Rozdział 15
Hannah
Tydzień później
Tego dnia zjedliśmy
lunch nieco wcześniej, niż zwykle robiliśmy to w soboty, ale ja już niedługo
miałam wyjść z domu.
Stałam przed
lustrem mojej toaletki w naszej sypialni i sprawdzałam, czy wyglądałam na tyle
porządnie, żebym mogła pojechać na ślub mojej siostry.
Miałam jeszcze pół
godziny, więc nie spieszyłam się, ale też nie miałam za wiele czasu na
rozstrzyganie, czy dobrze się przygotowałam na to, czego mogłam tam oczekiwać,
co było dobre.
I tak nigdy nie
byłabym w pełni przygotowana.
Moje relacje z
Lucy nie uległy poprawie, chociaż starałam się ją zrozumieć, a ona wiedziała,
że miałam mnóstwo na głowie i wiedziała, co przeszliśmy z Billym w czasie tych
ostatnich dwóch tygodni.
Najwyraźniej to jej też przeszkadzało, bo przy okazji
naszego przypadkowego spotkania w domu naszej mamy, ponownie naskoczyła na
mnie, chociaż tym razem (na szczęście) użyła mniej słów, żeby mi przekazać to,
co sądziła o mnie, jako o tej, która zabiera cenny czas Abi, który ta mogłaby
spożytkować na zachwycanie się jej nadchodzącym
wydarzeniem.
I nie mówiła
niczego złego o Billy’m.
Więc pozwoliłam,
żeby to po mnie spłynęło jak woda.
I tak miałam nadal
zbyt wiele na głowie, by się tym
przejmować.
Po naszej
pierwszej nocy, kiedy Billy dopuścił mnie trochę bardziej do siebie, pozwoliłam
mu rządzić sobą i naszym życiem seksualnym, wychodziłam na tym naprawdę dobrze.
Zaczęło się od
tego, że następnego dnia rano, podczas wspólnego prysznica, mój pan mąż obejrzał
mnie dokładnie, pogłaskał mnie (doprowadził do szczytu mnie i siebie), a potem kazał
mi obciąć włoski na wzgórku łonowym, mówiąc mi, że będzie wyglądał na bardziej
czysty i będzie mi go łatwiej myć.
Tego argumentu nic nie mogło przebić.
Ale też wieczorem,
bo wykonałam to jeszcze tego samego dnia po południu, czułam go o wiele, wiele lepiej
Podczas wizyty w
sklepie, kiedy wracałam do domu następnego dnia, kupiłam też po tym krem do
depilacji, by zmniejszyć ilość mojego owłosienia pod pachami, na udach przy
okolicy łona i na łydkach.
Z pomocą pewnej
ekspedientki (która mnie, o dziwo, zrozumiała, chociaż jąkałam się i
mamrotałam, kiedy mówiłam jej, o co mi chodziło) w drogerii przy markecie
wybrałam taki krem, który był dla mnie odpowiedni i nie podrażniał mojej skóry,
która była przecież skłonna do uczuleń, a przy tym działał.
Efektem było nie
tylko czystość i pozbycie się zapachu potu, ale też zadowolenie mojego męża,
który okazał mi je przy najbliższej okazji, całując mnie po każdym dostępnym
(teraz bardziej) kawałku mojego ciała.
Nie chciałam pytać
o to żadnej ze znanych mi kobiet i doszłam do wniosku, że lepiej, swobodniej mi
było pytać o takie rzeczy obce ekspedientki w kolejnych, coraz to
innych, drogeriach.
Ale ostatecznie,
po kolejnej wizycie w kolejnym sklepie kolejnego dnia doszłam do tego, że
najlepsza dla mnie była depilacja
okolic (jak się dowiedziałam) bikini i trymer
do włosów łonowych.
Dlatego już w
piątek miałam w szafce w swojej łazience ukryte dwa urządzenia, o których od
razu wiedział mój mąż, ale nie wiedziała ani jedna z kobiet, z którymi czasem
rozmawiałam.
Nawet Abi.
Nadal dla mnie był
to temat tabu i sądziłam, że nigdy
się nie przełamię dostatecznie, aby o tym swobodnie z kimś rozmawiać.
Z przyjaciółmi
rozmawiałam o spodniach, bluzkach lub sukienkach i to było w porządku.
Nawet powoli
przyzwyczajałam się do rozmowy o bieliźnie.
Dlatego sukienka,
którą miałam na sobie tego dnia była moim nowym nabytkiem, do którego zakupu
skłonili mnie Alek i Sam, uświadamiając mi, że na ślubie Lucy i Lucasa będę
reprezentowała nie tylko moich rodziców, rodzinę Sensible, ale również
Billy’ego, który nie mógł być tam obecny.
Przekonali mnie
tym, więc się poddałam.
Kupiłam u nich nie
tylko tę sukienkę, którą dopasowała na mnie ich krawcowa, ale też bieliznę i
buty, a także torebkę i pasek.
Tak, cały komplet.
Sukienka była
midi, z rozkloszowaną spódnicą, sięgającą mi do połowy łydki i rękawami ¾, z
obcisłym gorsetem i małym dekoltem.
Niby bardzo
prosta, ale bardzo elegancka i nawet ja to widziałam.
Sukienka była
jasnoniebieska, a właściwie błękitna, jej góra była gładka, a jedyną ozdobę
stanowił kształt dekoltu.
Zaczynał się jakby
miał być prostokątny z małym, zaokrąglonym kołnierzykiem wchodzącym z tyłu na
szyję, ale na moje piersi schodził tak, jakby miał być gorsetem z wycięciami.
Rękawy też były
niby proste, ale na ramionach miały małe marszczenia, które przypominały bufki
i przy łokciach krótkie rozcięcia, więc łatwiej, swobodniej było mi zginać
rękę.
A spódnica była
gładka, bez marszczeń, ale materiał był w szaro-granatową kratę na takim samym,
co góra, jasnoniebieskim tle.
Pasek, torebka i
buty były bez zdobień, ciemno chabrowo niebieskie, przy czym buty były
czółenkami na czterocentymetrowym obcasiku, a torebka była tak mała, że
zmieściłam tam tylko portfelik, chusteczkę i telefon (plus kopertę).
Na dodatek Alek
nakłonił mnie na to, żeby Abi umalowała mi paznokcie u rąk (wybrała bardzo
ładny odcień pudrowego różu), a fryzurę wykonała mi młoda „styliska”, która
pracowała od niedawna na stażu w ich ulubionym salonie kosmetycznym.
Moje włosy zostały
rozpuszczone na plecach, zawinięte w loki, zebrane z boków głowy do tyłu
fantazyjnymi spiralami, z czego dziewczyna, która je czesała, utworzyła z tyłu
mojej głowy mały niby-koczek.
Na szyi miałam
srebrny łańcuszek z małym krzyżykiem, który był moją pamiątką po jednej z moich
babć, chociaż nie pamiętałam której, bo żadnej z nich nie znałam zbyt dobrze.
Obie zmarły, kiedy
byłam jeszcze dzieckiem.
Kiedy tam stałam
(już zbyt długo) i krytycznym okiem oceniałam swój wygląd, do sypialni wszedł
Billy.
Patrzyłam, jak
szedł do mnie te kilka kroków i nie mogłam przestać, głównie dlatego, że
lubiłam patrzeć, jak się poruszał.
Ale też mój mąż spojrzał
na mnie takim wzrokiem, że moje nogi zatrzęsły się i nagle poczułam skurcz w
miejscu, które do niego należało, a z którym tylko on umiał zrobić same wspaniałe rzeczy.
Podszedł do mnie
bliżej, włożył rękę do kieszeni dżinsów, które miał na sobie, a potem wyjął
stamtąd małe pudełeczko.
- Można by to tak
ustawić, żebyś została w tej sukience do kolacji? - zapytał Billy schrypniętym
głosem, kiedy był całkiem blisko mnie.
Milcząco skinęłam
głową, bo przecież zrobiłabym wszystko,
co by mi kazał zrobić tym głosem, bo to właśnie on był wstępem do naszych zbliżeń.
- Nie masz
urodzin, nie mamy rocznicy, to nie są Święta, ale chciałem ci to dać -
powiedział, wyciągając do mnie dłoń - Ot tak, po prostu.
Zaniemówiłam, więc
milcząco wzięłam prezent, patrząc szeroko otwartymi oczami (i dysząc), a potem
otworzyłam go.
Na wyściółce pudełeczka
leżały piękne w swojej prostocie, srebrne klipsy.
- Ja nie mam
przekłutych uszu - wyszeptałam głupio.
- Wiem - mruknął
mój mąż i podszedł za moje plecy, wyjmując mi pudełeczko z rąk - To nie
kolczyki - wyjaśnił - Klipsy nie wymagają przekłucia uszu, bo zatrzaskują się
na płatku.
Nie odzywałam się,
tylko patrzyłam, kiedy wyjął jeden z pudełeczka, wciąż leżącego na mojej dłoni,
zbliżył obie ręce do mojego lewego ucha i zapiął klips, więc długi łańcuszek
zwiesił się z niego ku mojej szyi.
Potem przeszedł z
mojej prawej strony i to samo zrobił z drugim moim uchem, a ja stałam tam i
tylko patrzyłam w lustro.
Idealnie pasowały i do łańcuszka, i do sukienki.
- Są piękne -
wreszcie powiedziałam, kiedy skończył i objął moje ramiona, patrząc razem ze
mną w lustro - Dziękuję.
- Ty jesteś piękna - powiedział Billy, a
ja uśmiechnęłam się nieśmiało do niego, wciąż patrząc na niego w lustrze, ale
potem odwróciłam się do niego przodem, zarzuciłam mu ręce na ramiona i
pocałowałam go.
Mocno i mokro.
- Chyba musisz już
jechać - stwierdził mój mężczyzna, kiedy się wreszcie odsunęłam, a ja
wiedziałam, że miał rację.
Musiałam już
jechać.
Wzięłam torebkę z
toaletki, po raz ostatni przeciągnęłam bezbarwną wazelinową pomadką po ustach
(o zapachu wanilii), dłonią po spódnicy, a potem zeszliśmy na dół po schodach
do bawialni, gdzie na kanapie siedział Jack.
- Postaram się
szybko wrócić - powiedziałam, kiedy dotarłam do niego, pochyliłam się i
pocałowałam go lekko w czubek głowy.
Pokiwał nią tylko,
nie patrząc na mnie tylko w telewizor, a ja wiedziałam, że to nie było dlatego,
że był na mnie zły lub rozczarowany.
Nie chciał tam
jechać.
Jednak nie chciał
również żebym ja jechała.
Martwił się, bo
wiedział, jak nieprzyjemna mogła być Lucy.
Rozmawialiśmy o
tym.
Zanim wyszłam z
domu, zabrałam jeszcze kubek po kawie ze stolika do kuchni, by wstawić go do
zlewu, a potem pożegnałam mojego męża delikatnym jak muśnięcie pocałunkiem w
usta.
Te kilka dni
spowodowały kilka zmian w moich nawykach.
Nadal jeździliśmy
z Jackiem do szkoły wcześnie rano, ale nie wstawałam już przed szóstą.
Budziłam się tuż
po szóstej głównie dlatego, że mój mąż miał wtedy najczęściej ochotę na niegrzeczny seks w naszym łóżku, na moim
fotelu, przy mojej toaletce, w naszej łazience i w innych miejscach naszego
apartamentu małżeńskiego.
A ja to
uwielbiałam.
Kazał mi się
rozbierać dla niego, wypinać w jego stronę pupę, rozstawiać nogi lub je rozkładać
(kiedy leżałam na plecach), a ja to wykonywałam i od pierwszego słowa (które
było rozkazem), jakie rzucał wtedy tym dudniącym, schrypniętym, seksownym
głosem, moja kobiecość była gotowa na niego, pulsująca i wilgotna.
Za każdym razem
byłam na niego otwarta, kiedy tylko
zaczynał naszą grę.
Mój mąż nazywał to
sceną.
Nieważne.
Dziwne trochę było
to, że nie miałam do tej pory miesiączki, ale po tym stresie, jaki przeżyłam w
związku jego zranieniem, może jednak nie
było to nic dziwnego.
Inną nowością było
to, że polubiłam kawę.
Eva i David śmiali
się, że to, co pijałam, nie było prawdziwą kawą, ale oni nie zdawali sobie
sprawy, że była to bardziej kawa, niż bywało cokolwiek, co pijałam do tej pory.
Napoje jakie
robiłam sobie w naszym ekspresie były mocno mleczne, czasem spienione, miewały
dodatek wanilii, lodów, posypki czekoladowej, karmelu i innych składników,
które czyniły je bardziej deserami, niż kawą.
Lubiłam je i
delektowałam się nimi przy każdej okazji.
A poza tym dużo
częściej niż kiedyś spotykałam się z ludźmi.
Wychodziłam na
zakupy z przyjaciółkami z grona Evy i Maggie.
Przesiadywałam w
naszej bawialni z Heleną, Abi i jej koleżankami ze szkoły lub z kolegami Jacka,
kiedy mieli do zrobienia jakiś projekt do szkoły (projekt zwykle robili u niego
w pokoju, ale później przychodzili do bawialni na ciasto i film).
Na takich
spotkaniach upłynął nam cały tydzień.
Tylko jednego
popołudnia była u nas opiekunka społeczna i było trochę mniej zabawnie, chociaż
akurat wtedy Abi z Alekiem i Samem przyjechali wcześniej, niż to zapowiadali,
więc natknęli się na tę kobietę, kiedy wychodziła.
I rozładowali
atmosferę.
Więc teraz mój
wyjazd do kościoła na ślub mojej siostry, był najmniej miłym obowiązkiem z
całego tygodnia.
Ale moja mama z
moim bratem mieli tam być, podobnie jak Abi, więc musiałam być tam, by je
wspierać.
Kiedy wysiadłam na
parkingu przy kościele, gdzie zaparkowałam mojego Renegade, od razu
spostrzegłam, że nie miało być łatwo.
Sądząc po nowych i
błyszczących samochodach, jakie tam stały, była cała liczna rodzina mojego
przyszłego szwagra, z której to rodziny nikogo nie lubiłam praktycznie nigdy.
Nawet jak bardzo
starałam się do tego nie przyznawać nawet sama przed sobą i wciąż szukałam
jakichś dobrych cech, za jakie mogłabym ich polubić.
I nie udało mi się
to.
A znałam ich wszystkich
od urodzenia.
Przyjechałam na
miejsce na tyle późno, że moja mama z Ablem i Abi zajęli już ławkę i większość
ludzi była już na miejscach, więc weszłam bocznym wejściem, przemknęłam szybko
i zajęłam miejsce obok siostry.
Większość ławek w
kościele była zajęta, ale tam, szczęśliwie, nikt nie siedział oprócz mojej
rodziny.
Prawie natychmiast
potem, jak zajęłam swoje miejsce, zabrzmiały kościelne organy i weszła pierwsza
druhna.
Rozejrzałam się.
Cały kościół był bardzo
bogato przybrany bukietami białych kwiatów i białymi wstążkami, które zwieszały
się z filarów, ławek oraz dostawionych wazonów na wysokich nóżkach.
Przy równie bogato
przyozdobionym ołtarzu stał pan młody w czarnym fraku, białej koszuli z żabotem
i czarną muchą, a obok niego pięciu drużbów w czarnych garniturach, białych
koszulach i krawatach.
Druhen było pięć,
wszystkie miały doprawdy słodkie dziecięco różowe sukienki z licznymi
falbankami i szły gęsiego po czerwonym dywanie, patrząc prosto przed siebie.
A za nimi nadeszła
panna młoda.
Patrzyłam na to,
jakby dotyczyło to kogoś obcego, nawet nie mojej przyjaciółki, a jedynym
łącznikiem między nami był mężczyzna, który prowadził moją siostrę do ołtarza
tak, jak niedawno prowadził mnie.
Oli szedł tam
wyprostowany, ubrany w czarny garnitur, białą koszulę i krawat, z Lucy wspartą
na jego ramieniu, a jego twarz nie wyrażała żadnych dobrych uczuć.
W rzeczywistości
jego szczęka była zaciśnięta tak, jak bywała wtedy, kiedy był bardzo zły.
Dopiero wtedy
zdałam sobie sprawę z tego, że nigdzie w ławkach nie widziałam Heleny, ale
nadal nie wiedziałam, o co mu mogło chodzić.
Spojrzałam na moją
siostrę.
Lucy miała na
sobie pełną białą suknię ze spódnicą z wielu warstw tiulu, która podnosiła się
dookoła niej niczym krynolina.
Na biuście i
ramionach miała liczne falbanki, a ja się zdziwiłam, bo nie spodziewałabym się
po niej takiego dziwnego gustu.
Najwidoczniej
słabiej znałam swoją siostrę, niż mi się wydawało.
Przykro mi było to
stwierdzić, ale ginęła w tym.
Wyglądała jak
ogromna beza.
Patrzyła przed
siebie, na swojego przyszłego męża bez uśmiechu, więc pomyślałam, że się
denerwowała, ale później, kiedy Oli ją oddał narzeczonemu i odszedł,
uśmiechnęła się.
Może mogła być
szczęśliwa?
Miałam taką
nadzieję.
Słuchałam ich
przysięgi małżeńskiej i, nie mogąc się opanować, wspominałam własny ślub, a
ponieważ moja mama wzdychała obok mnie, więc wiedziałam, że ona tez wspominała
swój ślub.
Wyglądało na to,
że robiła tak każda kobieta obecna w kościele.
Każda miała w
oczach łzy i przykładała do nich chusteczkę.
Cóż, ja nie
płakałam.
Wspominałam swój
ślub jako coś pięknego, ale najpiękniejsze zaczęło się dla mnie później, kiedy
już pomyślałam, że sam ślub był fałszem, formalnością.
A potem, po całej
mszy, ksiądz Anton ogłosił ich nieco formalnie panią i pana Scammer i wreszcie pozwolił im się pocałować, co
zrobili tak namiętnie, że zwątpiłam,
żeby to był ich pierwszy raz.
Cóż, nie mnie było
oceniać.
Potem wszyscy wyszliśmy
za parą młodą przed kościół (cóż, my wyszliśmy za parą młodą i wszystkimi
pozostałymi gośćmi), stanęliśmy na górnych stopniach przy krużganku i nastąpiła
chwila niezręczności.
Okazało się, że
panna młoda nie naszykowała honorowego miejsca obok siebie dla swojej mamy ani
dla swoich sióstr i brata.
Obie z Abi nie
przejęłyśmy się tym, bo już dawno temu wiedziałyśmy, że nie należało liczyć na
miłość siostrzaną ze strony Lucy, ale nasza mama bardzo to przeżyła.
Nie wiedziałam, co
miałam zrobić.
Mama przeżyła to
tak bardzo, że nawet nie narzekała, tylko tak jakoś skurczyła się w sobie i
zmalała.
Staliśmy w kolejce
gości, by złożyć życzenia młodej parze i wręczyć im koperty z „drobnym” prezentem,
skoro żadne z nich nie określiło, co chcieli w darze, trzymałyśmy się za ręce i
patrzyłyśmy na mamę obie z Abi z niepokojem.
Było widać po
niej, że czuła się pogardzana, upokorzona.
Mimo wszystko nie
chciała odejść stamtąd i wrócić do domu, więc zostałyśmy tam dla niej.
Kiedy przyszła
nasza kolej, ja podeszłam jako pierwsza, bo mama musiała przypilnować Abla
(który chciał się wycofać i nie podchodzić do Lucy), życzyłam konwencjonalnie
obojgu wszystkiego najlepszego i miałam
zamiar odejść, ale Lucy miała do mnie swoje dwa słowa do powiedzenia.
- Mogłaś sobie darować przychodzenie tutaj - zasyczała
mi do ucha, kiedy przyciągnęła mnie do siebie i sądziłam, że chciała złożyć
pocałunek na moim policzku - I tak wiem że to nie jest szczere.
Odsunęłam się od
niej, by popatrzeć jej w oczy i wiedziałam, że było widać zdziwienie na mojej
twarzy, kiedy powiedziała fałszywie, chociaż głośno:
- A gdzie twój mąż, siostrzyczko? Już się pokłóciliście?
- Przecież wiesz,
że jest ranny - powiedziałam cicho, wciąż patrząc jej w oczy, nie poznając tej
kobiety, która kiedyś była moją siostrą - Jeszcze nie może…
- Och tak - przerwała
mi i wydęła wzgardliwie usta, które miała pomalowane na kolor dziwnie jaskrawo
błyszcząco czerwony - Zawsze znajdzie sobie wymówkę, prawda?
Zacisnęłam wargi,
by nie wybuchnąć.
Nie mogłam znowu tego
zrobić mojej mamie.
Nie przy ludziach,
z opinią których tak bardzo się liczyła.
Skinęłam głową i
odeszłam.
Przeszłam nieco
dalej od kościoła, by tam poczekać na Abi, mamę i Abla, a przy okazji uspokoić
się, kiedy podszedł do mnie jakiś nieznajomy młody mężczyzna.
Był niezbyt
wysoki, niewiele wyższy ode mnie, ciemnowłosy i ciemnooki, ale ubrany nie był w
garnitur, jak większość gości na tym ślubie, a w skórzaną, czarną kurtkę i
czarne spodnie od garnituru, chociaż na nogach miał lakierki, a spod rozpiętej
kurtki było widać nie zapiętą pod szyją, białą koszulę.
Brak krawata.
- Hej - zagadnął
mnie przyjaźnie - Jestem Wiliam Tracker.
Uśmiechnął się do
mnie sympatycznie, patrząc prosto w moje oczy i wyciągnął do mnie rękę, więc ja
podałam mu również swoją.
- Hannah Brown -
przedstawiłam się.
- Jesteś od strony
pana młodego czy panny młodej? - zapytał mnie, więc rozluźniłam się i
spojrzałam z powrotem na młodą parę, by zobaczyć, że moja mama i rodzeństwo już
ruszyli w naszą stronę, ale zostali zatrzymani przez znajomą mamy.
- Jestem siostrą
panny młodej - przyznałam.
- Więc jedziesz na
przyjęcie? - zapytał, a ja pomyślałam, że chciał po prostu mieć kogoś znajomego
na przyjęciu.
Spojrzałam na
niego uważniej, zobaczyłam jego oceniający wzrok, więc uznałam to za zwykły podryw
i postanowiłam mu powiedzieć, że na mnie
nie miał co liczyć.
- Nie - odparłam, celowo
podnosząc do dekoltu lewą dłoń z pierścionkiem i obrączką - Nie jadę. Mój mąż,
Billy, był ranny, teraz zdrowieje, został w domu, więc muszę tam wrócić -
powiedziałam, nadal starając się brzmieć przyjaźnie.
- Ranny? - spytał
mężczyzna, a ja się w końcu zdziwiłam, bo przypomniałam sobie, że przecież wszyscy w naszej społeczności wiedzieli,
kim ja byłam i kim był Billy.
Pomyślałam, że ten
mężczyzna przybył z daleka, skoro tak się dopytywał.
- Tak - skinęłam
głową - Jest strażakiem i został ranny w pracy - uściśliłam, nie dodając, że
jego rana nie dotyczyła bezpośrednio jego pracy.
- Och - mruknął
mężczyzna - Ty jesteś tą siostrą.
Zmarszczyłam brwi, ale nie pociągnęłam tematu,
bo zauważyłam, że mama i moje rodzeństwo znowu ruszyli w naszą stronę.
Mężczyzna, z
którym rozmawiałam również tam spojrzał i przez krótką chwilę w jego oczach
zobaczyłam autentyczny podziw, wręcz zachwyt.
Wiedziałam, że nie
chodziło o moją mamę, chociaż Alek ją również nakłonił do kupna nowej sukienki,
ale o to, że Abi wyglądała zjawiskowo.
Miała na sobie
sukienkę trochę podobną do mojej (obie pochodziły z tej samej kolekcji z
pracowni Aleka i Sama), chociaż nieco krótszą, do kolan, bez kratki na spódnicy
i żółtą niczym słoneczniki, co pięknie współgrało z blond włosami i brązowymi
oczami mojej małej siostrzyczki.
Wyglądała tak
dorośle.
Byłam pewna, że to
Alek ostatecznie zdecydował, ale jej artystyczna natura też to podpowiadała,
więc Abi miała do kompletu trawiasto zieloną torebkę, takiego samego koloru
pasek przy sukience i balerinki na nogach.
Wiedziałam, że na
taki sam kolor miała umalowane paznokcie u rąk, co mogło wyglądać dla
niektórych nieco dziecinnie, ale jej pasowało.
Włosy układała jej
ta sama styliska, co moje, więc również fryzury miałyśmy podobne.
- Przepraszam… - rzuciłam
do mężczyzny, starając się nie brzmieć nieuprzejmie - ale muszę już iść.
Skinęłam mu głową,
a on zrobił to samo w moją stronę.
Kiedy zrobiłam
kilka kroków w stronę mojej rodziny, zatrzymała mnie moja dawna koleżanka.
- Hannah, kochanie. Jak się masz? -
zawołała równie głośno, co fałszywie radośnie, a rozpoznałam ten fałsz, skoro
przez ponad rok nie odezwała się do mnie ani razu.
- Kitty, hej - przywitałam ją z o wiele mniejszym
entuzjazmem i o wiele ciszej - Jak miło cię widzieć. Mam się dobrze. Dziękuję.
- Twój mąż jeszcze nie wychodzi? - zapytała
(nadal krzycząc) - Mieliśmy taką nadzieję,
że już zdrowieje. Moje biedactwo.
- Jeszcze z
tydzień, dwa i wyzdrowieje - powiedziałam do niej - A gdzie twój mąż i dziecko?
- Są tam -
odwróciła się i wskazała palcem na mężczyznę, który stał ze złością na twarzy i
małą dziewczynką w słodkiej sukieneczce na ramieniu - Mój Kain i mała Lilith -
powiedziała z zadowoleniem w głosie.
Dokładnie w tej
chwili, kiedy na niego spojrzałyśmy, mężczyzna kiwnął gniewnie głową na Kitty i,
nie racząc nawet skinąć głową w moją stronę na powitanie, odwrócił się do
kobiety i starszego mężczyzny, którzy stali przy nim i nie patrzyli w moją
stronę.
Jego rodzice, jej
teściowie, ludzie, których znałam od urodzenia.
- Och -
powiedziała Kitty, ale jej głos jakby się załamał - Muszę iść. Mam nadzieję, że
się wkrótce spotkamy.
I odbiegła w
stronę swojej rodziny.
Patrzyłam za nią w
jej szarej sukience, wyglądającej jak z żurnala najnowszej mody i dziwnym,
małym kapeluszu, biegnącej nerwowo do jej mężczyzny, który miał za nic to, że
mogła się przewrócić w tych strasznie wysokich srebrnych szpilkach.
A potem podeszłam
do Abi i mamy, żeby zobaczyć, że mama cicho płakała, chociaż starała się to
ukryć przed Ablem.
- Jedziemy do domu
- rzuciła ze złością Abi.
- Co się stało? -
spytałam ją cicho, kiedy mama z Ablem ruszyli przed nami w stronę jej Sonica.
- Ta zdzira - warknęła ze złością Abi, a ja
wciągnęłam gwałtownie powietrze, bo nigdy nie słyszałam, żeby moja mała
siostrzyczka tak mówiła - …powiedziała naszej mamie, że nie ma dla niej miejsca
na jej przyjęciu, więc ma nie
przyjeżdżać.
O, Boże!
Biedna mama.
- Co takiego? - cicho spytałam ze
zdumieniem i bólem w głosie.
Abi wyglądała na
zdenerwowaną, ale na moje zduszone pytanie trochę przystopowała, bo prawie
skłamała, a dowiedziałam się tego z jej następnych słów.
Najpierw jednak
wzięła wdech i zagryzła bok wargi.
- Powiedziała naszej
mamie, że może przyjść, jeśli ja zostanę
w domu i zajmę się Ablem, bo ona nie chce małych
dzieci na przyjęciu - uściśliła Abi już spokojniej - Mama nie chciała się
na to zgodzić, więc Lucy powiedziała, że mamy w ogóle nie przychodzić.
Popatrzyłam na
Kitty i jej rodzinę, pakującą się do samochodu typu Lincoln, która najwyraźniej
miała być w komplecie na przyjęciu.
Razem z małą Lilith.
Nieważne.
- Pójdziemy na
jakieś lody - zaproponowałam jej, bo mama z Ablem byli już daleko, przy
samochodzie Abi - Albo pojedziecie ze mną do naszego domu.
- Nie, Słonko -
westchnęła Abi - Dziękuję. Lepiej będzie, jak wrócimy do naszego domu. Masz
wystarczająco dużo na głowie.
Patrzyłyśmy w
stronę naszej mamy i milczałyśmy przez dłuższy czas, idąc wciąż w stronę
naszych samochodów.
Nie mogłam nic
zrobić w tym momencie.
Pomyślałam, że
bardzo było szkoda, że jej mąż nie mógł być tam razem z mamą, by ją wspierać.
Mama z Ablem byli
z wizytą u naszego taty w więzieniu w ten poniedziałek, kiedy Billy wrócił ze
szpitala do domu.
Polecieli tam i
wrócili tego samego dnia samolotem, bo Eva i Jimmy lecieli na kilka godzin żeby
coś zwiedzić (a ja sądziłam, że to była tylko wymówka) i zaproponowali im
bilety Matta i Marii, bo ich dzieci musiały zostać w domu.
Był to
poniedziałek, więc, oczywiście, oboje szli do szkoły.
Nie wiedziałam po
co Eva miałaby kupować bilety dla swoich dzieci, wiedząc, że musiały tego dnia
iść do szkoły, ale nie powiedziałam tego mojej mamie, bo miałaby wyrzuty
sumienia, że ich wykorzystywała.
Chociaż, może się
myliłam i nie miałaby.
Mały Davie
zostawał z Maggie.
Pozostałą dwójkę
miała odebrać ze szkoły Alice razem z jej synem, Bertem.
Nie wiedziałam, co
mama powiedziała tacie o naszych problemach, ale nie miałam kiedy z nią
porozmawiać.
Ani razu nie byłam
u mojej mamy w ciągu tego tygodnia (i poprzedniego też nie), bo wciąż byłam
zajęta przy moim rannym mężu, ale ona to rozumiała.
I tak źle się z
tym czułam, bo zostawała w domu sama z Lucy.
Abel uczęszczał do
przedszkola od dwóch tygodni codziennie, chociaż były to tylko cztery godziny,
a, jak wiedziałam, Abi zawoziła jego i córkę pani Peperson na zmianę z panią
Peperson.
Mama miała trochę
więcej czasu na pracę w domu zarówno jeśli chodziło o zajęcia domowe, jak i o
jej zarobkowanie przeróbkami krawieckimi (wiedziałam też, że Alek czasem zlecał
jej jakieś prace krawieckie, które nie wymagały przymiarek i większego
zaangażowania, jak na przykład przyszywanie suwaka do sukienki czy przeszycie
guzików).
Abi zarabiała
nadal trochę dzięki temu, że Alek i Sam przedawali jej malowane torby, serwety
i obrusy, więc kolidowało to nawet z tym, że zaczęła się jej szkoła, bo mogła
malować w wolnej chwili, a nie w wyznaczonych godzinach.
Nie mówiąc o tym,
że część swojej pracy wykonywała w domu, więc nie musieliśmy się martwić, że
jeździłaby gdzieś codziennie sama autobusem lub nawet swoim samochodem.
No i bardzo to lubiła w przeciwieństwie do jej
poprzedniej pracy.
- Mamo… -
zaczęłam, kiedy doszłyśmy do Sonica Abi, ale nie wiedziałam, co miałabym
powiedzieć.
- Nic, nic, Słonko
- powiedziała moja mama cichym głosem - Dam radę. Jedź zająć się swoim mężem i
jego bratem. Jesteś tam potrzebna. My z Abi damy sobie radę. Prawda, kochanie?
- zwróciła się do Abi.
- Tak, mamo -
powiedziała Abi, a w jej głosie pobrzmiewała trochę jeszcze ta złość, którą
usłyszałam wcześniej.
- Jedź, Anie - moja siostra zwróciła się
do mnie.
Przykucnęłam i
potargałam Abla.
- Zaopiekuj się
mamą - powiedziałam mu.
Mały poważnie
skinął głową, więc wiedziałam, że poczuł atmosferę.
Westchnęłam,
pożegnałam się z mamą, Abi i Ablem i wróciłam do domu.
Do mojego
prawdziwego domu i mojej rodziny.
Co kochałam.
*****
Billy
Kiedy Anie wyszła
z domu, by pojechać na ten cholerny ślub, Billy usiadł obok Jacka na kanapie w
ich bawialni i przez chwilę patrzył bezmyślnie na obrazy jakiegoś serialu dla młodzieży,
który rozgrywał się na ekranie telewizora, w który uparcie patrzył jego brat.
Coś młodego
gryzło, a on nie wiedział, o co chodziło.
W ich rodzinie
wszystko było dobre, a nawet bardzo dobre.
Opieka Społeczna
wreszcie przyznała im status rodziny zastępczej, więc mieli prawo do opieki nad
Jackiem, był ich.
Matka Jacka i
Billy’ego nie miała żadnych możliwości zbliżenia się do synów, zwłaszcza po tej
karczemnej awanturze, jaką urządziła w szpitalu.
Zwłaszcza do
młodszego.
Ustalili rytm
codziennych działań, mieli plan zajęć na cały tydzień, który miał się
wyklarować na nowo, kiedy Billy wróciłby do pracy.
Jack sypiał
spokojnie i nie miewał koszmarów, nie chorował, co mogłoby się przydarzyć,
jeśli denerwowałby się czymkolwiek w ich życiu.
Billy z Anie mieli
codziennie swoje chwile wcześnie rano, zanim młody się obudził i późno
wieczorem, kiedy już położyli go spać.
Te chwile były
inne, niż Billy wyobrażał sobie w swoim dawnym życiu, że mogłyby być, bo nigdy
nie spodziewał się, że tyle rozkoszy mógł osiągnąć z kontroli, jaką uzyskiwał
tylko rozkazami.
Kiedyś, gdzieś Billy
słyszał o soft BDSM, ale go nie pociągało, bo wolał ostrzejsze klimaty.
Anie była jego
idealną wymarzoną uległą, której nie musiał szkolić, nie musiał z żaden sposób przymuszać do uległości.
Miała to we krwi.
Nie mógł się
oszukiwać, że to chodziło wyłącznie o nią.
To po prostu Billy nie chciał przymuszać Anie do
niczego, czego sama by nie zechciała, bo najważniejsze dla niego, po raz
pierwszy w całym jego pieprzonym życiu, była jej rozkosz i jej odprężenie.
Miał najwięcej
satysfakcji, kiedy jej było dobrze.
Po chwili siedzenia
tam w ciszy Billy zdecydował się na wydobycie z Jacka powodu jego przygaszenia
tego popołudnia.
- Hej, Jack -
zagadnął - Przykro ci, że nie pojechałeś z Hannah?
- Nie - mruknął
jego brat i zamilkł.
- Nie chciałem
jechać - dodał cicho, ale z taką jakąś zaciętością w głosie, której Billy nie
rozumiał, więc czekał, ale Jack więcej się nie odezwał.
To trwało przez
minutę, kiedy siedzieli obok siebie, kiedy chłopak patrzył na swoje kolana,
nawet nie w telewizor, a mężczyzna patrzył na niego.
Billy uniósł brew,
bo młody nie bywał taki zamknięty w sobie bez powodu.
Zwykle mówił.
Wyprostował się,
złapał pilota i wyłączył telewizor.
- To o co chodzi?
- zapytał wprost brata.
Jack zacisnął
usta, odwrócił głowę, a potem wyprostował się, uderzył dłońmi zaciśniętymi w
pięści o swoje kolana i spojrzał wprost na Billy’ego.
- Nie powinna tam jechać! - prawie
krzyknął ze złością.
- Co? - Billy nie
zrozumiał, o czym, do cholery, młody mówił.
- Hannah nie
powinna jechać do tej… - Jack wciągnął powietrze przez nos, jakby hamował
brzydkie słowo, które chciał opuścić jego usta - Do swojej siostry!
- Co? - Billy zmarszczył brwi i zamarł, bo
czuł, jakby płuca miało mu zaraz rozsadzić coś bardzo złego.
- Lucy nie jest miła - powiedział Jack coś, co
Billy dobrze wiedział, ale nie spodziewał się, że Jack to również widział -
Potrafi być bardzo niemiła.
Gówno!
Nagła fala złości
przeniknęła go na myśl, że nie dał rady ich obronić.
- Jack! - Billy niechcący wyrzucił imię
brata z taką agresją, że młody się skulił podobnie do tego, jak kuliła się ze strachu
Anie, kiedy to robił.
Więc wciągnął
powoli powietrze przez nos, zamknął oczy i policzył do pięciu, zanim wypuścił
powietrze przez usta.
Spojrzał na brata
łagodniej, chociaż jeszcze tliła się w nim furia.
Kontrolował ją.
- Powiedz mi, co
się stało - powiedział spokojniejszym tonem, kiedy już trochę nad nią zapanował.
- Miałem ci nie
mówić - wymamrotał Jack, jakby mówił do siebie.
- Za późno -
stwierdził krótko Billy - Mów.
Jack westchnął.
- To było jak
byliśmy tam w kościele - powiedział - W tamtą pierwszą niedzielę. Byłeś w
pracy. Hannah powiedziała, że się
zdenerwujesz - wyszeptał to ostatnie.
Billy zamknął
oczy.
Anie nie chodziło
o ukrywanie przed nim gówna, ale o chronienie go.
- Najpierw
myślała, że nie słyszałem - mówił cicho jego brat, więc Billy otworzył oczy i
patrzył na niego - Lucy mówiła to do swoich koleżanek, jak szły gdzieś niedaleko
nas. My byliśmy we trójkę z Abi. Mama Hannah z małym Ablem szli kilka kroków od
nas. Hannah mówiła, że mogła nawet nie słyszeć. Lucy powiedziała o nas, o Hannah…
- Jack przełknął ślinę z wyraźnym trudem - chwali
się tym brudasem, jakby nie miała wstydu. Udawałem, że nie słyszałem, bo
wiesz - Jack nieśmiało spojrzał na brata - ludzie czasem tak mówią. Nawet niektórzy
faceci mamy…
Kurwa.
Billy mógł się
tego spodziewać, że Jack spotkał się w swoim krótkim życiu z przejawami
rasizmu, ale nie spodziewał się, że młody tak dobrze to rozumiał i że spotkał
się z tym w domu matki.
- A potem Hannah
zauważyła, że coś mnie gryzie… - wyznał Jack - i rozmawialiśmy. Ale ta siostra
mówił też na nią. Dlatego nie
chciałem, żeby dzisiaj tam pojechała.
- Już dobrze,
młody - mruknął wreszcie Billy i przyciągnął brata do siebie na kanapie - Nie
jestem zły. Po prostu lepiej, żebym wiedział.
- Ale nic nie
zrobisz - powiedział dość obojętnie Jack - Ludzie czasem tak mówią. To dupki.
Dzieciakom tez się zdarza.
Billy zamarł z
ręką na czuprynie brata.
Puścił go, usiadł
głębiej na kanapie i postanowił grać spokojnie.
- W szkole? -
zapytał niby obojętnie - Czy gdzieś na ulicy?
- Różnie -
wymamrotał Jack.
Ponownie westchnął
i wziął do ręki kontrolera, który kupili do gier na gamebox’ie, by Billy i Jack
z Mattem mogli spędzić czas przed telewizorem nie oglądając filmów ani meczów.
Hannah była
przeciwna, ale nie odezwała się, tylko zacisnęła usta w wąską linię, co Billy
już znał i bawiło go to.
Nigdy w takich
sytuacjach się nie odzywała.
Zawsze później
potrafiła znaleźć sposób, żeby pokazać, że można było obejść się bez tego, co
wymyślili.
W tym przypadku
było to wspólne gotowanie z Jackiem, zabawy lub gry we trójkę w bawialni,
oglądanie filmów familijnych.
Zajmowała ich na
swoje sposoby.
Grać mogli we
dwóch tylko wtedy, kiedy nie było jej w domu, chociaż ani razu tego nie
powiedziała na głos.
Billy wziął do rąk
drugi kontroler, pilota i zaczął wyszukiwać grę, w którą ostatnio grali, kiedy
Hannah była w pracy, a Jack wrócił wcześniej do domu z Evą i Mattem.
Mogli rozmawiać o tych
niedobrych sytuacjach, z jakim młody się spotykał przy okazji innej rozmowy
albo Billy powiedziałby o tym swojej Anie, a ona poradziłaby sobie z tym na
swój sposób.
Miała swoje
sposoby.
Billy mógł jej
zaufać w tej kwestii.
A o rozmowie o
Lucy na razie Billy nie miał zamiaru myśleć.
*****
Hannah
Dwie godziny później
Wróciłam do domu,
wciąż po drodze w samochodzie rozmyślając o tym, jak mogłabym pomóc mamie
przeboleć zachowanie Lucy, ale nic nie wymyśliłam, więc postanowiłam skupić się
na swoich chłopakach.
Billy chciał,
żebym do kolacji pozostała w mojej sukience, więc myślałam o tym, że powinnam
zachować również moją fryzurę i buty.
Dlatego zaczęłam
rozmyślać nad tym, co zrobić na kolację, żeby nie ubrudzić sukienki i nie
zniszczyć reszty z mojego wizerunku na ten dzień.
Nie doceniłam
mojego mężczyzny.
Kiedy tylko
weszłam do domu i weszłam do salonu, odłożyłam tam torebkę na komodę, a w
części bawialni zobaczyłam Billy’ego z Jackiem trzymających w dłoniach pady do
gry, wpatrzonych w telewizor przed nimi (Oczywiście! Wiedziałam, że grali w to, kiedy mnie nie było w domu!).
Billy natychmiast
dał znać głową swojemu bratu, wyłączyli grę, mój mąż wstał, podszedł do mnie i
pocałował mnie na powitanie.
Dałam mu usta do
pocałunku, bo lubiłam się z nim witać w ten sposób.
- Hej, Anie -
mruknął Billy - Może pójdź na górę, umyj ręce, a potem zajmiemy się kolacją.
- Dobrze -
westchnęłam i skierowałam się do schodów, myśląc o tym, że powinnam mieć gdzieś
fartuch, którym mogłabym osłonić moją sukienkę, żeby nie pobrudzić jej podczas
gotowania.
Kiedy byłam już
prawie na górze schodów, usłyszałam ze zdziwieniem, że Billy szedł za mną na piętro.
Nie odwróciłam
się.
Skierowałam się
wprost do naszej sypialni.
Billy wszedł tam
za mną, a kiedy zatrzymałam się i odwróciłam do niego z uśmiechem, złapał mnie
za ramiona i przyciągnął do siebie.
- Nie zdejmuj tej
sukienki - rozkazał tym dudniącym głosem, od którego zawsze czułam dreszcz
zsuwający się po moim kręgosłupie wprost do tego czułego miejsca między moimi
nogami.
Bez słowa skinęłam
głową, patrząc mu prosto w oczy i opierając dłonie na jego klatce piersiowej.
Na to, co tam
zobaczyłam, przełknęłam ślinę, a obszar między moimi nogami zwilgotniał i
zapulsował.
- Nie zmieniaj
fryzury i zostań w tych butach - kontynuował mój mąż, ale jego palce
jednocześnie podnosiły moją spódnicę, by dotrzeć do jej dołu, wejść pod nią i
musnąć moją skórę.
Był to ciepły
dzień pierwszego tygodnia września.
W nocy było
chłodno, ale słońce podniosło temperaturę do dwudziestu stopni już w południe,
więc nie miałam na sobie rajstop.
Dłonie Billy’ego
przesunęły się po moich nagich udach w górę, dotarły do bioder, a potem
poczułam, że wsunęły się w moje majtki.
Najpierw sądziłam,
że chodziło o pieszczotę.
Przyzwyczaiłam się
do tego, że to Billy decydował, jak
się kochaliśmy, kiedy się kochaliśmy
i to on mówił mi, co miałam robić, więc nie drgnęłam.
Lubiłam to.
Czekałam na jego
kolejny ruch.
A Billy nie
dotykał moich pośladków, nie wsunął rąk głębiej w moje majtki, ale pociągnął je
i zdjął najpierw tylko z mojej pupy, a później przykucnął przede mną,
patrząc mi wciąż w oczy i zsunął moje
majtki na sam dół.
Zachwiałam się,
więc, żeby się nie przewrócić, oparłam się lekko dłońmi o jego ramiona.
- Wyjdź z nich -
wciąż tym samym niskim, schrypniętym z podniecenia głosem rozkazał mi mój mąż.
Wykonałam to.
Billy podniósł
się, poprawił mi sukienkę, zwinął moje majtki i schował je do kieszeni swoich spodni.
- Kolację już
zamówiliśmy z Jackiem, więc po prostu zejdź na dół, jak będziesz gotowa -
powiedział, pochylił się do mnie i zgiął szyję tak, że wiedziałam czego chciał,
a ja tego też chciałam.
Dałam mu to.
Pocałował mnie tak
delikatnie, że było to tylko muśnięcie warg.
Drżałam z
oczekiwania.
Kiedy odsunął się
ode mnie, nie odwrócił od razu wzroku, więc widziałam jego roześmiane oczy,
oczy, które mówiły mi to, co bardzo chciałam usłyszeć.
Kocham cię Hannah Brown.
Powiedział mi to tylko
raz, ale ciągle czułam, że to była prawda.
A przynajmniej
miałam nadzieję, że to było to.
Billy wyszedł z
sypialni, a później usłyszałam, że zbiegał po schodach na dół, więc poszłam do
łazienki, by zrobić tam to, co musiałam zrobić, wytrzeć się i umyć ręce.
Kiedy stałam przed
lustrem na umywalką, zaczęłam zdawać sobie sprawę z tego, że to, co wymyślił
dla mnie Billy, miało być trudne.
I podniecające.
Nigdy nie
chodziłam bez majtek.
Nie bywałam
rozebrana za wyjątkiem naszych chwil w
sypialni i tych, kiedy musiałam się
wykąpać, a wtedy byłam w łazience.
Nawet nie sypiałam
bez majtek.
A teraz mój mąż
kazał mi zejść bez majtek do kuchni i chodzić tak po domu, kiedy nie bylibyśmy
tylko we dwoje.
Poprawiłam sobie
włosy, przejechałam dłońmi po spódnicy i spojrzałam na nią w lustrze, by
stwierdzić, że wcale nie było widać, czy miałam na sobie majtki, czy ich nie miałam.
To było tylko w
mojej głowie.
Więc, jeśli mój
pan mąż chciał mieć mnie tam bez
majtek to tylko on i ja wiedzielibyśmy o tym, że tak było i bylibyśmy
przygotowani na to, co mogłoby nastąpić po kolacji.
Więc skupiłam się
na tym, że Billy zadbał o to, żebym nie robiła kolacji tego dnia, zamawiając
jedzenie na wynos, więc miałam tylko zejść, usiąść z nimi przy stole i spędzić
z nimi czas.
Nie wahając się
dłużej podeszłam do drzwi sypialni, wyszłam na korytarz, a potem na schody,
zeszłam na dół i zostałam ponownie zaskoczona.
Billy i Jack
przygotowali stół w jadalni i
przebrali się do tej kolacji.
Obaj byli ubrani w
ciemne spodnie, wyprasowane koszule z długim rękawem i mieli na nogach
eleganckie buty.
Na stole były
sztućce na serwetkach, talerze, szklanki i nawet wazon z bukietem kwiatów, a
kiedy pojawiłam się w przejściu, Billy wstał i poszedł do kuchni, skąd
przyniósł wielki talerz z pizzą.
Jack otworzył
colę, a na stole stała jeszcze butelka piwa, więc uznałam, ze pomimo
eleganckiego otoczenia, jakie stworzyli moi mężczyźni, miała to być zwykła rodzinna
kolacja.
- Hej, Hannah -
powiedział wesoło Jack - Pomyśleliśmy, że tutaj dokończymy celebrowanie tego radosnego
faktu, że twoja siostra wyszła za mąż.
No i co ja miałam
zrobić?
Nic nie mogłam na
to poradzić.
Musiałam.
Po prostu musiałam
wybuchnąć szczęśliwym śmiechem, bo to była niezwykła
okazja do celebrowania.
Billy odstawił
talerz z pizzą, podszedł do mnie, objął mnie ramieniem w talii i przyciągnął do
siebie, kiedy ja wciąż się śmiałam, więc oparłam ręce na jego brzuchu.
- Wiedzieliśmy, że
się ucieszysz - mruknął przy moim uchu, kiedy mój śmiech przeszedł w chichot -
Kolacja w gronie rodziny.
- Tak - szepnęłam,
ufnie patrząc w jego oczy, bo to była
moja rodzina.
Więc zjedliśmy,
porozmawialiśmy, a potem posprzątaliśmy, chociaż to Jack zabrał się za
sprzątanie, mówiąc stanowczo Ja to zrobię,
kiedy Billy zatrzymał mnie przy stole.
Potem Billy pomógł
Jackowi dokończyć sprzątanie po naszej kolacji, a, kiedy weszłam do kuchni ze
szklankami w dłoni, zabrali mi je z ręki i łaskawie pozwolili włączyć ekspres
na kawę.
Ale to Billy
dokończył robienie kawy, a mnie kazano usiąść na kanapie w bawialni i wybrać
film familijny do obejrzenia razem, we trójkę.
A kiedy dwie
godziny później film się skończył, była już dziewiąta wieczorem i nadszedł czas
na szykowanie Jacka do snu, co robił sam, bo był dużym chłopcem.
Cały wieczór się
odprężałam.
Na chwilę mogłam
zapomnieć, że posiadanie kogoś do kochania było posiadaniem kogoś, kogo można
było stracić.
Nie chroniłam
swojego serca.
Po prostu kochałam ich obu.
Dziękuję
OdpowiedzUsuńDziękuję
OdpowiedzUsuń