niedziela, 5 lutego 2023

15 - Kogo można stracić

 

Rozdział 15

Kogo można stracić

Hannah

 

 

Tydzień później

Tego dnia zjedliśmy lunch nieco wcześniej, niż zwykle robiliśmy to w soboty, ale ja już niedługo miałam wyjść z domu.

Stałam przed lustrem mojej toaletki w naszej sypialni i sprawdzałam, czy wyglądałam na tyle porządnie, żebym mogła pojechać na ślub mojej siostry.

Miałam jeszcze pół godziny, więc nie spieszyłam się, ale też nie miałam za wiele czasu na rozstrzyganie, czy dobrze się przygotowałam na to, czego mogłam tam oczekiwać, co było dobre.

I tak nigdy nie byłabym w pełni przygotowana.

Moje relacje z Lucy nie uległy poprawie, chociaż starałam się ją zrozumieć, a ona wiedziała, że miałam mnóstwo na głowie i wiedziała, co przeszliśmy z Billym w czasie tych ostatnich dwóch tygodni.

Najwyraźniej to jej też przeszkadzało, bo przy okazji naszego przypadkowego spotkania w domu naszej mamy, ponownie naskoczyła na mnie, chociaż tym razem (na szczęście) użyła mniej słów, żeby mi przekazać to, co sądziła o mnie, jako o tej, która zabiera cenny czas Abi, który ta mogłaby spożytkować na zachwycanie się jej nadchodzącym wydarzeniem.

I nie mówiła niczego złego o Billy’m.

Więc pozwoliłam, żeby to po mnie spłynęło jak woda.

I tak miałam nadal zbyt wiele na głowie, by się tym przejmować.

Po naszej pierwszej nocy, kiedy Billy dopuścił mnie trochę bardziej do siebie, pozwoliłam mu rządzić sobą i naszym życiem seksualnym, wychodziłam na tym naprawdę dobrze.

Zaczęło się od tego, że następnego dnia rano, podczas wspólnego prysznica, mój pan mąż obejrzał mnie dokładnie, pogłaskał mnie (doprowadził do szczytu mnie i siebie), a potem kazał mi obciąć włoski na wzgórku łonowym, mówiąc mi, że będzie wyglądał na bardziej czysty i będzie mi go łatwiej myć.

Tego argumentu nic nie mogło przebić.

Ale też wieczorem, bo wykonałam to jeszcze tego samego dnia po południu, czułam go o wiele, wiele lepiej

Podczas wizyty w sklepie, kiedy wracałam do domu następnego dnia, kupiłam też po tym krem do depilacji, by zmniejszyć ilość mojego owłosienia pod pachami, na udach przy okolicy łona i na łydkach.

Z pomocą pewnej ekspedientki (która mnie, o dziwo, zrozumiała, chociaż jąkałam się i mamrotałam, kiedy mówiłam jej, o co mi chodziło) w drogerii przy markecie wybrałam taki krem, który był dla mnie odpowiedni i nie podrażniał mojej skóry, która była przecież skłonna do uczuleń, a przy tym działał.

Efektem było nie tylko czystość i pozbycie się zapachu potu, ale też zadowolenie mojego męża, który okazał mi je przy najbliższej okazji, całując mnie po każdym dostępnym (teraz bardziej) kawałku mojego ciała.

Nie chciałam pytać o to żadnej ze znanych mi kobiet i doszłam do wniosku, że lepiej, swobodniej mi było pytać o takie rzeczy obce ekspedientki w kolejnych, coraz to innych, drogeriach.

Ale ostatecznie, po kolejnej wizycie w kolejnym sklepie kolejnego dnia doszłam do tego, że najlepsza dla mnie była depilacja okolic (jak się dowiedziałam) bikini i trymer do włosów łonowych.

Dlatego już w piątek miałam w szafce w swojej łazience ukryte dwa urządzenia, o których od razu wiedział mój mąż, ale nie wiedziała ani jedna z kobiet, z którymi czasem rozmawiałam.

Nawet Abi.

Nadal dla mnie był to temat tabu i sądziłam, że nigdy się nie przełamię dostatecznie, aby o tym swobodnie z kimś rozmawiać.

Z przyjaciółmi rozmawiałam o spodniach, bluzkach lub sukienkach i to było w porządku.

Nawet powoli przyzwyczajałam się do rozmowy o bieliźnie.

Dlatego sukienka, którą miałam na sobie tego dnia była moim nowym nabytkiem, do którego zakupu skłonili mnie Alek i Sam, uświadamiając mi, że na ślubie Lucy i Lucasa będę reprezentowała nie tylko moich rodziców, rodzinę Sensible, ale również Billy’ego, który nie mógł być tam obecny.

Przekonali mnie tym, więc się poddałam.

Kupiłam u nich nie tylko tę sukienkę, którą dopasowała na mnie ich krawcowa, ale też bieliznę i buty, a także torebkę i pasek.

Tak, cały komplet.

Sukienka była midi, z rozkloszowaną spódnicą, sięgającą mi do połowy łydki i rękawami ¾, z obcisłym gorsetem i małym dekoltem.

Niby bardzo prosta, ale bardzo elegancka i nawet ja to widziałam.

Sukienka była jasnoniebieska, a właściwie błękitna, jej góra była gładka, a jedyną ozdobę stanowił kształt dekoltu.

Zaczynał się jakby miał być prostokątny z małym, zaokrąglonym kołnierzykiem wchodzącym z tyłu na szyję, ale na moje piersi schodził tak, jakby miał być gorsetem z wycięciami.

Rękawy też były niby proste, ale na ramionach miały małe marszczenia, które przypominały bufki i przy łokciach krótkie rozcięcia, więc łatwiej, swobodniej było mi zginać rękę.

A spódnica była gładka, bez marszczeń, ale materiał był w szaro-granatową kratę na takim samym, co góra, jasnoniebieskim tle.

Pasek, torebka i buty były bez zdobień, ciemno chabrowo niebieskie, przy czym buty były czółenkami na czterocentymetrowym obcasiku, a torebka była tak mała, że zmieściłam tam tylko portfelik, chusteczkę i telefon (plus kopertę).

Na dodatek Alek nakłonił mnie na to, żeby Abi umalowała mi paznokcie u rąk (wybrała bardzo ładny odcień pudrowego różu), a fryzurę wykonała mi młoda „styliska”, która pracowała od niedawna na stażu w ich ulubionym salonie kosmetycznym.

Moje włosy zostały rozpuszczone na plecach, zawinięte w loki, zebrane z boków głowy do tyłu fantazyjnymi spiralami, z czego dziewczyna, która je czesała, utworzyła z tyłu mojej głowy mały niby-koczek.

Na szyi miałam srebrny łańcuszek z małym krzyżykiem, który był moją pamiątką po jednej z moich babć, chociaż nie pamiętałam której, bo żadnej z nich nie znałam zbyt dobrze.

Obie zmarły, kiedy byłam jeszcze dzieckiem.

Kiedy tam stałam (już zbyt długo) i krytycznym okiem oceniałam swój wygląd, do sypialni wszedł Billy.

Patrzyłam, jak szedł do mnie te kilka kroków i nie mogłam przestać, głównie dlatego, że lubiłam patrzeć, jak się poruszał.

Ale też mój mąż spojrzał na mnie takim wzrokiem, że moje nogi zatrzęsły się i nagle poczułam skurcz w miejscu, które do niego należało, a z którym tylko on umiał zrobić same wspaniałe rzeczy.

Podszedł do mnie bliżej, włożył rękę do kieszeni dżinsów, które miał na sobie, a potem wyjął stamtąd małe pudełeczko.

- Można by to tak ustawić, żebyś została w tej sukience do kolacji? - zapytał Billy schrypniętym głosem, kiedy był całkiem blisko mnie.

Milcząco skinęłam głową, bo przecież zrobiłabym wszystko, co by mi kazał zrobić tym głosem, bo to właśnie on był wstępem do naszych zbliżeń.

- Nie masz urodzin, nie mamy rocznicy, to nie są Święta, ale chciałem ci to dać - powiedział, wyciągając do mnie dłoń - Ot tak, po prostu.

Zaniemówiłam, więc milcząco wzięłam prezent, patrząc szeroko otwartymi oczami (i dysząc), a potem otworzyłam go.

Na wyściółce pudełeczka leżały piękne w swojej prostocie, srebrne klipsy.

- Ja nie mam przekłutych uszu - wyszeptałam głupio.

- Wiem - mruknął mój mąż i podszedł za moje plecy, wyjmując mi pudełeczko z rąk - To nie kolczyki - wyjaśnił - Klipsy nie wymagają przekłucia uszu, bo zatrzaskują się na płatku.

Nie odzywałam się, tylko patrzyłam, kiedy wyjął jeden z pudełeczka, wciąż leżącego na mojej dłoni, zbliżył obie ręce do mojego lewego ucha i zapiął klips, więc długi łańcuszek zwiesił się z niego ku mojej szyi.

Potem przeszedł z mojej prawej strony i to samo zrobił z drugim moim uchem, a ja stałam tam i tylko patrzyłam w lustro.

Idealnie pasowały i do łańcuszka, i do sukienki.

- Są piękne - wreszcie powiedziałam, kiedy skończył i objął moje ramiona, patrząc razem ze mną w lustro - Dziękuję.

- Ty jesteś piękna - powiedział Billy, a ja uśmiechnęłam się nieśmiało do niego, wciąż patrząc na niego w lustrze, ale potem odwróciłam się do niego przodem, zarzuciłam mu ręce na ramiona i pocałowałam go.

Mocno i mokro.

- Chyba musisz już jechać - stwierdził mój mężczyzna, kiedy się wreszcie odsunęłam, a ja wiedziałam, że miał rację.

Musiałam już jechać.

Wzięłam torebkę z toaletki, po raz ostatni przeciągnęłam bezbarwną wazelinową pomadką po ustach (o zapachu wanilii), dłonią po spódnicy, a potem zeszliśmy na dół po schodach do bawialni, gdzie na kanapie siedział Jack.

- Postaram się szybko wrócić - powiedziałam, kiedy dotarłam do niego, pochyliłam się i pocałowałam go lekko w czubek głowy.

Pokiwał nią tylko, nie patrząc na mnie tylko w telewizor, a ja wiedziałam, że to nie było dlatego, że był na mnie zły lub rozczarowany.

Nie chciał tam jechać.

Jednak nie chciał również żebym ja jechała.

Martwił się, bo wiedział, jak nieprzyjemna mogła być Lucy.

Rozmawialiśmy o tym.

Zanim wyszłam z domu, zabrałam jeszcze kubek po kawie ze stolika do kuchni, by wstawić go do zlewu, a potem pożegnałam mojego męża delikatnym jak muśnięcie pocałunkiem w usta.

Te kilka dni spowodowały kilka zmian w moich nawykach.

Nadal jeździliśmy z Jackiem do szkoły wcześnie rano, ale nie wstawałam już przed szóstą.

Budziłam się tuż po szóstej głównie dlatego, że mój mąż miał wtedy najczęściej ochotę na niegrzeczny seks w naszym łóżku, na moim fotelu, przy mojej toaletce, w naszej łazience i w innych miejscach naszego apartamentu małżeńskiego.

A ja to uwielbiałam.

Kazał mi się rozbierać dla niego, wypinać w jego stronę pupę, rozstawiać nogi lub je rozkładać (kiedy leżałam na plecach), a ja to wykonywałam i od pierwszego słowa (które było rozkazem), jakie rzucał wtedy tym dudniącym, schrypniętym, seksownym głosem, moja kobiecość była gotowa na niego, pulsująca i wilgotna.

Za każdym razem byłam na niego otwarta, kiedy tylko zaczynał naszą grę.

Mój mąż nazywał to sceną.

Nieważne.

Dziwne trochę było to, że nie miałam do tej pory miesiączki, ale po tym stresie, jaki przeżyłam w związku jego zranieniem, może jednak nie było to nic dziwnego.

Inną nowością było to, że polubiłam kawę.

Eva i David śmiali się, że to, co pijałam, nie było prawdziwą kawą, ale oni nie zdawali sobie sprawy, że była to bardziej kawa, niż bywało cokolwiek, co pijałam do tej pory.

Napoje jakie robiłam sobie w naszym ekspresie były mocno mleczne, czasem spienione, miewały dodatek wanilii, lodów, posypki czekoladowej, karmelu i innych składników, które czyniły je bardziej deserami, niż kawą.

Lubiłam je i delektowałam się nimi przy każdej okazji.

A poza tym dużo częściej niż kiedyś spotykałam się z ludźmi.

Wychodziłam na zakupy z przyjaciółkami z grona Evy i Maggie.

Przesiadywałam w naszej bawialni z Heleną, Abi i jej koleżankami ze szkoły lub z kolegami Jacka, kiedy mieli do zrobienia jakiś projekt do szkoły (projekt zwykle robili u niego w pokoju, ale później przychodzili do bawialni na ciasto i film).

Na takich spotkaniach upłynął nam cały tydzień.

Tylko jednego popołudnia była u nas opiekunka społeczna i było trochę mniej zabawnie, chociaż akurat wtedy Abi z Alekiem i Samem przyjechali wcześniej, niż to zapowiadali, więc natknęli się na tę kobietę, kiedy wychodziła.

I rozładowali atmosferę.

Więc teraz mój wyjazd do kościoła na ślub mojej siostry, był najmniej miłym obowiązkiem z całego tygodnia.

Ale moja mama z moim bratem mieli tam być, podobnie jak Abi, więc musiałam być tam, by je wspierać.

Kiedy wysiadłam na parkingu przy kościele, gdzie zaparkowałam mojego Renegade, od razu spostrzegłam, że nie miało być łatwo.

Sądząc po nowych i błyszczących samochodach, jakie tam stały, była cała liczna rodzina mojego przyszłego szwagra, z której to rodziny nikogo nie lubiłam praktycznie nigdy.

Nawet jak bardzo starałam się do tego nie przyznawać nawet sama przed sobą i wciąż szukałam jakichś dobrych cech, za jakie mogłabym ich polubić.

I nie udało mi się to.

A znałam ich wszystkich od urodzenia.

Przyjechałam na miejsce na tyle późno, że moja mama z Ablem i Abi zajęli już ławkę i większość ludzi była już na miejscach, więc weszłam bocznym wejściem, przemknęłam szybko i zajęłam miejsce obok siostry.

Większość ławek w kościele była zajęta, ale tam, szczęśliwie, nikt nie siedział oprócz mojej rodziny.

Prawie natychmiast potem, jak zajęłam swoje miejsce, zabrzmiały kościelne organy i weszła pierwsza druhna.

Rozejrzałam się.

Cały kościół był bardzo bogato przybrany bukietami białych kwiatów i białymi wstążkami, które zwieszały się z filarów, ławek oraz dostawionych wazonów na wysokich nóżkach.

Przy równie bogato przyozdobionym ołtarzu stał pan młody w czarnym fraku, białej koszuli z żabotem i czarną muchą, a obok niego pięciu drużbów w czarnych garniturach, białych koszulach i krawatach.

Druhen było pięć, wszystkie miały doprawdy słodkie dziecięco różowe sukienki z licznymi falbankami i szły gęsiego po czerwonym dywanie, patrząc prosto przed siebie.

A za nimi nadeszła panna młoda.

Patrzyłam na to, jakby dotyczyło to kogoś obcego, nawet nie mojej przyjaciółki, a jedynym łącznikiem między nami był mężczyzna, który prowadził moją siostrę do ołtarza tak, jak niedawno prowadził mnie.

Oli szedł tam wyprostowany, ubrany w czarny garnitur, białą koszulę i krawat, z Lucy wspartą na jego ramieniu, a jego twarz nie wyrażała żadnych dobrych uczuć.

W rzeczywistości jego szczęka była zaciśnięta tak, jak bywała wtedy, kiedy był bardzo zły.

Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę z tego, że nigdzie w ławkach nie widziałam Heleny, ale nadal nie wiedziałam, o co mu mogło chodzić.

Spojrzałam na moją siostrę.

Lucy miała na sobie pełną białą suknię ze spódnicą z wielu warstw tiulu, która podnosiła się dookoła niej niczym krynolina.

Na biuście i ramionach miała liczne falbanki, a ja się zdziwiłam, bo nie spodziewałabym się po niej takiego dziwnego gustu.

Najwidoczniej słabiej znałam swoją siostrę, niż mi się wydawało.

Przykro mi było to stwierdzić, ale ginęła w tym.

Wyglądała jak ogromna beza.

Patrzyła przed siebie, na swojego przyszłego męża bez uśmiechu, więc pomyślałam, że się denerwowała, ale później, kiedy Oli ją oddał narzeczonemu i odszedł, uśmiechnęła się.

Może mogła być szczęśliwa?

Miałam taką nadzieję.

Słuchałam ich przysięgi małżeńskiej i, nie mogąc się opanować, wspominałam własny ślub, a ponieważ moja mama wzdychała obok mnie, więc wiedziałam, że ona tez wspominała swój ślub.

Wyglądało na to, że robiła tak każda kobieta obecna w kościele.

Każda miała w oczach łzy i przykładała do nich chusteczkę.

Cóż, ja nie płakałam.

Wspominałam swój ślub jako coś pięknego, ale najpiękniejsze zaczęło się dla mnie później, kiedy już pomyślałam, że sam ślub był fałszem, formalnością.

A potem, po całej mszy, ksiądz Anton ogłosił ich nieco formalnie panią i pana Scammer i wreszcie pozwolił im się pocałować, co zrobili tak namiętnie, że zwątpiłam, żeby to był ich pierwszy raz.

Cóż, nie mnie było oceniać.

Potem wszyscy wyszliśmy za parą młodą przed kościół (cóż, my wyszliśmy za parą młodą i wszystkimi pozostałymi gośćmi), stanęliśmy na górnych stopniach przy krużganku i nastąpiła chwila niezręczności.

Okazało się, że panna młoda nie naszykowała honorowego miejsca obok siebie dla swojej mamy ani dla swoich sióstr i brata.

Obie z Abi nie przejęłyśmy się tym, bo już dawno temu wiedziałyśmy, że nie należało liczyć na miłość siostrzaną ze strony Lucy, ale nasza mama bardzo to przeżyła.

Nie wiedziałam, co miałam zrobić.

Mama przeżyła to tak bardzo, że nawet nie narzekała, tylko tak jakoś skurczyła się w sobie i zmalała.

Staliśmy w kolejce gości, by złożyć życzenia młodej parze i wręczyć im koperty z „drobnym” prezentem, skoro żadne z nich nie określiło, co chcieli w darze, trzymałyśmy się za ręce i patrzyłyśmy na mamę obie z Abi z niepokojem.

Było widać po niej, że czuła się pogardzana, upokorzona.

Mimo wszystko nie chciała odejść stamtąd i wrócić do domu, więc zostałyśmy tam dla niej.

Kiedy przyszła nasza kolej, ja podeszłam jako pierwsza, bo mama musiała przypilnować Abla (który chciał się wycofać i nie podchodzić do Lucy), życzyłam konwencjonalnie obojgu wszystkiego najlepszego i miałam zamiar odejść, ale Lucy miała do mnie swoje dwa słowa do powiedzenia.

- Mogłaś sobie darować przychodzenie tutaj - zasyczała mi do ucha, kiedy przyciągnęła mnie do siebie i sądziłam, że chciała złożyć pocałunek na moim policzku - I tak wiem że to nie jest szczere.

Odsunęłam się od niej, by popatrzeć jej w oczy i wiedziałam, że było widać zdziwienie na mojej twarzy, kiedy powiedziała fałszywie, chociaż głośno:

- A gdzie twój mąż, siostrzyczko? Już się pokłóciliście?

- Przecież wiesz, że jest ranny - powiedziałam cicho, wciąż patrząc jej w oczy, nie poznając tej kobiety, która kiedyś była moją siostrą - Jeszcze nie może…

- Och tak - przerwała mi i wydęła wzgardliwie usta, które miała pomalowane na kolor dziwnie jaskrawo błyszcząco czerwony - Zawsze znajdzie sobie wymówkę, prawda?

Zacisnęłam wargi, by nie wybuchnąć.

Nie mogłam znowu tego zrobić mojej mamie.

Nie przy ludziach, z opinią których tak bardzo się liczyła.

Skinęłam głową i odeszłam.

Przeszłam nieco dalej od kościoła, by tam poczekać na Abi, mamę i Abla, a przy okazji uspokoić się, kiedy podszedł do mnie jakiś nieznajomy młody mężczyzna.

Był niezbyt wysoki, niewiele wyższy ode mnie, ciemnowłosy i ciemnooki, ale ubrany nie był w garnitur, jak większość gości na tym ślubie, a w skórzaną, czarną kurtkę i czarne spodnie od garnituru, chociaż na nogach miał lakierki, a spod rozpiętej kurtki było widać nie zapiętą pod szyją, białą koszulę.

Brak krawata.

- Hej - zagadnął mnie przyjaźnie - Jestem Wiliam Tracker.

Uśmiechnął się do mnie sympatycznie, patrząc prosto w moje oczy i wyciągnął do mnie rękę, więc ja podałam mu również swoją.

- Hannah Brown - przedstawiłam się.

- Jesteś od strony pana młodego czy panny młodej? - zapytał mnie, więc rozluźniłam się i spojrzałam z powrotem na młodą parę, by zobaczyć, że moja mama i rodzeństwo już ruszyli w naszą stronę, ale zostali zatrzymani przez znajomą mamy.

- Jestem siostrą panny młodej - przyznałam.

- Więc jedziesz na przyjęcie? - zapytał, a ja pomyślałam, że chciał po prostu mieć kogoś znajomego na przyjęciu.

Spojrzałam na niego uważniej, zobaczyłam jego oceniający wzrok, więc uznałam to za zwykły podryw i postanowiłam mu powiedzieć, że na mnie nie miał co liczyć.

- Nie - odparłam, celowo podnosząc do dekoltu lewą dłoń z pierścionkiem i obrączką - Nie jadę. Mój mąż, Billy, był ranny, teraz zdrowieje, został w domu, więc muszę tam wrócić - powiedziałam, nadal starając się brzmieć przyjaźnie.

- Ranny? - spytał mężczyzna, a ja się w końcu zdziwiłam, bo przypomniałam sobie, że przecież wszyscy w naszej społeczności wiedzieli, kim ja byłam i kim był Billy.

Pomyślałam, że ten mężczyzna przybył z daleka, skoro tak się dopytywał.

- Tak - skinęłam głową - Jest strażakiem i został ranny w pracy - uściśliłam, nie dodając, że jego rana nie dotyczyła bezpośrednio jego pracy.

- Och - mruknął mężczyzna - Ty jesteś siostrą.

 Zmarszczyłam brwi, ale nie pociągnęłam tematu, bo zauważyłam, że mama i moje rodzeństwo znowu ruszyli w naszą stronę.

Mężczyzna, z którym rozmawiałam również tam spojrzał i przez krótką chwilę w jego oczach zobaczyłam autentyczny podziw, wręcz zachwyt.

Wiedziałam, że nie chodziło o moją mamę, chociaż Alek ją również nakłonił do kupna nowej sukienki, ale o to, że Abi wyglądała zjawiskowo.

Miała na sobie sukienkę trochę podobną do mojej (obie pochodziły z tej samej kolekcji z pracowni Aleka i Sama), chociaż nieco krótszą, do kolan, bez kratki na spódnicy i żółtą niczym słoneczniki, co pięknie współgrało z blond włosami i brązowymi oczami mojej małej siostrzyczki.

Wyglądała tak dorośle.

Byłam pewna, że to Alek ostatecznie zdecydował, ale jej artystyczna natura też to podpowiadała, więc Abi miała do kompletu trawiasto zieloną torebkę, takiego samego koloru pasek przy sukience i balerinki na nogach.

Wiedziałam, że na taki sam kolor miała umalowane paznokcie u rąk, co mogło wyglądać dla niektórych nieco dziecinnie, ale jej pasowało.

Włosy układała jej ta sama styliska, co moje, więc również fryzury miałyśmy podobne.

- Przepraszam… - rzuciłam do mężczyzny, starając się nie brzmieć nieuprzejmie - ale muszę już iść.

Skinęłam mu głową, a on zrobił to samo w moją stronę.

Kiedy zrobiłam kilka kroków w stronę mojej rodziny, zatrzymała mnie moja dawna koleżanka.

- Hannah, kochanie. Jak się masz? - zawołała równie głośno, co fałszywie radośnie, a rozpoznałam ten fałsz, skoro przez ponad rok nie odezwała się do mnie ani razu.

- Kitty, hej - przywitałam ją z o wiele mniejszym entuzjazmem i o wiele ciszej - Jak miło cię widzieć. Mam się dobrze. Dziękuję.

- Twój mąż jeszcze nie wychodzi? - zapytała (nadal krzycząc) - Mieliśmy taką nadzieję, że już zdrowieje. Moje biedactwo.

- Jeszcze z tydzień, dwa i wyzdrowieje - powiedziałam do niej - A gdzie twój mąż i dziecko?

- Są tam - odwróciła się i wskazała palcem na mężczyznę, który stał ze złością na twarzy i małą dziewczynką w słodkiej sukieneczce na ramieniu - Mój Kain i mała Lilith - powiedziała z zadowoleniem w głosie.

Dokładnie w tej chwili, kiedy na niego spojrzałyśmy, mężczyzna kiwnął gniewnie głową na Kitty i, nie racząc nawet skinąć głową w moją stronę na powitanie, odwrócił się do kobiety i starszego mężczyzny, którzy stali przy nim i nie patrzyli w moją stronę.

Jego rodzice, jej teściowie, ludzie, których znałam od urodzenia.

- Och - powiedziała Kitty, ale jej głos jakby się załamał - Muszę iść. Mam nadzieję, że się wkrótce spotkamy.

I odbiegła w stronę swojej rodziny.

Patrzyłam za nią w jej szarej sukience, wyglądającej jak z żurnala najnowszej mody i dziwnym, małym kapeluszu, biegnącej nerwowo do jej mężczyzny, który miał za nic to, że mogła się przewrócić w tych strasznie wysokich srebrnych szpilkach.

A potem podeszłam do Abi i mamy, żeby zobaczyć, że mama cicho płakała, chociaż starała się to ukryć przed Ablem.

- Jedziemy do domu - rzuciła ze złością Abi.

- Co się stało? - spytałam ją cicho, kiedy mama z Ablem ruszyli przed nami w stronę jej Sonica.

- Ta zdzira - warknęła ze złością Abi, a ja wciągnęłam gwałtownie powietrze, bo nigdy nie słyszałam, żeby moja mała siostrzyczka tak mówiła - …powiedziała naszej mamie, że nie ma dla niej miejsca na jej przyjęciu, więc ma nie przyjeżdżać.

O, Boże!

Biedna mama.

- Co takiego? - cicho spytałam ze zdumieniem i bólem w głosie.

Abi wyglądała na zdenerwowaną, ale na moje zduszone pytanie trochę przystopowała, bo prawie skłamała, a dowiedziałam się tego z jej następnych słów.

Najpierw jednak wzięła wdech i zagryzła bok wargi.

- Powiedziała naszej mamie, że może przyjść, jeśli ja zostanę w domu i zajmę się Ablem, bo ona nie chce małych dzieci na przyjęciu - uściśliła Abi już spokojniej - Mama nie chciała się na to zgodzić, więc Lucy powiedziała, że mamy w ogóle nie przychodzić.

Popatrzyłam na Kitty i jej rodzinę, pakującą się do samochodu typu Lincoln, która najwyraźniej miała być w komplecie na przyjęciu.

Razem z małą Lilith.

Nieważne.

- Pójdziemy na jakieś lody - zaproponowałam jej, bo mama z Ablem byli już daleko, przy samochodzie Abi - Albo pojedziecie ze mną do naszego domu.

- Nie, Słonko - westchnęła Abi - Dziękuję. Lepiej będzie, jak wrócimy do naszego domu. Masz wystarczająco dużo na głowie.

Patrzyłyśmy w stronę naszej mamy i milczałyśmy przez dłuższy czas, idąc wciąż w stronę naszych samochodów.

Nie mogłam nic zrobić w tym momencie.

Pomyślałam, że bardzo było szkoda, że jej mąż nie mógł być tam razem z mamą, by ją wspierać.

Mama z Ablem byli z wizytą u naszego taty w więzieniu w ten poniedziałek, kiedy Billy wrócił ze szpitala do domu.

Polecieli tam i wrócili tego samego dnia samolotem, bo Eva i Jimmy lecieli na kilka godzin żeby coś zwiedzić (a ja sądziłam, że to była tylko wymówka) i zaproponowali im bilety Matta i Marii, bo ich dzieci musiały zostać w domu.

Był to poniedziałek, więc, oczywiście, oboje szli do szkoły.

Nie wiedziałam po co Eva miałaby kupować bilety dla swoich dzieci, wiedząc, że musiały tego dnia iść do szkoły, ale nie powiedziałam tego mojej mamie, bo miałaby wyrzuty sumienia, że ich wykorzystywała.

Chociaż, może się myliłam i nie miałaby.

Mały Davie zostawał z Maggie.

Pozostałą dwójkę miała odebrać ze szkoły Alice razem z jej synem, Bertem.

Nie wiedziałam, co mama powiedziała tacie o naszych problemach, ale nie miałam kiedy z nią porozmawiać.

Ani razu nie byłam u mojej mamy w ciągu tego tygodnia (i poprzedniego też nie), bo wciąż byłam zajęta przy moim rannym mężu, ale ona to rozumiała.

I tak źle się z tym czułam, bo zostawała w domu sama z Lucy.

Abel uczęszczał do przedszkola od dwóch tygodni codziennie, chociaż były to tylko cztery godziny, a, jak wiedziałam, Abi zawoziła jego i córkę pani Peperson na zmianę z panią Peperson.

Mama miała trochę więcej czasu na pracę w domu zarówno jeśli chodziło o zajęcia domowe, jak i o jej zarobkowanie przeróbkami krawieckimi (wiedziałam też, że Alek czasem zlecał jej jakieś prace krawieckie, które nie wymagały przymiarek i większego zaangażowania, jak na przykład przyszywanie suwaka do sukienki czy przeszycie guzików).

Abi zarabiała nadal trochę dzięki temu, że Alek i Sam przedawali jej malowane torby, serwety i obrusy, więc kolidowało to nawet z tym, że zaczęła się jej szkoła, bo mogła malować w wolnej chwili, a nie w wyznaczonych godzinach.

Nie mówiąc o tym, że część swojej pracy wykonywała w domu, więc nie musieliśmy się martwić, że jeździłaby gdzieś codziennie sama autobusem lub nawet swoim samochodem.

No i bardzo to lubiła w przeciwieństwie do jej poprzedniej pracy.

- Mamo… - zaczęłam, kiedy doszłyśmy do Sonica Abi, ale nie wiedziałam, co miałabym powiedzieć.

- Nic, nic, Słonko - powiedziała moja mama cichym głosem - Dam radę. Jedź zająć się swoim mężem i jego bratem. Jesteś tam potrzebna. My z Abi damy sobie radę. Prawda, kochanie? - zwróciła się do Abi.

- Tak, mamo - powiedziała Abi, a w jej głosie pobrzmiewała trochę jeszcze ta złość, którą usłyszałam wcześniej.

- Jedź, Anie - moja siostra zwróciła się do mnie.

Przykucnęłam i potargałam Abla.

- Zaopiekuj się mamą - powiedziałam mu.

Mały poważnie skinął głową, więc wiedziałam, że poczuł atmosferę.

Westchnęłam, pożegnałam się z mamą, Abi i Ablem i wróciłam do domu.

Do mojego prawdziwego domu i mojej rodziny.

Co kochałam.

*****

Billy

Kiedy Anie wyszła z domu, by pojechać na ten cholerny ślub, Billy usiadł obok Jacka na kanapie w ich bawialni i przez chwilę patrzył bezmyślnie na obrazy jakiegoś serialu dla młodzieży, który rozgrywał się na ekranie telewizora, w który uparcie patrzył jego brat.

Coś młodego gryzło, a on nie wiedział, o co chodziło.

W ich rodzinie wszystko było dobre, a nawet bardzo dobre.

Opieka Społeczna wreszcie przyznała im status rodziny zastępczej, więc mieli prawo do opieki nad Jackiem, był ich.

Matka Jacka i Billy’ego nie miała żadnych możliwości zbliżenia się do synów, zwłaszcza po tej karczemnej awanturze, jaką urządziła w szpitalu.

Zwłaszcza do młodszego.

Ustalili rytm codziennych działań, mieli plan zajęć na cały tydzień, który miał się wyklarować na nowo, kiedy Billy wróciłby do pracy.

Jack sypiał spokojnie i nie miewał koszmarów, nie chorował, co mogłoby się przydarzyć, jeśli denerwowałby się czymkolwiek w ich życiu.

Billy z Anie mieli codziennie swoje chwile wcześnie rano, zanim młody się obudził i późno wieczorem, kiedy już położyli go spać.

Te chwile były inne, niż Billy wyobrażał sobie w swoim dawnym życiu, że mogłyby być, bo nigdy nie spodziewał się, że tyle rozkoszy mógł osiągnąć z kontroli, jaką uzyskiwał tylko rozkazami.

Kiedyś, gdzieś Billy słyszał o soft BDSM, ale go nie pociągało, bo wolał ostrzejsze klimaty.

Anie była jego idealną wymarzoną uległą, której nie musiał szkolić, nie musiał z żaden sposób przymuszać do uległości.

Miała to we krwi.

Nie mógł się oszukiwać, że to chodziło wyłącznie o nią.

To po prostu Billy nie chciał przymuszać Anie do niczego, czego sama by nie zechciała, bo najważniejsze dla niego, po raz pierwszy w całym jego pieprzonym życiu, była jej rozkosz i jej odprężenie.

Miał najwięcej satysfakcji, kiedy jej było dobrze.

Po chwili siedzenia tam w ciszy Billy zdecydował się na wydobycie z Jacka powodu jego przygaszenia tego popołudnia.

- Hej, Jack - zagadnął - Przykro ci, że nie pojechałeś z Hannah?

- Nie - mruknął jego brat i zamilkł.

- Nie chciałem jechać - dodał cicho, ale z taką jakąś zaciętością w głosie, której Billy nie rozumiał, więc czekał, ale Jack więcej się nie odezwał.

To trwało przez minutę, kiedy siedzieli obok siebie, kiedy chłopak patrzył na swoje kolana, nawet nie w telewizor, a mężczyzna patrzył na niego.

Billy uniósł brew, bo młody nie bywał taki zamknięty w sobie bez powodu.

Zwykle mówił.

Wyprostował się, złapał pilota i wyłączył telewizor.

- To o co chodzi? - zapytał wprost brata.

Jack zacisnął usta, odwrócił głowę, a potem wyprostował się, uderzył dłońmi zaciśniętymi w pięści o swoje kolana i spojrzał wprost na Billy’ego.

- Nie powinna tam jechać! - prawie krzyknął ze złością.

- Co? - Billy nie zrozumiał, o czym, do cholery, młody mówił.

- Hannah nie powinna jechać do tej… - Jack wciągnął powietrze przez nos, jakby hamował brzydkie słowo, które chciał opuścić jego usta - Do swojej siostry!

- Co? - Billy zmarszczył brwi i zamarł, bo czuł, jakby płuca miało mu zaraz rozsadzić coś bardzo złego.

- Lucy nie jest miła - powiedział Jack coś, co Billy dobrze wiedział, ale nie spodziewał się, że Jack to również widział - Potrafi być bardzo niemiła.

Gówno!

Nagła fala złości przeniknęła go na myśl, że nie dał rady ich obronić.

- Jack! - Billy niechcący wyrzucił imię brata z taką agresją, że młody się skulił podobnie do tego, jak kuliła się ze strachu Anie, kiedy to robił.

Więc wciągnął powoli powietrze przez nos, zamknął oczy i policzył do pięciu, zanim wypuścił powietrze przez usta.

Spojrzał na brata łagodniej, chociaż jeszcze tliła się w nim furia.

Kontrolował ją.

- Powiedz mi, co się stało - powiedział spokojniejszym tonem, kiedy już trochę nad nią zapanował.

- Miałem ci nie mówić - wymamrotał Jack, jakby mówił do siebie.

- Za późno - stwierdził krótko Billy - Mów.

Jack westchnął.

- To było jak byliśmy tam w kościele - powiedział - W tamtą pierwszą niedzielę. Byłeś w pracy. Hannah powiedziała, że się zdenerwujesz - wyszeptał to ostatnie.

Billy zamknął oczy.

Anie nie chodziło o ukrywanie przed nim gówna, ale o chronienie go.

- Najpierw myślała, że nie słyszałem - mówił cicho jego brat, więc Billy otworzył oczy i patrzył na niego - Lucy mówiła to do swoich koleżanek, jak szły gdzieś niedaleko nas. My byliśmy we trójkę z Abi. Mama Hannah z małym Ablem szli kilka kroków od nas. Hannah mówiła, że mogła nawet nie słyszeć. Lucy powiedziała o nas, o Hannah… - Jack przełknął ślinę z wyraźnym trudem - chwali się tym brudasem, jakby nie miała wstydu. Udawałem, że nie słyszałem, bo wiesz - Jack nieśmiało spojrzał na brata - ludzie czasem tak mówią. Nawet niektórzy faceci mamy…

Kurwa.

Billy mógł się tego spodziewać, że Jack spotkał się w swoim krótkim życiu z przejawami rasizmu, ale nie spodziewał się, że młody tak dobrze to rozumiał i że spotkał się z tym w domu matki.

- A potem Hannah zauważyła, że coś mnie gryzie… - wyznał Jack - i rozmawialiśmy. Ale ta siostra mówił też na nią. Dlatego nie chciałem, żeby dzisiaj tam pojechała.

- Już dobrze, młody - mruknął wreszcie Billy i przyciągnął brata do siebie na kanapie - Nie jestem zły. Po prostu lepiej, żebym wiedział.

- Ale nic nie zrobisz - powiedział dość obojętnie Jack - Ludzie czasem tak mówią. To dupki. Dzieciakom tez się zdarza.

Billy zamarł z ręką na czuprynie brata.

Puścił go, usiadł głębiej na kanapie i postanowił grać spokojnie.

- W szkole? - zapytał niby obojętnie - Czy gdzieś na ulicy?

- Różnie - wymamrotał Jack.

Ponownie westchnął i wziął do ręki kontrolera, który kupili do gier na gamebox’ie, by Billy i Jack z Mattem mogli spędzić czas przed telewizorem nie oglądając filmów ani meczów.

Hannah była przeciwna, ale nie odezwała się, tylko zacisnęła usta w wąską linię, co Billy już znał i bawiło go to.

Nigdy w takich sytuacjach się nie odzywała.

Zawsze później potrafiła znaleźć sposób, żeby pokazać, że można było obejść się bez tego, co wymyślili.

W tym przypadku było to wspólne gotowanie z Jackiem, zabawy lub gry we trójkę w bawialni, oglądanie filmów familijnych.

Zajmowała ich na swoje sposoby.

Grać mogli we dwóch tylko wtedy, kiedy nie było jej w domu, chociaż ani razu tego nie powiedziała na głos.

Billy wziął do rąk drugi kontroler, pilota i zaczął wyszukiwać grę, w którą ostatnio grali, kiedy Hannah była w pracy, a Jack wrócił wcześniej do domu z Evą i Mattem.

Mogli rozmawiać o tych niedobrych sytuacjach, z jakim młody się spotykał przy okazji innej rozmowy albo Billy powiedziałby o tym swojej Anie, a ona poradziłaby sobie z tym na swój sposób.

Miała swoje sposoby.

Billy mógł jej zaufać w tej kwestii.

A o rozmowie o Lucy na razie Billy nie miał zamiaru myśleć.

*****

Hannah

Dwie godziny później

Wróciłam do domu, wciąż po drodze w samochodzie rozmyślając o tym, jak mogłabym pomóc mamie przeboleć zachowanie Lucy, ale nic nie wymyśliłam, więc postanowiłam skupić się na swoich chłopakach.

Billy chciał, żebym do kolacji pozostała w mojej sukience, więc myślałam o tym, że powinnam zachować również moją fryzurę i buty.

Dlatego zaczęłam rozmyślać nad tym, co zrobić na kolację, żeby nie ubrudzić sukienki i nie zniszczyć reszty z mojego wizerunku na ten dzień.

Nie doceniłam mojego mężczyzny.

Kiedy tylko weszłam do domu i weszłam do salonu, odłożyłam tam torebkę na komodę, a w części bawialni zobaczyłam Billy’ego z Jackiem trzymających w dłoniach pady do gry, wpatrzonych w telewizor przed nimi (Oczywiście! Wiedziałam, że grali w to, kiedy mnie nie było w domu!).

Billy natychmiast dał znać głową swojemu bratu, wyłączyli grę, mój mąż wstał, podszedł do mnie i pocałował mnie na powitanie.

Dałam mu usta do pocałunku, bo lubiłam się z nim witać w ten sposób.

- Hej, Anie - mruknął Billy - Może pójdź na górę, umyj ręce, a potem zajmiemy się kolacją.

- Dobrze - westchnęłam i skierowałam się do schodów, myśląc o tym, że powinnam mieć gdzieś fartuch, którym mogłabym osłonić moją sukienkę, żeby nie pobrudzić jej podczas gotowania.

Kiedy byłam już prawie na górze schodów, usłyszałam ze zdziwieniem, że Billy szedł za mną na piętro.

Nie odwróciłam się.

Skierowałam się wprost do naszej sypialni.

Billy wszedł tam za mną, a kiedy zatrzymałam się i odwróciłam do niego z uśmiechem, złapał mnie za ramiona i przyciągnął do siebie.

- Nie zdejmuj tej sukienki - rozkazał tym dudniącym głosem, od którego zawsze czułam dreszcz zsuwający się po moim kręgosłupie wprost do tego czułego miejsca między moimi nogami.

Bez słowa skinęłam głową, patrząc mu prosto w oczy i opierając dłonie na jego klatce piersiowej.

Na to, co tam zobaczyłam, przełknęłam ślinę, a obszar między moimi nogami zwilgotniał i zapulsował.

- Nie zmieniaj fryzury i zostań w tych butach - kontynuował mój mąż, ale jego palce jednocześnie podnosiły moją spódnicę, by dotrzeć do jej dołu, wejść pod nią i musnąć moją skórę.

Był to ciepły dzień pierwszego tygodnia września.

W nocy było chłodno, ale słońce podniosło temperaturę do dwudziestu stopni już w południe, więc nie miałam na sobie rajstop.

Dłonie Billy’ego przesunęły się po moich nagich udach w górę, dotarły do bioder, a potem poczułam, że wsunęły się w moje majtki.

Najpierw sądziłam, że chodziło o pieszczotę.

Przyzwyczaiłam się do tego, że to Billy decydował, jak się kochaliśmy, kiedy się kochaliśmy i to on mówił mi, co miałam robić, więc nie drgnęłam.

Lubiłam to.

Czekałam na jego kolejny ruch.

A Billy nie dotykał moich pośladków, nie wsunął rąk głębiej w moje majtki, ale pociągnął je i zdjął najpierw tylko z mojej pupy, a później przykucnął przede mną, patrząc  mi wciąż w oczy i zsunął moje majtki na sam dół.

Zachwiałam się, więc, żeby się nie przewrócić, oparłam się lekko dłońmi o jego ramiona.

- Wyjdź z nich - wciąż tym samym niskim, schrypniętym z podniecenia głosem rozkazał mi mój mąż.

Wykonałam to.

Billy podniósł się, poprawił mi sukienkę, zwinął moje majtki i schował je do kieszeni swoich spodni.

- Kolację już zamówiliśmy z Jackiem, więc po prostu zejdź na dół, jak będziesz gotowa - powiedział, pochylił się do mnie i zgiął szyję tak, że wiedziałam czego chciał, a ja tego też chciałam.

Dałam mu to.

Pocałował mnie tak delikatnie, że było to tylko muśnięcie warg.

Drżałam z oczekiwania.

Kiedy odsunął się ode mnie, nie odwrócił od razu wzroku, więc widziałam jego roześmiane oczy, oczy, które mówiły mi to, co bardzo chciałam usłyszeć.

Kocham cię Hannah Brown.

Powiedział mi to tylko raz, ale ciągle czułam, że to była prawda.

A przynajmniej miałam nadzieję, że to było to.

Billy wyszedł z sypialni, a później usłyszałam, że zbiegał po schodach na dół, więc poszłam do łazienki, by zrobić tam to, co musiałam zrobić, wytrzeć się i umyć ręce.

Kiedy stałam przed lustrem na umywalką, zaczęłam zdawać sobie sprawę z tego, że to, co wymyślił dla mnie Billy, miało być trudne.

I podniecające.

Nigdy nie chodziłam bez majtek.

Nie bywałam rozebrana za wyjątkiem naszych chwil w sypialni i tych, kiedy musiałam się wykąpać, a wtedy byłam w łazience.

Nawet nie sypiałam bez majtek.

A teraz mój mąż kazał mi zejść bez majtek do kuchni i chodzić tak po domu, kiedy nie bylibyśmy tylko we dwoje.

Poprawiłam sobie włosy, przejechałam dłońmi po spódnicy i spojrzałam na nią w lustrze, by stwierdzić, że wcale nie było widać, czy miałam na sobie majtki, czy ich nie miałam.

To było tylko w mojej głowie.

Więc, jeśli mój pan mąż chciał mieć mnie tam bez majtek to tylko on i ja wiedzielibyśmy o tym, że tak było i bylibyśmy przygotowani na to, co mogłoby nastąpić po kolacji.

Więc skupiłam się na tym, że Billy zadbał o to, żebym nie robiła kolacji tego dnia, zamawiając jedzenie na wynos, więc miałam tylko zejść, usiąść z nimi przy stole i spędzić z nimi czas.

Nie wahając się dłużej podeszłam do drzwi sypialni, wyszłam na korytarz, a potem na schody, zeszłam na dół i zostałam ponownie zaskoczona.

Billy i Jack przygotowali stół w jadalni i przebrali się do tej kolacji.

Obaj byli ubrani w ciemne spodnie, wyprasowane koszule z długim rękawem i mieli na nogach eleganckie buty.

Na stole były sztućce na serwetkach, talerze, szklanki i nawet wazon z bukietem kwiatów, a kiedy pojawiłam się w przejściu, Billy wstał i poszedł do kuchni, skąd przyniósł wielki talerz z pizzą.

Jack otworzył colę, a na stole stała jeszcze butelka piwa, więc uznałam, ze pomimo eleganckiego otoczenia, jakie stworzyli moi mężczyźni, miała to być zwykła rodzinna kolacja.

- Hej, Hannah - powiedział wesoło Jack - Pomyśleliśmy, że tutaj dokończymy celebrowanie tego radosnego faktu, że twoja siostra wyszła za mąż.

No i co ja miałam zrobić?

Nic nie mogłam na to poradzić.

Musiałam.

Po prostu musiałam wybuchnąć szczęśliwym śmiechem, bo to była niezwykła okazja do celebrowania.

Billy odstawił talerz z pizzą, podszedł do mnie, objął mnie ramieniem w talii i przyciągnął do siebie, kiedy ja wciąż się śmiałam, więc oparłam ręce na jego brzuchu.

- Wiedzieliśmy, że się ucieszysz - mruknął przy moim uchu, kiedy mój śmiech przeszedł w chichot - Kolacja w gronie rodziny.

- Tak - szepnęłam, ufnie patrząc w jego oczy, bo to była moja rodzina.

Więc zjedliśmy, porozmawialiśmy, a potem posprzątaliśmy, chociaż to Jack zabrał się za sprzątanie, mówiąc stanowczo Ja to zrobię, kiedy Billy zatrzymał mnie przy stole.

Potem Billy pomógł Jackowi dokończyć sprzątanie po naszej kolacji, a, kiedy weszłam do kuchni ze szklankami w dłoni, zabrali mi je z ręki i łaskawie pozwolili włączyć ekspres na kawę.

Ale to Billy dokończył robienie kawy, a mnie kazano usiąść na kanapie w bawialni i wybrać film familijny do obejrzenia razem, we trójkę.

A kiedy dwie godziny później film się skończył, była już dziewiąta wieczorem i nadszedł czas na szykowanie Jacka do snu, co robił sam, bo był dużym chłopcem.

Cały wieczór się odprężałam.

Na chwilę mogłam zapomnieć, że posiadanie kogoś do kochania było posiadaniem kogoś, kogo można było stracić.

Nie chroniłam swojego serca.

Po prostu kochałam ich obu.


 

2 komentarze: