po tym jak powiedzieli jej mamie, że się pobierają, mimo tej nieśmiałości i niewinności, nawet wbrew sobie, robiła co mogła, by jej kochana mama i najmłodsza siostra czuły się dobrze, żeby cholernie wierzyły, że ona miała się dobrze, że będzie szczęśliwa.

A potem, po kilku sekundach, oddała mu ten pocałunek.

Jezu!

Jego kutas zareagował natychmiast i stał potem boleśnie do końca dnia.

Kurewsko fantastycznie.

Później… to było tak cholernie zaskakujące i zajebiście odświeżające, poznawać w ciągu kolejnych pieprzonych dni coraz dokładniej tę młodą kobietę, która była tak niespotykanie szczera, wyjątkowo niewinna i wciąż altruistycznie myśląca o innych, po tych wszystkich pieprzonych egoistycznych dziwkach, które chciały go w cholerę wykorzystać lub wypieprzyć po tym, jak je pieprzył.

A później… później, kiedy leżał przy niej w tamtym pieprzonym dwuosobowym łóżku w pieprzonym pokoju hotelowym po spędzonej razem z nią nocy, gdy Billy spał głęboko, a ona mu nie przeszkadzała, starając się być cicho, chociaż wiedział, że się wierciła, skoro, kiedy zasypiał, widział ją leżącą na plecach, wyczekującą jego ruchu, a obudził się z nią twarzą w twarz, został zaskoczony jak cholera.

Cud.

Było to istnym cudem.

Patrzył na jej niepoprawiane makijażem ani innym gównem, czyste piękno, obnażone tuż przed nim w jej twarzy rozluźnionej podczas spokojnego snu i nie mógł się nadziwić swojemu szczęściu.

Ufała mu.

Billy nie miał oporów, by kłamać i oszukiwać, jeśli życie tego wymagało, ale zaufanie Hannah sprawiło, że chciał jej dać prawdziwego siebie.

Miał ją mieć, chociaż miało to być na niby.

Podniecała go niesamowicie swoimi kształtami, ale bardziej czystością, niewinnością i brakiem doświadczenia z mężczyznami, uległością, a często wręcz dziecinnością i naiwnością.

Wtedy jak pojebany skurwiel, którym był, postanowił, że zdobędzie ją naprawdę, cholernie dając jej to, czego potrzebowała do szczęścia.

Zaczął od małych rzeczy, jak pokazywanie wszystkim, że byli razem, żeby nie musiała się tłumaczyć.

Był delikatny, czuły, troskliwy.

Cóż, może oprócz troskliwości, reszta była cholerną maską.

Billy wiedział, że czułość i delikatność nie były jego mocną stroną.

Ale umiał się z tym kryć.

Potem były to meble, dywaniki, poduszki i wszelkie inne gówno do ich nowego domu, które kupili prawie hurtem, pewnego prawie-wieczoru, podczas jedynej ich wspólnej wizyty w dużym sklepie z meblami i wyposażeniem domu, w którym, co za pieprzony zbieg okoliczności, pracowała jedna z cholernych przyjaciółek Evy, Sonija.

Kobieta była jednak naprawdę cholernie bardzo pomocna i od razu umówiła ich na pieprzoną dostawę całego gówna firmowym samochodem z pieprzonego sklepu wprost do ich domu już na następny dzień wczesnym popołudniem, kiedy Billy miał wolne od pracy.

Anie bardzo się tym przejęła, mówiąc obszernie Billy’emu w drodze powrotnej do jej domu, że koniecznie musiała natychmiast trochę sprzątnąć ich nowy dom przed dostarczeniem tego całego gówna, a Billy nie miał pojęcia, o czym ona mówiła.

Przecież ten dom/apartament nie był zamieszkany przez kilka cholernych miesięcy, więc nie miał tam kto nabrudzić.

Ale zgodził się ją tam odstawić parę godzin wcześniej niż mieli wstawiać tam meble, podczas gdy on pojechał spakować kilka kartonów swojego gówna ze swojego pieprzonego mieszkania, by przewieźć je do ich nowego domu.

Tuż po ślubie mieli tam zamieszkać na stałe, więc Billy wymówił swoje stare gówniane mieszkanie i musiał je opróżnić w cholerę.

Uwinął się szybko, bo nie miał wiele gówna w ogóle, a poza tym część była spakowana już wcześniej, bo do tej pory żył na pudłach, często przeprowadzając się i nigdzie nie osiedlając.

Kiedy miał wszystko w pickupie, zamknął drzwi, chociaż prawie nic nie zostało w tamtej klitce, którą nazywał mieszkaniem, podjechał na parking przed oknem ich nowego domu, a potem wszedł, otwierając drzwi własnym kluczem, więc Anie nawet go nie usłyszała.

Błąd.

Kurewsko pieprzony błąd!

Zaraz po wejściu z korytarzyka wejściowego do pieprzonego salonu Billy zamarł w progu i w ułamku sekundy zdecydował się na pieprzony odwrót na parking z twardym, obolałym kutasem, rozrywającym mu spodnie.

Bowiem pierwszym co zobaczył, była Anie na kolanach, z podwiniętą do pasa spódnicą, wypiętym w jego stronę dużym, apetycznie zaokrąglonym tyłkiem, myjąca podłogę zamaszystymi ruchami obu rąk, przez co jej cycki miarowo kołysały się pod nią.

Kurwa.

To było bardziej kurewsko podniecające niż jakiekolwiek pierdolone porno, które Billy oglądał jako gówniany nastolatek, podglądając to gówno przez okno sąsiadów po drugiej stronie ulicy przez nie zasłonięte okno.

Billy uwielbiał pieprzyć suki od tyłu, ale jego czysta, niewinna, nieświadoma niczego Anie wypięta w jego stronę w ten sposób była czymś innym, czymś o wiele cholernie lepszym.

Odczekał potem kilka minut na parkingu przy swoim pickupie, starając się myśleć o czymś neutralnym, cholernie nie seksownym, a potem wrócił do domu, hałasując przy wejściu tak, żeby Anie podniosła się z kolan i poprawiła spódnicę, zanim wszedł do salonu.

Udało mu się zapanować nad własnym podnieceniem, przybrać odpowiednią maskę i przywitać ją normalnym głosem, ale to dało mu do myślenia, a był to pierwszy z serii wstrząsów, kiwnięć i zawirowań, jakie przeżył, zanim nadszedł dzień ich ślubu.

Billy bowiem już dawno temu rozpoznał swoje preferencje seksualne, realizował je z różnymi dziwkami, w tym z groupies, które przyklejały się do niego po niektórych występach w Piwnicy, i nie sądził, żeby praktykowanie z nią tego popieprzenia spodobało się tak młodej, niewinnej i niedoświadczonej kobiecie, jaką była Anie.

Zwykle brał suki zniewolone, uległe przez związanie lub zmuszone do uległości na różne, czasem finansowe, sposoby.

Bardzo dużo z nich lubiło to tylko dlatego, że chciały coś z nim mieć.

Więc wiedział, że powinien chronić Hannah przed sobą, powinien trzymać się na dystans i nie dawać jej więcej, niż musiał.

Jednak, będąc egoistycznym palantem, Billy brnął w to, co zaczął, postanawiając prawie miesiąc wcześniej dać jej szczęście i tym samym zdobyć ją całą, chociaż wiedział, że nie mógł jej się zrewanżować tym samym.

Po prostu myślał, że nie mógł dać jej się poznać.

Znienawidziłaby go, a tego by nie lubił.

Kiedy pieprzeni faceci wreszcie przyjechali, by pomóc im rozstawić cholerne meble w sypialni, pokoju Jacka i salonie, które ostatecznie dotarły do ich domu, Billy był wręcz kurewsko szczęśliwy, że byli bardzo zajęci, więc nie miał czasu na myślenie o tym gównie, które pieprzyło mu w głowie.

Chociaż ponownie przeżył kilka poważnie popierzonych minut, kiedy wszedł do ich cholernej sypialni, gdzie Anie układała pościel na ich świeżo rozstawionym wielkim łóżku, pochylając się nad nim głęboko, a on kretyńsko pozwolił sobie wyobrazić, że będą tam razem i to nie tylko spali.

Opanował się, przypomniał sobie wszystkie powody, dla których powinien utrzymać swoją maskę i to zrobił do ostatniej chwili, kiedy odstawił Hannah do domu jej mamy.

A potem, kiedy znalazł się sam w swoim gównianym mieszkaniu, ponownie zaczął bujać w obłokach i marzyć o cholernej rodzinie, jaką mieli założyć, w której Anie byłaby cała jego, co dawało mu nawet więcej popieprzenia w głowie.

Po pierwsze, rodzina, bo mętnie, ale pamiętał taką z domu jakiegoś swojego kolegi, chociaż nie był sobie w stanie przypomnieć, jakiego, bo przez pieprzone lata starał się wymazać całe swoje dzieciństwo z pamięci.

Ale zawsze marzył o tym, by on, Billy Brown, mógł mieć pełną rodzinę.

Nie tylko Jack.

Po drugie, Hannah, o której Billy coraz częściej myślał moja słodka Anie, bo przypominała mu jej dbałością o dom i rodzinę Evę, delikatnością Maggie, nieśmiałością Helenę, a czystością Albę, więc wyszukał dla niej tę pieprzoną piosenkę Avicii i wyobraził sobie, że jej ją zaśpiewa, żeby miała coś specjalnego od niego z okazji ich ślubu.

By mógł mieć dobrą kobietę dla siebie i mógłby mieć ją całą.

Później, cóż… nie zamierzał urzeczywistniać tego i faktycznie śpiewać Anie o tym, że to, czym mogliby być, było prawdziwe, bo już rano tego nie czuł.

Przypomniał sobie wszystkie cholernie popieprzone powody, dla których na to kurewsko nie zasługiwał.

Ale w Piwnicy tego wieczoru, którego zabrał swoją słodką Anie z domu jej mamy, by nie zaharowywała się na śmierć, żeby ich ślub wyglądał jak prawdziwy, kiedy siedziała tam za pieprzonym stolikiem i patrzyła na niego tym wzrokiem, w którym była wcale-nie-taka-mała nutka uwielbienia i zasłuchanie, nagle usłyszał tego pierdolniętego dupka, samego siebie, kretyńsko mówiącego ten utwór dedykuję mojej narzeczonej i kolejne gówno, którego wcale nie chciał powiedzieć.

Nie świadomie.

A potem zaśpiewał i zrobił to, patrząc jej prosto w oczy.

Pierdolony palant.

Całkiem odleciał i kompletnie tego nie przemyślał.

Kiedy Billy zobaczył na jej twarzy łzy, kiedy patrzyła tam na niego niczym na Pięknostopego Zwiastuna Dobrej Nowiny, zaczął kopać się w tyłek.

Kurwa, zrobił to!

A ona mu uwierzyła, zaufała, że jej nie skrzywdzi.

Chciał się wycofa za swoją pieprzoną maskę obojętności i dystansu, naprawdę cholernie chciał tego, bo czuł, że jeszcze wtedy mógłby to obrócić w żart lub nieporozumienie.

Ale ludzie, którzy ich natychmiast otoczyli, zaczęli im gratulować i życzyć szczęścia, więc przybrał cholerną maskę cholernie szczęśliwego narzeczonego i przytulił Hannah, żeby pomóc jej przebrnąć przez pozostawanie w centrum uwagi, czego nigdy nie lubiła.

Troskliwie.

Więc ponownie wahadło wychyliło się w stronę bycia razem, rodziny i dawania siebie sobie wzajemnie.

Zapomniał się.

Skretyniały idiota.

W mieszkaniu ponownie starał się zdystansować, ale nie dał rady.

Ni chuja.

Już następnego dnia, był ich pieprzony ślub, w czasie którego Billy znowu całkiem cholernie odleciał, bo jego popierdolony mózg wyprała wizja przepięknej kobiety, którą kochał.

Jego kobiety, kiedy szła w jego stronę do ołtarza.

Billy wytłumaczył Kate Sensible, dlaczego nie zamierzał zapraszać swojej mamy na swój ślub, a na szczęście nie musiał tego robić nadmiernie szczegółowo.

Ich przybranymi rodzicami, ich opiekunami, byli Olgierd i Helena.

Więc właśnie tam, przy ołtarzu w kościele rodziny Sensible, Billy stał przy boku swojego brata, Jacka, Sama i patrzył na ten cud.

Czystość.

Niewinność.

Jego już-wkrótce-żona nieśmiało, ale płynnie i łagodnie szła tam przejściem między ławkami wprost do niego, stojącego przy ołtarzu.

Hannah miała na sobie białą, fanta-kurwa-styczną, wyjątkową sukienkę, która wydawała się zrobiona w całości z dziwnie ślicznej, pieprzenie niepowtarzalnej koronki i była długa prawie do kostek, ale odsłaniała białe, niewyszukane, proste sandałki na niskim, szerokim i płaskim obcasie.

Sukienka była dziewiczo prosta, nie rozszerzała się, ale obejmowała Hannah w pasie jakimiś marszczeniami, które cholernie kusząco podkreślały w talii naturalne krągłości jego przyszłej żony, delikatnie podnosząc jej cudne, do tej pory chowane pod luźnymi strojami piersi i opinając górę apetycznie zaokrąglonych bioder.

Góra sukienki była wykończona okrągłym, małym kołnierzykiem, również wykonanym z koronki, od którego do dołu między piersi Hannah biegł rząd białych, perłowych guziczków, a zamiast rękawów na obu ramionach były falbanki takiej samej koronki.

Hannah patrzyła pod nogi, kiedy szła do niego głównym przejściem między ławkami w ich kościele wsparta na ramieniu Oli’ego, który zastępował jej tatę, ale Billy widział, że miała znowu trochę ciemniejsze rzęsy, a jej złote włosy, przykryte dopasowanym do sukni, krótkim welonem, przypiętym po bokach na jej skroniach i przesłaniającym jej czoło koronką, były częściowo rozpuszczone gęstą, złotą falą na jej plecach.

A potem podniosła głowę i spojrzała wprost na niego tą całą jej niebieskością, złapała jego zachwycony wzrok i uśmiechnęła się szczęśliwie, chociaż nieśmiało.

Najpiękniejsza kobieta, jaką kiedykolwiek widział.

Dokładnie taka, jakby wyszła z jego snów.

I dlatego totalnie zjebał sprawę.

Znowu.

Kurwa!

Kiedy ksiądz poprosił Billy’ego o jego obietnicę i ślubowanie, ten odezwał się tekstem, którego nie szykował, nie przemyślał i pozwolił, żeby wypłynęło to z głębi jego pieprzonej duszy.

- Ja, William - powiedział - biorę sobie ciebie, Hannah, za swoją ślubną małżonkę i obiecuję i przyrzekam ci wsparcie w każdym momencie naszego wspólnego życia oraz, że postaram się, by twoje marzenia, cele, smutki i zmartwienia były moimi. Chcę dawać ci radość, uśmiech i szczęście w rodzinie, którą stworzymy…

A potem, kiedy dotarło do niego, co odpierdolił, musiał kurewsko trzymać fason, przyjmować pieprzone życzenia i gratulacje, obejmować Hannah i przyciskać do swojego boku, kiedy cholernie ufnie się o niego opierała.

Okazało się że nawet mieli pieprzony tort do pokrojenia.

Konstrukcja była stworzona przez jakąś dawną przyjaciółkę starszej siostry Hannah, Ewy, która zgłosiła się z propozycją wykonania go do Abi, co było sprytnym posunięciem, bo ani on, ani Hannah nie wiedzieli o tym aż do pieprzonej ostatniej chwili.

A teraz oboje patrzyli na to z zachwytem, podobnie jak wszyscy ich goście weselni, bo było to istne dzieło sztuki.

Tort miał trzy piętra, wykonany był z biszkopta przełożonego bitą śmietaną, czekoladą i owocami, a całość pokryta była cytrynowym i czekoladowym lukrem, który wyglądał jak niedbałe maźnięcia pędzlem genialnego artysty-malarza.

A smakował… fanta-kurwa-stycznie.

Był taki, jak całe ich pieprzone dotychczasowe życie, słodko kwaśny (zamiast gorzkiego), ale dominowała słodycz i połączenie tych dwóch smaków było idealne.

A potem Billy zatańczył z Hannah, chociaż nie pamiętał później do jakiej piosenki (chociaż wydawało mu się, że była to jakaś wersja Forever Yours), kolejne piosenki z mamą Hannah, z Heleną, z Abi i dziesiątką innych kobiet, kiedy Hannah tańczyła z jakimiś mężczyznami, których on nie widział.

Miał czas, by wszystko przemyśleć.

Wiedział, że powinien trzymać się z dala od niej i zamierzał tego dokonać.

Więc teraz było po przyjęciu i po tym, jak mama Hannah, Helena i Eva wygoniły ich do domu, by Anie nie pomagała w sprzątaniu tony jedzenia, którego nie dali rady zjeść, więc należało je schować do chłodziarek, by wykorzystać następnego dnia.

Milcząco pojechali do domu, dokąd zawiozła ich taksówka, którą wynajął Oli, żeby nie martwić się wypitym przez nich alkoholem, a Billy już w niej po drodze uświadomił sobie, że powinien ją odsunąć od siebie, by ją ochronić przed swoim popieprzeniem.

Musiał utrzymać między nimi pieprzony dystans.

Obiecuję i przyrzekam ci wsparcie…

Weszli, stanęli w salonie, Billy zatrzymał się na środku i zdenerwował się.

Musiał szybko wykombinować, w jaki sposób miałby ją utrzymać z dala od siebie, a jednocześnie nie zranić jej.

Kurwa, myśl, Billy.

Zanim cokolwiek wymyślił, Hannah podeszła do komody, jednej z tych, które zgodnie wstawili do salonu i z jej szuflady wyjęła jakiś pakunek, z którym podeszła do Billy’ego, patrząc na niego nieśmiało, ale ufnie, z lekkim uśmiechem.

- To dla ciebie - powiedziała cicho, podając mu to.

- Co to? - mruknął mało przyjaźnie, postanawiając nagle udawać bardzo zmęczonego i sennego.

- To mój prezent dla ciebie z okazji naszego ślubu - odparła cichym, zdecydowanym głosem, w którym brzmiała nutka determinacji.

Nie rozumiał.

- Ja nie mam nic dla ciebie - odmruknął Billy, biorąc paczkę, chociaż jej nie chciał, bo na nic nie zasłużył.

Miała kształt i ciężar, wskazujący na to, że były to książki.

Jezu.

Tylko słodka Anie dałaby swojemu nowo poślubionemu mężowi książki.

- Już mi dałeś prezent - przypomniała Hannah. Opierając się lekko dłońmi o jego brzuch i unosząc brodę do góry, by przysunąć swoją twarz do jego twarzy - Zaśpiewałeś go.

Pomny swojego postanowienia, cholernie nie chcąc tego robić, cofnął się o pół kroku, by jej dłonie opadły z jego brzucha.

Na jej twarzy zaczęło ujawniać się to, czego się mógł cholernie spodziewać, skoro postanowił zagrać jak kutas, szok i rozczarowanie.

- Dziękuję - powiedział sucho Billy, opuszczając książki i patrząc na nią jak najbardziej obojętnie - Idź spać, Hannah.

Zamrugała gwałtownie.

A później…

Później na jej twarzy pojawił się ból.

Kurwa pierdolona mać.

Obiecuję i przyrzekam…

Tak, nie zamierzał dotrzymać dalszej części swojej obietnicy.

Pieprzony palant.


2 komentarze: